04.03.2021

Nowy Napis Co Tydzień #090 / Zapis rydetologiczny

Kto choć raz miał w ręku film fotograficzny wie, że moment spojrzenia pod światło jest jak zetknięcie z tajemnicą. Nie wszystko jest klarowne, potrzeba wysiłku by zrobić odbitkę, ale już samo spojrzenie daje pewien zarys przyszłych obrazów. Książka Zofia Rydet po latach. 1978–2018 pod redakcją Stefana Czyżewskiego i Mariusza Gołąba jest próbą rzucenia światła na twórczość Zofii Rydet – nadal nie do końca odkrytą. To jedna z czterech książek opracowanych na Uniwersytecie Łódzkim przez zespół grantu „Zofia Rydet – Dziedzictwo kulturowe i eksperyment fotograficzny”. Na cykl składają się jeszcze tytuły: Ocalać. Zofia Rydet a fotografia wernakularna, Zapisy pamięci. Historie Zofii Rydet oraz Obraz, obiekt, narracja – Zofia Rydet. Rydet była jedną z najwybitniejszych polskich fotografek. Popularność przyniosły jej wczesne cykle Mały człowiek (zbiór zdjęć, których bohaterami były dzieci) oraz Świat uczuć i wyobraźni (zestaw symbolicznych fotokolaży podejmujących uniwersalne tematy takie jak śmierć czy miłość). Jednak prawdziwą sławę dał jej monumentalny Zapis socjologiczny, cykl liczący około 20 tysięcy zdjęć dokumentujący polską wieś. Tworzyła go od 1978 roku aż do swojej śmierci w 1997 roku. Każde zdjęcie miało taki sam układ – pokazywało ludzi bez uśmiechu we wnętrzach ich domów. Dziś te prace pokazywane są na całym świecie, od Nowego Jorku po Kyoto.

Twórczość Rydet była doceniana i rozpowszechniana. Dużo miejsca poświęcały jej branżowe pisma takie jak „Foto” czy „Fotografia”, chętnie sięgali po jej zdjęcia twórcy wystawSpis najważniejszych można znaleźć na stronie Fundacji im. Zofii Rydet pod linkiem: http://fundacjarydet.pl/zofia-rydet/wystawy/ [dostęp: 26.11.2020].[1]. Mimo to wciąż uważana jest za artystkę, której dzieła nie zostały wystarczająco opracowane. Próbą nowego spojrzenia jest omawiana publikacja, w której mnogość poruszonych wątków może wywołać zawroty głowy. Z pewnością może stanowić bogate źródło materiałów do dalszych poszukiwań. 

Ta obszerna publikacja składa się z trzech części, które poprzedza wstęp Mariusza Gołąba. Pierwsza z nich – Przybliżeniato teoretyczne wprowadzenie do twórczości Rydet, druga – Historie mówione to wywiady z osobami, które znały oraz współpracowały z fotografką, a trzecia – Impresje i wspomnienia to pisane opowieści o artystce. Gołąb pisze (z czym trudno się nie zgodzić), że ta książka to „obiektywizujący opis twórczości i osoby Zofii Rydet”. Na ten wielowymiarowy obraz składa się wielogłos 30 różnych postaci. 

Najmocniejszą stroną książki są wywiady składające się na część Historie mówione. Autorzy podjęli się wyzwania w duchu Zapisu socjologicznego. Odwiedzali osoby, które znały Rydet i zadawali im podobnie formułowane pytania, czasem przypominające swoją konstrukcją kwestionariusz do uzupełnienia. Ten „zapis rydetologiczny” nierzadko przyjmuje formę przesłuchań, dzięki którym mamy dotrzeć do prawdy o artystce, a zarazem ocalić ją od zapomnienia. 

Bardzo bogaty materiał rzuca nowe światło na twórczość i samą osobę Rydet. Demitologizuje ją oraz uczłowiecza zarazem. Przy tworzeniu zdjęć artystka używała szerokokątnego obiektywu i lampy błyskowej. Szeroki kąt widzenia dawał dużą głębię ostrości, przez co niewiele pozostawało do ukrycia poza kadrem, człowiek na fotografii został obnażony. Wywiady zawarte w książce można potraktować jako odpowiednik tego zabiegu. Osoby z bliskiego jej otoczenia, czyli współpracownicy, fotografowie, kuratorzy, wywołując ją ze swojej pamięci, starają się ukazać jak najszerszy obraz jej postaci. W efekcie Rydet – wielka fotografka – staje przed nami jako człowiek w całej swej złożoności. 

