28.01.2021

Nowy Napis Co Tydzień #085 / Tańcząc ze strachem

Bobrowe kapelusze, białe koszule, czarne płaszcze. Roztańczeni mężczyźni, którzy recytując święte teksty chcieliby wargami sięgnąć niebios. Radość, uniesienie, życie w prostocie. Świat chasydów widziany z boku jest światem pulsująco zachęcającym do wstąpienia weń. Staje się jakby obietnicą: cały dotychczasowy zgiełk może ustąpić, a wszystkie odpowiedzi znajdują się w prostocie życia. Wyznaczone są reguły, zakazy i nakazy, żadnych zbędnych rzeczy. Shulem Deen pokazuje świat chasydów od wewnątrz, a jest to widok, w którym miesza się fascynacja i trwoga, absurd i humor. Nad tym wszystkim dominuje jednak opresja: zakazy i nakazy, które miały wyzwolić, stają się kolejnymi kajdanami. Dla tego, kto ma zbyt dużo pytań, kto próbuje zbudować pomost między zamkniętą społecznością a współczesnym światem, nie ma tu miejsca: musi odejść.

Gdy Shulem Deen pisze książkę Kto odejdzie, już nie wróci, nie ma już pejsów ani długiej brody. Ma za to za sobą rozwód, załamanie nerwowe i pięcioro dzieci, które pozostały we wspólnocie chasydów. Ale przede wszystkim nosi na sobie miano apikojresa: niewierzącego, heretyka, odszczepieńca. Taki człowiek nie może żyć we wspólnocie wiernych. Wydalenie z niej nie jest dla Deena czymś zaskakującym; po części sam się do tego przyczynia, po części spodziewa się go i oczekuje. Nie jest jednak przygotowany na to, co to w rzeczywistości oznacza. Cały dotychczasowy świat zostaje dlań zamknięty, a wszystkie istniejące więzy społeczne i personalne zostają przerwane. Żona mówi: nie znam cię, jesteś mi obcy – wtórują dzieci, a przyjaciele rozmawiają, patrząc ponad głową. Wyrzucony ze świata znanego i wrzucony w świat obcy – oto kim jest apikojres.

Kto odejdzie, już nie wróci rozpoczyna się sceną, gdy Shulem Deen zostaje wezwany przed starszyznę. Oznajmia mu ona, że jestem heretykiem, więc musi odejść. Przez kolejne rozdziały obserwujemy jak doszło do tej sytuacji, którą młody chasyd przyjmuje z walczącymi w nim uczuciami: strachem i ulgą. Kto odejdzie… nie zamienia się w krytykę jakiejkolwiek religii. Jest to raczej portret duchowy młodego człowieka, który nagle z zaskoczeniem odkrywa, że niejako obok niego jest inny świat. Zarazem jest to portret zbiorowości dla większości zamkniętej, żyjącej na uboczu. Shulem Deen nie feruje nazbyt szybko wyroków, raczej zachęca czytelnika do własnych wniosków. Zdaje się w tym mówić, że nie ma wspólnoty idealnej, dopóki nie zostanie ona przyjęta w duchu dobrowolności. Nieustannymi partnerami wewnętrznej drogi, którzy będą pytać o ducha dobrowolności, będą: wspomnienie zmarłego ojca oraz żona Gitta.

 

Czy ja ją kocham?

 

Czytając Kto odejdzie…, na myśl przychodzą książki Buszujący w zbożu J.D. Salingera i Ptasiek Williama Whartona. To jest ten sam styl amerykańskiej literatury, gdzie świat widziany jest z punktu widzenia jednostki zadziwionej bogactwem otaczającego świata. Podobny jest również punkt wyjścia: nastolatek wkraczający w dorosłość. Dla Shulema Deena dorosłość zaczyna się nagle, wraz z wstąpieniem w związek małżeński. Ma wtedy raptem osiemnaście lat, a swoją przyszłą żonę widział ledwo… siedem minut wcześniej. I raczej nie ma tu mowy o miłości od pierwszego wejrzenia. Małżeństwa zawierane są ponad głowami młodych ludzi. Dobieraniem par zajmują się rodzice, a nie jest to prosta sprawa: to cały ciąg powiązań rodzinno-religijno-biznesowych, który ostatecznie zostaje domknięty przez aprobatę głównego rabina społeczności. Duchowy przywódca kojarzy pary nie poprzez znajomość ich samych, ale poprzez cały bagaż historii ich rodów. Fantasmagoryczne swatanie, astralne łączenie żywotów z ducha i kości, ponadzmysłowe postrzeganie charakterów i temperamentów? Dla chasyda wystarczy, że dziewczyna pochodzi z bogobojnej rodziny. Czy musi wiedzieć więcej?

