10.09.2020

Nowy Napis Co Tydzień #066 / Halo, baza? Notatki na marginesie „Kapitana X” Tomasza Różyckiego

You've really made the grade! (David Bowie)
Kiedy zacząłem pisać, nie wiedziałem, że przestanę (Dawid Kasiarz vel Mateusz)

A więc pojawiła się, JEST – nowa książka poetycka Tomasza Różyckiego pod chwytliwym tytułem Kapitan X. Ze skrzydełka, przez zmrużone oczy, spogląda na nas przystojny mężczyzna w sile wieku, wsparty o murek, z elegancką marynarką i nie mniej eleganckim kilkudniowym zarostem. Można śmiało rzec, że tym tomem poeta z Opola sprawił sobie (i czytelnikom przy okazji) prezent na niedawno obchodzone przez siebie 50. urodziny. Cóż, jak to mówią, lata mijają, a utalentowani poeci nigdy się nie starzeją. Czy podobnie sytuacja ma się z Różyckim? O, w tym przypadku sprawa pozostaje o tyle bardziej skomplikowana, że recepcja twórczości tego twórcy jest niezwykle mocno spolaryzowana: młodzi gniewni będą z pewnością narzekać na nadmierną estetyzację i przywiązanie do staroświeckich reguł metaforyzowania, a ci nieco starsi, nastawieni przychylnie do liryki silnie osadzonej w tradycyjnych rejestrach polszczyzny, staną w obronnym szyku. Miło jest obserwować taki pojedynek, szczególnie jeśli samemu jest się dezerterem z obydwu wrogich wobec siebie armii.

Kluczowego słowa, proszę zauważyć, czyli „obserwować”, używam nie bez przyczyny. Otóż na przestrzeni tego szkicu nie mam zamiaru ferować wyroków co do wizji autorskiej czy też poglądów zwolenników bądź przeciwników poezji Tomasza Różyckiego. Tym samym pozostanę w zgodzie z postulatem słabszego hierarchizowania sceny literackiej na rzecz merytorycznej, otwartej dyskusji. Mamy przecież do czynienia z kimś, kto dość konsekwentnie buduje własną rangę pisarską od ponad dwudziestu lat, tym samym zasługuje na głębszy namysł. Pragnę ponadto zauważyć, że do Różyckiego, chcąc nie chcąc, mam nieco sentymentalny stosunek, gdyż w zamierzchłych czasach udało mi się umęczyć na temat jego Dwunastu stacji dość przeciętną pracę licencjacką, tak więc ten lekko sentymentalny stosunek może okazać się nieco zgubny, choć z całych sił postaram się, aby nie zdominował on jednak moich skromnych uwag dotyczących książki. A więc pora ruszać – lecimy w kosmos!

*

„Jeśli nie wiesz, od czego zacząć, zacznij od początku” – pisał Jaś Kapela w Dobrym trollu. I miał, jak nietrudno się domyślić, całkowitą rację. „Początek” w tym przypadku będzie oznaczać najpowszedniejszą rzecz: tytuł. Kim bowiem jest Kapitan X? Radzieckim kosmonautą, który na długo przed Elonem Muskiem planował skolonizować Marsa? Zapomnianym załogantem wiekopomnej wyprawy na Księżyc w 1969 roku? Otóż nie. Kapitan X to intrygująca persona stworzona przez Różyckiego, która niby wyrusza w przestrzeń kosmiczną, choć często odnosi się wrażenie, że z ziemi nie odbija się ani na centymetr.

