18.02.2021

Nowy Napis Co Tydzień #088 / Miasto z obozem w tle

Najsłynniejsze miasto polskie, które jest znane na całym świecie, a którego nie można znaleźć na mapie? Poprawna odpowiedź brzmi: Oświęcim – Auschwitz – Oszpicyn. Każdy rozdział historii miasta jest ciekawy, a być może najbardziej fascynujące są te myślniki między nimi. Oświęcim to mozaika miejsc granicznych, które dźwigają swój nieodzowny bagaż: zazdrosne wyznaczanie swojego terytorium, napięcia między pamięcią przeszłości a potrzebami współczesności, miejscowymi a przyjezdnymi. Można się w tym wszystkim zagubić. I mam wrażenie, że podobną drogą poszedł Marcin Kącki: pogubił się. Ale to trzeba doprecyzować: autor pozwolił się zgubić, celowo wracał i kluczył, umyślnie szedł poboczem z dala od głównej drogi. Nie dajmy się zwieść bałaganowi tej książki – to Oświęcim.

 

Ależ mnie irytuje Oświęcim. Czarna zima! Galimatias, jakaś polifonia głosów – od islandzkich policjantów, polskich narodowców, austriackich wolontariuszy w Muzeum Auschwitz-Birkenau aż do studentów z West Point – nachalne odtworzenie trasy „polityki historycznej” (Muzeum Polin – Muzeum Powstania Warszawskiego – Muzeum Auschwitz-Birkenau) i nic się nie składa w całość. Chaos, migają obrazki niczym z teledysku (tu rozmowa, tam maile i wypisy z gazet), wszystko to leci bez składu i ładu. Marcin Kącki uprawia w Oświęcimiu reportaż spacerowy: tam był, tu napił się kawy, a tam czegoś mocniejszego. Pogadał (bo to reportaż spacerowy, więc w dużej mierze uliczny, naturszczykowy) z miejscowym grajkiem ulicznym, z przedstawicielami samorządu, z lokalnymi działaczami, z pracownikami Muzeum, z księżmi, z nauczycielami, z przedsiębiorcami, z lokalnym kryminałem. Z młodymi i ze starymi. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: Marcin Kącki dwoi się i troi i stara się być wszędzie. Efekt jest taki, że nic z tego nie wynika. Nie ma żadnego spójnego obrazu. Gdy już zaczyna rysować się jakiś konkret, autor dalej gdzieś idzie, dalej kogoś wciąga do rozmowy (a te są urwane, zdawkowe, powierzchowne). Jedynym stałym punktem w tym wirującym obrazie jest sam Kącki, siedzący w kawiarni i pijący kolejną kawę. Powstaje portret miasta rozrywanego od środka przez samo siebie; miejsca tymczasowego, które zaraz zniknie. Fatamorgany. Chichotu historii, zaklętego kręgu. I sam już nie wiem, czy taki jest po prostu Oświęcim, czy to jednak reporterskie pisanie Kąckiego. Czy da się to jakoś wyważyć?

 

Niepotrzebne skreślić

 

Książki reporterskie dotyczące miast są umowne – nie da się przedstawić rzeczywistej aglomeracji. Z jedną osobą jest problem, co potwierdzą biografowie, więc co dopiero z portretem zbiorowym złożonym z kilkuset tysięcy żywotów. Jest to zatem książka, która przedstawia czyjeś widzenie o mieście, a nie obraz rzeczywisty miasta. Niby to rzecz oczywista, ale warto o tym nieustannie pamiętać w trakcie lektury. Marcin Kącki zajął się reportażem o Oświęcimiu po dwóch książkach z miastem w tytule: Białymstoku. Białej sile, czarnej pamięci oraz Poznaniu. Miastu grzechu. I chyba tu jest pierwsze potknięcie autora. BiałystokPoznań były dobrze przyjęte przez czytelników i krytykę, zatem chęć zmierzenia się z tematem trudniejszym była naturalna. Ale też zwróćmy uwagę na to, że Kącki jest pisarzem płodnym i wydaje nowe książki na przestrzeni dwóch-trzech lat. Oświęcim nie jest jednak miastem, które daje się zrozumieć i opisać za pomocą kilkudziesięciu spacerów i tyluż rozmów. Tu trzeba raczej zamieszkać na parę lat, a tyle czasu Kącki nie ma. Pospieszność jest bardzo widoczna w tej książce. Ironicznie można by to przedstawić tak, że autor wpada do zamkniętego grona osób, raz pomoże wyrzucić śmieci, innym razem postawi piwo, i oczekuje w zamian opowieści „jak się tu żyje”. Nie oczekujmy ani głębi, ani zaufania – a to ostatnie jest podstawą dobrego zrozumienia.