 

Rebe zaaprobował związek. Mówiłem sobie, że jestem zadowolony, że muszę być zadowolony, bo rebe najwyraźniej jest zadowolony. Powiedziałem sobie, że my, zwolennicy rebego, zawsze sobie powtarzamy: rebe troszczy się o nas bardziej niż my sami o siebie. Nasze radosne uroczystości przynoszą mu więcej radości, a smutne – więcej smutku. Wierzyłem w to, powtarzałem wiele razy, i zmusiłem się, by w to wierzyć. Wiedziałem, że tak musi być.

 

Po całej uroczystości zaślubin, Shulem i Gitta zostają wreszcie sami i nie wiedzą, co mają zrobić. Są mężem i żoną, ale dopiero teraz są ze sobą dłużej niż paręnaście minut. Obcy ludzie, którzy nawet nie mogli się na siebie napatrzeć, bo zasady wymagają pełnego skromności opuszczania wzroku. Mają się poznać i to w biblijnym sensie, a ten zakłada pożycie seksualne. Na ten temat młodzi małżonkowie wychowani jedynie na Biblii i Talmudzie niewiele wiedzą. Poezja i mistyka swoją drogą, ale gdy jest zgaszone światło, wybiła już północ, a wszystkie okna są szczelnie zamknięte, trudno o mapę drogową cielesności. Stres, napięcie, frustracja i rozczarowanie. Scena, którą opisuje Shulem Deen jest na przemian zabawna i pogrążająca w czarnych myślach. Wreszcie, po kolejnych próbach, chwilowych kapitulacjach i ponownym dawaniu sobie wsparcia i zachęty, świeżo upieczony pan młody dzwoni w nocy do rabina. Jest trzecia lub czwarta nad ranem, ale rabin podnosi słuchawkę od razu, jakby czekał na telefon. Spokojnie wysłuchuje niepokojów i udziela fachowej instrukcji obsługi. Ta scena – tyleż zabawna, co i niepokojąca – skupia w sobie niczym w soczewce cała rozpiętość problemów Kto odejdzie, już nie wróci.

Czy ja ją kocham? – zastanawia się przez całą książkę Shulem. Kobieta zajmuje się domem, mężczyzna studiowaniem Tory i Talmudu. Odzywają się do siebie bezosobowo, zerkają na siebie ukradkiem. Nie dotykają się na spacerach, nie okazują żadnej czułości. Żona nie jest do kochania, żona jest do spełnienia woli Bożej – będą odpowiadać rabini na kolejne wątpliwości Shulema. Przed trzydziestką państwo Deen mają już pięcioro dzieci i niewiele wiedzą ani o antykoncepcji, ani o planowaniu rodziny. Czy ja ją kocham? – pyta się raz po raz Shulem. Czy Gitta kocha mnie? Na pewno kochają swoje dzieci, ale czy między nimi samymi jest miłość? Raczej układ małżeński, przepisy prawa małżeńskiego, powinności i obowiązki. Na razie to musi wystarczyć, skoro taki jest znany świat i skoro żyją tak wszyscy ludzie wokół.

 

Rozumiem, ale się nie zgadzam

 

Postacią, która przewija się przez karty książki, aby co jakiś czas z niej zniknąć, jest ojciec Shulema. Jest z nim związana rodzinna (a może i społeczna) tajemnica, która z czasem będzie się przed czytelnikiem rozwijać. Tu nie zdradzimy jej pisząc, że senior Deen przybywa do wspólnoty chasydzkiej z własnego wyboru. Ojciec młodość spędził w świecie świeckim, miał za sobą kilkuletnią hippisowską przygodę, eksperymentował z narkotykami. Duchowe poszukiwania pchnęły go w społeczność chasydzką, gdzie przyjął szereg ograniczeń, nakazów, wielogodzinnych modlitw, bo w tym znalazł większą wolność. Jednym z życiowych mott, które Shulem zapamiętał od ojca, było zdanie: „rozumiem, ale się nie zgadzam”. Samo w sobie jest to dla bohatera Kto odejdzie, już nie wróci fascynujące. Co to znaczy, że można rozumieć przeciwstawny pogląd? I czy można się nie zgodzić, zamiast z oburzeniem potępić? Shulem jest wychowany (chyba bardziej przez wspólnotę niż przez rodziców) na ortodoksyjnego chasyda. Inaczej myślący nie powinni znajdować się we wspólnocie wierzących. Sam bierze udział w potępiających sądach wobec swoich rówieśników.

