18.03.2021

Nowy Napis Co Tydzień #092 / Niekompletne konstytucje. Poezja Mariusza Grzebalskiego

To jest w domu napisany wierszyk,
więc wierszyk domowy –
bez patrzenia w niebo i słuchania świerszczy,
zmyślony w pokoju, że tak powiem – z głowy.

A po co komu
domowy wierszyk?

Czy przed snem go czytać w łóżku po kryjomu?
Czy czytać go na końcu, czy też jako pierwszy?

Piotr SommerP. Sommer, Przed snem, ilustrowała E. Gaudasińska, Warszawa 1981, s. 34.[1]

1.

Mariusz Grzebalski, poczynając od pierwszego wiersza, skupia się na detalach oraz szczegółach rzeczywistości, a jego wersy są transkrypcją tego, co przynosi codzienność. Podmiot wydaje się introwertycznym reporterem, którego wrażliwość jest czuła niczym migawka aparatu. Ma zdecydowany rys dokumentalisty, portretującego skwapliwie mizerię doczesności. Poeta buduje swoje wiersze z obrazów przypadkowych zdarzeń i codziennych problemów składających się na kolejne kadry. Za autorem Widzialnego i niewidzialnego, mógłby powiedzieć: „Świat jest tym, co postrzegam, lecz jego absolutna bliskość, odkąd się ją bada i wyraża, staje się również w niewyjaśnialny sposób, nieuniknionym dystansem”M. Merleau-Ponty, Widzialne i niewidzialne, tłum. M. Kowalska, J. Migasiński, R. Lis, I. Lorenc, wstęp, tłum. przejrzał i poprawił J. Migasiński, Warszawa 1996, s. 22.[2]. Uważne spojrzenie – jakim dysponuje podmiot wierszy Grzebalskiego – pozwala rzeczom powstawać oraz znikać. W myśl tego, co pisze Zofia Król:

Najpełniejszy akt uwagi nie polega zatem na utrwalaniu tego, co zobaczone, w słowach (obrazach, gestach, dźwiękach), ale na samym doświadczeniu kontaktu ze światem zewnętrznym: podmiot i przedmiot, człowiek i rzecz, pietruszka, kamyk, konewkaZ. Król, Powrót do świata. Dzieje uwagi w filozofii i literaturze XX wieku, Warszawa 2013, s. 278­–279.[3].

Będziemy wchodzić w świat poezji Grzebalskiego chronologicznieWiersze Mariusza Grzebalskiego cytuję za wydaniami: Księga zakłóceń (1994–2010), Wrocław 2010 [KZ]; W innych okolicznościach, Kraków 2013 [WO]. W nawiasie kwadratowym podaję skrót tomu i stronę, na której znajduje się cytowany fragment.[4], czytając tom po tomie, starając się zarysować mapę jego wyobraźni, zaznaczając na niej jego ulubione motywy, wątki, tematy, zaczniemy od obrazu człowieka. Ludzie w jego pierwszym tomie Negatyw (1994) często są zmęczeni i zafrasowani, a także zorientowani na nowe poglądy – wiedzą, że nie będą się one różnić od tych, które przeminęły. Ta poezja dobrze czuje się w miejscach ze śladami czyjejś obecności, w miejscach po kimś, obciążonych już jakąś przeszłością i pamięcią. Te wiersze to unieruchomione sytuacje powszedniej zwyczajności, detalizowane skrzętnie w kolejnych wierszach. Wiele wersów kreśli obraz osiedlowej pustki, zawieszonej między podwórkami, oddzielonej odrapanymi blokami. W wierszu Dom czytamy:

Coraz mniej nas,
mniej miejsc,
gdzie można się znaleźć.
Co rok gorzej.

Wystarcza moment,
chwila nieuwagi.
Dosięga nas,
na co nie mamy
wpływu.

[KZ, 12]

Człowiek wydany nieznanym przemianom, próbujący jakoś załagodzić egzystencjalne rozterki, stale zaabsorbowany przemijaniem. O kimś takim czytamy w debiutanckim tomie Grzebalskiego. Chwile wytchnienia przynoszą podmiotowi momenty zapatrzenia, dające poczucie integralnej komitywy wzroku z rzeczą. Spojrzenia Grzebalskiego są żarliwe, choć powierzchnie, na które padają, są raczej spękane, chropowate, brudne.

