11.02.2021

Nowy Napis Co Tydzień #087 / Silva rerum

żyjemy tak płytko że nie możemy napisać autobiograficznej powieści natomiast dziennik prowadzimy starannie z dbałością o najmniejszy bodaj kamyk... Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, „Żyjemy tak płytko”

                                                                                                                                                   

Pisać dziennik to trochę jak fotografować ze sporej odległości. Rzeczywistość daje asumpt, podsuwa ramy, w obrębie których kadruje się i wyostrza pewne fragmenty, zacierając inne z woli lub konieczności. Nie wszystko zmieści się na pierwszym planie. Można pracować nad kontrastem, ale nie przestawi się rekwizytów. Chcąc czuć się wolnym, nie mogłem kłamać, nie kłamałem, i choć nadal nie czuję się wolny, z moich prowadzonych codziennie od ośmiu lat notatek dziennikowych wyjąłem te, pisane podczas pandemii. Pozwoliłem sobie usunąć fragmenty mogące ingerować w prywatność bliskich mi ludzi tak gęsto zaludniających kolejne wpisy. Reszta – pozostaje w formie nieretuszowanej, zgodnie z subiektywną prawdą podglądania.

 

(…)

4 marca 2020, środa

Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem puste sklepowe półki. Ekspedientka kiwa głową:

— Wykupili, wykupili, zaraz wszystko wykupią. Wczoraj jeden wziął cały zapas oleju. Chciałam go zapytać: i po co?

Kamcio mówił, że widział badania WHO – dużo ludzi z tego wychodzi. My tymczasem wychodzimy ze sklepów objuczeni makaronami, kaszami, mąką i olejem. Mam ukryte dwa słoiczki pesto, tuńczyka w puszce i przeciery pomidorowe. Dziś dokupiłem dwa mydła, bo też już stają się towarem deficytowym.

Wygłosiłem wykład o Teofilu Kwiatkowskim, choć miałem wrażenie, że wszystkie artystyczne problemy w obecnej sytuacji jakoś dziwnie zbladły. Mówienie o rozterkach XIX-wiecznych artystów wydało mi się komiczne.

7 marca 2020, czyli już sobota

Po wykładzie brawa, gratulacje i całkiem miłe honorarium; wsiadam do metra, na środku wagonu ustawia się facet:

— Przepraszam państwa, dwa lata temu dowiedziałem się, że mam raka. Przez guza straciłem pracę – odwraca się i pokazuje olbrzymią narośl na tyle czaszki – proszę o pomoc. Przepraszam.

Cisza. Rozgląda się. Cisza. Robi dwa kroki. Cisza. Każdy zerka na niego ukradkiem, ale głównie patrzy w monitory z informacjami.

— Przepraszam państwa, dwa lata temu dowiedziałem się, że mam raka. Przez guza straciłem pracę – odwraca się i pokazuje olbrzymią narośl na tyle czaszki – proszę o pomoc. Przepraszam.

Cisza. Rozgląda się. Cisza. Robi znów ze dwa kroki do przodu i cisza.

— Przepraszam państwa, dwa lata temu dowiedziałem się, że mam raka. Przez guza straciłem pracę – odwraca się i pokazuje olbrzymią narośl na tyle czaszki – proszę o pomoc. Przepraszam.

Na monitorach pojawiają się informacje, że lawinowo rośnie liczba zakażonych koronawirusem, epidemia opanowuje całą Ziemię, ludzie umierają, szpitale są bezradne, statystyki szaleją, w Europie panika.

— Przepraszam państwa, dwa lata temu dowiedziałem się, że mam raka. Przez guza straciłem pracę – odwraca się i pokazu je olbrzymią narośl na tyle czaszki – proszę o pomoc. Przepraszam.

Miałem ochotę wybiec na najbliższej stacji, ale musiałem jechać, wiedząc że jeszcze czekała mnie jedna grupa do oprowadzania. Chodziliśmy po galerii sztuki dawnej, mówiłem im o dziełach, a z tyłu głowy miałem wciąż:

— Przepraszam państwa, dwa lata temu dowiedziałem się, że mam raka. Przez guza straciłem pracę… – i ten gest odwrócenia się z opuszczonymi dłońmi. Biernej prezentacji wyhodowanego nowotworu.

Rok temu dowiedzieliśmy się o chorobie Mamy.

— To miłego dnia, Paweł!

9 marca 2020, poniedziałek

Liczba zakażonych rośnie. Odnotowano kolejne przypadki w Krakowie i Warszawie. Czytam XIX-wieczną książkę o XVIII wieku: „[Księżniczka Orleańska] W miłostkach swoich gorączkowała się wprost nieprawdopodobnie — powiada Saint Simon — i ujawniała swój ognisty temperament, który lubiła podniecać złą lekturą”.

