18.02.2021

Nowy Napis Co Tydzień #088 / Piłka w czasie zarazy

Kwiecień

* * *

Latem 1973 roku w Neapolu wybucha epidemia cholery. Mieszkający w pobliskim Salerno Sándor Márai odnotowuje w Dzienniku:

Podobno zaraza jest w małżach. Ale na wybrzeżu ludzie jedzą małże i ślimaki od dwóch tysięcy lat. I w tym czasie była cholera, podobnie jak był tyfus, polio, meningitis, hepatitis, co roku kilkuset ludzi umierało w takich zakażeniach, ale większość miejscowej ludności wyprodukowała przeciwciała. Teraz jednak nadeszła epidemia. W zmechanizowanej i utrzymywanej w higienie cywilizacji nieoczekiwana zaraza […]. W Neapolu pięćdziesiąt handlarek ryb publicznie protestowało przeciw zarządzeniu władz, które zabroniły łowienia i spożywania małż i ślimaków podejrzanych o zarazki cholery, dowodziły na ulicy, że cozza, morski ślimak nie zaraża, na oczach tłumu gapiów jadły na surowo owoce morza. I może nawet miały rację, zawsze lepiej jest szybko umrzeć na cholerę niż bez pracy powoli, z głodu.

Dzwoni do mnie fryzjerka (punktom usługowym zakazano działalności), z którą umawiałam się na wizytę przed zarazą. Jest jak tamte neapolitańskie kobiety: – Może ja do pani przyjdę? W rękawiczkach, maseczce? – ma dziecko, mąż właśnie stracił pracę w knajpie. Biorę jej cozza, wyciągam po nie ręce.

* * *

Pustka skwerów i placów przypomina strwożone cielsko. Na jednym z balkonów osiedlowego bloku kobieta sadzi wczesne bratki o barwie motylich skrzydeł. Wkładam kurtkę, zabieram torbę na kółkach i idę tam, gdzie jeszcze wczoraj funkcjonowała jedyna w najbliższej okolicy kwiaciarnia. Idę przez tę pustkę, jakbym stąpała po kruchej, przeźroczystej tafli. Dziwne uczucie przewinienia i instynktownej konieczności. Jestem przecież kobietą. Jak ta z balkonu, jak te, które w cieniu gilotyny ustawionej na paryskim placu de Grève podczas wielkiej rewolucji (gdzie niepoliczalne głowy turlały się po drewnianym podeście z martwiejącym błyskiem odciętego widzenia) szydełkowały w skupieniu obrusy i serwety. I byłabym wśród tych, to pewne, co to w syberyjskich łagrach w odłamku przemyconego lusterka liczyły przybyłe z upodleniem zmarszczki. I wśród tych, co między dymiące jeszcze cegły powalonego świata, chodząc po gruzowisku – zachowały się takie fotografie z Warszawy – wtykały tekturowe szyldy oferujące usługi manicure i pedicure (gdy w rumowisku wciąż odzywał się fortepian).

Każdy kataklizm wyłania kobiety niosące rekwizyty wołającej o pomstę normalności. Tak działa, bez sentymentalizmu, z odwieczną rutyną, duch życia. Tak zarządziła natura, nie mężczyźnie, lecz kobiecie każąc rodzić.

Kwiaciarnia jest otwarta. Kupuję bratki, liche, ostatnie, po złotówce sztuka. – Pani spróbuje, może się ockną – zachęca stara kwiaciarka. Wiosną 2020 roku balkonowe bratki, jak w oczach poety, mają podkute szafirowym sińcem oczy. Kiedy wracam ze swoimi, kobieta podlewa je czerwoną konewką.

 

* * *

Za każdym razem na zewnątrz atakuje mnie cisza. Jak cisza fantomów. Jak maska. Człowiek podświadomie oczekuje, że maska opadnie i to, co znieruchomiało, zacznie się ruszać, co zmartwiało, ożyje. Na przykład plac zabaw oklejony szczelnie czarnymi taśmami. Każdy przedmiot oddzielnie: huśtawki, karuzela, koniki na biegunach są jak zwłoki w foliowych workach. W maskach. Władze zarządziły, że od 16 kwietnia ludzie też mają się maskować.

* * *

Znajomy zgłosił się na wolontariusza – pomaga w zaopatrzeniu w żywność starszym i samotnym. Przydzielono mu emerytowaną nauczycielkę na warszawskim Ursynowie. Podopieczna mieszka na ósmym piętrze, trzeba wjechać windą. Po klatce schodowej obijają się wzburzone głosy kobiety i mężczyzny. Płacz dziecka. Winda jest zajęta, najwyraźniej ktoś ją blokuje, znajomy poirytowany: nie uśmiecha mu się targać na piechotę ciężkiej jak diabli paczki. W końcu winda rusza. Wypełniają ją walizki, plecaki, pluszaki, ubrania, rowerek. Ze schodów wyłania się kobieta z dzieckiem na rękach, drugie zjeżdża po poręczy.

