28.01.2021

Nowy Napis Co Tydzień #085 / Serial „Wiedźmin” oczami krytyków i fanów

Opinie krytyków lubią mijać się z opiniami konsumentów kultury, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Uznajemy, że to normalne, choć nie powinniśmy – jeśli krytyk nie pisze tak, by przekonać czytelnika lub widza do swoich racji, po co w ogóle pisze? Co prawda oceny „fachowców” i „odbiorców” nie bywają zbiorami idealnie rozłącznymi i w przypadku Wiedźmina także mają niewielką część wspólną, ale ją uważa się powszechnie za najmniej interesującą, jakby mieściła się w granicach błędu statystycznego. O wiele bardziej interesujące bywały te dobrze znane przypadki, gdy krytyk siłą swego talentu pociągał za sobą widza, jak niegdyś Pauline Kael, Roger Ebert czy nasz nieoceniony Zygmunt Kałużyński. Te czasy należą jednak do przeszłości.

Trzy przytoczone wyżej nazwiska z dawnych czasów przynależą zresztą wyłącznie do porządku przemysłu filmowego z dawnych czasów i jego niegdysiejszego produktu – filmu ocenianego ze względu na walory artystyczne (czyli „wewnętrzne”, cechujące samo dzieło), a nie „zewnętrzną” zdolność wygenerowania założonego zysku. Współczesne seriale z oczywistych powodów chętnie kojarzy się z filmami, a jednak to skojarzenie jest tak błędne, jak to tylko możliwe. Zarówno seriale, jak i filmy opowiadają historię, posługując się „dźwiękowym obrazowaniem ruchomym”, owszem, ale ta jak najbardziej właściwa obserwacja ma zerową wartość informacyjną. Ba, jest gorzej! Ma ona wartość informacyjną ujemną, bo tylko zwodzi na manowce.

 

Skąd to twierdzenie? Z prostej obserwacji. Kino jest wprawdzie wynalazkiem technicznym (skądinąd malarstwo olejne także), a film to dzieło zbiorowe (tylko że są nimi także dzieła malarskie i rzeźbiarskie sygnowane jako „z pracowni artysty”, a architektura tym bardziej), lecz film w pewnym momencie swej historii, i to u jej początków udowodnił, że jego aspiracje do „bycia sztuką” – jakkolwiek definiować sztukę – nie są pozbawione podstaw. Nikogo nie zdumiewa i nie budzi dziś żadnych zastrzeżeń przyznanie mu prawa do posiadania własnej, dziesiątej muzy. Ile tych muz jest i czym się opiekuje każda z nich – to się zmieniało w czasie i nie jest bynajmniej oczywiste, ale jeśli przywołamy dziewięć muz olimpijskich i dodamy do nich „muzę hollywoodzką”, film stanie w jednym szeregu z poezją w całym jej bogactwie, teatrem i dramatem we wszystkich ich odmianach, muzyką, śpiewem i tańcem oraz… astronomią i geometrią, idealnie uzupełniającymi zestaw. Doskonale pasującymi do sztuki filmowej od Meliesa, przez Gwiezdne Wojny, po współczesne produkcje superbohaterskie.

Być może inna dziedzina kiedyś otrzyma – na zasadzie konsensusu – własną jedenastą muzę, ale nic nie wskazuje na to, by miały to być seriale. Próby ich „uartystycznienia” przez przeszczepienie zasad „kina artystycznego” czy też „autorskiego” w rodzaju Miasteczka Twin Peaks i – już w bardzo niewielkiej części – Z Archiwum X pozostały interesującymi, lecz tylko dziwactwami. Osobiście sądzę, że muzy najpierw przygarną do grona swych podopiecznych gry komputerowe, co dla naszego wywodu nie jest bynajmniej bez znaczenia.

