21.01.2021

Nowy Napis Co Tydzień #084 / Anabioza

 

Anabioza – (gr. anabiosis – ożywianie) – stan życia utajonego (lub jak kto woli – śmierci pozornej), polegający na wstrzymaniu lub zminimalizowaniu czynności życiowych w orga­nizmie, wywołany niesprzyjającymi warunkami otoczenia, np. niską temperaturą, brakiem wody lub tlenu. Powszechna u ludzi po trzydziestce. Sporadycznie zachodzi także u bar­dziej złożonych organizmów, takich jak dżdżownice.

 

Rysa

Od kilku dni czuć było w powietrzu napięcie. To było jak jonizacja powietrza przed gwałtowną burzą. Było tak gęsto, tak duszno, że aż można było ten ciężar, ten ozon, posmakować na języku.

Aż w końcu gruchnęło – i pękło. I wcale nie chodziło tu o pierwszy przypadek zachorowania Polsce, to było ledwo lekkie zadrapanie, które potem się wyrównało, podobnie jak nie zostawił też we mnie większego śladu pierwszy chory w Małopolsce ani wprowadzenie przez rząd pierwszych obostrzeń. Nie. Podobnie jak nie zaznaczy się mocniej na amalgamacie mojej historii pierwsza ofiara śmiertelna w Polsce, która pojawi się jutro. Nie. To też będzie tylko draśnięcie. Dla mnie rysą było zamknięcie szkół. I nic nie było już potem takie samo.

Byłem wtedy w biurze, jak ogłosili, że zamykają szkoły – a raczej, jak to ładnie zostało określone, że od następnego roboczego dnia zawieszają działalność wszystkich placówek edukacyjnych. Telefon do Marty. „Tak, wiem, właśnie słyszałam. Co robimy?”. A co mamy robić? Odbieraj chłopaków z przedszkola i szkoły, niech moi rodzice już nie mają z nimi styczności, to niepotrzebne, trzeba zacząć się izolować. A od jutra – areszt domowy. Biorę laptop, zgłaszam przełożonym, że pracuję z domu i tyle. Nie, nie chcę iść na zasiłek opiekuńczy, jeśli to nie będzie absolutnie konieczne. Jakoś to wszystko pogodzimy. Damy radę. Pa, do zobaczenia wieczorem. Zgłaszam więc komu trzeba co trzeba. Przekazuję to, co ma być do przekazania, w razie czego, w razie gdybym miał problemy z internetem, żeby ktoś inny mógł za mnie pociągnąć najpilniejsze tematy. Pakuję wszystko, co będzie mi niezbędne do pracy z domu, trzy razy sprawdzam, czy na pewno wszystko mam, bo nie uśmiecha mi się potem przyjeżdżanie do biura po taką na przykład ładowarkę. Chyba wszystko jest. Zmywam po sobie naczynia, sprzątam biurko – bo wypada przecież zostawić porządek. Zwłaszcza, że pewnie nieprędko się tu z powrotem pojawię.

14 kwietnia 2020

Podobno na home office pracuje się relatywnie mniej. Że niby bezproduktywnie, że niby ciągła prokrastynacja, że śniadanka, że obiadki, że siedzenie przed kompem w piżamie, albo w ogóle praca w skołtunionym wyrku, że ciągłe pozorowanie, że coś tam i że coś tam. Cóż, nie dla mnie te luksusy. Dziś byłem przyklejony do swojego cholernie niewygodnego drewnianego krzesła, w naszej biuro-kuchnio-jadalnio-bawialnio-sali-lekcyjnej, przez bite trzynaście godzin. Od 8.00, kiedy to odpaliłem laptopa i zacząłem wczytywać się w to, co się nagromadziło przez święta (nasza centrala w Rumunii normalnie pracowała – tam Wielkanoc obchodzą o tydzień później), aż do 21.00, kiedy to zakończyła się telekonferencja z naszymi kolegami i koleżankami zza oceanu, oczywiście ustawiona pod ich godziny biznesowe. A czas pomiędzy umilało mi pisanie setek mejli, prowadzenie spotkań itd., itp. Absurd. Dobrze, że Marta dziś bardziej ogarniała chłopaków, bo moja cierpliwość, mimo sporadycznych przerw w pracy, z godziny na godzinę stąpała po coraz cieńszym lodzie. Jak zamknąłem wszystkie robocze aplikacje, Outlooka, Skype’a, Teamsy, Excela, czy co tam jeszcze miałem pootwierane, chłopcy już spali. Marta ich położyła.