Skłaniam się dziś ku poglądowi, że właśnie tak trzeba żyć.

11 marca 2020, środa

Zrobiłem zajęcia o średniowieczu. Na muzealnym korytarzu spotkałem Wiolę.

— Paweł, mam poczucie, że wszystko się kończy, wszyscy tutaj się ze sobą żegnają. Od jutra zamknięte.

Uśmiechnąłem się bezradnie i, nie mając pomysłu riposty, wycedziłem:

— Dzieła będą na nas cierpliwie czekały.

Z paniami szatniarkami żegnaliśmy się czule, co najmniej jakbym szedł na front. Rzeczywiście, wisi w powietrzu coś mocno dekadenckiego. Mam wrażenie, jakby wybuchła wojna – coś, o czym tyle się czytało, nagle się dzieje i zupełnie nie ma schematu, jak sobie z tym radzić. Co robić?

Półki w sklepach puste.

Wychodzi zza chmur słońce, panie w piekarni obsługują jak zawsze, śpiewa jakiś zbłąkany ptaszek. Wieje mocno, słucham Józefa Władysława Krogulskiego, parzę herbatę, mówię do roślin.

Noc

Dziwny moment. Chcemy podbijać obce planety, przeszczepiamy serca, wymyśliliśmy orkiestrę symfoniczną, a potknęliśmy się na jakimś wirusie. Przyszedł Paweł od Sz. i niemal od drzwi zaczął mnie namawiać, żebym uciekał do Jeleniej Góry.

— Jedź do domu, póki możesz.

Żachnąłem się, bo mam już po kokardę tej paniki:

— Ale tu jest teraz mój dom.

(Później się śmiałem z tego mojego patosu. Była to kwestia jak z filmu wojennego).

— Jutro zamkną Warszawę – powiedział, ewidentnie też mu się ten heroiczny ton filmowy udzielił – zrobią strefę zapowietrzoną, nikt nie wyjedzie, nikt nie wjedzie. Zaraz po pracy uciekam do Lublina i tobie też radzę.

Ciekawe, jak bardzo z braku własnych doświadczeń, zaczynamy kalkować cudze gesty.

12 marca 2020, czwartek

Na tej półce stały kiedyś kolorowe szpalery mydeł i mydełek wszelkiego autoramentu. Teraz leży tylko cieniutka warstwa kurzu i odciski coraz to innych palców. Obok regału stoi moja profesorka, a kiedy jej się kłaniam, spuszcza wzrok dziewczęco:

— Nie poznałam pana, panie Pawle, przepraszam, w te trudne czasy.

14 marca 2020, sobota

Mieliśmy dziś świętować urodziny Grzegorza, ale oczywiście nikt z domu się nie ruszy. Strach wyściubić nosa, zresztą apelują urbi et orbi, żeby nie wychodzić ani na krok poza własne ściany. Myślę, że ta „pandemia” nauczy nas oswajania się z niesprawczością i zawiesi na chwilę fetysz produktywności. Są zatem plusy, choć chyba nieproporcjonalne.

15 marca 2020, niedziela

Rano dowiaduję się kolejnych straszności. Jem wspaniałe śniadanie, dogadzam sobie pysznościami, używam najlepszych sztućców i porcelan. Czytam, jak to Szostakowicz – który występując na I Kon­kursie Chopinowskim nabawił się zapalenia ślepej kiszki – zwierzył się Meyerowi:

— Wiem, że Panu, jako Polakowi, będzie przykro, ale nie za bardzo lubię Chopina.

Iwaszkiewicz gościł wtedy Szostakowicza, zazdroszczę – pomyślałem, ale później doczytałem i uznałem, że wiele rzeczy jest ciekawszych w literaturze niż w życiu.

Zdanie „był u mnie Szostakowicz” może być rozkoszniejsze w zapisie niż w rzeczywistości.

Tak czy inaczej, od I Symfonii uwielbiam go za to makabryczne poczucie humoru i dziwi mnie, że za Chopinem nie przepadał, bo późne opusy naszego rodaka skrzą się często bardzo podobnym, wariackim śmiechem rezygnacji, kpiną z własnego heroizmu, plajtą muzycznego frazesu, poddania wobec losu. I chyba tylko oni dwaj zdobyli się na taki krok. Czy furiacki efekciarz Beethoven mógłby zakpić z własnej frazy? Zdziwiłbym się.

(…)

22 marca 2020, niedziela

Części telefonów po prostu nie odbieram. Nie mam ochoty słuchać i mówić o panice, recytować tych samych frazesów czy konwencjonalnych pocieszeń. Nawet „dbaj o sobie, uważaj na siebie” się wyświechtało i drażni. Wiele słów przestało działać przez zużycie. Nie można mieć im tego za złe, oczywista kolej rzeczy.