Postać, którą spotykamy w książce, to przede wszystkim człowiek, a nie nota encyklopedyczna. To zasługa różnych perspektyw, z których ją poznajemy – wielogłosu, z którego powoli wyłania się pełnokrwista kobieta. Odrzucenie mitu na rzecz prawdy o człowieku dobrze pokazuje stale powtarzający się wątek, ciekawego z etycznego punktu widzenia, makiawelizmu artystki. Fotografka Anna Beata Bohdziewicz opowiada o tym tak:

Szliśmy przez wieś i nagle była powiedzmy chałupa, która jej pasowała. W której podejrzewała, że w środku może być coś ciekawego. Wchodzimy więc […] Pani Zofia pierwsza zawsze, a my za nią. Puk, puk. „Dzień dobry. Czy można wejść?”. Zawsze ktoś się tam znalazł, wychodził: „Ale, że co? Po co? O co chodzi?”, „A, bo my tu chcemy zrobić zdjęcia” […]. Nie mówiła: „Ja chciałabym”, nie używała formy warunkowej, tylko że „chcemy zrobić” i zaraz szybko dodawała, że za te zdjęcia się nic nie płaci. Reakcje były różne: „Ale co? Jak? Po co? Na co?”, ale my już posuwamy się w głąb, więc już jesteśmy w kuchni, albo może nawet dalej. Widzimy tę izbę paradną. „No, bo tutaj tak ładnie. Tak pięknie” – „Ale gdzie, pani? Tu wszystko takie stare, ja nieubrany” – „Nie, to jest piękne!” – i już! Ona jednak była hipnotyzerką. Użyłam nawet gdzieś tam słowa „terrorystka”.

Zdaniem Bohdziewicz Rydet „potrafiła ludzi zniewolić, że oni robili wszystko, co ona chciała”. Potwierdza to artysta Józef Robakowski: 

Dla fotografowanych ludzi, by osiągnąć swój cel, bywała też sroga. Dość często podporządkowywała fotografowanych, potrafiła w pracy być nawet bezwzględna i represyjna, ale warto było. Musiała uzyskać to, co chciała. Pewnie dlatego tak wiele osiągnęła. 

Mit miłej, starszej pani zastępuje prawda o może i miłej, ale nade wszystko niezwykle zdeterminowanej artystce. „Rydet potrafiła być niezłą manipulatorką i ludziom wmawiać, że ma upoważnienie od samego papieża […] ale to tylko świadczy o tym, że makiawelicznie była w stanie dokopać się do czegoś, co było bardzo ważne” – wspomina tłumacz Sławomir J. Magala. 

Fotograf Henryk Pieczul opowiada, że ludzie czasami się buntowali, nie dawali się fotografować. „Było i tak, że czasem nas przeganiano i to z krzykiem. Awantury się zdarzały” – mówi. Fotograf i krytyk Mateusz Palka próbuje się wczuć w mieszkańców wsi, których Rydet fotografowała. „Zimny błysk lampy musiał być obcy dla mieszkańców chat. Podobny był może jedynie do światła błyskawicy. Rozświetlał każdy zakamarek, spłaszczał perspektywę, uwypuklał brud, plamy na ubraniu, fałdy nierównych tapet. Silnie ingerował w zastaną przestrzeń” – opowiada.

Zasadne staje się pytanie, na które odpowiedzi szuka kulturoznawczyni Marianna Michałowska. Czy Rydet była czuła, czy bezlitosna dla swoich modeli? 

A może w istocie była zarówno bezlitosna, jak i czuła? I czy nie jest to typowe dla praktyki portretowania? Wystarczy spojrzeć na fotografie Augusta Sandera czy Walkera Evansa. Także oni podchodzą do swoich modeli, nie krygując się zbytnio. Mówią o tym spojrzenia bohaterów. Obecne w fotografiach robionych we wnętrzach, zauważalne niekiedy w oczach modeli Rydet zagubienie może być efektem lampy błyskowej, wyznaczając dokonanie się aktu fotografowania. Nie ma tego w portretach robionych w otwartej przestrzeni. Przyjaciel i promotor Walkera Evansa, Lincoln Kirstein napisał w jednym z esejów o „czułym okrucieństwie” (tender cruelty) jego przedstawień. To samo można powiedzieć o pracy Rydet. Nawet jeśli jest krytyczna wobec swoich modeli i traktuje ich z odrobiną pobłażliwości (jak wtedy, kiedy obiecuje im – trochę jak dzieciom – że jeśli zapozują, to ona wyśle ich zdjęcia do Papieża), przede wszystkim pozostaje nimi urzeczona, wpatrzona i zachwycona.

Z książki Zapisy pamięci. Historie Zofii Rydet wiemy, że nadrzędnym celem artystki było ocalenie świata przed śmiercią. Nieprzypadkowo odwiedzała rozpadające się wiejskie chaty, które były symbolem tego, co bezpowrotnie znika. Świadomość wzniosłego celu musiała wzmacniać jej determinację, a zarazem osłabiać wątpliwości natury moralnej, dotyczącej tego, czy wolno jej ingerować w życie ludzi. 

