18.02.2021

Nowy Napis Co Tydzień #088 / Lew, technologia i stara szafa

W lipcu 2019 roku na ekrany kin trafiła nowa wersja filmu Król Lew. Od jej pierwowzoru, jednej z najsłynniejszych animacji w historii kina, dzieliło ją dokładnie ćwierć wieku; wyprawa na ten seans stała się więc dla milionów ludzi na całym świecie doświadczeniem łączącym pokolenia. Wielu spośród tych, którzy jako dzieci obejrzeli Króla Lwa w latach 90., mogło przypomnieć sobie tamtą historię (nieróżniącą się na poziomie prawie żadnej sceny ani dialogu) w towarzystwie własnych dzieci, tyle że w nowej, cyfrowej odsłonie. I – zwłaszcza dla starszej części publiczności – było to dość okropnym doświadczeniem.

Co prawda dzięki technologii komputerowego generowania obrazów film stał się wręcz hiperrealistyczny, tylko co z tego, skoro wraz z całą „umownością” bardziej tradycyjnej techniki animacji z ekranu wyparowały magia i klimat oryginalnej wersji przygód lwa Simby. Zamiast tego widzowie – złapani na lep nostalgii – zostali podstępem nakłonieni do obejrzenia fabularyzowanej wersji jednego z odcinków serii Z kamerą wśród zwierząt. Już nie, jak przed dwudziestu pięciu laty, porywającej historii o zdradzie, odpowiedzialności i przeznaczeniu, tylko zwykłego filmu przyrodniczego, którego realistyczni aż do przesady bohaterowie z niewiadomych do końca przyczyn co kilkanaście minut zaczynają śpiewać kolejną piosenkę.

Ale film bynajmniej nie musi być udany, aby okazać się ważny. Poczucie straconego czasu i wyrzuconych pieniędzy towarzyszące oglądaniu napisów końcowych w niczym nie zmienia faktu, że w ostatniej dekadzie nie powstał obraz ważniejszy od remake’u Króla Lwa. Jak podczas procesu, najcenniejszym świadkiem często bywa ten, który nie zdaje sobie sprawy z wagi własnych zeznań; postronny uczestnik wydarzeń, któremu równie obojętny jest los ofiary co podejrzanego. Na ławie oskarżonych w tym konkretnym przypadku usiadła technologia, na miejscu zbrodni znaleziono ciało jej ofiary – człowieka.

Można wskazać konkretne miejsce zdarzenia, porażki poniesionej przez nowego Króla Lwa, a jednocześnie błędu w sztuce zbrodni popełnianej na nas przez technologię. To twarz. Bohaterowie tego filmu zostali jej pozbawieni. Owszem, posiadają oczy, nos, usta – te ostatnie nawet nieznacznie ruszają się podczas dialogów – ale twarzy jako takiej żadne z nich nie posiada. Przedni fragment części ciała przytwierdzonej do szyi nie okazuje żadnych emocji ani uczuć. Ich oczy są martwe, nie ożywia ich najmniejszy nawet odblask wewnętrznych przeżyć. Śledzimy zrealizowany z fotograficznym realizmem teatrzyk kukiełkowy; jedynym elementem tworzącym opowieść, popychającym historię do przodu jest podkładany przez aktorów głos. Ale przecież my wiemy, że to tylko tak na niby, że te postaci są zbyt prawdziwe, za bardzo zwierzęce, żeby mógł wciągnąć je wir przygody pełnej namiętności i odruchów rodem ze świata ludzi.

Różnica między pierwszym Królem Lwem a jego przeróbką przypomina nieco tę dzielącą działalność czarodzieja i iluzjonisty. W wyniku działań tego pierwszego coś naprawdę się wydarzyło, uchyliły się na moment drzwi do innej rzeczywistości. W tym konkretnym wypadku wydarzyła się opowieść, gra poszczególnych losów wprawiana w ruch przez sumę emocji i wartości wyznawanych przez bohaterów. Iluzjonista przeprowadza szwindel i nawet się z tym nie kryje. Jedynym co się wydarza, co może być przedmiotem ewentualnego podziwu, jest jego techniczna sprawność, do podziwiania której zaproszona została zgromadzona na sali (w tym przypadku kinowej) publiczność. Różnica między magią a złudzeniem, symbolizowane przez dwie wersje Króla Lwa przesunięcie, jakie dokonało się w (a może raczej dokonano na) masowej wyobraźni, jest w największej mierze kwestią twarzy. Tego, co jest ponad konkretnymi rysami, kolorem skóry czy oczu, jak melodia jest ponad poszczególnymi, tworzącymi ją dźwiękami. Twarzy jako odbicia odbywających się wewnątrz jej właściciela walki, pracy lub powolnego upadku. W powiedzeniu „spotkać się z kimś twarzą w twarz” nie chodzi przecież o zmniejszenie fizycznej odległości, ale przerzucenie mostów nad dużo głębiej dzielącą nas od kogoś przepaścią; o zerwanie zasłony pozorów, osiągnięcie porozumienia, którego nie można oddać słowami, ale jedynie spojrzeniem. Jak pisał Roger Scruton: „Moja twarz jest granicą, progiem, miejscem, gdzie się pojawiam, tak jak monarcha pojawia się na balkonie pałacu”R. Scruton, Oblicze Boga, Poznań 2015, s. 104.[1].