– Przeprowadzka w taki czas? – zagaduje znajomy. A jej oczy świecą otępiałym blaskiem, jak u bezsennych: – Mąż nas wyrzucił. Jadę do matki – odpowiada bez emocji, bez łez.

Starsza pani, której opowiedział tę scenę, zafrasowała się: – To porządna rodzina. Spokojna, wykształcona. Ona uczy angielskiego, on inżynier.

Działo się to w trzecim tygodniu po zamknięciu szkół i przedszkoli.

* * *

Lilka donosi mi z Hajfy, że córki (osiadłe w Tel Awiwie i w Jerozolimie) zabroniły jej przyprowadzania kotów do mieszkania na czwartym piętrze „bo nie wiadomo, co ze sobą przywloką”. Więc jedzenie dostarcza im Hinduska.

Wtedy, w wąskim kominie fabryki farb i lakierów, gdzie ukryła ją przed gestapowcami matka, w jego całkowitej, pozbawionej czasu ciemności wybuchającej w mózgu wiązkami majaków, odwiedziły ją koty, które dokarmiała jej babka z Horodenki, wioski pod rumuńską granicą, gdzie całą rodziną spędzali wakacje. Rude, czarne, bure, białe łasiły się i komponowały mruczanda tkające otulinę chroniącą przed kanciastą, zimną powłoką kominowych cegieł. Gdyby nie koty, zamarzłaby.

* * *

W tej wszechobecnej pustce bez ograniczeń łazęgują jedynie bezdomni. Wielu z nich zasmarkanych, kaszlących. Ciągną ze sobą poharatane wózki. W ich życiu nic się nie zmieniło: nie da się nie wychodzić spod dachu nieba. Mają żniwa: ludzie robią zapasy, a potem wyrzucają dużo twardego lub spleśniałego chleba, kwitnących kartofli, podgniłych owoców. Kobiety czyszczą z zimy szafy: w tobołach bezdomnych przybywa zmechaconych swetrów, całkiem porządnych, tu i ówdzie nadprutych kurtek, szalików.

Włóczędzy należą do tej samej niezależnej, równoległej fabuły co ptaki, koty, rośliny i małe, bezrozumne jeszcze dzieci. Bije z nich wstrząsająca godność.

* * *

Nigdy nie wierzyłam w perwersyjne okrucieństwo flecisty z dolnosaksońskiego miasteczka Hameln w północnych Niemczech. W baśni braci Grimm, w zemście za to, że nie dostał zapłaty za ukrócenie plagi szczurów, zahipnotyzował tamtejsze dzieci na wieczne półśnienie i wyprowadził je za miasto w roku 1284. Flet – wyrabiano je wtedy z łabędzich kości – by na to nie pozwolił, przez flet przemawia niepokalanie poczęte piękno.

Dzieci były – to pewne, bo w miasteczku, co potwierdzają dokumenty, czas przybrał osobliwą miarę: liczył się od dnia ich utraty.

Przyśniła mi się dziś długowłosa dziewczynka stojąca przed domem w Hameln z małym bratem na rękach w gasnący dzień. Tam, gdzie słońce w ognistej szacie zwykło wracać na noc, na łagodnej linii wzgórza osłaniającego peryferia, dostrzegła pnącą się, rozciągniętą procesję. Na jej przedzie mężczyzna w pstrokatej kapocie grał na piszczałce (ach, gdzież jej do fletu z łabędzich kości!), za nim dzieci – jedne w jakimś chwiejnym pląsie, inne w odrętwieniu, następne – to chyba wina zachodzącego słońca – w szkarłatnej gorączce. Dziewczynce wydaje się, że za chwilę sama zapłonie. Odległość wsysa dźwięki i barwy, w oślepiającym świetle wszystkie postaci procesji są czarne. Osiągnąwszy szczyt, znikają.

Grubo ponad setka dzieci pięła się za grajkiem.

Budzę się – obraz wciąż jest wyraźny, jak te dzieci, które kiedyś były. Archiwalia poświadczą, a za nimi Internet, że potem na wzgórzu odkryto jamę wypełnioną drobnymi szkieletami. W Europie szalała wtedy dżuma, zmarłych grzebano za miastem. By powstrzymać zarazę, nieraz posyłano do grobów chore, wciąż żywe istoty. Tak w Hameln zabrakło jednego pokolenia, to dlatego w tym mieście czas skurczył się i płynął odarty.

Tak, dzieci były. Jeszcze do XVIII wieku drogę, którą – wiedzione przez rzępołę – przekraczały granicę miasta, nazywano ulicą Ciszy. Nie ma śmierci bez ciszy.

Z sąsiedniego ogródka dobiega śmiech dzieci. Co za ulga.

 

* * *

Niedaleko dzieciarnia gra w siatkówkę. Wrzeszczą, drąc na strzępy pandemiczną ciszę. Zgrabiam w ogródku resztkę jesiennych liści, oczyszczam z patyków mech, sprawdzam wilgotność ziemi w donicach z bratkami, gdy raptem coś miga mi przed oczami i ląduje tuż obok grabi. To piłka w biało-czarną szachownicę – a tam, na nieodległej parceli wrzenie zabawy milknie. Zawodnicy nie wiedzą, gdzie ugrzęzła, ich skonfundowane spojrzenia zapewne starają się odtworzyć trajektorię jej lotu, błądzą po okolicznych zaroślach, penetrują zagmatwane kąty ogrodu.

