18.02.2021

Nowy Napis Co Tydzień #088 / Hermetyczność pod kontrolą. O „Wierszach wybranych” Wojciecha Bonowicza

Jako że poezja ta w wielu miejscach opiera się na niedopowiedzeniu, wszelki komentarz krytyczny, który ex cathedra chce „dopowiadać”, może okazać się naddatkiem wysoce wątpliwym, wręcz zbytecznym. Postanowiłem jednak napisać ten tekst, choćby dlatego, że Bonowicz bardzo często bywa pomijany przez młodą krytykę literacką. Piotr Śliwiński w rekomendacji na tylnej stronie okładki pisze o nim jako o twórcy „niesuflującym najczęściej aprobowanym dziś dykcjom”. Blurb jak najbardziej trafny – nie przypominam sobie, aby krakowski poeta kiedykolwiek podłączał się pod modny i rozpieszczany w ostatnich latach nurt zaangażowania; nie przypominam sobie też żadnych jego flirtów z awangardą spod znaku Rybickiego czy Sosnowskiego. Rzecz jasna da się zauważyć pewne naleciałości ze Świetlickiego, ale nie są one na tyle widoczne, aby mówić o jakiejkolwiek formie epigonizmu.

Warto dodać na marginesie, że rok urodzenia Bonowicza to 1967, podobnie jak Adama Wiedemanna, Miłosza Biedrzyckiego i Marcina Sendeckiego, a jednak jeśli między trzema ostatnimi poetami można wskazać pewne zależności, to metoda autora Pełnego morza w ogóle do nich nie przystaje (można ewentualnie rozważyć podobieństwo do „wczesnego” Sendeckiego, ale to też z pewnymi zastrzeżeniami). Myślę, że Wojciechowi Bonowiczowi udało się wyrobić swój własny idiolekt poetycki, co wcale nie jest proste przy takim zróżnicowaniu czy też rozproszeniu, jakie zachodzi we współczesnej liryce. Innymi słowy, mamy do czynienia z twórcą ukształtowanym już od momentu debiutu (Wybór większości, 1995), świadomym warsztatu i tego, co chce powiedzieć czytelnikowi. Książka prezentująca przekrojowo dorobek krakowskiego poety pozwala prześledzić ewolucję tego twórcy na przestrzeni lat, a także umożliwia wskazanie najważniejszych punktów jego poetyckiego programu: wiara w Boga w świecie pozbawionym odczuć metafizycznych (nie zawsze w rozumieniu ortodoksyjnokatolickim), autotematyzm/metaliteratura, epifanijna struktura rzeczywistości, minimalizm wynikający z pokory. W dalszej części tekstu postaram się rozwinąć te – na razie skrótowo podane – punkty.

*

Jako że najwięcej do powiedzenia na temat literatury mają zawsze pisarze, a nie krytycy, warto zacząć od tego, jak sam Bonowicz postrzega własną twórczość. W jednym z wywiadów stwierdził:

Staram się, aby słowa w moich wierszach odetchnęły. Może nie mają u mnie takiej frajdy, jak u innych poetów, ale przynajmniej nie czują się wykorzystywaneCyt. za: https://culture.pl/pl/tworca/wojciech-bonowicz [dostęp: 24.11.2020].[1].

Czyżby prztyczek wymierzony w stronę osób eksperymentujących z formą? Bez wątpienia. Przede wszystkim jednak jest to niebywale trafna autodiagnoza. U autora Polskich znaków raczej nie zaobserwujemy ekwilibrystyki językowej na pograniczu hermetyzmu – teksty są przemyślane, skupione wokół konkretnego wycinka rzeczywistości; rzadko ulegają rozwarstwieniu/rozgałęzieniu na wzór palimpsestowy. Cechuje je lapidarność, skrót myślowy oraz kolażowa fragmentaryczność, choć zdarzają się wiersze dłuższe, o zacięciu narracyjnym, dużo bardziej przejrzyste i nie stawiające większego oporu przy lekturze.