*

Krytycy, zbrojni w wiedzę o filmie i w narzędzia krytyki filmowej, stają wobec seriali żałośnie bezradni. Na dobry początek zacznijmy od zawodowca Iana Thomasa Malone’a:

The Witcher might have the least effective world-building of any fantasy show in history, a remarkably bland palette that kills any desire to pay attention.

As the titular Witcher, Henry Cavill does the show no favors. It would be a bit unfair to blame him for the show’s failures, but his lifeless performance doesn’t help. Geralt of Rivia has almost no personality and little is done to endear him to the audience.

The special effects are pretty decent, though any goodwill on that front is squandered by the sets. The color palette is as bland as the writing, moody villages that reek of grey. It’s actually kind of depressing to watch, but not in a way that enhances the narrative

The show does occasionally try for humor, mostly through the traveling bard Jaskier (Joey Batey). Jaskier crafts a song in the second episode that’s probably the most memorable aspect of the show. That sadly represents a rather poor investment in anyone’s time.

The Witcher isn’t an offensively terrible show, just one that manages to do almost nothing right. Fans of fantasy may find something redeemable in a binge, especially this time of the year.

Sapkowski’s excellent source material deserved much better than this underwhelming slog„Światotwórstwo jest w «Wiedźminie» chyba najmniej skuteczne ze wszystkich seriali fantasy w historii, tak bezbarwne, że zabija ochotę na dowiedzenie się czegoś więcej. Henry Cavill jako tytułowy Wiedźmin w niczym serialu nie poprawia. Nie w porządku byłoby winić go za wszystkie wady, ale jego bierna, bezduszna gra nie podnosi jego jakości. Geraltowi z Rivii brakuje osobowości. Nie jest w stanie zdobyć przychylności widzów. Efekty specjalne są całkiem dobre, ale to, czego mogłyby dostarczyć, zmarnowane zostaje przez sposób filmowania. Paleta kolorów jest tak bezbarwna jak scenariusz, wszystkie te nastrojowe wioski w odcieniach szarości. Jest to w gruncie rzeczy przybijające ale nie w sposób, który mógłby wzbogacić opowieść. Serial od czasu do czasu usiłuje być zabawny głównie dzięki wędrownemu bardowi Jaskrowi (Joey Batey). W drugim odcinku Jaskier komponuje balladę, będąc zapewne najjaśniejszym punktem serialu. Przykre, ale nie jest to odpowiednie wynagrodzenie zmarnowanego przy nim czasu. «Wiedźmin» nie jest ewidentnie zły, to raczej serial, w którym popełniono wszystkie możliwe błędy. Fani fantasy znajdą zapewne jakieś smakowite kąski w tej niestrawnej zupie, zwłaszcza o tej porze roku, ale znakomity materiał źródłowy Sapkowskiego domagał się czegoś więcej niż ciągnąca się bez końca nuda”. [Wszystkie przekłady pochodzą od Krzysztofa Sokołowskiego]. Zob.: https://ianthomasmalone.com/2019/12/the-witcher-is-thoroughly-mediocre/ [dostęp: 11.05.2020].[1].

Czyli, w skrócie i w punktach:

1. Serial Wiedźmin cechuje nieefektowne, nie przemawiające do widza światotwórstwo, nie budzące zainteresowania i ochoty, by dowiedzieć się więcej.

2. Henry Cavill zawodzi jako główny bohater. Może to nie tylko jego wina, ale Geraltowi brakuje osobowości, życia i w żaden sposób nie przywiązuje do siebie widza.

3. Jaskier dodaje serialowi humoru. Ballada z drugiego odcinka to najlepsze, co się Wiedźminowi przydarzyło – ale jedna ballada nie zadośćuczyni stracie czasu na jego obejrzenie.

Konkluzja: Wiedźmin nie jest czymś strasznym, fani fantasy być może znajdą coś dla siebie w tej niestrawnej zupie, ale doskonały [chodzi zapewne o jego doskonałość literacką – uwaga KS] materiał źródłowy w postaci książek Sapkowskiego zasługiwał na coś więcej.  

