08.08.2019

Nowy Napis Co Tydzień #009 / Skąd bije źródło ciemności?

Grzegorz Kalinowski (rocznik 1955) pisze opowiadania, zajmuje się też krytyką literacką. Przez piętnaście lat (1997–2012) związany był z „Kwartalnikiem Artystycznym”. Książki wydaje rzadko. Jego pierwszy zbiór opowiadań, tylko biel, ukazał się w 2010 roku. A teraz, po ośmiu latach przerwy, Kalinowski powraca ze zbiorem opowiadań ciemne wody.

Najnowsza książka liczy sześćdziesiąt stron. Minimalizm to pierwsza rzecz, która świadczy o unikalności tej prozy. Wydaje się, że Kalinowski w ten sposób potwierdza, że jest twórcą niezależnym, niepowiązanym z żadnym salonem, ba, trzeba powiedzieć jeszcze dosadniej – że jest twórcą osobnym (zdaję sobie sprawę, że ten zwrot jest w ostatnim czasie nadużywany). Podobni twórcy nie piszą książek dla pieniędzy i blichtru, ale z pewnej do końca niezidentyfikowanej potrzeby serca. Przeważnie obca jest im literacka „rąbanka”, której stosy zalegają na półkach każdej większej księgarni. Podejrzewam, że najnowsza książka Kalinowskiego nigdy tam nie trafi.

Sięgając po ciemne wody, domyślałem się, że jest to książka pesymistyczna. Tytuł nie pozostawia złudzeń. Dopiero po lekturze wiem jednak, że jej główną bohaterką jest „kostucha”, albo bardziej popularnie – „śmierć”. Kalinowski wyjaśnia to już we wstępie, w tekście zapisanym po łacinie: Tractatus de morte II.

Konstrukcja książki, pozornie prosta, w istocie jest dość tajemnicza. Tytułowe wody to konkretne akweny: w pierwszym opowiadaniu (święta rzeka) główni bohaterowie wyruszają w podróż do źródeł rzeki, w drugim (muliste jezioro) chłopiec-narrator opowiada o wakacjach spędzonych nad jeziorem, znajdującym się niedaleko jego miejsca zamieszkania. Akcja trzeciego opowiadania (Talida) także toczy się nad brzegami płytkiego i mulistego jeziora. Całości dopełnia czwarte opowiadanie, ciekawa refleksja z wycieczki rowerowej.

Kalinowski znakomicie operuje słowem, rzuca kolejne kadry i umiejętnie wciąga czytelnika w wir zdarzeń. Pewnie nadużyciem byłoby stwierdzenie, że jest to podróż do dzieciństwa samego autora. Tego nie wiemy. Z drugiej jednak strony, opisy mogłyby potwierdzać takie przypuszczenie: są sugestywne, mocne i pozostają głęboko w pamięci już po zamknięciu książki.

*

W pierwszym opowiadaniu (święta rzeka) rodzina wybiera się w podróż łodzią motorową po wodach tytułowej rzeki. Tajemnicza podróż staje się pretekstem do snucia refleksji – podróżnicy spotykają po drodze pastuchów, chłopki pracujące na polach, klownów, ich rejs przywodzi na myśl ciemny, niezwykły film Wernera Herzoga Aguirre, gniew Boży. Zakończenie opowiadania przypomina natomiast chwyt z dobrego thrillera, gdy nagle jedna scena zmienia wszystko, cały bieg zdarzeń, i zmusza wędrowców do nagłego odwrotu.