Co ciekawe, Bonowicz wypowiada się na temat formalnej strony dzieła nie tylko w wywiadach, ale przede wszystkim czyni to poprzez wiersz. Gdyby policzyć teksty orbitujące wokół autotematyzmu/metaliteratury, zbierze się całkiem pokaźna liczba. Poetyckie rozważania Bonowicza w tej kwestii są jednak dalekie od akademizmu, tak więc nawet osoby niezwiązane zawodowo z literaturą, a zainteresowane tym tematem, mogą o meandrach procesu twórczego co nieco się dowiedzieć. Choćby taki fragment:

Wiersz nie jest stroną
w sporze. Jest stroną
w książce. Wiersz kłamie
i tłumaczy kłamcę. W wierszu
to co nieprawdopodobne
twardnieje i przechodzi
na stronę prawdy.

(Punkty do programu)

Jak to bywa przy zagadnieniach metaliterackich, nie obejdzie się bez odrobiny deklaratywności („wiersz nie jest stroną w sporze”). Podmiot odcina się tutaj od konieczności stawania po którejś ze stron politycznej czy ideologicznej barykady. Oczywiście zdarzają się w Wierszach wybranych teksty sugerujące zaplecze ideowe autora, lecz jest ich naprawdę znikoma liczba; zresztą nigdy nie ocierają się o brukową publicystykę, za co chwała Bonowiczowi. Co do konceptu zestawiającego „stronę w sporze” ze „stroną w książce”, nie jestem do końca przekonany, jako że jest to zbyt proste, wręcz nachalnie narzucające się skojarzenie. Później jest już zdecydowanie ciekawiej: „Wiersz kłamie i tłumaczy kłamcę”. Cóż, trudno wymagać od wiersza współczesnego zobowiązań etycznych. Na końcu zaś czytamy: „to co nieprawdopodobne / twardnieje i przechodzi / na stronę prawdy”. Tutaj z kolei poddana w wątpliwość zostaje epistemologia poezji. Ostatecznie widzę to tak: podmiot zaczyna od dosyć jednoznacznej deklaracji, by w dalszych partiach wiersza zasugerować „niestałość” poezji, jej nieledwie proteuszową naturę.

W innym miejscu Bonowicz pisze: „Każda definicja jest ucieczką od definicji. I każda ucieczka jest nową definicją” (Od siebie). Błyskotliwe zapętlenie nie służy jedynie efektownym popisom, gdyż celnie obrazuje kłopoty przy próbach powiedzenia czegokolwiek sensownego o istocie poezji (choć wiadomo – można ten bon mot zastosować do wielu innych dziedzin). Właśnie w powyższych, cytowanych przeze mnie wyimkach, zaznacza się umiejętność poety do budowania treściowo pojemnych sformułowań, podanych dodatkowo w atrakcyjny sposób. Spójrzmy na inny przykład (wiersz cytuję w całości):

Od kilku lat przyjście poezji
nie ma nic wspólnego z natchnieniem.

To nie duch tchnie
to raczej ziemia woła.

A woła tym głośniej im bardziej
spodziewałeś się czegoś innego.

(Z dyskusji zamkniętej)

Zastanawia mnie, na ile jest to fragment autentycznej dyskusji, a na ile Bonowicz zmyślił całą tę historię. Tak czy inaczej, wszystko jest tutaj na właściwym miejscu. Zaczyna się od banalnego wręcz stwierdzenia (mało kto traktuje dziś poważnie kategorię natchnienia), by w drugiej cząstce wiersza mogło zrobić się ciekawiej i by dało się dookreślić, co właściwie jest najbardziej autentycznym źródłem pisania. Frazę „ziemia woła” rozumiem dwojako: jako głos umarłych skierowany do twórcy, ale też jako głos napomnienia, swoiste memento mori. Z kolei na trzeci fragment składa się błyskotliwa puenta, zbudowana na zasadzie proporcjonalności („woła tym głośniej im bardziej / spodziewałeś się czegoś innego”). Niby zwyczajny, zwięzły liryk, a da się parę kwestii technicznych zaobserwować. Wydaje mi się, że mimo wszystko Bonowicz bywa najciekawszy tam, gdzie ze sfery rozważań metaliterackich przechodzi na poziom autotematyzmu, czyli zaczyna pisać o własnych zmaganiach z formą. Mam na myśli chociażby fragment:

Zasłaniam ręką kartkę
nie chcę żeby widzieli mnie
rozebranego

jak tańczę
jak powoli
wydobywam się z grobu.