Z kolei recenzent BBC zauważa:

This impatience to get to the big stuff is why The Witcher can often feel like two shows happening at once: the one-man monster-of-the-week episodic adventure, and the big binge-friendly fantasy ensemble epic„Owo niecierpliwe dążenie do włożenia w «Wiedźmina» «czegoś wielkiego» sprawia, ze zbyt często staje się on dwoma serialami w jednym: jednoczenie epizodyczną przygodą typu «wojownik zabija potwora co tydzień» i rozlewną epicką fantasy dla miłośników gatunku-obżartuchów”. Zob.: http://www.bbc.com/culture/story/20191218-netflixs-the-witcher-review-is-it-the-new-game-of-thrones [dostęp: 11.05.2020].[2].

Zwraca więc uwagę na coś jeszcze: na niejednorodność serialu, który w jednej chwili kładzie nacisk na samotnego bohatera zabijającego potwora co tydzień, by w następnej udawać fantasy o kompletnym świecie i szerokich horyzontach. Przy tym ostatnim zarzucie, o udawanie „wielkości”, często pojawia się porównanie z Grą o tron.

I jeszcze jeden szczegół, cytowany za powyższym tekstem, a powtarzający się często w profesjonalnych recenzjach: „What this means in practice is that the early episodes tend to have a strange, stunted, staccato rhythm”„W praktyce oznacza to, że pierwsze odcinki mają dziwny, rwany, jakby kaleki rytm”. Tamże.[3],co oznacza tyle, że serial nie utrzymuje nie tylko jedności stylistycznej, ale także narracyjnej: narracja jest chaotyczna, a przeskoki od wątku do wątku przypadkowe.

W podobny sposób krytykuje się zły film: scenariusz jest do niczego, szczególnie w porównaniu z jakością dzieła adaptowanego; gwiazda zawodzi, bo nie potrafi tchnąć życia w bohatera; scenografia i operatorka nie trzymają standardów. Broni się tylko muzyka, ale to za mało, by warto było marnować czas na pójście do kina.

Nieprzystosowanie krytycznych skalpeli do materii, w której operują, dodatkowo podkreśla ostentacyjne lekceważenie potencjalnego odbiorcy. Stwierdzenie, że „Fans of fantasy may find something redeemable in a binge, especially this time of the year” to w zasadzie coś takiego jak „Może to i dobre dla byle fana fantasy, zwłaszcza o tej porze roku, ale w ogóle bardzo złe”. Co to znaczy? Takie podejście doskonale podsumowała twórczyni serialu, Lauren Schmidt Hissirich, która dowiedziawszy się, że krytyk „Entertainment Weekly” Darren Franich tak się znudził pierwszym odcinkiem, że przeskoczył od razu do piątego zatweetowała:

Who do I care about? 'Professional' critics who watched one episode and skipped ahead? Or REAL fans who watched all eight in one day, and are starting their rewatch?„Kim mam się przejmować? «Zawodowymi» krytykami, oglądającymi jeden odcinek i przeskakującymi dalej? Czy PRAWDZIWYMI fanami, którzy obejrzeli ich osiem i właśnie zaczynają oglądać je powtórnie?”. Zob.: https://www.businessinsider.com/netflixs-the-witcher-is-a-hit-despite-poor-critics-reviews-2019-12?IR=T [dostęp: 11.05.2020].[4] 

Takie podejście, przy całej jego uderzającej werbalnej dobitności, można byłoby uznać za typowe, dobrze znane („co mnie obchodzi krytyka, skoro widzowie walą drzwiami i oknami?”), gdyby nie to, że bardzo łatwo jest wytropić owego modelowego widza z tweetu, PRAWDZIWEGO fana, oglądającego wszystkie odcinki za jednym posiedzeniem i za jednym posiedzeniem oglądającego je znów, od początku.