Jest wyczuwalne również w Oświęcimiu dążenie do szokowania czytelnika. Sporą część książki zajmuje kwestia smrodu unoszącego się w różnych częściach terenu wokół miasta. Głównym winowajcą są zakłady chemiczne Synthos. Raz śmierdzi gnojowicą, raz odpadami chemicznymi. Reporter próbuje przez pewien czas rozwiązać tę zagadkę, ale czytelnik nie dostrzega w tych działaniach szczerego zaangażowania. Raczej usilną aluzję, że dawniej też unosił się na tych ziemiach inny odór… Zastanawiam się, czy tak usilnie, bo grubymi nićmi szyte, skojarzenia są… no właśnie, jakie? Właściwe/potrzebne/usprawiedliwione/obliczone na tanią sensację/niesmaczne – niepotrzebne skreślić. Niezbyt dobrze prezentuje się także podtytuł książki – Czarna zima. Rzecz dotyczy wieloletniego trucia mieszkańców przez wspomniany już zakład. Pył z kominów Synthosu osiadał wszędzie, ale najlepiej widać go było na śniegu. Niektórzy zobaczyli po raz pierwszy biały śnieg dopiero na wyjazdach feryjnych, z dala od swojego miasta. Historia sama w sobie ciekawa, ale czy na tyle, aby dać ją do tytułu książki? Pytanie o tyle zasadne, że istnieje już książka o łudząco podobnym tytule amerykańskiego historyka Zagłady Timothy’ego Snydera Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie. Opisywane zjawisko „czarnej zimy” nie jest – jak się okazuje z perspektywy całościowej lektury – motywem rzeczywiście istotnym dla reportażu, ba, nie spina nawet klamrą oświęcimskiej opowieści Kąckiego. Dlaczego zatem ten podtytuł – zostawiam czytelnikom do rozstrzygnięcia.

Naturszczykowość, bycie swoim, równym gościem – nie jestem do końca przekonany, czy reporter zdaje sobie sprawę z konsekwencji swojej postawy.

 

Do muzeum Auschwitz można wejść na dwa sposoby.

Legalnie – kasa, bilet, bramki wykrywające metal, strażnicy. Dla mnie za dużo zachodu.

Nielegalnie – przeskoczyć przez płot od strony ulicy Legionów, gdzie mieszka Sylwia – będę ten sposób często stosował, bo to słaby płot, druciany, z czasów PRL.

 

Nie mam pojęcia, czemu ma służyć ten fragment. Obnażeniu słabości Muzeum? Nawet jeśli tak – to czy jest to najlepszy sposób? Podkreśleniu swojej męskości – życie na małym nielegalu, sprawność fizyczna, dreszczyk emocji? Nie znam odpowiedzi na te pytania, nie trzeba jednak być mędrcem, aby dostrzec, do czego – mimowolnie – zachęca ten fragment.

 

Turysta

 

Jeśli czegoś mi brakuje w Oświęcimiu Marcina Kąckiego, to – paradoksalnie – samego Muzeum. Są wywiady z mieszkańcami, którzy mają mieszkania w budynkach zaadoptowanych na ten cel na terenie Muzeum. To najczęściej jego pracownicy, w większości ludzie starsi. Ich życie, ich dom, to teren dawnego Auschwitz.

Czy jestem oświęcimianką? Nie, nie czuję się… Jestem stąd, z obozu, z Auschwitz. Powiem panu, że bardziej bałam się przechodzić przez osiedle Lenina, dzisiaj Pileckiego, niż przez obóz, zwłaszcza po ciemku. Bałam się bardziej ludzi poza obozem niż tych rzekomych duchów w obozie. Moje serce jest tu, a miasto nie jest przyjazne. Tu, w obozie. Czuję lepszą energię. Gdy wyjeżdżałam gdzieś na dłuższy urlop, tęskniłam, chciałam natychmiast wrócić, serce mi biło, bo Auschwitz to mój teren. Może i tak jest, że nasze muzeum to państwo w państwie, nie mam nawet przyjaciół w mieście… Po śmierci rodziców przeniosłam się do mniejszego mieszkania, blok dalej, tam, gdzie orkiestra obozowa grała kiedyś dla esesmanów.

 