Znane jest zresztą zamiłowanie autora do ram bądź konceptów, które mają za zadanie spiąć całość elegancką klamrą. Tak było we wspomnianych Koloniach z 2006 roku, gdzie wyobraźnia dziecka, poszerzona o wiedzę nabytą już przez dojrzałego mężczyznę, działała na najwyższych obrotach, tak dzieje się też w Kapitanie X. Motywem przewodnim jest eksploracja kosmosu – i znów nie chodzi o rzeczywisty podbój nieznanych terenów, a raczej o pracę wyczulonej na konkret wyobraźni. W najnowszym tomie rzeczony konkret zostaje nieco rozmyty poprzez zastosowanie uniwersalizującej maniery (ale o tym wspomnę zapewne w dalszej części szkicu). W Koloniach rekwizytów było nad wyraz dużo, kosztem bardziej abstrakcyjnych rozważań. Mimo różnic między wspomnianymi książkami, dostrzega się w nich wyraźnie wysiłek autora mający na celu wpisanie pojedynczych wierszy w liryczną opowieść o mocno narracyjnym nerwie.

A zatem mamy bohatera, Kapitana X, epizodycznie przewija się też niejaki Pan Krok, nauczyciel kosmografii, o którym zresztą niewiele znajduje się informacji, są też obecni wykluczeni różnych czasów i narodów, między innymi ukrywani przez Polaków Żydzi, a także współcześni migranci polityczni. Można powiedzieć nieco przekornie, że taka tematyczna rozpiętość to idealna recepta na wydanie książki w Wydawnictwie a5, ba – recepta także na zainteresowanie ze strony czytelników lubiących „wiersze o czymś sensownym”; mniejsza jednak o drobne uszczypliwości. Po prostu do lirycznej natury Tomasza Różyckiego należy, aby po równo, sprawiedliwie tematyzować pewne ważkie zagadnienia, a wszystko to wykonać przy jednoczesnym przydaniu wierszom wyrazistej klamry kompozycyjnej. W najnowszej liryce polskiej nie ma zbyt wielu tomów, które by opowiadały jakąś konkretną historię, więc tym przyjemniej czyta się książkę, która potrafi wykonać to zadanie nie bez gracji i lekkości wyrazu.

Kolejna sprawa dotyczy ilości zamieszczanych przez Różyckiego wierszy w poszczególnych tomach – było ich niegdyś 77 (Kolonie), było nawet 99 (Litery). Tym razem autor odchodzi od systemu „dwójkowego” i decyduje się na wydanie siedemdziesięciu tekstów. Wątpię, aby za tymi konkretnymi liczbami skrywała się jakaś kabalistyczna technika – trzeba jednak odnotować ten fakt, aby pokazać, że Różycki wydaje spore pod względem objętościowym książki, zważywszy na realia współczesne, gdzie tom poetycki liczy z reguły 30–45 wierszy. Do czego zmierzam? Ano do tego, że dzięki większej ilości poeta jest w stanie poprowadzić kilka wątków naraz, co nie byłoby raczej możliwe przy okazji krótszego tomu. W sumie banał, ale wydaje mi się istotny, gdy mowa o realizacjach narracyjności w liryce. Czy dałoby się opowiedzieć tę historię inaczej, krócej? Zapewne tak. Czy odbyłoby się to z korzyścią dla całości? Z tym pytaniem mam już większy problem.

Na marginesie powiem, że już w 2018 roku przewidziałem zwrot Różyckiego ku zagadnieniom dotyczącym kosmosu. Otóż wtedy właśnie napisałem wiersz Lipny interes, a w nim ten fragment:

Facet, który kupił świat, dopiero co
się połapał, że go zrobiono w chuja.
Lepszy dla niego byłby z pewnością
krater na księżycu, lepsza gawra

na orbicie za niecałe dziewięć stówek
plus media […]

Figura „faceta, który kupił świat” pochodzi oczywiście z Księgi obrotów. Bo też Różycki, pisząc o prawidłach Wszechświata, o sprawach przerastających umysły najwybitniejszych naukowców, a co dopiero wyobraźnię przeciętnego człowieka, nigdy nie odchodzi od spraw ziemskich, wręcz namacalnych w swej przyziemności („świat włożony do siatki z dyskontu”). Utwór Podróż w kosmos traktuje wszak o bohaterze, na którego złożono donos i wezwano na przesłuchania:

prezydent w nocy wreszcie
podpisał prawo […]
już za chwilę rozpocznie się dla ciebie odliczanie.