Podmiot tych wierszy uczy się godzić z koniecznością akceptacji tego, co niespodziewanie do nas przychodzi, jak pisał Jacek Gutorow, te wiersze przypominają codzienność:

Po prostu przychodzą i odchodzą. Z czasem uczymy się je doceniać, dostrzegając przy tym, że mówią także o upływie czasu, nostalgii, powrotach do chwil i faktów wcześniej nie docenianych. […] Wiersze Grzebalskiego dzieją się przy ziemi. Podnosimy je jak kamienie, bez żadnej kalkulacji, wyczuwając ich ciężar, chropowatość, podrzucając je do góry, i patrząc jak spadająJ. Gutorow, Chwila nieuwagi. Notatki o wierszach Mariusza Grzebalskiego [w:] tegoż, Księga zakładek, Wrocław 2011, s. 255, 268.[5].

Poezja Grzebalskiego opisuje bolączki bycia obecnym. W swoim podstawowym wymiarze uczy pokory i obojętności na to, co przynosi jutro. To przygoda świadomości, dla której skutki koncypowanych treści prawie zawsze bywają mniej bądź bardziej fatalne. W pierwszym tomiku słychać echa greckich filozofów i rzymskich retorów, pokładających nadzieję, że nasze słowa nie przeminą.

Po kolejnej lekturze tych trzydziestu pięciu wierszy myślę jednak, że poecie chodzi o parę ruchów wyobraźni. O podsunięcie nam kilku fotografii, z których uparcie będziemy czytać spokój nieporóżniony ze smutkiem. W ostateczności, po lekturze, zostaje nam kilka negatywów, takich jak dwójka dzieci próbująca chwycić krąg wody w dłonie. Bo czy musi chodzić o coś więcej? Czasem:

Tyle nas wszystkiego,
ile deszczu złapanego w palce,
ile pyłu na skrzydłach ćmy.

[KZ, 26]

Poezja Grzebalskiego utkana jest z drobnych zdarzeń, epizodów historii, które poznajemy na wyrywki, jakby całość była niemożliwa do pojęcia, a nasza percepcja radziła sobie tylko z policzalną miarą. Na swój sposób obecna jest tu również młodość oraz naiwność, a także przekonanie, że czarne myśli robią się jasne od cudzej bliskości i ciepła. Jeżeli podmiot czegoś się tu obawia, to złudzeń, falsyfikatów jawy, fantazmatów snu zakłócających odbiór rzeczywistości. W ostatnich wersach wiersza Zamiast, czytamy:

[…] Zamiast jednolitego krajobrazu
są zwichnięcia przestrzeni, nieskończony
rubikon szczegółu.

[KZ, 33]

2. 

Drugi tomik poety – Ulica gnostycka (1997) nie przynosi większych zmian tematycznych ani nastrojowych. Sięga się tu jeszcze dalej w przeszłość podmiotu, do jego inicjalnych przeżyć, do momentów konstytuowania się strachu, nadziei, podniecenia i fascynacji. Sporo wspomnień bohatera tych wierszy zostaje skonfrontowanych z jego codziennością. Tym razem większa część korpusu tekstów to ilustracje stanów świadomości zakorzenionych w tej jednej chwili. Bohater często zostaje pozostawiony samemu sobie, repetuje własne myśli, koryguje ich tory, a wszystko to dzieje się w scenerii obcego miasta, gdzie zakamarki gwarantują nowości, a uliczki podsycają ciekawość. Czujemy, że samotność jest jego sposobem na radzenie sobie z wewnętrzną pustką. Kłopoty z nadmiarem:

[…] Życie brodzi dookoła,

uchyla rąbka – ślizgasz się po
powierzchni. I tylko zima jak zawsze:
śnieg, dym za firanką,
ktoś patrzy przez palce. Wpadnij,

jeśli poczujesz zmęczenie – wpadnij.
Tylko proszę: żadnych rozmów.
Przyzwyczajam się do, przyzwyczajam
się bez. Tak, tyle wystarcza.

