28.01.2021

Nowy Napis Co Tydzień #085 / Ludzka bomba – Marta Kozłowska „B.Bomb”

A czym innym, pan będzie łaskaw wyjaśnić, jest wasza B. Bomb? […] z Wikipedii: „bomba biologiczna, w skrócie B.Bomb, rodzaj broni masowego rażenia, w której ładunkiem bojowym są osobniki ludzkie zwane patogenami. B.Bomb może znaleźć zastosowanie podczas ataku na pojedyncze osoby, oddziały wojska, a także ludność cywilną. Broń B. charakteryzuje się niskimi kosztami produkcji i dużą skutecznością. W roli patogenu sprawdzi się każdy osobnik ludzki, a zastosowanie stosunkowo niewielkich modyfikacji kulturowych dodatkowo zwiększa jego zakaźność i moc chorobotwórczą”.

W książce Marty Kozłowskiej znaczenie tytułu zostało wyjaśnione pod sam koniec. Tekst ten szybko daje czytelnikowi poznać swoją przewrotność. Dlatego właśnie postanawiam podjąć konwencję i również rozpocząć nieco od końca. B.Bomb to utwór krótki, ale nieoczywisty. Utwór skondensowany treściowo, ale niezwykle bogaty stylistycznie. Utwór pod każdym względem oryginalny. Motyw bomby nie jest obcy w literaturze. Symbolika tego typu pojawia się choćby u Jonasa Janassona w powieści Analfabetka, która potrafiła liczyć, w której słychać tykanie atomówki. Bomba, najgroźniejsza z broni, często w przekazie artystycznym wpisana jest w satyrę i ocieka sarkazmem lub ironią. Być może chodzi tutaj o pacyfistycznie ukierunkowane próby oswojenia zagrożenia, a być może źródłem są lęki wyparte na obrzeża świadomości. Ludzka bomba natomiast zdaje się być znacznie bardziej przerażająca niż niszczycielskie narzędzie magazynowane w arsenale.

Marta Kozłowska osadza wprawdzie akcję swojej książki w realiach wojennych, aczkolwiek od razu daje się zauważyć, że z tą wojną coś jest nie tak. Działania militarne ograniczają się do pozycji nieustannego czajenia się na przeciwnika. W powietrzu unosi się napięcie, które drażni czytelnika do tego stopnia, że w pewnym momencie zadaje sobie pytanie – kiedy oni w końcu zaczną walczyć? Niepokój jest wręcz nie do zniesienia. Ta dziwna, mroczna stagnacja przenosi jednak środek ciężkości tekstu w rejony uniwersalne. Ludzka bomba może bowiem eksplodować w każdej chwili, ponieważ człowiek jest przecież istotą bardzo niestabilną. Natomiast szczególnie niebezpiecznie wydaje się być tam, gdzie mieszają się sprzeczne wizje świata, gdzie pojawia się fanatyzm religijny, gdzie nie sposób wykorzenić zacietrzewienia i stereotypów. Jest więc B.Bomb powieścią symboliczną, ale jest też tekstem w znacznym stopniu zabarwionym katastroficznie. Jest bogatą w nawiązania mozaiką stylistyczną i tematyczną. Jest piękną demonstracją kunsztownej polszczyzny. Literatura głęboko osadzona w mało oczywistej konwencji groteskowej sprawia, że książka wzbudza zainteresowanie.