Jeżeli zburzono pałac wraz z jego balkonem, to i król został zdetronizowany. Skoro zabrakło miejsca dla twarzy, to wcześniej pożegnano się z duszą. A film Disneya, biedne, pozbawione twarzy i zagubione w puszczy popkultury lwiątko, jest tylko mało rozgarniętym, ale bynajmniej nie mniej przez to cennym świadkiem tego, co dzieje się wokół niego.

Wynalazcy i okultyści

Wynalazki nigdy nie pojawiają się w próżni. Żeby mogło dojść do każdego z dokonanych przez ludzkość odkryć, potrzebny był nie tylko wielki postęp wiedzy w takich dziedzinach jak fizyka czy chemia, ale przede wszystkim seria nie mniej gwałtownych zmian w sposobie postrzegania przez człowieka siebie samego i własnego miejsca we wszechświecie. Postęp technologiczny jest raczej skutkiem niż przyczyną zmian cywilizacyjnych. Zanim pierwszy samolot wzbił się w powietrze, człowiek musiał poczuć nie tylko gwałtowną potrzebę, ale i pełne prawo do tego, by latać. Kolejnych śmiałków nie napędzała przecież myśl o praktycznych zaletach przemieszczania się drogą powietrzną zamiast lądowej, ale raczej ambicja, by odrywając się od ziemi, stać się kimś więcej niż tylko człowiekiem.

Wypełnieniem owej próżni, szczególnie sprzyjającą postępowi technologicznemu atmosferą bywał często mistycyzm. W końcu Isaac Newton odkrył nazwane na jego cześć prawa fizyki niejako mimochodem, przy okazji swoich studiów nad alchemią i poszukiwań mitycznego kamienia filozofów. Ale prawidłowość mówiąca o napędzaniu postępu technicznego przez zainteresowanie zjawiskami paranormalnymi nigdy nie dała chyba o sobie znać w równie przekonujący sposób jak na przełomie XIX i XX wieku, w epoce Tesli, Marconiego i Edisona. Ten ostatni zresztą całkiem poważnie rozważał możliwość połączenia się z bytami niematerialnymi, czemu na przeszkodzie miał stać wyłącznie fakt, że nie odkryto jeszcze umożliwiającej to technologii. Skoro można było połączyć się i rozmawiać z kimś, od kogo dzieliły nas setki kilometrów, to dlaczego miałoby nie być możliwe nawiązanie równie pełnoprawnego kontaktu z osobą nieżyjącą od dziesięcioleci? Telefon, a wcześniej telegraf dały ogromny impuls spirytyzmowi, wierze w możliwość oddzielenia ciała od umysłu. Te same osoby, które w ciągu dnia prowadziły badania nad możliwością przenoszenia na odległość dźwięku i światła, kładąc tym samym fundamenty pod powstanie radia i telewizji, wieczorami – bynajmniej nie dla rozrywki czy zabicia czasu, ale z czysto naukowych pobudek – zajmowały się wywoływaniem duchów. Pierre Curie, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, który pod koniec życia poznał włoską medium Eusapię Palladino, po wieczorze spędzonym na seansie spirytystycznym z jej udziałem pisał w liście do przyjaciela: „Myślę, że jest cały wymiar faktów i stanów fizycznych w przestrzeni, o których nie mamy pojęcia”.

Pozytywizm i spirytyzm były idealnie pasującymi do siebie puzzlami, częściami tej samej układanki. Jak kapitał ma narodowość, tak też wynalazek zawsze posiada własny światopogląd. Powstaje dzięki napięciu angażującemu w równej mierze ducha, co intelekt jego twórcy.