Apr 25, 2020

Amazing season! Great music, henry cavill is perfect as geralt! story was way too complex and hard to understand and keep track at start as it was too fast paced!„25 kwietnia 2020. Wspaniały sezon! Cudowna muzyka, henry cavill jest bezbłędny jako Geralt. Fabuła jest bardzo skomplikowana, trudna do zrozumienia i i śledzenia od początku, bo jest zbyt szybka.” W cytacie zachowano oryginalną ortografię.[5]

Co czytamy w tej opinii fana, rodem wprost z „Rotten Tomatoes”, przedarłszy się przez meandry jej bardzo niekanonicznych ortografii, interpunkcji i formatu? Wiedźmin dostaje pięć gwiazdek nie tylko za „doskonałego Cavilla” (co można zrozumieć, ostatecznie de gustibus…), ale też za fabułę, która jest „tak bardzo skomplikowana, że trudno ją zrozumieć”. I za akcję („akcja” to mój dopisek, fan nie odróżnia akcji od fabuły) toczącą się o wiele za szybko, by można ją było śledzić. Jakim cudem coś, co byłoby ewidentną wadą każdego dzieła, według fanowskiego odczytania serialu jest zaletą? Odpowiedzi udziela inna fanowska opinia, pochodząca z tego samego źródła.

Apr 24, 2020

There were a few things that were not in the book and a few thing that were in the book and should've been int the first season [...] as a big fan of the witcher books and video games i did like it and it is really cool and fun to see [...]. After all, to get the whole story in the best way, you need to first know the world it takes place„24 kwietnia 2020. Znalazło się kilka szczegółów których nie było w książce [lp., sic! – przyp. aut.] i kilka szczegółów które są w książce i nie powinny zostać pominięte w pierwszym sezonie […] jako wielkiemu fanowi książek o Wiedźminie i gier [serial] podoba mi się, jest fajny, dobrze się ogląda […] Oczywiście żeby go właściwie zrozumieć trzeba najpierw znać świat, w którym się dzieje”. Zob.: https://www.rottentomatoes.com/tv/the_witcher/s01/reviews?type=user [dostęp: 11.05.2020]. W cytacie zachowano oryginalną ortografię.[6].

Czyli: w książkach są rzeczy, których nie ma w serialu, a powinny być, natomiast w serialu są rzeczy, których nie ma w książkach, więc być ich nie powinno, ale jako wielki fan książek i gier mogę powiedzieć, że mi się podobało, bo już wcześniej „poznałem świat”.

Temu fanowi wtóruje inny, wprost z opiniotwórczego Reddita, choć zaczyna jakby z przeciwnego końca:

I’m starting to watch the show and it’s incredible and absolutely amazing. Though I’ve never read or played any of the games or books, so I have no clue what in the world they’re referring to.

Could someone just briefly explain on the story line? Both on the Witcher’s side and on Yennefer and the queen’s daughter side?„Zaczynam oglądać serial jest nieprawdopodobny i absolutnie wspaniały. Chociaż nigdy nie czytałem i nie grałem książek ani gier, więc nie mam żadnego pojęcia, o co chodzi. Czy ktoś mógłby choć krótko objaśnić mi, o co chodzi? Od strony Wiedźmina, a także Yennefer i córki królowej?” https://www.reddit.com/r/netflixwitcher/comments/gclyij/could_someone_explain_the_story_up_until_episode_3/ [dostęp: 11.05.2020][7]

Czyli: „serial jest wspaniały, wprost oszałamiający, ale nie znam książek, nie znam gier, więc nie mam pojęcia, o co chodzi. Czy ktoś może podać mi pomocną dłoń?”.