Mocny początek, trzeba przyznać, choć zaangażowanie i sprzeciw wobec władzy wcale nie są nowością u Tomasza Różyckiego. Już w pierwszych tomach przewijają się delikatnie anarchizujące wątki (wyczuwalny jeszcze wpływ Marcina Świetlickiego). Oczywiście nikt rozsądny nie zaliczy autora Liter do kręgu twórców zaangażowanych pod patronatem Świętego Konrada Góry & Błogosławionego Szczepana Kopyta. Na przeszkodzie stoi wyraźny klasycyzm tej poetyki, który skutecznie blokuje większe natężenie polityczności. Zresztą ktoś, kto odwołuje się do Kawafisa i innych Mistrzów z dawnych latChoćby do Dantego: „krawędź dziewiątego kręgu” z wiersza Orbita zamieszczonego w tomie: zob. T. Różycki, Kapitan X, Kraków 2020, s. 28. Dante to obowiązkowy punkt na mapie neoklasycystów.[1] raczej nie chciałby być do kręgu zbuntowanych zaliczany. Na dobrą sprawę neoklasycyzm/postklasycyzm jest taką samą pułapką jak otwarte angażowanie się po którejś ze stron politycznej barykady. Tak czy inaczej, Różycki w najnowszej książce meandruje, aby nie popaść w nadmierną abstrakcję, jak to było w przypadku nieco mniej udanych Liter czy Księgi obrotów, i w tym lawirowaniu między konkretem a próbą formułowania bardziej ogólnych wniosków pozostaje bliski poetyce wypracowanej na potrzeby Kolonii. Cieszy niewątpliwie ten powrót do korzeni, bo wydaje się, że to właśnie książka z 2006 roku była momentem przełomowym w pisarskiej karierze Tomasza Różyckiego (dzięki niej znalazł się w ścisłym finale Nagrody Literackiej Nike oraz był nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia), choć już Dwanaście stacji (za którą z kolei otrzymał wyróżnienie Fundacji Kościelskich) świadczyło o sporej samoświadomości twórcy i jego umiejętnym operowaniu formą poetycką. A więc z jednej strony rozległość tematyczna (każdy współczesny klasycysta musi powiedzieć coś o tożsamości podmiotu, o regułach rządzących światem, i przepleść to wszystko wątkami metafikcjonalnymi, podpierając się dorobkiem przeszłych pokoleń, gdyż w przeciwnym razie mógłby nie zasłużyć na miano współczesnego klasycysty – patrz: Tadeusz Dąbrowski, zresztą też wydający swoje książki w a5), a z drugiej dość przyjemna matryca formalna, dzięki której czytelnik bez większych przeszkód zostanie wchłonięty w tę liryczną przestrzeń.

Nie ma bowiem u Różyckiego pułapek formalnych: jego wiersz stroni od postulatów otwarcie awangardowych, nawołujących do konieczności nieustannego zaskakiwania odbiorcy. Autora Kapitana X niewiele te postulaty obchodzą, zależy mu raczej na dość regularnej, żeby nie powiedzieć: niebywale przejrzystej, wręcz przewidywalnej budowy pojedynczego wiersza. Mamy więc znów do czynienia z uwielbianą przez twórcę estetyzującą enumeracją, która rzeczywiście czasami mogłaby zostać potraktowana klawiszem backspace:

Pozostaną na jakiś czas blizny, ślady po wysypce,
gdzieniegdzie zmarszczki, litery poematu
w nieznanym języku, ruiny dawnej urody,
cmentarzysko, zapadające się złoża czarnych paliw.

(Ciało choruje, s. 31)

Mamy także nieśmiertelny szyk przestawny, upoetyczniający wybrane partie tekstowe („Ta Pani / spod siódemki to wie i wie listonosz”; „[…] poplamić nią wszystko, zakazić nią rzeczy i ziemię pokropić” – z wiersza Kosmici), ciut naciągane momentami metafory dopełniaczowe typu „sierść wzgórza” czy „włóczna szosy”Zob. Ćwiczenia z nieważkości, patrz T. Różycki…, s. 6.[2], a wisienką na torcie niech będzie niemała ilość wyszukanych epitetów. Wszystko to sprawia, że lektura najnowszego tomu jest najzwyczajniej w świecie bardzo przyjemną rozrywką, co niezwykle rzadkie przy czytaniu współczesnej poezji.