I znowu tego wieczoru nie odwiedziłem z chłopcami Bastiana, czekającego na nas w Fantazjanie, gdzieś w lśniącym, srebrnym mieście Amarganth, dryfującym po gorzkim jeziorze łez, Murhu…

Zamykając komputer, zauważyłem, że w stojącym na stole wazonie z resztką wiosennych, świątecznych kwiatów jeden z nich usechł już kompletnie. Sięgnąłem po niego i zdałem sobie sprawę, że to ostatni z żonkili z malutkiego, przyblokowego ogródka babci Marysi. Jedyny, który w ogóle w tym roku wzszedł. Marta zerwała go, jak pojechała do tamtego pustego mieszkania po ubranie, w którym mieliśmy babcię pochować. I żeby nakleić na drzwiach do klatki schodowej klepsydrę.

Tymczasem w Indiach przebywający tam turyści, którzy zostali przyłapani przez policję na niestosowaniu się do panujących w tym kraju obostrzeń związanych z epidemią, musieli za karę napisać pięćset razy, że im przykro.

20 kwietnia 2020

Minęło właśnie dokładnie czterdzieści dni od początku naszej domowej samoizolacji. Czterdzieści chyba najbardziej intensywnych dni w moim życiu. Czterdzieści trudnych dni. Dni huśtawki nastrojów, dni czasem bardzo bolesnych, czasem strasznych, a czasem tylko smutnych. Dni nieobojętnych. Dni kwestionowania wewnętrznych zasad i weryfikowania priorytetów. Dni wyrzutów sumienia. Dni sromotnych porażek wychowawczych i przeciwważących je sporadycznych na tym polu sukcesów. Dni skrywanych fobii wyłażących na wierzch. Dni frustracji i zgrzytania zębami. Dni paranoicznego śledzenia przerażających doniesień ze świata. Dni fałszywej nadziei i gorzkiego żalu. Dni niepotrzebnych kłótni. Dni podejmowania nieudanych prób i słomianego zapału. Dni szukania swojego miejsca. Dni jałowych egzystencjalnych przemyśleń. Dni niemego, bezsilnego krzyku. Dni udawania i robienia dobrej miny do złej gry. Dni poznawania samych siebie i testowania własnych granic możliwości.

Po tych czterdziestu dniach zaczynał powoli podpełzać do nas okres nieśmiałej stabilizacji. Czas delikatnego wypłaszczenia sinusoidy, jaka dotychczas kierowała naszymi emocjami. Po cichutku, pomalutku zaczynaliśmy odzyskiwać utraconą równowagę i wracać do jako takiej normalności. Przyzwyczajaliśmy się do nowego status quo świata. Udało nam się też wypracować jakieś wewnętrzne, domowe zasady, aby ta żonglerka obowiązkami zawodowymi, wychowawczymi i szkolnymi, jakoś zaczęła wychodzić. Może jeszcze nie spektakularnie, ani zbyt efektownie, ani nadmiernie efektywnie, ale przynajmniej po prostu właśnie jakoś.

I ten dzień właśnie taki był. Wypłaszczony. Normalny. Jakiś. Praca, szkoła, dom, dzieci, posiłki, zadania domowe, zabawa, obowiązki, relaks, sen. Wszystko w odpowiednich proporcjach. Tylko w nowej konfiguracji i skoncentrowane w jednym punkcie na mapie.