(Pokój)

Pisanie jako taniec? Myśl nie bez przyczyny kojarzy się ze Świetlickim, któremu Bonowicz pozostaje zresztą dłużny (najbardziej widoczne jest to przy „wierszach z koncertów”, ale o nich wspomnę później). Jeśli jednak Świetlickiemu zdarza się być egotycznym, to u jego młodszego kolegi po piórze pisanie o sobie zawsze pozostaje wychylone w stronę innych ludzi. Nie inaczej sprawa się ma w przywołanym przeze mnie wierszu z tomu Echa. Poeta pracuje w samotności, podczas gdy w każdej chwili ktoś może wejść do pokoju i zakłócić jego intymność, choć nie jestem pewien, czy słowo „zakłócić” nie jest nazbyt jednoznacznie wartościującym określeniem. Prawdopodobnie opisany w Pokoju proces zmartwychwstania dokonuje się wyłącznie poprzez nadejście kogoś z zewnątrz. Albo inna jeszcze myśl: tylko to, co przeczytane (a nie tylko napisane), zyskuje rzeczywistą wartość. Szaleństwem byłoby stwierdzenie, że piszemy wyłącznie dla samych siebie i na własny użytek.

*

Zanim przejdę do kolejnych kwestii dotyczących warsztatu poetyckiego Bonowicza, chciałbym dodać, że mimo bystrych sformułowań, autotematyzm/metaliteratura w jego wykonaniu nie są szczególnie oryginalne i wpisują się w nurt dosyć tradycyjnego pojmowania zadań literatury. Z drugiej strony wątpię, aby autorowi Pełnego morza zależało na dążeniu do oryginalności (w takim stopniu, w jakim zależało choćby Witoldowi Wirpszy), jeśli taka w ogóle jest możliwa. Odrzucenie kategorii natchnienia? Pisanie jako czynność zawstydzająca, wręcz ekshibicjonistyczna? Takie sugestie pojawiały się niejednokrotnie. Innymi słowy – wartość tej poezji leży gdzie indziej – objawia się ona poprzez minimalizm, czyli umiejętny dobór środków oraz umiejętne ich rozłożenie w przestrzeni wiersza. Ascetyczność tej liryki nie ma zbyt wiele wspólnego z modelami minimalizmu wypracowanymi przez Miłobędzką, choć, jak wspomniałem we wstępie, może być kojarzona z pierwszymi tomami Sendeckiego. Bonowicz nigdy jednak nie poszedł tak daleko, jak jego rówieśnik (czytelnicy poezji pamiętają z pewnością karkołomne, nierzadko skądinąd udane, dekonstrukcje brzmieniowe spod znaku Pół czy Farszu). Ponownie skorzystam przy tej okazji z rozpoznań Piotra Śliwińskiego, który w swoim blurbie wiersz krakowskiego poety scharakteryzował tak: „Mieści się w środku ciągle żywego pośród czytelników pojęcia liryki jako mowy trochę innej, niecodziennej, a zarazem zbytnio nie udziwnionej”. Kwestia hermetyzmu zostaje poruszona przez samego poetę w utworze zatytułowanym Noc. Poniżej zamieszczam fragment:

Siedzisz w kącie kamienia
zwinięty
jak kartka papieru.
Bezbronny pogodzony
nie oddychasz.
Wiersz
nie pozwala. [...]

W końcu wiersz
otworzy się. Kamień
wypuści cię: kartkę papieru
która zacznie oddychać.


(Noc)

W przywołanym passusie nie ma ani jednego zbędnego słowa – minimalizm bowiem oznacza nie tylko pisanie niewielkich objętościowo wierszy, ale dotyczy też wierszy dłuższych, co do których zastosowana została zasada językowej ekonomii: jeśli w pierwszej części pojawiają się epitety, to już w drugiej (stanowiącej zakończenie całości) ich brakuje. Bonowicz posiada dodatkowo tę zdolność, że u niego nawet banalny rym „się – cię” brzmi wiarygodnie. Rzecz jasna mogą pojawić się zarzuty, wynikające z przekonania, iż literatura tego typu jest zbyt „bezpieczna”. Być może po części malkontenci mieliby rację; zresztą sam jestem fanem pisania mniej ostrożnego, jednak mimo wszystko rozumiem i szanuję metodę Bonowicza: napisać tyle, ile konieczne w danej chwili. Tak zresztą wybrzmiewa puenta wiersza z tomu Polskie znaki:

Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele.
Wyobraź sobie
dokładnie tyle.