MANIERA

Szeroko pojęta warstwa językowa utworu literackiego zawsze – w taki lub inny sposób – oddziałuje na odbiorcę. Są książki, które czyta się wspaniale, są takie, które pochłania się szybko i bezboleśnie, ale nie brak również tych, przez które przebrnąć jest niezwykle ciężko. Na tym polu wszystko zależy od indywidualnych upodobań czytelnika. Pojęcie manieryzmu nie posiada zabarwienia pejoratywnego dla tych, którzy dobrze czują się, obcując z przekazami ozdobnymi, bogatymi, przerysowanymi do granic bizantyjskiego przepychu. Doszukując się maniery językowej w utworze Marty Kozłowskiej, być może nieco przesadzam, ale nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że styl, którym posługuje się pisarka, ma w sobie coś z barokowej koncepcji wyolbrzymiania. Jest to język niezwykle zróżnicowany, ukwiecony, ozdabiany na każdym kroku drobnymi wstawkami metaforycznymi. Narracja dosłownie ocieka semantycznym rozpasaniem. Autorka w bezczelnie doskonały sposób gra konwencją gramatyczną, bawi się frazeologią, żartuje sobie ze składni. I jest w tej swojej pozornie chaotycznej ekspresji bardzo wymagająca, bo przecież zdaje sobie sprawę, że nie każdy odbiorca podejmie wyzwanie. Tekst stawia więc poprzeczkę niezwykle wysoko, ponieważ jest po porostu ambitny – naszpikowany metaforami, wypełniony po brzegi awangardowymi ozdobnikami stylistycznymi, pękający w szwach od najrozmaitszych odniesień i tropów. Aby się w nim odnaleźć, trzeba posiadać wiedzę z różnych płaszczyzn literackich, lingwistycznych i kulturowych, Autorka nie bawi się bowiem w wyjaśnienia. Zamiast tego, trochę w herbertowskim stylu, puszcza do czytelnika oko, mówiąc – jeśli chcesz zrozumieć, o czym prawię, musisz odświeżyć swoją wiedzę albo… douczyć się.

Warto przytoczyć kilka cytatów jako przedsmak tego, co w warstwie językowej dzieje się na kartach utworu:

Kanadyjka pod nim skrzypi, śpiwór jak wieprzowa kiszka, a jasiek tak rzadki, jakby do wsypy dali dmuchawce.

 

Seba osłonił oczy wiatą z dłoni, badał otoczenie z ptasią niepewnością.

 

Nie było wątpliwości w kwestii jego przynależności do słowiańskiego odpowiednika kasty zwanej „przyczepowym proletariatem”.

GROTESKA

Wszelkie formy związane z przerysowaniem i zniekształcaniem elementów świata przedstawionego mają na celu stymulować wyobraźnię odbiorcy w kierunku rozwiązań nieoczywistych. Aczkolwiek, jak na ironię, w utworze B.Bomb skojarzenia zdają się zupełnie klarowne. W moim przekonaniu nie istnieje twórca, który konwencją groteskową posługiwałby się lepiej niż mistrz Bułhakow. Nawiązując więc do jego dzieła życia, pragnę przypomnieć obraz Małgorzaty, która nasmarowana magicznym kremem Azazella, leci na miotle i obserwuje Moskwę tę samą, w której kilka godzin wcześniej rozgrywały się, delikatnie rzecz ujmując, sytuacje dziwne. Tymczasem w książce Marty Kozłowskiej pojawia się motyw lotu… na lisie. Lis z kolei, biorąc pod uwagę zwłaszcza elementy odnoszące się do iluminacji ludzkiego bohatera, zdaje się być żywcem wyjęty z innego arcydzieła literatury światowej  Małego Księcia. Na tym jednak nie koniec, bo oto pojawiają się również dziwne stwory, które stanowią hybrydę rozmaitych gatunków. W koszarach wojskowych dochodzi do zabarwionej zmysłowo relacji „pan i jego paź”, w której panem jest amerykański generał, paziem zaś przaśny i swojski Seba z polskiej prowincji. Z nazwisk znikają litery. Żołnierze noszą przedziwne imiona, a całość zostaje finalnie okraszona popijawą z kolędami i telefonami do  „matuli”. Pomieszanie z poplątaniem? Niekoniecznie, ponieważ zastosowana tutaj konwencja krzywego zwierciadła jest, przy całym swoim ornamentalnym wręcz bogactwie, niezwykle spójna. Nacechowany manierycznie język współpracuje ze specyficzną dramaturgią akcji. Stylistyka rodem z barokowej bawialni podaję rękę charakterystycznej atmosferze napięcia i oczekiwania. Wszystko składa się w jedną całość, która tylko na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie nieuporządkowania. Jeżeli natomiast pokusimy się o interpretację świata przedstawionego w kategoriach próbki społecznej, to dojdziemy do niezwykle głębokich wniosków alegorycznych. Świat zamknięty w koszarach wojskowych. Wojna, która nieustannie wisi w powietrzu, ludzka bomba, natarczywie przypominająca o tym, że może wybuchnąć dosłownie w każdej chwili. Oczekiwanie. Poczucie zagrożenia pełzające wśród kantyn. Niech więc to bogactwo metaforyczne będzie nagrodą dla wszystkich, którzy nieprzychylnym okiem spojrzą na wyolbrzymienia warstwy językowej, bo, choć dla mnie jest to zupełnie niezrozumiałe, przy tym poziomie ekstrawagancji znajdą się zapewne i tacy odbiorcy.