Wyszedłem nawet wieczorem z chłopcami na mały spacer. Ja! Nie Marta. Zazwyczaj to ona ich wyciągała z domu, jak już zaczynało ich roznosić z nadmiaru niespożytej energii, ku mojej wyraźnej dezaprobacie. Ja dotychczas wychodziłem tylko w jakimś konkretnym, jasno określonym celu – po zakupy, odebrać paczkę z paczkomatu albo żeby zanieść coś rodzicom. I zawsze się przy tym potwornie stresowałem. Ręce głęboko w kieszeniach, żeby nie ulegać pokusie dotykania twarzy, maska noszona na długo zanim wprowadzono obowiązek ich noszenia, wszędzie szybko, bez wybrzydzania, rozglądania się, kontemplowania – krótko i na temat. Dziś pierwszy raz od początku zamknięcia wyszedłem w celach sensu stricto rekreacyj­nych, żadnych innych. I jakoś to przeżyłem, kto by pomyślał? Spotkaliśmy na spacerze koleżankę z klasy Krzysia, jego pierwszą miłość, Oliwkę. Była w parku razem z mamą i młodszą siostrą. I my, i one byliśmy tak pozasłaniani maseczkami i kapturami, czapeczkami czy kaskami, że chwilę zajęło, zanim się w ogóle rozpoznaliśmy. Pogadaliśmy raptem z pięć minut, w trakcie których Krzyś zdążył namówić Oliwkę na wyścig – rower (ona) kontra (rolki), który o dziwo miał nawet szansę wygrać, gdyby nie to, że wywalił się na kilka metrów przed ustaloną metą i rozwalił sobie do krwi kolano. Ale zagryzł zęby, wstał, otrzepał się, łzy nie uronił. Pożegnaliśmy się, bo one spacer kończyły, a my dopiero w sumie ledwo zaczęliśmy, i ruszyliśmy dalej na obchód nieodwiedzanego od ponad miesiąca Parku Lilli Wenedy. Na szczęście nie było za dużo ludzi, co łamałoby wprowadzone obostrzenia o zakazie zgromadzeń, ale za to tak co piąty napotkany nie miał na sobie maski. I za każdym razem chodziło tu o młodego, dziarskiego, tak na oko trzydziestoletniego faceta, z pieseczkiem na smyczy i zestawem głośnomówiącym w uchu. Za. Każdym. Razem. Samce alfa – nakazy i zakazy są dla plebsu, nie dla nich. Ale poza tym małym zgrzytem w strukturze społeczeństwa spacer był bardzo przyjemny. Przewietrzył nas.

A kładąc chłopców spać, dowiedziałem się jeszcze, że Bastian postanowił jednak definitywnie nie szukać już drogi powrotnej do świata ludzi. Swojego dawnego świata. W sumie mu się nie dziwię. Nowa rzeczywistość, w jakiej się znalazł, jest pod wieloma względami zdecydowanie ciekawsza.

21 kwietnia 2020

Zaliczam ostry spadek formy.

Wczoraj hossa – dziś bessa. Wczoraj prawie osiągnięcie stanu zen – a dziś, chyba dla równowagi, depresyjny, czarny dół. Ten wczo­rajszy rachunek sumienia z jednej strony dał jakiś taki mały powód do dumy – bo przecież przetrwaliśmy czterdzieści dni w zamknięciu i jakoś udało nam się doszczętnie nie zwariować – ale z drugiej, zdradziecko przywalił prosto w splot słoneczny, wyduszając resztki nagromadzonego w przeponie powietrza, a wraz z nimi pozostałą jeszcze energię do działania, pozytywne myśli, pewność siebie i w ogóle chęć na cokolwiek.

A mówiłem coś o wypłaszczaniu sinusoidy. Tia…

Marta pojechała rano do swojej mamy, żeby odebrać od niej koncentrator tlenu, wypożyczony na początku kwietnia, jak wypisywali babcię Marysię ze szpitala. Trzeba było niebawem oddać, żeby nie płacić za kolejny miesiąc, a poza tym pewnie komuś innemu będzie potrzebny. A ile było zachodu ze zdobyciem tego sprzętu – towaru nomen omen dość deficytowego na rynku w obecnej sytuacji. Marta na rzęsach stawała i obdzwoniła chyba z pół miasta, aż w końcu znalazła jakiegoś gościa, któremu jeszcze został jeden egzemplarz. Pamiętam jej wielką ulgę i radość, jak zamiast standardowego: „Pfff, chyba pani żartuje. Koncentrator tlenu? Teraz? Powodzenia” – usłyszała tym razem: „Tak, mam, kiedy chce Pani odebrać?”. Jakby co najmniej wynegocjowała jakiś intratny biznes z klientem.

Marta zabrała ze sobą Adasia, żeby ułatwić mi pogodzenie pracy zdalnej z nauczaniem domowym Krzysia. Niewiele to dało, niestety. Ani nie popracowałem, ani nie zrealizowaliśmy nawet połowy nadesłanego przez wychowawczynię materiału. Krzyś też miał dziś spadek formy. Na szczęście Marta wróciła około 14.00 i przejęła rolę nauczycielki, dzięki czemu udało mi się nadgonić trochę z robotą.

29 kwietnia 2020

W branży Marty zaczyna się sezon.