[KZ, 55–56]

Może słowem-kluczem do tego tomu jest obcość. Grzebalski stale otwiera się na to, co obce, włączając w swoją sferę komfortu rzeczy niechciane, poniechane, nieistotne. Przyjmuje to, co leży w rogach i na marginesach codziennych ścieżek, a potem długo oswaja, by na koniec pojednać się z tym za pomocą wiersza. Tej samej aktywności podlega przeszłość, która nie jest tu skończona, a zadana do ciągłego oswajania. O tych angażach mówią również te wiersze. Sporo z nich jest tylko szybkimi zarysami konturów dla zdarzeń dziejących się w tle. Enigmatyczne otwarcia fabuł tych liryków są ich wodnym znakiem. Joanna Orska zauważa: „Można rzec, że wszystkie tomy Grzebalskiego konstruowane są na zasadzie urwanych historii, o tylko powierzchownie wyrażonych, wolnych, skojarzeniowych związkach, podejmujących coraz to nowe tematy”J. Orska, Obraz-historia [w:] taż, Liryczne narracje. Nowe tendencje w poezji polskiej 1989–2006, Kraków 2006, s. 183.[6]. Choć przede wszystkim są to strofy przeciwko krępującym więzom, zachowawczym tematom, udawanym sympatiom, fabrykowanej gracji, nieostremu widzeniu. Dyskretną, powściągliwą a nieubłaganą bohaterką tych wierszy, staje się śmierć. Przeczytajmy Graffiti:

Chłopiec, który na strzelnicy kupował
plastykowych motocyklistów i z matką
w Boże Narodzenie przebijał się przez śnieg
w drodze do stajenki – umarł.

Zszedł pod wodę i zarosła go trzcina,
ciemna i gęsta, jak wnętrze płuc zwierzęcych.
Teraz porusza się wewnątrz powietrznego pęcherzyka.
I ty byłeś chłopcem, przechodniu.

[KZ, 91]

3.

Bolesna akceptacja tego, co niezmienne – to chyba najkrótsza charakterystyka Drugiego dotknięcia (2001). Grzebalski opisuje rutynę naszych działań, powtarzalność gestów, przewidywalność emocji. Poeta pokazuje, jak niepozorne zdarzenia stają się nowymi otwarciami i początkami, a także jak śmierć oraz choroba zmieniają kontekst odczytywania wielu rzeczy. Sporo wierszy opisuje bezwład, sytuację życia w odwodzie, brak jakiegokolwiek ruchu. Widzimy sędziwych ludzi zostawionych na progu starości, znoszących cierpliwie swoją samotność. Poeta odczuwa silny rodzaj empatii wobec krzywd, które spotykają innych, bywa nadzwyczaj czuły na czyjeś opuszczenie, a nawet śmierć. Przeczytajmy Dziennik pokładowy – tu pierwszy raz podmiot wypowiada się w rodzaju żeńskim:

Stara kobieta na brzegu dni. Stoję i patrzę,
jak mgła dobija się i odwraca od moich okien.

Porzuciłam miasto pamięci – przeszłość.
Wciąż je rzucam. I wciąż słyszę tamtą muzykę,

głosy płynące z oddali. Stoję i patrzę, jak
życie pyszni się w koronach drzew na przekór

mojemu rozkładowi. Stara kobieta, z której
szydzą dzieci sąsiadów. Skłócona z bazarowym

tandeciarzem. Z listonoszem – płazem, któremu
co miesiąc pozwalam oszukiwać się na drobnych.

[KZ, 129]

4.