 

Ktoś przemówił. My, jako grupa, nie będziemy tolerować takich czynów, o jakich słyszeliśmy. Każdy z naszych znajomych, którego przyłapiemy z zakazanym urządzeniem, radiem czy przenośnym telewizorem, świeckim czasopismem albo niedozwolonymi kasetami z muzyką, zostanie zawinięty w szal modlitewny i pobity. Zakazane są także kontakty z pewnymi niepożądanymi osobami, znanymi wiarołomcami. Teraz to tylko ostrzeżenie. Następnym razem nie będziemy tak tolerancyjni.

 

Ejnglisz, fuj!

 

Wiedziałem dużo o prawie podatkowym w starożytnym Izraelu, pisze o swojej edukacji Shulem Deen. O przepisach dotyczących dziedziczenia spadku. O tym, jak potraktować woła przeznaczonego na ofiarę w starej świątyni w Jerozolimie. Jak go oskórować, jak oczyścić, jakie mięso należy przeznaczyć dla kapłana i jak spalić tłuszcz zwierzęcia. O sprzedaży posiadłości w Babilonii w V wieku. Ale nie znałem literatury z prawdziwego zdarzenia, słabo mówiłem i pisałem po angielsku, a matematyka była jakimś językiem odległej galaktyki. Nic dziwnego, że encyklopedia – czytana po kryjomu – miała w sobie siłę objawienia.

Deen przedstawia edukację swojej wspólnoty jako całkowicie podporządkowanej religii. Niewiele tu dialogu ze światem. Przeciwnie: uczniowie chodzą na zajęcia świeckich przedmiotów w okrojonych godzinach i powtarzają między sobą, że „ejnglisz, fuj!”. Co się zatem zmienia w młodym chasydzie, że świat zaczyna w nim zwyciężać nad studiowaniem Talmudu? To, co zawsze: za dużo pytań, na które nie tyle nie chciano odpowiadać, co raczej nie pozwalano ich nawet zadawać. Mieliśmy tańczyć w świecie i zadziwić go swoja żarliwą wiarą, a w odległych Stanach Zjednoczonych żyliśmy na wzór ukraińskiego miasteczka z początku XX wieku. Nie zmieniliśmy ubrań, nie zmieniliśmy języka ani zwyczajów i okazaliśmy się skamieliną, podsumowuje Shulem Deen. Wspólnota bohatera stała się zupełnym przeciwieństwem tego ducha, w którym powstała. Chasydzi mieli się wyrwać z pętających przepisów, legalistycznych sekretów. Odrzucić to, co było przestarzałe, teatralne, sztywne. Tam, gdzie była forma i litera, miała być treść i duch. Stawiać serce ponad prawo. Młody chasyd dostrzega sprzeczności, ale wpierw oskarża samego siebie. Jeśli nie dostrzegam w tym płomienia, to dlatego, że sam nie płonę – tłumaczy się przed sobą i czytelnikiem. Z pewnością zaletą Kto odejdzie… jest uczciwie przeprowadzona analiza własnej drogi duchowej, całego tego mozolnego przechodzenia od wątpliwości do wątpliwości. Pospiesznie czytającemu czytelnikowi zwrócę uwagę, aby zapoznał się z ostatnimi stronami, gdzie Shulem ułożył w porządku chronologicznym listę lektur, które były swoistymi kierunkowskazami i oazami w wędrówce po pustyni pytań. Zaskakujący jest i świetny, świetny do wielokrotnego czytania, fragment, w którym przedstawia wewnętrzną pułapkę tkwiącą w postawie zeloty – gorliwego, zapalczywego wyznawcy.

 

Żarliwość kompensuje strach. Przed bitwą w żołnierzach pobudza się szowinistyczną gorączkę – bo jak inaczej można zwalczyć strach przed śmiercią? Religijnym zelotą, który krzyczy, bije i zabija, jest być może nie ten, który jest silny swoją wiarą, ale ten, który obawia się wyzwań, nie jest pewien swoich przekonań i nie ma innego wyjścia, jak wzmocnić je przy werblach bezmyślnego fanatyzmu.

 

Byłem zelotą, aby stać się apikojres, z prześladującego stałem się prześladowanym. Z wiary bez pytań – w wiarę poszukującą zrozumienia. Droga Shulema Deena, która staje się świadectwem ponadkonfesyjnym, to droga każdego uczciwie zastanawiającego się nad relacjami wspólnoty i religii. Nie zmienia się także to uniwersalne pytanie, czy ucieczką przed strachem jest wybór tylko innego strachu?

 

Shulem Deen, Kto odejdzie, już nie wróci, tłum. B. Gadomska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020.

okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Tańcząc ze strachem, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 85

Przypisy

    Powiązane artykuły