Marta jest projektantką ogrodów. Pandemia z początku nieco spowolniła, lub wręcz zatrzymała większość jej działań – no bo przecież projekt ogrodu to temat niemalże luksusowy, a na takich rzeczach teraz się najbardziej oszczędza – ale jej co zamożniejsi klienci, widocznie mający dość gapienia się podczas kwarantanny na wieczny plac budowy, wreszcie chwycili za telefony, odpisali na mejle, przelali pierwsze transze, odmrozili inwestycje. Jednym zdaniem – biznes się z powrotem kręci. Wreszcie wiosna pełną gębą, bo to to co było wcześniej, to wiosny było co najwyżej namiastką nędzną, ugór za oknami nowiutkich hawir coraz bardziej kole w oczy, a zatem: „Pani Marto, działamy!”.

No i Marta działa. Od rana do wieczora w trasie, od klienta do klienta, od budowy do budowy. A ja siedzę sam z dzieciakami w domu, usiłując pogodzić rolę pracownika korporacji z rolami nauczyciela Krzysia i przedszkolanki Adasia. Ale nie spinam się nadmiernie, bo nauczony już ponad czterdziestodniowym doświadczeniem wiem, że tego zwyczajnie nie da się pogodzić. Bo robota, a w niej raporty, sprawozdania, podsumowania, prezentacje, wykresy, szablony, jakoś same się nie zrobią, bo nawet żeby zrobić je na pół gwizdka, na odwal się, to trzeba poświęcić im choć minimum uwagi, tak przynajmniej z czterdzieści procent skupienia – a Krzyś wymaga tego skupienia w procentach stu i kropka, nawet przy niewielkiej dawce nowego materiału. Adaś wymaga mniej atencji, ale prędzej czy później i tak znudzi się wszystkim, co mu podsunę. I tak dryfuję sobie jak dziurawa boja na pełnym morzu, starając się co najwyżej nie pójść na dno. Nie pójść na dno to sukces. Nie pójść na dno to jedyny cel, do którego dziś dążę. Dobrze mieć w życiu jakiś cel.

W dodatku klasa Krzysia robi przedstawienie online. Jakby standardowych lekcji było mało. Wystawiają, przez Google Meet, czy jak się to tam nazywa, wiersz Jana Brzechwy Na straganie. Krzyś ma być Panem Koprem. Przez ostatnie dwa dni mieli nauczyć się swoich ról i przygotować kukiełki, a dziś mają próbę generalną, przed jutrzejszym „spektaklem”. Jak poszło? Dokładnie tak, jak można się tego było spodziewać. Dokładnie.

A w Krakowie spadł wreszcie deszcz. Z dawna oczekiwany, ożywczy, oczyszczający, odświeżający, obmywający wszystko deszcz. Podobno padał też gdzie indziej – i to bardzo dobrze, bo potworna susza, bo płonąca Biebrza, bo kretyni wypalający trawy, bo rekordowo niski stan wód, bo zaraz nie będzie się czym myć ani czego pić – ale w mieście ten deszcz potrzebny był jeszcze z jednego, arcyistotnego powodu…

Dał nam pretekst, żeby siedzieć w domu.

Oto przez najbliższe kilkadziesiąt minut możemy gapić się w szyby i spływające po nich krople, nasłuchiwać odległych grzmotów, patrzyć na kałuże formujące się na chodnikach, a nawet, jeśli będziemy mieć szczęście, na strumienie, płynące tu i ówdzie ulicami, z powodu niedrożnej kanalizacji burzowej. Chyba po raz pierwszy od ponad miesiąca możemy patrzeć na świat opustoszały z powodu innego niż koronawirus. I to nie on trzyma nas teraz w zamknięciu, tylko pospolita, najzwyklejsza w świecie ulewa. To ważne.

A gdy my tak patrzyliśmy sobie na te obmywające nas z kurzu, pyłu, a trochę też i z lęku przed wszechobecnym patogenem, strugi deszczu, Amerykanie podliczyli, że od początku trwania epidemii na chorobę Covid-19 zmarło już więcej ich obywateli, niż zginęło w trakcie wojny w Wietnamie. Konkretnie, ponad pięćdziesiąt osiem i pół tysiąca ludzi.

Dzienniki pandemiczne dostępne są w e-sklepie Instytutu Literatury.

Okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Tomasz Stokowski, Anabioza, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 84

Przypisy

    Powiązane artykuły