*

Opinie krytyków lubią mijać się z opiniami konsumentów kultury, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Uznajemy, że to normalne. Ale przykład Wiedźmina, nawet przy pierwszej, z konieczności powierzchownej analizie, ukazuje systemową naturę tej rozbieżności. Niegdyś, w przypadku filmu, obie strony widziały to samo, tylko inaczej oceniały, co widziały. Nawet gdy scenę męskiego siusiania w stanie nieważkości (2001: Odyseja kosmiczna), jedni mieli za przykład fascynującego dokumentalnego realizmu, a drudzy za kiepski dowcip, nawet gdy scena jazdy drezyną ze Stalkera Tarkowskiego (by ograniczyć się do fantastyki) jednych zachwycała hipnotycznym rytmem i wizualną urodą, a innych zwyczajnie nudziła długością, to zawsze była ta sama scena, której przypisywano różne, sprzeczne denominacje. W przypadku Wiedźmina jest inaczej: TYM SAMYM SCENOM PRZYZNAJE SIĘ TE SAME DENOMINACJE. I dla krytyka, i dla fana-widza serial jest chaotyczny, trudno zrozumiały, niespójny do granic śmieszności i momentami tandetny, ale krytycy po ludzku odejmują za to gwiazdki, a widzowie po „fanowskiemu”… dodają. Wydaje się to, oczywiście, absurdalne, ale absurdalne jest tylko przy założeniu, że widzowie i krytycy oglądają ten sam serial. Tymczasem Wiedźmin jest dla nich „ten sam” tylko jeśli wyjąć go ze wszystkich kontekstów i uwarunkowań – jak abstrakt, którym przecież nigdy nie był i nie będzie. Wyłącznie przyzwyczajenia krytyki „wysokooartystycznej” każą oceniać go jako „dzieło” posiadające coś w rodzaju samodzielności.

Inaczej jest z widzami. Oni, po pierwsze, nie tylko nie oceniają serialu Wiedźmin w oderwaniu od książek i gier, lecz już nawet nie potrafią tak go ocenić. Świadczy o tym dobitnie przytoczona wyżej opinia z Reddita: jej autor ewidentne słabości serialu uważa nie za winę serialu, lecz swoją własną. Serial jest wspaniały i zdumiewająco cudowny, ale on do niego nie dorósł, więc proszę, nich ktoś poda pomocną dłoń.

Po drugie i znacznie ważniejsze – krytyka da się kondycjonować marketingiem tylko do pewnych granic, granicami tymi są zaś jego profesjonalna wiedza i umiejętność jej zastosowania w praktyce. Widza, traktowanego jako tabula rasa, można kondycjonować do skutku. Tak więc tam, gdzie dla krytyka istnieje tylko serial, dla fana istnieje aż spełnienie wszczepionych mu marzeń i oczekiwań.

W przypadku Wiedźmina bardzo dokładnie widać, że gra wstępna pod tytułem „serial” odbywa się w całości PRZED SERIALEM WŁAŚCIWYM. Ekspozycja przesunięta została przed dzieło. Producenci Wiedźmina więcej wysiłku (a przynajmniej wysiłku intelektualnego) poświęcili zbudowaniu układu odniesienia dla serialu niż samego obiektu, który w tym układzie obserwuje widz. Troskliwie podkreślano walory książek Sapkowskiego, zbudowano im reklamę i marketing, a następie jeszcze bardziej troskliwie skonstruowano serial z „klocków Lego Sapkowskiego”: każdy odcinek ma swą podstawę w opowiadaniu i/lub fragmencie powieści, ozdobionym ornamentem innych opowiadań i/lub fragmentów powieści; ich wzajemna spójność nie spędzała nikomu snu z powiekRelację z tego procederu można znaleźć tutaj: https://www.spidersweb.pl/rozrywka/2019/12/21/wiedzmin-analiza-sezon-1-fabula-serial-ksiazki/ [dostęp: 11.05.2020].[8].