Siłą świętej rzeki jest nie tyle odpowiednie odtworzenie realiów Polski czasów Gomułki czy Gierka (brud, nieład, zanieczyszczenie środowiska i komunistyczna bylejakość są tu dobrze widoczne), ale umiejętne i bardzo plastyczne ukazanie świata, który przeminął bezpowrotnie. Polska prowincja zostaje opisana z perspektywy płynącej łodzi, a przedstawiony krajobraz zapada w pamięć. Najważniejsze jest jednak to, że Kalinowski stara się wniknąć głębiej. Oto rodzice chorego na nieznaną chorobę genetyczną chłopca (Lenek), której cechą charakterystyczną jest wodogłowie i nieproporcjonalna budowa ciała, a której nie potrafi zdiagnozować żaden lekarz, uciekają się do różnych magicznych sztuczek, żeby tylko wyleczyć swoje dziecko. Właśnie taki jest cel ich podróży – chcą dopłynąć do źródeł świętej rzeki i zanurzyć dziecko w cudownej wodzie, aby je uzdrowić. Kalinowski opisuje odprawiany przez rodziców cotygodniowy ceremoniał, kiedy zakładają oni na głowę chorego dziecka złotą koronę z papieru, a na siebie – strojne, królewskie szaty. Do pokoju wpuszczają pawie i odprawiają modły. Choroba dziecka wybija ich z rutyny, odsuwa na dalszy plan dotychczasowe obowiązki, ale nakłada nowe. Opiekunowie chorego zdają się przeczuwać, że nic nie zmieni się samoczynnie i że tylko działanie, irracjonalne lub nie, może przynieść efekt. W twórczości Kalinowskiego można znaleźć elementy realizmu, naturalizmu, symbolizmu czy ekspresjonizmu, choć wydaje się, że w świętej rzece na pierwszy plan wybija się myśl egzystencjalna. Rodzice Lenka są skazani na beznadziejną, samotną walkę ze złem – i jest to walka skazana na niepowodzenie.

W następnym opowiadaniu (muliste jezioro) bohaterką jest przykuta do łóżka starsza osoba. Tytułowy akwen wprowadza poczucie stagnacji: jego wody stoją nieruchomo. Narrator zostaje opiekunem powoli umierającej babci. Nastają kolejne wakacje, lecz chłopak nie ma nadziei na wyjazd, rodzina musi bowiem pilnować chorej. Narratorowi zostają kąpiele w pobliskim jeziorze. Korzysta z nich, snując opowieść o babci, jej młodości, o traumatycznej przeszłości dziadka, ich dzieciach; o tym, co mówiła i w co wierzyła umierająca.

Mijały lata. Babcia znalazła sobie swojego dziedzica, którym stałem się właśnie ja […] – relacjonuje narrator opowiadania. – Ofiarowała mi swój smutek. I ten bezmiar jej smutku, od którego nie mogłem się uwolnić, tkwił we mnie jak cierń.

Kalinowski pisze książki o sprawach najtrudniejszych. Bohaterami jego opowiadań są nieuleczalnie chore dzieci i śmiertelnie chorzy starcy. Zło ukryło się głęboko – zdaje się przekonywać Kalinowski – pojawia się także w postaci skazy genetycznej. Jest nienazwane i niezdiagnozowane, można powiedzieć, że ma rodowód metafizyczny.

Byłem kiedyś uczestnikiem spotkania, na którym Kalinowski odczytał trzecie opowiadanie ze zbioru, Talida. Na sali zapanowała wówczas grobowa cisza. W tym kilkustronicowym tekście zawiera się bowiem wszystko to, co o prozie Kalinowskiego napisałem wcześniej. W tej niezwykle esencjonalnej i lekko upiornej historii można byłoby jednak odnaleźć także cechy typowe dla realizmu magicznego.

W Tractatus de morte II Kalinowski napisał, kto na ziemskim padole rozdaje karty, śmierć – i wspomniany łaciński tekst dobrze się zazębia z początkiem trzeciego opowiadania:

Talida miała dwanaście lat. Byliśmy rówieśnikami. Minęły cztery miesiące od naszej rozmowy, wtedy, latem, w sierpniu, nad mulistym i płytkim jeziorem, gdzie przebywaliśmy na letnim obozie dla dzieci, niedaleko naszego miasteczka. I po tych czterech miesiącach Talida leżała w grobie, na tym samym cmentarzu, na którym leżała moja babcia, kilka rzędów grobów dalej, w położonej, prostopadle do mogiły mojej babci, alei dębowej, pod rozłożystym dębem.