Wydaje się, że Rydet wątpliwości miała mniej niż osoby z jej otoczenia. Niektórzy musieli bić się w pierś, że z początku jej nie rozumieli. Jednym z nich był fotograf Tomasz Tomaszewski, który tak wspomina pierwsze zetknięcie z Rydet i jej Zapisem…:

Uderzył mnie ten prosty język, zastosowany w tym cyklu […]. Chciałem być bezpośredni, tłumacząc jej, że moim zdaniem te środki wyrazu są zbyt proste, ten flesz używany przez nią i te siedzące, nieruchome postacie […]. Powiedziałem: „Zosiu, postaraj się, żeby to było coś bardziej skomplikowanego”. Teraz się tego wstydzę i oczywiście już dawno ta refleksja przyszła mi do głowy, że nie zdawałem sobie sprawy, z czym mam do czynienia.  

Tomaszewski nie był jedyny, któremu zdjęcia Rydet wydawały się zbyt proste, by nie powiedzieć amatorskie. Koledzy powtarzali jej, by kupiła lepszy sprzęt. Artystka niespecjalnie się tym przejmowała. Fotograf Krzysztof Cichosz: 

Zofia Rydet wykonywała fotografie poprawnie, natomiast nigdy samego materiału fotograficznego nie fetyszyzowała […] zachowywała poziom przyzwoitej poprawności technologicznej, natomiast nigdy ta perfekcja techniczna nie była dla niej celem samym w sobie, zawsze przekaz był jej głównym celem. 

Tomaszewski uważa dziś Rydet za „autorkę głębokiej humanistycznej fotografii”. Ten humanistyczny aspekt twórczości i samej osoby Rydet jest w tej książce najważniejszy. Podkreśla to nie tylko opis wielkiej determinacji, z jaką – jako przybysz z innego świata – ratowała niczego nieświadomych „znikających” ludzi, doskonałość zastosowanej przez nią niedoskonałej formy, która współgrała z ludzkim życiem, lecz także sama wymowa jej twórczości, jako zbioru wydawałoby się nieprzystających do siebie elementów, tworzących jednak jedną, spójną całość. 

Opierając się na opinii krytyka i poety Jerzego Buszy, twórczość Rydet można podzielić na dwa okresy. Pierwszy metaforyzował ludzką egzystencję (między innymi pełen symbolicznych kolaży Świat uczuć i wyobraźni), a drugi – obejmujący Zapis…   „miał pokazać wiernie człowieka w codziennym jego otoczeniu”. Bohdziewicz ponadto podkreśla, że: „Dla niej fotografia była głównie walką ze śmiercią. Ona tak to pojmowała. Czyli to było medium, które jej zdaniem pozwalało zwyciężyć śmierć. I to się przebija chyba we wszystkich jej projektach, i to była dla niej główna rola fotografii”. 

W takim ujęciu przestaje być to tylko książka o fotografce, a uniwersalna opowieść o ludzkim życiu i przemijaniu. Nawet szeroko komentowane techniczne niedoskonałości artystki można potraktować jako symboliczny wyraz triumfu miłości nad kalkulacją w obcowaniu ze światem. Fotograf Wojciech Prażmowski wspomina: 

Często odwiedzałem Zosię, wysłuchiwałem takich długich, cudownych opowieści o miłości, o uczuciach, o wrażliwości, żeby tego nie gubić, to powtarzane jak mantra: „fotografuj sercem”, to kapitalne, co zostało mi do dziś i co powtarzam studentom, co Zosia mówiła: „patrz, patrz, my mamy to wszystko w środku”, pokazywała najczęściej na serce.  

Barwne, wielogłosowe opowieści to największa siła tej książki. Nie ma tu jednolitej narracji, spajającego wszystkie wypowiedzi opowiadania, które często może prowadzić do przekłamań, ubarwiania rzeczywistości. Otrzymujemy za to, to co najważniejsze, prawie same wypowiedzi świadków wydarzeń, osób, które mogą coś nam zdradzić, dać nowe tropy. A autorzy i my razem z nimi, jak detektywi, coraz bliżsi prawdy, próbujemy czegoś nowego się dowiedzieć i rozwikłać zagadkę tajemniczej osoby oraz jej dzieła. 

Książka zbudowana niemal w całości ze wspomnień nie zatraca jednak naukowego waloru. Wręcz przeciwnie. Wielowątkowa Zofia Rydet po latach inspiruje do dalszych poszukiwań, porusza tematy, które wymagają szerszych opracowań. Jest jakby wejściem do ciemni z jej twórczością, którą trzeba poddać teoretyczno-krytycznej obróbce, by ukazała się w pełnej krasie. Takim wątkiem jest choćby zasygnalizowane odczytywanie dzieł Rydet z perspektywy feministycznej czy religijnej. Wydaje się, że publikacja może stanowić dobre źródło do kolejnych naukowych opracowań jej twórczości. A dla tych, którzy nie mają naukowych ambicji, może być przede wszystkim dowodem głębokiego humanizmu Rydet. Dlatego można ją potraktować uniwersalnie jako opowieść o człowieku.

 

Zofia Rydet po latach. 1978–2018, red. S. Czyżewski, M. Gołąb, Łódź 2020.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Piotr Kalisz, Zapis rydetologiczny, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 90

Przypisy

    Powiązane artykuły