W tym właśnie kontekście należy patrzeć na technologię tak zwanego transferu umysłu. Ma ona polegać na skanowaniu mózgu, wychwyceniu wszystkich najważniejszych detali jego budowy, a następnie wiernym odwzorowaniu połączeń neuronalnych naszych mózgów w pamięci komputera; innymi słowy – skopiowaniu zawartości umysłu do pliku o gigantycznej wielkości. Komputery o mocy obliczeniowej umożliwiającej przeprowadzenie takiej operacji mają się pojawić już wkrótce. Myśliciel i futurolog Ray Kurzweil szacuje, że pierwsze, wierne pliki ludzkich mózgów powstaną pod koniec lat 30. XXI wieku. Pomysł przeniesienia zawartości umysłu na twardy dysk komputera był już wykorzystywany w kinie (film Transcendencja z 2014 roku z Johnym Deppem w roli głównej) oraz literaturze (Starość Aksolotla i Perfekcyjna niedoskonałość Jacka Dukaja).

Badania nad technologią transferu umysłu posuwają się do przodu między innymi dzięki opiewającej na blisko miliard euro dotacji Unii Europejskiej dla programu Human Brain Project. Również sektor prywatny nie pozostaje w tyle – jeszcze większe pieniądze w prace nad stworzeniem tej technologii zainwestował między innymi koncern Huawei. Jego prezes Kevin Ho powiedział kilka lat temu: „Już za dziesięć, dwadzieścia lat myśli będą mogły oddzielić się od ciała. Doczekamy się swych cyfrowych odpowiedników – awatarów utkanych z naszych przeżyć, pragnień i poglądów. Na serwerach lub w ciałach robotów. Nieśmiertelnych”A. Włodarski, Sztuczna inteligencja. Nasze niebo i piekło, „wyborcza.pl”, 2016, online: http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,20870967,sztuczna-inteligencja-bog-juz-istnieje.html [dostęp: 30.07.2020].[2].

Skoro faktyczna treść naszego człowieczeństwa oddzieli się od jej felernego, ulegającego chorobom i degradacji w czasie biologicznego nośnika, przestanie nam grozić śmierć. Wystarczy tylko starannie konserwować plik umysłu, stworzyć odpowiednią liczbę jego kopii zapasowych, importować do aktualnych formatów i na odpowiednie nośniki – słowem dbać o niego dokładnie w ten sam sposób jak o wszystkie inne bliskie naszemu sercu dane (stare zdjęcia, maile, ulubione gry) zapisane na pendrivach i w pamięci naszych kolejnych komputerów.

Ale to nie wszystko, nasza indywidualność – właściwy tylko dla nas samych układ i zawartość połączeń neuronalnych, kod kreskowy człowieczeństwa, zostanie ulepszona. Ulegnie przyspieszeniu poprzez pomnożenie przez moc obliczeniową maszyn, na których zostanie zapisana. Nadejdzie epoka mózgów na kwantowych dopalaczach. Myślących bez porównania szybciej, wiedzących nieskończenie więcej niż jakikolwiek przedstawiciel biednego, uwięzionego w swojej biologicznej klatce homo sapiens. Doskonale ujął to amerykański pisarz science fiction Vernon Vinge: „Aby żyć nieskończenie długo, umysł musi się rozwijać, a kiedy osiągnie już odpowiednią wielkość i spojrzy w tył, cóż może mieć wspólnego z duszą, którą był pierwotnie? Będzie tym wszystkim, czym był początkowo, ale też czymś więcej”Cyt. Za R. Kurzweil, Nadchodzi osobliwość: kiedy człowiek przekroczy granice biologii, Kurhaus Publishing, Warszawa 2016, s. 354.[3].

Sednem całej sprawy jest użyte przez Vinge’a, a wśród trudzących się nad przetransferowaniem umysłów na twarde dyski bardzo niepopularne słowo – dusza. Cały ten pomysł mógł się narodzić, wszystkie zainwestowane w niego miliardy euro i dolarów na kolejne badania i eksperyment płyną od wielu lat wartkim strumieniem, ponieważ za prawdziwą i obowiązującą została uznana wizja człowieczeństwa, w której na coś takiego jak dusza nie może być miejsca. Jeżeli chcielibyśmy się dowiedzieć, kim lub czym jesteśmy, co nas motywuje, dlaczego cierpimy i co dałoby nam radość, powinniśmy się skupić wyłącznie na funkcjonowaniu naszego umysłu. „Ja”, sztuczny konstrukt, wyrażenie okazjonalne, „ja”, które istnieje wewnątrz świata fizycznego, jego mechanizmów i zależności, ale jednocześnie uważa się za coś więcej, coś z innego, niepodlegającego tym wszystkim zewnętrznym regułom porządku, „ja”, które pyta, skąd przychodzi i dokąd zmierza, „ja” będące duszą odesłano do lamusa pełnego zdezaktualizowanych, religijnych przesądów. Razem z nią powędrowała tam ludzka wyjątkowość. Człowieczeństwo zostało odczarowane, wysłane tam, gdzie jego miejsce – pomiędzy inne zjawiska i przejawy ślepej sprawiedliwości ewolucji.