Także w tym przypadku akcja toczy się nad jeziorem. W powietrzu czai się nieokreślone niebezpieczeństwo. Tytułowa Talida zwierza się narratorowi z rozmów odbywanych z pewną mającą złą sławę panią, a on staje się powiernikiem jej sekretu. Opisy jeziora pomagają Kalinowskiemu stworzyć atmosferę tajemnicy:

Rośliny wypełzające zeń i oplatające, po jakimś czasie, połamane i zmurszałe gałęzie i te, które rosły najbliżej ziemi, miały nienaturalne barwy, jakby ktoś rzucił na nie urok, pomieszał kolory na monstrualnej palecie szalonego pejzażysty i zaczarował całą tę przestrzeń.

Autor nadużywa zwłaszcza dwóch przymiotników: „muliste” i „płytkie”. Postawię tu kropkę, aby nie zdradzać zakończenia, choć wiadomo, że i w tym tekście nie można oczekiwać optymizmu. Podczas lektury Talidy, opowiadania metafizycznego, przypomniało mi się stare pytanie: Unde malum? Skąd zło? Jakie są jego korzenie? Te opowiadania to piękne przykłady, jak można pisać o sprawach najtrudniejszych, o ciężkich chorobach, starości. Piękna, tajemnicza dziewczyna, tak jak wszyscy w tych tekstach, zmierza w jedną, określoną stronę.

*

Dzięki urodzonemu w Inowrocławiu pisarzowi dowiedziałem się o wydarzeniu mało znanym, o którym na lekcji historii zwykle się nie mówi, a mianowicie o bitwie, która rozegrała się na jego rodzinnej ziemi w lipcu 1666 roku. Chodzi o bitwę pod Mątwami (obecnie to dzielnica Inowrocławia). Cel przywołania tego wydarzenia wydaje się zrozumiały. Oto w czasie rokoszu Jerzego Lubomirskiego wymierzonego w króla Jana Kazimierza doszło do krwawego starcia, w którym wojska królewskie doznały druzgocącej klęski. Po bitwie Lubomirski rozkazał wymordować żołnierzy króla. Wszystko to dokonało się podczas przeprawy królewskich wojsk przez Noteć. Rzeka stała się niemym świadkiem zbrodni. Jak relacjonuje pisarz: „Święta rzeka i źródła zamieniły się w krew i jedni mordowali drugich […]. Na polu leżały trzy tysiące osiemset siedemdziesiąt trzy trupy. I żałobą okryła się ziemia cała”.

Właśnie z takich historii utkana jest ta niezwykle tajemnicza książka. Nie ma tu ani jednego zbędnego wątku czy zdania, a niezwykły, bardzo esencjonalny język sprawia, że czytelnik ani przez moment nie odczuwa znużenia. To tylko sześćdziesiąt stron, ale lektura jest bardzo intensywna. Bohaterowie książki Kalinowskiego nigdy nie doświadczają tego, czego by chcieli, a żadne gusła czy życzenia im nie pomagają. Przed nimi – i przed nami wszystkimi – rozpościerają się ciemne wody, także my sami jesteśmy nimi wypełnieni.

Rzadko się zdarza, aby wydawcy tak idealnie udało się dopasować okładkę do zawartości zbioru. W tym przypadku wykorzystano linoryt Jacka Solińskiego To, co wiemy na pewno z 2018 roku. Widoczny jest na nim akwen wodny i kołyszące się łodzie. Ta znajdująca się na pierwszym planie jest pusta. Samotnie dryfuje po tajemniczym jeziorze.

Grzegorz Kalinowski, ciemne wody, Bydgoszcz: Galeria Autorska, 2018

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Bartłomiej Siwiec, Skąd bije źródło ciemności?, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 9

Przypisy