07.05.2020

Nowy Napis Co Tydzień #048 / Winy się nie dziedziczy, prawda?

Po kilku pierwszych stronach Drzazga Mirosława Tryczyka przestaje być tajemnicą. Tryczyk, który pisał o pogromach Żydów dokonanych przez ich sąsiadów, Polaków, w książce Miasta śmierci, nagle odkrywa, że jego dziadek też brał w nich udział. Ocenianie innych, mieszkających gdzieś tam, nagle musi ustąpić ocenie swoich najbliższych, których zna się i ufało się im przez całe życie. Dlaczego ukrywaliście to przede mną? – dopytuje raz po raz swoją rodzinę Tryczyk. Pyta matkę, tropi rodzinne legendy, wpatruje się w rodzinne fotografie, nagle dostrzegając przedmioty i drugie tło, którego nigdy wcześniej nie dostrzegał. Drzazga przypomina zatem powieść sensacyjną, której zakończenie jest zbyt wyraźnie sygnalizowane. Na końcu nie będzie spodziewanego katharsis, nie będzie oczyszczenia. I gdy po kilku pierwszych stronach czytelnik chce odłożyć już książkę – bo przecież wszystko już wiadomo – nagle Mirosław Tryczyk milknie ze swoją rodzinną opowieścią i pozwala mówić innym. Zamiast oczyszczenia jednostkowego, spowiedzi indywidualnej, otrzymujemy portret zbiorowy, wyznania rozpisane na wiele głosów wraz z cała plejadą postaw. A wtedy już nie sposób oderwać się od lektury.

Mirosław Tryczyk zadaje pytania własnej rodzinie. Choć bezpośredni sprawcy (w tym przypadku ukochany dziadek, który miał zawsze czas dla wnuczka, sadzał go na swych kolanach, bawił się z nim, sporządzał łuk i strzały) już nie żyją, to żyją ich dzieci. Dlaczego nie dziwi was – dopytuje najbliższych autor – że zostało wymordowanych 1/3 waszych sąsiadów? Odpowiedzi są oczywiście różne, ale większość z nich przypomina ruch odganiania się od natrętnej muchy: nie wiem, nikt mi o tym nie mówił, nie pamiętam, to było dawno, idź pogadaj z kim innym, zostaw mnie… Autor, a wraz z nim czytelnik, nie dowierza zdawkowym odpowiedziom. Tryczyk drąży, nachodzi w porę i nie w porę, aż stawia pytanie: mamo, czy ty jesteś Żydówką?

Mama najbardziej się bała, że podczas moich badań dokopię się, że sami jesteśmy Żydami. Tego samego bała się moja siostra. Do rozpaczy doprowadzały matkę moja chrzestna i jej siostry, córki najstarszego z jej braci, gdy dzwoniły do niej co jakiś czas z pytaniem o przeszłość, o dziadków, o najstarszych członków rodziny. Mama była pewna, że te pytania miały drugie dno, że tak naprawdę kuzynki pytają, czy są Żydówkami.

Odpowiedź udzielana jest na przemian ściszonym lub podniesionym głosem, tak charakterystycznym dla poczucia winy.

Studium jednego przypadku

Autor wyrusza w dziennikarsko-historyczne śledztwo tropem swojej rodziny, jak również podobnych przypadków. To właśnie wtedy czytelnik przygląda się rozmaitym postawom, strategiom wypierania winy i próbom ich przepracowania. Jan Skrodzki miał siedem lat, gdy jego ojciec wraz z innymi mężczyznami, dokonał pogromu w Radziłowie. Mirosław Tryczyk odnajduje go na drugim końcu Polski, w Gdańsku. Jan Skrodzki jest przykładem osoby, która czuje, że – jak sam to określa – „wina pozostaje w rodzinie”. Jest świadkiem czynów mężczyzn z Radziłowa. Widział, zapamiętał, a co najważniejsze, przeprowadził rodzinne śledztwo w celu ustalenia udziału w pogromie. Po latach, gdy sam jest już ponad 80-letnim mężczyzną, na jednej półce stoją płaskorzeźby Żydów i zdjęcie ojca-mordercy. „Postawiłem go tam, żeby cały czas na mnie patrzył”, mówi. To zdanie musi zatrzymać czytelnika. Jest w tej scenie zapis całej gamy splotu przedziwnych uczuć. Co dokonuje się w milczącym spojrzeniu ojca i syna? Pamięć o rzeczach strasznych – na pewno, Jan Skrodzki nie neguje czynów ojca. Zatem dokonuje się zamiana ról: to syn patrzy teraz „ojcowskim”, karcącym wzrokiem na swego rodziciela. Czy jest w tej milczącej wymianie spojrzeń miejsce na synowską miłość? Zapewne też. To właśnie miłość będzie próbowała zrozumieć, a poniekąd i wytłumaczyć, mord popełniony przez ojca. To wina Kościoła, będzie powtarzał Jan słowa swego ojca z ostatniego okresu życia. I padnie oskarżenie miejscowego proboszcza, księdza Dołęgowskiego, zajadłego antysemity. Po pogromie w Radziłowie miał z ambony głosić, że wszystkich, którzy wzięli udział w pogromie rozgrzesza. Władza miejscowego proboszcza musiała być niezwykle silna, jego autorytet niepodważalny, alternatywy wobec głosu z ambony raczej też nie było (chyba, że należało sięgnąć w głąb siebie lub Ewangelii). Obarczenie współwiną księdza Dołęgowskiego jest zaskakującą decyzją ojca Jana Skrodzkiego. Poczucie winy musiało drążyć jego sumienie przez lata, aż pod sam koniec życia zdobył się na czyn, który przez całe życie był nie do pomyślenia, i którego to w najważniejszym momencie zabrakło. Stary Skrodzki umiera w negacji Kościoła: nie życzy sobie sakramentów, kościelnego pogrzebu. Jego wola została uszanowana. Gdy ojciec-morderca stara się uporać ze swoją winą, podobnie czyni syn. Próbując dokonać racjonalnego wytłumaczenia wobec udziału ojca w pogromie, Jan mówi:

Słuchaj, cokolwiek on zrobił, to były trudne czasy… Tam w tych czasach trudno było się znaleźć! Nie wiadomo, co ze sobą zrobić, a chciało się być aktywnym! I czegokolwiek byś się nie imał, to było złe, albo dobre, i trudno było oceniać! – prawie krzyczy – Tutaj ojciec też się znalazł w takiej sytuacji, nie wiedział, co ze sobą zrobić. Ale jednak zrobił to, co zrobił…

Zacytowana wypowiedź najeżona jest wykrzyknikami, co pokazuje ilość emocji tkwiących w niełatwym „dziedziczeniu winy”. W dodatku splot emocjonalny zacieśnia się jeszcze bardziej, gdy Jan wspomina, że ojciec zawsze dbał o jego wykształcenie, że zawsze łożył na studia i utrzymanie się w ich trakcie. Po latach przychodzi bardziej świadome pytanie: skąd były na to pieniądze? Owo wzajemne spoglądanie na siebie ojca i syna zdaje się mówić wszystko.

Motywy

Z biedy. Z głodu. Z chciwości. Z przyzwolenia. Ze strachu, że jak nie ja, to oni mnie. Z tego wszystkiego, co doprowadzało w czasie wojny do krawędzi człowieczeństwa, a czego teraz nie można zrozumieć. W taki sposób tłumaczą swoich ojców i dziadków ich potomkowie, że wtedy było inaczej i nie można tego oceniać naszymi kategoriami; że byli zmuszani przez Niemców. Niektórzy mówią nawet, że przystawiano im broń do głowy, aby zabijali Żydów. Podpytywani przez autora, jak się z tym czują, wiedząc, że ich dziadkowie, wujkowie byli cmentarnymi hienami szukającymi złota przy pochowanych Żydach, że mieszkają w ich domach, odpowiadają najczęściej wzruszeniem ramion, ucieczką wzrok gdzieś w bok. Ale najczęściej pada odpowiedź, która uniewinnia siebie i swoje własne dzieci, czyli przyszłość: nie wiedziałem, ale teraz nie można z tym już nic zrobić. W ten sposób, świadomie czy nie, powtarzają tę samą koszmarną tajemnicę. Tryczyk odwiedza potomków biorących udział w pogromach na swoich żydowskich sąsiadów, stara się także rozmawiać z najstarszymi osobami z danej miejscowości. Im bardziej pyta, tym bardziej podnosi się wobec niego mur milczenia i unosi się fala nienawiści. Padają oskarżenia, że jest na usługach Żydów, którzy chcą odebrać swoje dawne gospodarstwa. Pojawiają się groźby. Pan tylko o Żydów pyta, a o wyklętych? – otrzymuje pytanie Mirosław Tryczyk. Gdy zaczyna pytać o żołnierzy wyklętych, to miejscowa młodzież jest z nich dumna, ale starsi mają inne wspomnienia. O samowolce tych, którzy mają broń, o zwykłych grabieżach żywności, ubrań, trzody chlewnej, o załatwianiu własnych porachunków za pomocą bicia i zabijania. O szantażu i gwałtach. O tym, że zabija się siekierami Żydów, a w raportach wpisuje likwidację komunistów. I okazuje się, że kto inny przystawiał broń do głowy zmuszając do kopania masowych dołów śmierci, że rzeczywistość wojenna to nie podwójna okupacja, ale często, przez zdemoralizowaną postawę części „leśnych żołnierzy”, potrójna.