Rozmowy z mieszkańcami na terenie Auschwitz to jeden z najlepszych fragmentów Oświęcimia Kąckiego. I znów żal bierze, że są to tylko rozmowy (zdawkowe, urwane, krótkie, powierzchowne), a nie wywiady, na które potrzeba czasu i wzajemnego zaufania. Brakuje tu głębi, niespiesznego zamyślenia nad losem osób związanych w przeróżny sposób z dawnym obozem zagłady. Marcin Kącki pozostaje turystą. Rozmowy z pracownikami Muzeum też nazbyt pospieszne i ograniczone w zasadzie do dyrektora i jednego historyka. A przecież Muzeum zatrudnia przewodników (fascynujące byłoby zestawienie doświadczeń pierwszych przewodników, jak i tych dzisiejszych), edukatorów, konserwatorów, archiwistów… Brakuje mi samego Kąckiego na terenie dawnego Auschwitz-Birkenau. Co widzi reporter, gdy jest w tym miejscu? Jak się zachowują ludzie – młodzi i starzy, ci ze Wschodu i ci z Zachodu? Tego nie ma. A szkoda, bo obserwacje samego Marcina Kąckiego o sobie samym, jak i zwiedzających, dodałyby wiarygodności w jego opisie Oświęcimia. Atutem Auschwitz-Birkenau pozostaje wciąż autentyczność pozostawionych budynków, powierzchnia (191 hektarów) oraz ogromne zbiory: 110 tysięcy butów, 3,8 tysiąca waliz, 470 protez, 246 sztuk tałesów… A przecież pozostają jeszcze archiwa, a w nich pisma urzędowe i prywatne, prace plastyczne. Muzeum posiada jedną z najnowocześniejszych pracowni konserwatorskich, której zadaniem jest zachować przedmioty w ich autentyzmie z czasów wojny. Mówiąc najbardziej obrazowo – przedmioty są naprawiane tylko z tych zniszczeń, których dokonał czas po 1945 roku. Wszelkie wcześniejsze zabrudzenia, pęknięcia (o ile nie wpływa to na przedmiot) pozostają bez zmian. To nie jest muzeum sztuki, gdzie przywraca się drugi i kolejny blask przedmiotom. Liczba przedsięwzięć podejmowanych przez muzeum Auschwitz-Birkenau jest imponująca: badania historyczne, studia podyplomowe, konferencje międzynarodowe… Nie sposób tego wyliczyć. W 2016 roku muzeum odwiedziła rekordowa liczba dwóch milionów osób. W pierwszej dziesiątce krajów, z których przyjechali, są: Polska (424 tysiące), Wielka Brytania (271), USA (215), Włochy (146), Hiszpania (115), Izrael (97), Niemcy (92), Francja (82), Czechy (60) oraz Szwecja (41). Być może ciekawsze jest, kogo w tej dziesiątce nie ma. Brakuje naszych wschodnich sąsiadów, zwłaszcza Rosji (25. miejsce, 11,6 tysięcy osób). Poprzedzają ją – co ciekawe – Japonia (15. miejsce), Korea Południowa (19. miejsce), Brazylia (22. miejsce) czy Chiny (23. miejsce). Brakuje mi zastanowienia, refleksji Kąckiego wobec tych danych. Jakby Muzeum, które jest na ustach całego Oświęcimia, nie było w zakresie jego zainteresowań.

 

Miasto z obozem w tle

 

Może źle odczytuję Oświęcim Marcina Kąckiego? Na pewno zasługą reportera jest to, że rozmawia z ludźmi żyjącymi w cieniu Muzeum. Przeklinają, zazdroszczą, patrzą i odwracają wzrok – jakby nie było, żyją pod jego ciągłą presją. Pod ciężarem historii, która stała się ich brzemieniem, choć nie są jej winni. Kącki daje się wypowiedzieć tym, których głos jest zwyczajnie marginalizowany.

 

Musi pan pamiętać – mówi jeden z oświęcimian – że przez obóz mieszkańcy mają tu poczucie krzywdy, wydaje się im, że zostali naznaczeni. Każdy cmentarz powinien mieć swoje granice, żeby można było żyć, a były momenty, gdy obóz był całym miastem, i ludzie tracili do tego szacunek.

 

Z dwóch milionów zwiedzających Muzeum do miasta zajeżdża raptem 5%. Dla nich Muzeum Oświęcim staje się tylko przybudówką do Auschwitz. Dlatego tak bardzo podkreślane jest rozdzielanie dwóch porządków oraz ich właściwego znaczenia: przyjeżdżam do Oświęcimia (czyli do miasta) i przyjeżdżam do Auschwitz (czyli do muzeum). Miejscowi bardzo tego pilnują i mają rację. Bo miasto chce żyć. Tańczyć, rozbudowywać się, zarabiać. Nie jest to proste w takim miejscu. To, co sprawdza się wszędzie, nie sprawdza się w Oświęcimiu – mówią inwestorzy. Jakakolwiek promocja miasta kończy się skojarzeniami z Auschwitz-Birkenau. Reklamować miasto na pudełkach od zapałek, jak inne miasta – beznadziejna sprawa. Tu wszystko jest ironiczne, mówi jeden z oświęcimian. Chociaż nie… Pomysł Darka Maciborka i jego Life Festival przynosi nową energię i skutecznie odczarowuje to miejsce. W Oświęcimiu wystąpili między innymi Soundgarden, Elton John, Peter Gabriel, Sting.

Oświęcim Marcina Kąckiego jest książką o mieście, nie o dawnym obozie. Może dałem się złapać, jak pewnie większość czytelników. Z drugiej strony mam wrażenie, że sam autor nie stawia jasno granicy między jednym a drugim. I pewnie o tym jest właśnie ten reportaż.

 

Marcin Kącki Oświęcim. Czarna zima, Znak, Kraków 2020.

Okładka książki

 

 

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Miasto z obozem w tle, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 88

Przypisy

    Powiązane artykuły