W swojej kolejnej książce, Słynne i świetne (2004), Mariusz Grzebalski wchodzi już w nieco inny rejestr poetyckiego języka – bardziej kolokwialny, zasłuchany w głosy ulicy. Bywa nadmiernie pobudzony, momentami histeryczny, by zaraz zapaść się w odmęty inercji – ten sinusoidalny ruch przypomina chorobę dwubiegunową. Ewidentnie jakieś nowe delty zasilają nurt tej lirycznej strugi. Opisywane towarzystwo wydaje się jakby wyjęte spod prawa, perspektywa na powodzenie rozmaitych spraw raczej licha, marzenia przyziemne i zwyczajne. Słowiańsko-pokrewny, ponury, przaśny egzystencjalizm jest czytelny od razu. Tropy w lipcu:

Teraz pęd, muzyka wiatru
w rozgadanych włosach, zagłębiam się,
w skrypcie dni: czterech Gruzinów gra
w karty na obrzeżach bazaru, ich żeby błyszczą,

ich złoto lśni, gołąb pod stołem uparcie
pożywia się wymiotami, dzieci klną na śpiących,
biegnąc przez trawnik. Deszcz prezentów i cudów!
Słońce po imieniu wywołuje do opowieści.

[KZ, 149]

Podmiot tych wierszy często trwa w egzystencjalnym stuporze i jednocześnie oddala od siebie wspomnienia, w których mieszka cudze słowo, ciepło, ciało. Podmiot jest w nieprzerwanym ruchu – a to gdzieś idzie, a to gdzieś jedzie, kogoś przywołuje, czemuś się przygląda – zaś wszystkie czynności spaja klamra lekkiego letargu. Poeta to ten, który szuka równowagi pomiędzy nieistotnością człowieka a nieuchronnością jego doświadczeń. Grzebalski ma dużo czułości dla zmiany, wiecznej reorganizacji, także do notorycznej i nieznośnej korekty, jaką nieustannie stosuje wobec nas czas. Dlatego stale dostosowuje się do zmieniającego się świata, próbując pogodzić własne stawanie się z oddalającymi się wyobrażeniami o stałych wymiarach rzeczywistości. Grzebalski, zbliżając nas do świata i rzeczy, uwalnia się od siebie na czas wiersza. Marcin Jaworski już wcześniej pisał: „Nie mam pewności, czy Grzebalski jest poetą melancholijnym, natomiast jego elegijność nie budzi wątpliwości ani badaczy, ani jego samego. Opowieść o stracie to jeden z głównych, zmieniających się z tomu na tom wątków tej twórczości”M. Jaworski, Detale, dotknięcia. Podmiejskie wiersze Mariusza Grzebalskiego [w:] Nowe wiersze wybrane, red. P. Śliwiński, Poznań 2017, s. 85.[7].

5.

Grzebalski jest poetą egzystencjalnego niepokoju, który swoją najlepszą realizację zyskał w tomie Niepiosenki (2009). Podmiot, najczęściej w roli obserwatora, wycofuje się poza kadr kreślonej historii, abyśmy mieli wrażenie intymności w granicach swoich samotności. Znakiem rozpoznawczym dykcji Grzebalskiego jest kontrast: ciepła z zimnem, współczucia z obojętnością, inercji z ruchem. „W wierszach Grzebalskiego – pisze Paulina Czwordon-Lis – większość blizn się nie jątrzy, pozostaje zrośnięta – a przynajmniej tak się pocieszająco zapowiada”P. Czwordon-Lis, Mariusz Grzebalski – prześwietlenia, blizny i myślenie wciąż o „innych” (i dzieciach) [w:] Poznań poetów (1989–2010), pod red. P. Śliwińskiego, Poznań 2011, s. 48.[8]. To w gruncie rzeczy prozaiczne sytuacje, w których liryczne napięcie stopniują kolejne odsłony codzienności. Prym wiedzie narracja filmowej etiudy i nawleczone na poetycką igłę obrazy. Tak dobrze znane, że staliśmy się wobec nich obojętni. Teraz:

Ulice toną w mroku,
choć wstaje nowy dzień.
życie nie ma środka –
najpierw wiele się dzieje,
potem dni toczą się
przez niegasnącą ciemność
twardo jak kule do kręgli.