Zadbano o podkreślenie popularności gier, a następnie dobrano i ucharakteryzowano Henry’ego Cavilla tak, że wyglądał jak Geralt z gier. Co wystarczyło, by widza przestały obchodzić jego żółte szkła kontaktowe, śmieszna peruczka i muskularne ciało… obrośnięte apetyczną warstwą tłuszczyku świadczącą o zamiłowaniu do uciech stołu, z których aktor – w odróżnieniu od bohatera – może korzystać, kiedy chce, a nie „z rzadka jeno”, między potworem i potworem. Obsadę przepytano na okoliczność znajomości „kanonu”, a gdy Cavill przyznał, że namiętnie w Wiedźmina grywa, widz już był „kupiony”. Aktor nie ma przecież grać, ma znać bohatera i mieć do niego stosunek emocjonalny, reszta się nie liczy: ani wspomniany tłuszczyk, ani twarz Geralta, która jest przecież w serialu nie „szkaradna”, lecz tak poczciwa, że można by ją doczepiać pluszowym misiom. A przede wszystkim nie liczą się umiejętności aktorskie.

*

Krytyk, dysponujący zespołem narzędzi do analizy dzieła i umiejętnością ich wykorzystania, wykonuje z konieczności, lepiej czy gorzej, pracę intelektualną. Krytyk szuka cech dzieła, które wedle jego kryteriów czynią je umownie „lepszym” bądź umownie „gorszym”. Dzieło jest dla niego całością do analizy. Serialowy widz – wręcz przeciwnie. Serialowy widz opisaną „grą wstępną” obrany zostaje z możliwości oceny intelektualnej, według kryteriów (jeśli w ogóle je posiada). „Gra wstępna” obliczona jest na ominięcie głowy i trafienie wprost w serce czy raczej, co znacznie lepiej nazywa angielszczyzna, we flaki; „gut-feelings” są wszystkim, reszta niczym. Serial albo odpowiada wytworzonym w procesie gry wstępnej oczekiwaniom widza-fana i wtedy jest dobry, albo im nie odpowiada – i wtedy jest zły. To kondycjonowanie rozciąga się tak szeroko i sięga tak głęboko, że widz-fan raczej sobie przypisze wady dzieła niż dziełu; tylko po to, by nie wyjść z tłumu.

To, co dla krytyka jest początkiem, środkiem i końcem burzliwego, lecz jednego z wielu, związku z Wiedźminem – a zatem odcinki serialu od pierwszego do ósmego – dla fana jest kulminacją, tym, co w przemyśle filmów dla dorosłych nazywa się „money shot”.

Zgoda, nie Wiedźmin jeden podległ takiemu traktowaniu, a wobec filmu stosuje się podobne metody marketingowe. Różnica jest ta, że filmowi nikt nie odbierze tradycji: punktów, czyli dzieł, tworzących układ odniesienia. Jest ich taka obfitość, że każdy może wybrać własne, co krytycy skrzętnie wykorzystują. Konia z rzędem temu, kto pokaże mi takie serialowe punkty odniesienia. Jedna Gra o tron, która w recenzjach Wiedźmina powtarza się jak mantra, to o wiele za mało.

Czy takie punkty odniesienia powstaną? Jeśli czeka nas wyłącznie więcej tego samego – nie, nie powstaną. Niegdyś punkty odniesienia wskazywali – i układ odniesienia tworzyli – krytycy, którym wierzono na tyle, by liczyć się z ich ocenami, kierować się nimi, a co najmniej się z nimi konfrontować. Trzy nazwiska wymieniłem, każdy może dodać do nich własne według uznania. Kiedyś krytycy mieli łatwo: tylko ich opinie docierały do zainteresowanych odbiorców. Dziś rozpowszechnia się KAŻDĄ opinię, a jeśli krytykiem może być każdy, to nie jest nim nikt. Próżnię wypełnia „fan, który obejrzał osiem odcinków jednego dnia i właśnie zaczyna je oglądać po raz drugi”, bo do tego został wstępnie uwarunkowany.

Jeśli się nad tym poważnie zastanowić, jest to trochę przykre. A że kojarzy się z uwarunkowaniem psa Pawłowa, nawet przerażające.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Krzysztof Sokołowski, Serial „Wiedźmin” oczami krytyków i fanów, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 85

Przypisy

    Powiązane artykuły