Wszystkie odruchy i wartości, które wydawały się właściwe tylko nam ludziom są jedynie odbiciem, wariacją zachowań zwierząt. Efektem wpływu i bodźców pochodzących z naszego otoczenia, ubraną w piękne słowa strategią w grze o przetrwanie gatunku. Jak pisał Karol Darwin:

Gdyby ludzie wychowywali się dokładnie w takich samych warunkach jak pszczoły w ulu, to nie ma prawie wątpliwości, że nasze niezamężne kobiety uważałyby za swój święty obowiązek, podobnie jak pszczoły robotnice, zabijać swoich braci, a matki usiłowałyby zabijać swoje niepłodne córki; i nikt nie zamierzałby im w tym przeszkadzaćCyt. Za R. Scruton, Oblicze Boga, Poznań 2015, s. 38.[4].

Pomysł przeniesienia zawartości naszych umysłów na dyski komputerów nie zrodził się więc w ideologicznej próżni. Stoi za nim konkretna wizja człowieczeństwa, która narodziła się dzięki Darwinowi; wizja, w której ciało jest tylko nośnikiem informacji zawartej w kodzie genetycznym i danych zapisanych w umyśle. Skopiowanie mózgu wydaje się jednocześnie zwieńczeniem ewolucjonizmu, rozstrzygnięciem tkwiącej u jego źródeł zagwozdki – walki o przetrwanie. Przenosząc w bezpieczne miejsce, na wszelki wypadek wielokrotnie kopiując treść nas samych, odnosilibyśmy w organizowanej przez ewolucję grze ostateczne zwycięstwo. Przekraczalibyśmy właściwe światu biologii, wszelkich organizmów żywych ograniczenia – nie tylko długości życia, ale także postrzegania i rozumienia.

Patrząc z punktu widzenia darwinizmu, niepodejmowanie takiej próby byłoby samobójstwem, oznaką wszczepionego w ludzkość genu samozniszczenia. Dowodem, że była ona tylko produktem ubocznym ewolucji, jej ślepym ogniwem. Ale – zaznaczmy to raz jeszcze – zwycięstwo nad biologicznym wymiarem ludzkiej egzystencji jest tu możliwe wyłącznie dzięki wcześniejszemu ogłoszeniu przed nim kapitulacji. Nieśmiertelny, superinteligentny człowiek przyszłości będzie tylko zwierzęcym cyborgiem. To jego odruchy, instynkty i inteligencja ulegną wzmocnieniu i wielokrotnemu pomnożeniu. Na to wszystko, co czysto ludzkie – zdolność odczuwania zachwytu, wielkoduszności, poświęcania się, całej tej – cytując tytuł powieści Jacka Dukaja – „perfekcyjnej niedoskonałości” człowieczeństwa nie będzie już miejsca. Ulotni się razem z duszą, znajdzie obok niej miejsce w składziku szczęśliwie pokonanych, zakurzonych przesądów.

W starych baśniach ludowych powtarzał się często motyw diabła ofiarującego człowiekowi wielką moc i długie życie w zamian za jego duszę. Na naszych oczach dokonuje się transakcja dokładnie tego rodzaju. Należy w odniesieniu do niej użyć czasu niedokonanego, ale jednak teraźniejszego. Bo niezależnie od tego czy i kiedy uda się przenieść zawartość umysłu na twardy dysk, jesteśmy już na to gotowi. Zaczęliśmy – sami jeszcze pewnie nie do końca zdając sobie z tego sprawę – wyznawać religię, w której transfer treści nas samych na dysk lub – jeszcze lepiej – do chmury będzie aktem prawdziwej inicjacji, sakramentem, bez którego dla reszty jej wyznawców pozostaniemy godnymi co najwyżej współczucia poganami.