Jeszcze miesiąc wstecz żaden cudzy przedmiot, zabłąkany na skrawku mojej ziemi, nie przebywałby tu dłużej niż ów moment, który go tu siłą grawitacji sprowadził: bez wahania odrzuciłabym go w kierunku, z którego przybył. Lecz piłka w czasach zarazy nie jest już zwykłą piłką, wirus wyposażył ją w nadzwyczajną moc rażenia. Bo co, jeśli jestem nieświadomą nosicielką wroga o kryptonimie Covid-19 i moje dłonie przetransportują jego genomy na ręce bawiących się dzieci, a potem zainfekują ich matki, ojców i, nie daj Boże, dziadków? Bo co, jeśli – chwytając piłkę – zarażę córkę?

Piłka wgapia się we mnie biało-czarnym, wyzywająco błagalnym spojrzeniem – chce wrócić do swej roli, ponieważ rzeczy jej wyzbyte tracą rację bytu, jak krzesło w szczerym polu albo okno bez widoku, ich energię pochłania nicość. – Poczekaj – nakazuję. Obchodzę osiedle. Może za którymś z ogrodzeń zobaczę chłopców i zdołam powiadomić o zgubie. Nigdzie żywego ducha – znów wszystkim zarządza cisza. Tylko tuje oddzielające parcele kołyszą się z lekkim trzaskiem.

– Zostań, jak długo musisz – zezwalam piłce. Teraz jest w niej coś z kotki, która zapuściła się w obcy rewir i bada możliwości aneksji. Szybko zasymilowała się z zielonością tła, pokornie się w nim zaszyła.

* * *

Niezwykłe zjawisko: cisza kolejek przed sklepami. Peerelowskie kolejki pachniały stadem, wspólnictwem, były rozgdakane, rozplotkowane, rozedrgane, ich naczynia krwionośne, niczym u stwora gotowego do walki, nabrzmiałe. Te milczą. Wąż kolejki przesuwa się powoli i ospale, wymagany odstęp między ludźmi zamyka usta i kawałkuje jego ciało na oddzielne byty. Raz stojący z ojcem, zszokowany ciszą, dziesięciolatek zaczyna pytlować donośnie o jakiejś grze komputerowej, potem o głupim zadaniu z matematyki, o psie ze słonimi uszami, o babcinych pączkach z malinowym nadzieniem, o megafajowym quadzie kolegi, i o tym, gdzie pojadą na wakacje.

Zagaduje zjawisko, którego nie znało jego dzieciństwo: ciszę. Próbuje odzyskać poczucie bezpieczeństwa, broni się.

* * *

W Wielką Sobotę, jak co roku, słuchamy Pasji św. Mateusza Bacha. W Niedzielę Wielkiej mszy H-moll. Pasja (z najpiękniejszą arią świata, towarzysząca pierwszemu, dreszczem podszytemu zapianiu koguta) to emocje: motłochu, pojedynczych bohaterów tragedii: Jezusa, Piłata, jego żony, Szymona z Cyreny, kobiet podążających za Skazanym, w tym Jego matki, ukrzyżowanych złoczyńców, z których jeden trafi do raju, strażników wyszydzających konającego. Emocje dobrych i podleców – jedne i drugie prawdziwe, poruszające. Msza – czysty kompozycyjnie, triumfalny, płomienny monument wzniesiony niezniszczalnemu życiu, laudacja rezurekcji, eksplodująca chóralnym dziękczynieniem. Oba dzieła to muzyka, jeśli nie z nieba, to do nieba. W. wyznaje, że gdyby mógł uwierzyć, uczyniłby to dla Bacha.

 

* * *

Festyn maseczkowej mody. Pod maseczkami w motylki, kółeczka, serduszka, paseczki, kropeczki, ciapeczki, gwiazdeczki, małpeczki, rombeczki, półksiężyce, misie, kotki, pieseczki, nie odnajdują się sąsiedzi. Obserwuję, z jakim natężeniem próbuje zidentyfikować mnie kulturalny pan z naprzeciwka, który zawsze się kłaniał, zanim powiedział „dzień dobry”. Ma się wrażenie inwazji strusiowatych z innej planety i najazdu obcych paradujących w przyłbicach. Jeśli wynalezienie szczepionki na wirus potrwa lata, to po zdjęciu masek już się nie rozpoznamy. Będziemy uczyć się siebie jak abecadła z ocalałej z pożogi osmolonej tablicy.

Fragment dziennika pandemicznego ze zbioru Wiosnę odwołano. Antologia dzienników pandemicznych

Dzienniki pandemiczne można zakupić w e-sklepie Instytutu Literatury.

Okładka książki

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Elżbieta Isakiewicz, Piłka w czasie zarazy, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 88

Przypisy

    Powiązane artykuły