Czy za rozrywką skrywa się coś więcej? Myślę, że tak. Kapitan X, przy całym swym konserwatyzmie poetyckim, ma do zaoferowania pewną dozę intelektualnej głębi i tylko od danego czytelnika zależy, czy się w tę potencjalną głębię zanurzy, czy też poprzestanie na obcowaniu z dopracowanym do perfekcji warsztatem. Innymi słowy, wątpię, aby omawiany przeze mnie twórca zabawiał się liryką w celu poddawania świata wyłącznie estetycznej obróbce, mimo oczywistych zabiegów, które by na ten fakt wskazywały.

*

Tym jednak, co najbardziej zapada w pamięć w trakcie lektury tomu jest poczucie humoru autora: ani zanadto kąśliwe, ani nazbyt mdłe i ugrzecznione. Już od pewnego czasu chodzi za mną zresztą pomysł napisania jakiejś dłuższej formy dotyczącej komizmu we współczesnej poezji polskiej. Humoryści – tak bym ich określił na potrzeby tego szkicu – nie są obecnie zbyt mile widziani. Stronią od deklaracji, obracają w żart rozpolitykowaną rzeczywistość, nie chcą (bądź nie potrafią) jednoznacznie opowiedzieć się po stronie konkretnego obozu – słowem, nie ma z nich wielkiego pożytku dla doktrynerskiej krytykiPoczynania „doktrynerskiej krytyki” są wprost proporcjonalnie interesujące w stosunku do stopnia, w jakim się z nimi nie zgadzam, choć muszę szczerze przyznać, że szkice wychodzące spod ręki przedstawicieli tego środowiska są nierzadko bardzo dobrze napisane, co więcej – naprawdę lubię tych ludzi i doceniam ich intelekt, tyle że w chwilę po napisaniu tych pochwał przychodzą mi na myśl następujące słowa: i cóż z tego, że bardzo dobrze napisane, że fajni ludzi, skoro tak bardzo się mylą.[3], która w ostatnich latach rozpleniła się na dobre na rodzimym polu, szkodząc literaturze jako takiej. Kogo bym zaliczył w poczet humorystów? Najlepszych graczy w kraju: Piotra Janickiego, Adama Wiedemanna (pomijanie jego nazwiska w różnych rankingach jest po prostu skandalem), Adama Kaczanowskiego (niezrównany mistrz liryki igrającej ryzykownie z rytmem prozy), Grzegorza Hetmana (Putzlaga i inne wiersze to jedna z zabawniejszych książek ostatnich lat i zdecydowanie najlepiej napisany debiut poetycki 2016 roku), Grzegorza Wróblewskiego (jego minimalizm jest naprawdę wysokiej próby, a częste stosowanie jukstapozycyjnej techniki daje czasami „nieźle popalić”, w sensie pozytywnym).