Wszyscy jesteśmy chipami

Jesteś dataistą, wyznajesz religię danych nawet jeśli nigdy o niej nie słyszałeś. Dataizm głosi, że wszystko, co nas otacza, od piosenki Beatlesów, którą słyszymy w radiu, przez bańkę giełdową wpływającą na stan naszych oszczędności i wysokość raty kredytu, który mamy do spłacenia, aż po wirus grypy, który sprawia, że mamy podniesioną gorączkę i nic nam się nie chce, to tylko różne wzory przepływu danych. Dataizm nie tylko przerzuca mosty nad coraz bardziej się od siebie oddalającymi dziedzinami nauki i kultury, przynosi im dobrą nowinę – wszyscy posługujecie się tym samym budulcem, „robicie” w danych, tylko inaczej nazywacie swój materiał. Jest on również pierwszą religią całkowicie odpowiadającą ewolucjonizmowi. Czym innym jest w końcu łańcuch DNA, ten najbardziej dobitny z dowodów na prawdziwość teorii ewolucji, jeśli nie złożonym zapisem miliardów gromadzonych i weryfikowanych od milionów lat informacji, nośnikiem danych o nieosiągalnej jak dotąd dla wszystkich twardych dysków świata pojemności. Wszystko, co istnieje, zasłużyło na tę łaskę wyłącznie dlatego, że nauczyło się gromadzić i przetwarzać informacje. Big Data i algorytmy to tylko rozwinięta i udoskonalona forma każdego innego stworzenia i organizacji.

Historię świata powinno się opisywać w tym właśnie kluczu – na przykład starcie komunizmu ze światem Zachodu było w rzeczywistości spotkaniem konkurujących ze sobą sposobów przetwarzania danych, w czym to liberalizm i wolny rynek okazały się bardziej wydajne. Ideologie i światopoglądy są tylko przebraniami, pod którymi ukrywają się sposoby, na jakie dane sprawdzają nowe możliwości przyspieszenia swojego biegu. Bo to one są prawdziwym podmiotem dziejów. Jak pisał w książce Homo Deus. Krótka historia jutra Yuval Noah Harari, „z dataistycznej perspektywy możemy interpretować cały ludzki gatunek jako jeden system przetwarzania danych, w których poszczególni ludzie służą jako chipy”Y.N. Harari, Homo Deus. Krótka historia jutra, Kraków 2018, s. 480.[5]. W związku z tym całą historię naszego gatunku można sprowadzić do usprawniania systemu przepływu informacji. Dokonywało się ono za pomocą czterech metod.

Po pierwsze, tworzenie wielkich ośrodków miejskich, innymi słowy – zwiększanie liczby procesorów. Miasto liczące milion mieszkańców ma większą „moc obliczeniową” niż wioska zamieszkana przez tysiąc osób.

Po drugie, znoszenie barier społecznych i kulturowych, to jest zwiększanie mocy procesorów. Różne ich rodzaje mogą przecież stosować inne sposoby obliczania i analizowania danych, a więc zwiększać ich kreatywność i dynamizm. Podczas spotkania żebraka, wójta i kapłana mogą narodzić się pomysły i idee, które nie przyszłyby żadnemu z nich do głowy w czasie rozmowy z kimś swojego stanu i profesji.

Po trzecie, nawiązywanie współpracy międzynarodowej, tworzenie systemu trwałych więzi opartych na wspólnych interesach jak choćby związek miast handlowych Hanza. W języku dataizmu wyrazilibyśmy ten proces jako zwiększanie liczby połączeń między procesorami. Ich liczba i różnorodność same z siebie dadzą słabe efekty tak długo, jak nie połączą ich silne więzy.

Wreszcie po czwarte – globalizacja. Znoszenie ograniczeń w przepływie dóbr, towarów i usług, czyli zwiększanie swobody przepływu danych po istniejących już połączniach. Związki łączące państwa i miasta, prowadząca od jednych do drugich sieć dróg na nic się zda, jeżeli będzie nam grozić na nich napad rabusiów albo jakiś zwariowany despota wyłączy z użycia leżący na jego terytorium fragment. Łączenie procesorów nic nie da, jeżeli dane nie będą mogły szybko i swobodnie się między nimi przemieszczać.