Bogu dzięki, rozmowy z Dororką dają mi to bezcenne, kruche poczucie normalności, zupełnie jakby świat zatoczył pętlę i wrócił do status quo, w którym można śmiać się z historyjek z dzieciństwa, narzekać na wąskie marginesy w nowych książkach i opowiadać o fascynacji św. Tomaszem z Akwinu.

Przez moment zapomina się o strachu, i tym zapominaniem się wygrywa.

23 marca 2020, poniedziałek

Przy wejściu do Biedronki stoi granatowo umundurowana ochroniarka, licząca wychodzących:

— Dwie osoby mogą wejść!

Weszli. Wyszła trójka

— Trzy osoby mogą do środka!

Jak powiedziałem jej „dzień dobry”, to się zdziwiła, bo nikt się do nikogo nie odzywa z przezorności lub braku potrzeby zachowywania konwenansu. Stan wyjątkowy się udziela. Towary w większości raczej na półkach leżą, zamrażarki puste. Dorwałem kawałek mrożonej ryby – kolejnej do mojej prywatnej kolekcji mrożonych filetów dorsza.

Dmuchanie na zimne.

Wracałem przez wiosenne słońce marząc o Schönbergu i herbacie z imbirem. Zatelefonowałem do Zosi.

— Ja się najbardziej boję, co będzie po…

— Co masz na myśli?

— Że już nie będę chciała kawiarni, prosecco, ekologicznych butów… że całe to odzyskane status quo będzie śmiesznie miałkie po tym, co przeszliśmy, co przechodzimy. Jacy będziemy?

Wstawiłem do gotowania kaszę.

— Ale Zosiu, wreszcie będziemy mieli jakieś jednoczące doświadczenie pokoleniowe*.

Śliczne słońce ukosem na mrozie. Przez całą zimę nie było śniegu, wczoraj prószył, co piszę z przyjemnością, bo słowo „prószył” kojarzy mi się z klawesynem. Kiedyś długo zastanawiałem się, jak określić dźwięk tego instrumentu, aż wreszcie znalazłem – klawesyn prószy.

*Z faktu posiadania tego „wspólnego doświadczenia pokoleniowego” nie wyciągałbym jednak jakichś zbyt daleko idących wniosków.

24 marca 2020, wtorek

Noc

To zaskakujące, że z taką ufną skwapliwością gromadzimy w głowie arcydzieła, jak polisę na czarną godzinę. Ile razy naiwnie myślałem, że w najtragiczniejszym momencie będzie mi podporą to czy inne dzieło, a później okazały się one równie bezbronne, co ja. Miałem im to za złe, choć bez wątpienia stawały się przez to bardziej ludzkie.

Muzyki klasycznej już prawie nie słucham, tylko jazz.

 

(…)

29 marca 2020, niedziela

Urodziny mamy

Budzę się w słońcu, w dobrym humorze. Nagle telefon się rozdzwania raz za razem.

— Penderecki nie żyje.

— Penderecki umarł.

— Penderecki zmarł – to ci znający mnie mniej, bo nie wiedzą, że tego słowa nie cierpię. „Zmarł” brzmi prostacko, w „umarł” jest duma rzeczy ostatecznych.

Tak czy inaczej, nie dbając pewnie o słowo, zszedł z tego świata (też niedobra metafora, bo jakby w dół) spory kompozytor, zresztą – w rocznicę śmierci Szymanowskiego. Dołączył jeden do drugiego. A ironia losu w tym taka, że na pewno zamyślił sobie wielki pogrzeb z delegacjami, hołdami, chórami i transmisją telewizyjną, a w tych okolicznościach – nic z tego.

Noc

Przypomniało mi się podsłuchane kiedyś w pociągu podmiejskim zdanie:

— Stypę zrobią w Wesołej.

Pomyślałem wtedy, że czas potrafi wyśmiać miejsca okrutnie.

30 marca 2020, poniedziałek

Forsycje żółte aż świecą.

Zmuszony brakiem chleba, wyściubiłem z mieszkania nos. Na twarz założyłem flizelinową maseczkę, na dłonie gumowe rękawiczki, opatuliłem się szalikiem i płaszczem tak szczelnie, że żaden wścibski mikrob się nie przeciśnie. W sklepie na szczęście było pusto, półki pełne.

Zgarniałem do koszyka prędko wszystko co najpotrzebniejsze. Kasjerka spojrzała na mnie z ironią:

— Niech się pan tak nie śpieszy… – i miała do tej ironii smutne prawo, bo przecież ja tam zajrzę raz w tygodniu na kilka minut, a ona osiem godzin dziennie stoi za kasą. Wstyd mi było mojego pośpiechu, mojej przezorności maskowo-rękawiczkowej. Zapłaciłem i położywszy uszy po sobie wyszedłem.