(Co można, co nie można)

Jako krytyk – a raczej okazjonalny recenzent książek – do słowa „tyle” dopisuję drugą część konstrukcji składniowej, czyli „ile”. Bonowicz natomiast eliptycznie ucina końcówkę, dzięki czemu zyskuje czysto poetycki, zaskakujący efekt. Puenta jest zresztą mocną stroną pisarstwa autora Hurtowni ran. Inny przykład – tym razem z późniejszego tomu Echa z 2013 roku:

Ilu ludzi zginęło w Oświęcimiu?”,
spytała pani.

Skuliłem się i modliłem w duchu
żeby było ich
jak najmniej.

(Pierwsza lekcja)

Jako że autor pochodzi z Oświęcimia (tu polecam szczególnie Świąteczne popołudnie, w omawianym zbiorze na stronie 117), tematyka Zagłady musiała, prędzej czy później, pojawić się w jego wierszach. I jeśli Grzegorz Kwiatkowski poprzez poezję uczynił z Holocaustu kiczowatą arenę śmierci, to Bonowicz umie we właściwym miejscu powiedzieć „stop”. Dzięki temu zakończenie wybrzmiewa mocniej, celniej niż u Kwiatkowskiego. Nawet tytuł został dobrany z rozmysłem, bowiem „pierwsza lekcja” nie zaczyna się od nauki alfabetu czy cyfr; na samym początku zadaje się bowiem pytanie o liczbę ofiar. Interesująco ujął to Marcin Baran:

I w tym krajobrazie – jak z czarno-białych filmów Bergmana czy Tarkowskiego – żyją-bawią-się-idą-ku-śmierci dzieci, które są jak dorośli oraz dorośli, którzy cokolwiek przypominają dzieci. I jeśli dodać do tych składników poetyckiego obrazu echa Oświęcimia (rozumianego jako KL Auschwitz) – to ten tom staje się książką nadzwyczaj „wojenną” czy „okołowojenną”Cyt. za: https://culture.pl/pl/tworca/wojciech-bonowicz [dostęp: 25.11.2020].[2].

Filmowe odniesienia są tutaj jak najbardziej na miejscu, gdyż ta minimalistyczna liryka często posługuje się monochromatyczną paletą barw. Warto odnotować, że Biuro Literackie wydało niegdyś Bonowiczowi dwa podwójne tomy z adekwatną oprawą graficzną – mowa o czarno-białych rysunkach ilustrujących książki Wybór większości i Wiersze z okolic (2007) oraz Hurtownia ran i Wiersze ludowe (2007). Książka, jak wiadomo, to także estetyczny przedmiot.

*

Przy uwagach na temat minimalizmu u Bonowicza warto postawić pytanie, w jakim stopniu powściągliwość ideowa i językowa wiąże się z jego wiarą w osobowego Boga. Myślę, że pokora wynikająca z postawy religijnej ma tu pewne znaczenie. Bonowicz bowiem rozpatruje otaczającą go rzeczywistość na sposób epifanijny. Choć w Wierszach wybranychnie znajdziemy zbyt wielu tekstów bezpośrednio odwołujących się do problemu wiary, to są one i tak na tyle sugestywne, że kierują uwagę czytelnika ku metafizyce. Podczas gdy Wenclowi zdarzało się popadać w patos, gdy próbował pisać o Miłoszowskiej „podszewce świata”, Bonowicz potrafi odpowiednio „nastawić” rejestr stylistyczny i emocjonalny, aby tego patosu uniknąć. W wywiadzie stwierdził zresztą:

Jestem bardzo przywiązany do mistycznej tradycji w chrześcijaństwie, gdzie obraz Boga stale trzeba oczyszczać. Jest takie słynne zdanie Mistrza Eckharta: „Jeśli coś nazwiesz Bogiem, to już nie będzie On”.

Myśl ta koresponduje z maksymą przedstawioną w następujących linijkach:

Dobrze jeżeli bogów
nie jest zbyt wielu.
Bo kiedy bogów przybywa
ubywa mocy.