Tomasz Różycki ma rzecz jasna inną receptę na wiersz humorystyczny. Jak już zostało powiedziane, twórca ten nie sympatyzuje z awangardą; komizm w tym przypadku nie będzie wynikać więc z zestawiania, niezwykle odległych niekiedy, ciągów skojarzeniowych, a raczej z sytuacji lirycznej, meandrów opowieści, rozwiązań nieledwie fabularnych – po prostu treści. Być może opozycja treść - forma jest pewnym uproszczeniem z mojej strony, ale staram się na szybko zarysować różnicę między autorem Kolonii a wymienionymi powyżej poetami. Mam zresztą nadzieję, że jeśli się mylę, to tylko w niewielkim stopniu. Chcę jedynie powiedzieć, że po prostu miło śledziło mi się losy Kapitana X, wiele razy się śmiałem, a śmiech, jak wiadomo, jest zbawienny. Bo co to za astronauta, który bez pozwolenia, ni stąd ni zowąd, opuszcza kapsułę, zdejmuje skafander, by – tak przynajmniej domniemuje baza – wyjść na spacer „do strefy cienia”, nad „ocean magmy, z którego pije Centaur, czarna gwiazda” (Centaur), czasem przypomina dziecko, które wyprawia się na orbitę, by „zrobić dwa fikołki” (Od strony lasu), a jeszcze innym razem martwi się o losy Ziemian, jakby świat bez jego osoby nie mógł prawidłowo funkcjonować: „Halo, baza? Tu mówi wasz kapitan. Jak idzie życie na ziemi?” (Na brzeguà propos, dalsza część tego utworu zawiera nawiązania do Boga, którego z wielkim trudem można wypatrzeć „gdzieś w głębi nieskończonego błękitu”).

Komicznie zostają opisane relacje między astronautą a kontrolującą wszystko z powierzchni globu bazą (tutaj dłuższy fragment):

Kapitanie, notatki, które wziąłeś
ze sobą w kosmos, są dosyć naiwne.
Zrobiliśmy kopię i przy piwie
czasem śmiejemy się z działem nadzoru,
wyobrażając sobie, jak je czytasz
potencjalnym adresatom, kosmitom,
aniołom, kwarkom, ktokolwiek tam mieszka
dla kogo ułożyłeś ten swój elementarz.

(Notatki, s. 57)

Kapitan X nosi w sobie również pierwiastek samego poety, gdy wypowiada słowa:

biorę pióro do łapy […]
gdzieś wysoko będę mazał znaki,
zawieszał długie łańcuchy literek,
wbijał przecinek, jakbym wbijał haki, żeby rytm był w bujaniu się pod niebem"

(Niebo)

Prawda, że ładne? A całość kończy się dosadnym w swej elegancji sformułowaniem: „Niebo. Twarda powierzchnia na niebiesko / pomalowana raz farbą olejną”.

Do czego zmierzam? Do tego, że u Różyckiego humor (który może nie każdego będzie śmieszył, ale mnie akurat tak) zostaje przełamany „mądrościowym” wnioskiem, a nie pozostawiony samemu sobie i czytelnikowi, jak u chociażby Wróblewskiego, Hetmana czy Kaczanowskiego.

Co tu dużo mówić, Drodzy Państwo – Kapitana X koniecznie trzeba przeczytać, nawet jeśli jego nazwisko nazbyt mocno kojarzy się niektórym ze staromodną szkołą poezjowania. Różycki pisze książki równe, bez większych potknięć (choć nieudaną frazę „musisz wysiąść, kiedy już zaparkujesz swoje życie” (Parking) zapamiętam na długo, ze szkodą dla mojego udręczonego umysłu). Najnowszy tom poety wyróżnia się wyrazistą puentą, dobrze poprowadzoną historią, historią rozwidlającą się nieoczekiwanie na naszych oczach w gęstą sieć powiązań i skojarzeń. Z kolei pojawiające się tu i ówdzie pytanie o to, czy mniejsza ilość tekstów uczyniłaby tę książkę lepszą, pozostawiam bez odpowiedzi. Myślę, że w tej kwestii najcelniej wypowiedział się Charles Reznikoff:

„Tak wiele zostało marnie powiedziane”, mówisz
o tym, co napisałem”.
Ale spójrz:
Dąb potrzebuje wielu żołędzi
żeby wyrosło jedno drzewoCh. Reznikoff, [Tak wiele zostało marnie powiedziane] [w:] Co robisz na naszej ulicy, wybór, przekład i opracowanie P. Sommer, s. 217, Poznań 2020.[4].

Książkę tego ostatniego, wydaną niedawno przez WBPiCAK, również serdecznie polecam.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Piotr Jemioło, Halo, baza? Notatki na marginesie „Kapitana X” Tomasza Różyckiego, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 66

Przypisy

    Powiązane artykuły