Niebo było miękkie i szerokie ze śliczną różowawą chmurką jak u klasycystów.

1 kwietnia 2020, środa

Smutno. Bardzo smutno. Ciągle słyszę opowieści o wynoszeniu ciał w workach i ich „utylizacji”. Tak się teraz mówi – utylizacja zwłok zakażonych.

Później dowiaduję się, że na trzecim piętrze pękła rura. Drugie piętro zalane, że aż na pierwsze kapie. Parter – suchy. I nie wiem, czy mam się pakować. Dokąd?

Jutro będą rozpruwać kafle w łazience. Wymiana rur.

No tak, bo przecież epidemia nie unieważnia wszystkich drobnostek codziennych. Ludzie mają sraczki, pryszcze i rozwody, pękają rury, psują się pralki, palą żelazka, ktoś dalej ma raka, ktoś inny nie.

(…)

3 kwietnia 2020, piątek

Przez cały sen pachnie Wisłą. Mówię sobie: pachnie Wisłą – i od tego czuję zapach jeszcze bardziej. Budzę się, sprawdzam czy działa.

Nie działa.

Przed Biedronką kolejka. Każdy następny dołącza, przystaje w odstępie, ogonek się wydłuża, zawija. Stoimy, cisza. Trochę słońca, żółte łebki forsycji, stanie, oglądanie się na siebie w milczeniu. Wiatr. Cisza. Nagle upadł rower umocowany pod znakiem. Wszyscy odwracają głowy, myślę – zawsze jakaś atrakcja.

Zresztą ładnie wyglądał tak przewrócony, zaplątany w jakiś kabel.

Za chwilę mężczyzna wychodzi ze sklepu, zerka na swój pojazd i do całej kolejki z pretensją:

— To wyście, kurwa, nie widzieli, że upadł?!

4 kwietnia 2020, sobota

Noc

Opatuliłem się w koc, wymościłem na podłodze legowisko i czytałem św. Tomasza z Akwinu. Sprawił mi niemałą przyjemność, dowodząc przekonująco, że dusza ludzka jest niezniszczalna. „Otóż umysł ze swojej natury wznosi się całkowicie ponad materię: świadczy o tym jego działanie, nie poznajemy nim bowiem niczego, jeśli nie oddzielimy tego od materii. Zatem umysł jest ze swojej natury niezniszczalny”.

(…)

8 kwietnia 2020, środa

XII Sonata, okna otworzone, słońce śliczne, pachnie nawet Wisłą. Co chwilę Mozarta zagłusza radiowóz i megafonowe bełkoty:

— Awraw-sz-rbamsz-do-do-urszmba-odjazd-nonono-każda-okazja-brszmrr-zgromadzenie-yyyyrtd-yyytsrt.

— Bo jednak im dłużej to będzie trwało, tym bardziej historycznym wydarzeniem – mówi później Dziadek z lekką chrypką – Z pewnej perspektywy taki miesiąc zamknięcia, czy nawet dwa, wyda się nieistotny. Gdybyśmy siedzieli pół roku, rok – nie daj Boże – to już historia może odnotować. Mamy szanse na zapisanie się w historii.

 

Noc

Słuchałem – po dłuższej przerwie – Pensieri notturni Bacewiczówny – znów wydały mi się barwowo ciekawe, ale coś nie tak z dramaturgią. Wiotkość, dowcip, owszem, ale to rozrzucone odlegle inwencje, świecące punkciki nie składające się w jakaś konstelację. Lutosławski kiedyś o niej powiedział:

— Słonawe harmonie.

To czuć dopiero w genialnym VII Kwartecie. Od czasów Bartóka chyba niewielu kompozytorów coś nowego powiedziało w kwestii faktury kwartetowej, a tu arcysubtelny sonoryzm pokazujący całą imponującą skalę wyrazowych możliwości tej techniki i do tego moje skojarzenie z nocnym chodzeniem przez letni Wrocław, kwitnące drzewa, bruk, Krucza, Powstańców Śląskich, powroty pod lipami od Dororki. Za każdym razem słuchałem wtedy tego kwartetu i się to zrosło w pamięci.

Pensieri notturni Bacewicz napisała w 1961 roku – aż sprawdziłem dla pewności – to wtedy, kiedy Penderecki Tren – ofiarom Hiroszimy. Trudo mi było zmieścić w tej samej dacie tak różne utwory, choć to nie pierwsze takie zaskoczenie.

Czas bywa dla sztuki pojemny.

 

Dzienniki pandemiczne dostępne są w e-sklepie Instytutu Literatury.

Okładka ksiązki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Paweł Bień, Silva rerum, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 87

Przypisy

    Powiązane artykuły