(Z mądrości pustyni)

Wątpię, aby chodziło tutaj o politeizm (choć można to tak rozumieć). Bardziej idzie o bezsilność człowieka, towarzyszącą jego religijności: każdy chce mieć na własność Boga, przez co tworzy się liczne jego wizerunki, mające Go do nas zbliżyć. Tymczasem – o czym wspomniał Bonowicz w wywiadzie – obraz bóstwa musi być ciągle odświeżany, aby nie uległ petryfikacji i nie został powiązany z nadmiernym uduchowieniem. Podmiot wierszy wcale nieczęsto zwraca się do Boga, a gdy to czyni, modlitwa jest prozaiczna, dotycząca problemów codziennych. Proszę spojrzeć:

Boże uczyń mnie czymś mniejszym.
Taki olbrzym chodzi po mieście!
Mój syn mówi: „Poznałem cię po skrzypieniu kości”.
Uczyń mnie czymś małym, żebym się nie bał
o włosy zęby kolana. Zrób
kieszonkową wersję mnie.

(Modlitwa wielkiego ciała)

Przypomina mi się w tym miejscu wiersz Tadeusza Dąbrowskiego o incipicie Boże, wielka Niezgrabo z tomu Czarny kwadrat. Tam też modlitwa podmiotu nacechowana jest lekką infantylnością – świadomą swej niedojrzałości. Być może współcześnie nie da się już pisać innych tekstów o Bogu, nie narażając się przy tym na posądzenie o patos. A może się mylę? Tak czy inaczej, u Bonowicza prośba o „kieszonkową wersję” zostaje sprytnie przełamana całkiem zabawną uwagą syna, dzięki czemu nawet osoby obojętne co do kwestii wiary będą mogły wynieść z lektury powyższego tekstu jakąś zgrabną frazę. Nie sądzę bowiem, aby krakowski poeta próbował zresztą kogokolwiek nawracać. Właśnie poprzez klucz ironiczny (albo mówiąc delikatniej – z pewnym przymrużeniem oka) odczytuję wiersz W twoim domu:

Jeżeli się powiedzie ten religijny odwiert
będziemy mogli czerpać wiarę prosto z ziemi. […]
Wyobraźcie sobie: wiara będzie krążyć w naszych domach
i nawet mieszkania niewierzących ogrzeje. Tego przecież
chciał papież […] A jeśli nawet nie on

Na marginesie dodam, że Bonowicz woli być określany jako „poeta wiary” niż jako „poeta religijny”, a więc związany z instytucjami. Podmiot jego tekstów nie przeżywa rozpaczliwych rozterek, ale też nie popada w dewocyjność – ustawia się gdzieś pośrodku lub po prostu „poza” – z korzyścią dla poezji i czytelników.

Reasumując – tom Wierszy wybranych szczególnie mnie nie zaskoczył, ponieważ znałem wydane dotychczas książki krakowskiego autora. Na pewno jednak zbiór utwierdził mnie w przekonaniu, że Wojciech Bonowicz w kręgu minimalistów zajmuje ważne miejsceSzkoda, że w rankingu Biura Literackiego jego nazwisko nie znalazło się wśród najważniejszych autorów mijającego trzydziestolecia: https://www.biuroliterackie.pl/biuletyn/poetycka-ksiazka-trzydziestolecia/. Myślę, że zwyczajnie sobie na to zasłużył.[3]. Novum stanowiło na pewno dołączenie Wierszy z koncertów, które udowadniają, jak szeroką skalą poetycką potrafi się on posługiwać: są to teksty dłuższe, o refrenicznym zaśpiewie (Weź miłość, Wyjeżdżam, Sarny); pojawił się również liryk pod tytułem Piany – prawdopodobnie najdłuższy z całej książki, mocno znarratywizowany. Bonowicz nadal nie powiedział ostatniego słowa i, mam nadzieję, niebawem się o tym przekonamy. Żeby jednak nie było nazbyt przyjemnie, muszę odnotować na koniec fakt dotyczący estetyki wydania: czy szef Wydawnictwa a5 nie mógłby pomyśleć nad nową formułą graficzną okładek? Zdjęcia autorów na przodzie książki chyba jednak nie są najlepszym rozwiązaniem – ale to już uwaga czysto techniczna.

W. Bonowicz, Wiersze wybrane, Kraków: Wydawnictwo a5, 2020.

Okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Piotr Jemioło, Hermetyczność pod kontrolą. O „Wierszach wybranych” Wojciecha Bonowicza, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 88

Przypisy

    Powiązane artykuły