Wspólnota żywych i umarłych

Największe wrażenie robią ci, którzy mówią spod ziemi. Ich głos jest niewyraźny, jak przystało na usta pełne piachu, błota i ognia. Mówią poprzez potomków tych, którzy ich zabili. Tadeusz Rolke, fotograf, jako małe dziecko widział śmierć Żydówki, która wyskoczyła z pociągu wiozącego ją prawdopodobnie do obozu koncentracyjnego. Poranioną, połamaną dobili okoliczni mieszkańcy. Od tamtego czasu, jak sam twierdzi, Żydówka prześladuje go w snach. Ktoś inny widział jakieś zdjęcie w zakurzonym albumie na strychu rodzinnego domu, przeczytał stare listy, które nazbyt szybko zostały mu wydarte z rąk przez przestraszonych dziadków. Rwane opowieści, które domagają się dopowiedzenia. Wiele słychać w domowych kłótniach. „Patrz, jak ci Żydzi spod ziemi wychodzą!”, krzyczą do siebie bohaterowie Drzazgi. W innej rodzinie żona nie chciała być pochowana ze swym mężem, o którym wiadomo było, że był czynnym uczestnikiem mordowania żydowskich sąsiadów. Krajobraz po pogromie też przemawia. Mirosław Tryczyk opisuje, w jaki sposób sprawcy starają się ukryć swoje grzechy. W Radziłowie postawiono szkołę 3 kilometry za miastem. Nie dla wygody uczniów. W rzeczywistości znajdował się tam dawny cmentarz żydowski, a szkoła stanęła tylko po to, aby zakryć – dosłownie – wszelki ślad po dawnych mieszkańcach Radziłowa. Ale przede wszystkim zostaje codzienność miejsca. Zaskakujące jest, że ci, którzy dorobili się na pogromach żydowskich nie odsunęli się nazbyt daleko od swoich ofiar. Przeciwnie, mieszkają w jednym sąsiedztwie. Pole, na którym są zbierane ziemniaki, jest jednocześnie miejscem pochówku. Drzewo, które widać w odległym kącie podwórka skrywa w swoich korzeniach szczątki kliku rodzin. W stodołach, w piwnicach wciąż są miejsca zalane betonem, studnie pospiesznie zasypane, wobec których starzy gospodarze mówią do młodych: zostaw, nie kop tam. Fascynująca i przerażająca zarazem jest ta swoista symbioza żywych i umarłych, oprawców i ofiar. To jest dosłownie życie z umarłymi. Zupełnie jakby mordercy nie byli w stanie zapomnieć, odciąć się całkowicie od swoich ofiar. Jakby więzy sąsiedzkie pozostały do samego końca. Jeszcze ciekawszy jest dalszy los morderców, którzy wzbogacili się na żydowskim mieniu. Okazuje się, że ich los jest najczęściej smutny. Chociaż unikają sprawiedliwości przed sądami, to sumienie ściga ich przez większość życia. Stojąc już u kresu życia, wyznają swoje winy rodzinie. Część z nich popełnia samobójstwo. Wobec wszystkich potwierdza się jednak ta zasada: wzbogacenie się na mordzie przynosi nieszczęście. Widać to po stanie zdrowia dzieci oprawców lub po ich stanie psychicznym. Jeszcze inną sprawą są nagłe wypadki. Zdaje się, że sprawiedliwość sięga nawet zza grobu.

Poruszanie darni pamięci

Drzazga Mirosława Tryczyka wpisuje się w szerszy nurt książek rozliczających Polaków stojących nad masowymi dołami śmierci. Warto wspomnieć tu My z Jedwabnego Anny Bikont z roku 2004, ale również Płuczki Pawła Piotra Reszki. Poszukiwacze żydowskiego złota sprzed kilku zaledwie miesięcy. Wszystkie one wyrastają z książki Sąsiedzi Jana T. Grossa. Wydawałoby się, że od 2000 roku, gdy ukazało się pierwsze wydanie tej książki, zrobiliśmy, jako społeczeństwo, olbrzymi krok do przodu, że potrafimy stanąć przed historią, często odziedziczoną, i na którą nie mieliśmy wpływu, nazwać rzeczy po imieniu. Wykonać gesty, które należy wykonać. W tym kontekście fragment rozmów, tłumaczenia, przekonywania, a wreszcie zwykłego użerania się z lokalnymi władzami, które opisuje Tryczyk jest znamienny. Gdy wreszcie udaje się postawić skromną tablicę upamiętniającą dawnych mieszkańców, pozostają uczucia dalekie od spokoju sumienia:

Uroczystość odsłonięcia tablicy pod Bzurami tamtego lata była pierwszą poświęconą zbrodni dokonanej przez polskich sąsiadów na żydowskich mieszkańcach od dnia odsłonięcia pomnika w Jedwabnem. Przez szesnaście lat od 2001 roku nic podobnego się nie zdarzyło, później też nie.

Przez całą lekturę książki Mirosława Tryczyka kłuł mnie jej tytuł. Autor na ostatnich stronach tłumaczy Drzazgę jako mroczną i pełną niedopowiedzeń historię rodzinną. To drapie, uwiera; jest w niedopowiedzeniach i rodzinnych zamilknięciach lub specyficznych żartach. Pójście tropem biblijnym (Mt 7,3-5) sprawia, że pytanie o historię rodzinną staje się pytaniem o nas wszystkich.

M. Tryczyk, Drzazga. Kłamstwa silniejsze niż śmierć, Kraków 2020.

okładka książki

 

Zachęcamy do odwiedzenia bloga Marcina Cieleckiego:  https://marcincielecki.wordpress.com/

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Winy się nie dziedziczy, prawda?, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 48

Przypisy

    Powiązane artykuły