PRZESŁANIE

B.Bomb na płaszczyźnie kreacji bohaterów jest książką przedstawiającą głównie mężczyzn. Nie oznacza to jednak, że wyłącznie mężczyznom jest dedykowana. Należy bowiem zauważyć, iż przez gęste i treściwe warstwy koszarowego, czyli chyba najbardziej rasowego, testosteronu przebijają się nieśmiało sylwetki kobiece. Matki i żony, które zostały w domu, pojawiają się jedynie w rozmowach telefonicznych, w tęsknocie, we wspomnieniu zbliżenia cielesnego, ale nie oznacza to bynajmniej, że są nieme i nieistotne. Szczególne wrażenie robi kontrast harmonii tamtego, pozostawionego poza koszarami świata, z chaosem przedziwnego, pustynnego frontu, który wydobywa z człowieka najbardziej ponure antagonizmy. Nie chcę wysuwać daleko idących wniosków w tej kwestii, ale zestawienie męskości, która wojuje, mąci i wprowadza zamieszanie, z łagodną wizją kobiecości w spokoju panującej nad całą rzeczywistością spoza pseudowojennej farsy, budzi we mnie jednak skojarzenia ideowe. Mężczyzna jako postać tragikomiczna, jako niewolnik popędów i nieustannej potrzeby konfrontacji. Kobieta jako uosobienie równowagi, stabilizacji i spokoju. Ewidentnie coś jest na rzeczy w tym nietypowym zestawieniu. Aczkolwiek nie jest to jedyny punkt, w którym dochodzi do obnażenia konfliktu interesów. Mam w związku z tym nieodparte wrażenie, że autorka chce czytelnika przed czymś ostrzec, że jej celem jest pokazanie odbiorcy jakiegoś istotnego elementu rzeczywistości, który w swojej naturze może okazać się bardzo niebezpieczny. Przede wszystkim demaskuje się tutaj mechanizmy powstawania fanatyzmów religijnych i w zasadzie nie oszczędza się żadnej ze stron. Dlatego właśnie postać młodego, ambitnego prawie-terrorysty przeplata się z kreacjami chłopiąt żywcem wyjętych z ultrakatolickiej polskiej prowincji. Jest to oczywiście obraz drastyczny i głęboko szokujący Ludzkie bomby wybuchają tam, gdzie ścierają się sprzeczności, gdzie fanatyzm wykorzenia umiejętność jasnej oceny sytuacji, gdzie nie ma miejsca na podejście intelektualne, ale jest miejsce na bezmyślną psychozę.

„Seba, Seba. To tego… to kto w końcu wygrał wojnę? My, oni czy był remis?”. Pytanie postawione na końcu utworu zdaje się idealnie podsumowywać ten niezwykle oryginalny przekaz. Jak wiadomo, wojny nikt nie wygrywa, bo ona sama w sobie jest porażką. Paradoks ten rozumieją jedynie osoby światopoglądowo ukierunkowane na pacyfizm. Książka Marty Kozłowskiej zachwyca erudycją językową, uwodzi stylem, wymaga i wciąga. Ale tym, co podoba mi się najbardziej jest fakt, że autorce udało się poruszyć bardzo delikatne przecież kwestie bez używania demagogii i populizmu, bez pustych frazesów o szacunku, bez banału popularnych gierek politycznych toczonych na bazie pojmowania pojęcia tolerancji. Jeśli natomiast weźmiemy pod uwagę symboliczną warstwę tekstu, to bez problemu zauważymy, że wojna ludzko – ludzka toczy się nieustanie, że wszyscy jej doświadczamy, i że każdy z nas może stać się w którymś momencie ładunkiem bądź ofiarą żywej bomby.

Książkę można kupić w e-sklepie Instytutu Literatury.

Marta Kozłowska, B.Bomb, Instytut Literatury i Fundacja Lethe/Animi2, Kraków 2020.

Okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Katarzyna Aksamit, Ludzka bomba – Marta Kozłowska „B.Bomb”, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 85

Przypisy

    Powiązane artykuły