To ona, informacja, kryła się za tymi wszystkimi procesami i zmianami, które my, ludzie, w naszej nieskończonej pysze uważaliśmy za własne dzieła. Ktoś przywiązany do archaicznej terminologii mógłby ją nazwać bogiem. My, ludzie, jesteśmy tylko jej sługami. Żyjemy tylko po to, by – jak głoszą wszystkie monoteistyczne religie – oddawać mu cześć i pomnażać jego chwałę. I robimy to – rejestrując, przesyłając, udostępniając. Religie poprzedzające dataizm głosiły, że wszystko co robimy, nie tylko czyny, ale i myśli, ma znaczenie – jest dostrzegane przez Boga, mieści się w granicach Jego opatrzności. Podobnie dataizm skłania nas, żebyśmy niczego nie ukrywali, nie chowali lampy informacji pod korcem prywatności. Tylko pisali, fotografowali, filmowali i udostępniali całe nasze życie. Z punktu widzenia dataizmu, jeżeli nie korzystasz aktywnie z mediów społecznościowych, jesteś gorzej niż heretykiem. Jest to grzech, który – podobnie jak w tradycyjnej teologii – oddziela cię od bóstwa, wprowadza zakłócenie w relacji, dla podtrzymywania której zostałeś powołany do życia. Po co doświadczać, myśleć, przeżywać, jeżeli każdy przejaw naszego istnienia nie zostanie udostępniony na zewnątrz. Przecież sens, racja dla której istniejemy – głosi dataizm – jest zawsze poza nami, w wielkim nurcie danych. Będzie godny życia tylko o tyle, o ile się w nim zanurzysz. Nie masz kont na Facebooku, Twitterze, Instagramie, Snapchacie? Nie istniejesz. I to nie przytyk czy metafora. Ciebie naprawdę nie ma. Przynajmniej w świecie, który składa cześć danym. Heroicznie walczy o uwolnienie informacji. To ona chce zezłomowania człowieczeństwa na śmietnik historii.

Dataizm jest religijną podszewką XXI wieku, jak spirytyzm wypełniał duchową atmosferę przełomów XIX i XX stulecia. Telegraf i telefon mogły się narodzić dzięki wierze w możliwość skomunikowania się z duchami, Big Data i media społecznościowe zawdzięczają swoją hegemonię czci oddawanej danym.

Dataiści tłumaczą tym, którzy nadal czczą śmiertelników z krwi i kości, że nadmiernie się przywiązali do przestarzałej technologii. Homo sapiens to algorytm, który jest passé. No bo w końcu na czym polega przewaga ludzi nad kurami? Tylko na tym, że u ludzi informacja przepływa zgodnie ze znacznie bardziej złożonymi wzorcami. Ludzie przyjmują więcej danych i przetwarzają je z wykorzystaniem lepszych algorytmów niż kury. (W zwykłym języku znaczy to tyle, że ludzie mają jakoby głębsze emocje i lepsze zdolności intelektualne. Pamiętajmy jednak, że zgodnie z obecnym, biologicznym dogmatem emocje i inteligencja to tylko algorytmy). W takim razie, gdybyśmy mogli stworzyć system przetwarzania danych, który będzie potrafił przyswajać jeszcze więcej danych niż człowiek i przetwarzać je jeszcze skuteczniej, czyż ów system nie byłby lepszy od człowieka dokładnie na takiej samej zasadzie, na jakiej człowiek jest lepszy od kury?”Tamże, s. 485.[6].

Czyż zgodnie z dataizmem wzbranianie się od transferu umysłu nie jest nie tylko głupotą, ale i zbrodnią przeciwko bogu; danym, które dzięki temu zabiegowi będą mogły płynąć strumieniem bardziej wartkim niż kiedykolwiek wcześniej. Tyle że obie strony tego równania muszą się zgadzać. Żeby po prawej jego stronie mogły się pojawić potęga i nieśmiertelność, po lewej musi zniknąć dusza. Twarz człowieka zniknie wraz z tym, co się na niej ujawniało. Zastąpią ją tysiące dowolnie dobieranych awatarów.

Kiedy w lipcu 2019 roku śledziłem na ekranie kina wygenerowane komputerowo zwierzęta, postacie, które w zamian za realizm, uprawdopodobnienie złudzenia, straciły swoje twarze, zdałem sobie sprawę, że odczarowanie Króla Lwa, pozbawienie tej opowieści jej pierwotnej magii, wyrwanie tej historii duszy to ślad, kluczowa poszlaka. Dowód zbrodni dokonującej się już nie na ekranie, tylko na ludziach. I pewnie dlatego wyszliśmy z synem z sali w połowie seansu. On i tak zdążył się już strasznie wynudzić.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Jan Maciejewski, Lew, technologia i stara szafa, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 88

Przypisy

    Powiązane artykuły