[KZ, 219]

Poeta widzi świat jako miejsce niesłabnącej fali frasunków. Grzebalski przygląda się ludziom, obsesyjnie szuka jakiś punktów, w których mogą przecinać się ich drogi. To poeta troski o innego, skrytej empatii, nieuleczalnego metafizycznego pesymizmu. Mówi nam swoją poezją, że wszędzie spotykamy podobieństwa pełne powtarzalności. Że trwałość rzeczy wobec naszej zmienności nie powinna budzić zazdrości, lecz podziw. Niepiosenki są prze-grane. Historie opowiadane przez te wiersze odzierają przestrzeń z kolejnych rekwizytów, by zwrócić naszą uwagę na pustkę. Dużo w tym tomie kadrów ewokujących samotność. Odrapane kamienice, śmietniki pełne żelastwa – beznadzieja nie pozwala o sobie zapomnieć. Elżbieta Winiecka widzi to podobnie:

Czytając poezję Mariusza Grzebalskiego, można odnieść wrażenie, że z czasem (z wiekiem) wszystko się upraszcza i przestaje wymagać słów. Język wytycza granice światu, przedmioty i działania dzieją się same, niepotrzebna jest im obecność ludzkiej świadomości i człowiecza krzątanina, by usensownić to, czego sensem jest bycieE. Winiecka, „To odbywa się prosto”. O wadze słów w poezji Mariusza Grzebalskiego [w:] Świat na językach, red. P. Śliwiński, Poznań 2015, s. 199.[9].

Całość stanowi opowieść o rutynie codzienności, o tych wszystkich przegranych sprawach, zaprzepaszczonych planach, niezrealizowanych ambicjach, o niepowodzeniach, nieudanych związkach, zawiedzionych uczuciach, zranionych emocjach, ale i o odrobinie wrażliwości, pozwalającej nam cieszyć się pięknem, którego nie da się do końca zdefiniować.

6.

Proste słowa i gesty, ludzkie dramaty obywające się bez świadków. Tak najkrócej można skomentować wiersze z ostatniego tomu poety – W innych okolicznościach (2013). Poeta opisuje życie składające się z przeciekających przez palce minut. Ulotne sytuacje, które uchylają się przed krańcową codą, chwile uwagi rozpraszające się w każdym momencie. Kolejne wersy zaświadczają o naszej krzątaninie pośród kolejnych odsłon rzeczywistości, która zostawiona sama sobie, z każdą lekturą pozwala wejść w nią inaczej. To wszystko ukazują nowe wiersze Mariusza Grzebalskiego z ostatniej, jak dotąd, książki. Przeczytajmy Krótki dzień bez światła:

Ale nagle spada śnieg
i wszystko rozjaśnia.

Nie mogę oderwać wzroku
od matki, która całuje syna
w samochodzie stojącym obok.

[WO, 44]

Czas nie stępia wrażliwości. Bohater wierszy Grzebalskiego patrzy na siebie bez złudzeń, przygląda się przeszłości zdany na mantrę przemijania. Tautologia własnej historii, której zagadkowe motywy wymieniają się przez lata, inaczej układają się na stronie. Stawką wiersza jest taki rodzaj skupienia, które może przerodzić się w widzenie ostre. Dlatego tak dużo w tym poetyckim kosmosie okruchów, widokówek, zawiązujących się spojrzeń, których potencjalność zależy od naszej aktywności. Paweł Kaczmarski poczynił ciekawą uwagę: „W najdrobniejszym, najbardziej niepozornym ruchu czytelnika jest do wygrania najdrobniejszy, najbardziej niepozorny szczegół; a wraz z nim – wiarygodność konkretnego doświadczenia i samego doświadczenia”P. Kaczmarski, Na drugim planie [w:] tegoż, Wysoka łączliwość. Szkice o poezji współczesnej, Wrocław 2018, s. 39.[10]. Zatem Grzebalski jest jak pusta przestrzeń, która bez żadnego filtra bierze na siebie świat. Przeczytajmy ostatnią strofę przejmującego wiersza Torby:

Są jak wszystko tutaj, tanie i nietrwałe –
Niszczeją, służąc czemuś, co je przekracza.

[WO, 8]

Materialność świata, jego szorstkie powierzchnie, ostre kąty. Przedmioty będące pod ręką, podobnie jak nasze dni, sklecone byle jak, skoligacone z nicością. Spojrzenia rzucane na rzeczy są jak wyroki mające uzmysławiać nam ulotność wszystkiego, co składa się na istnienie. Ziarnistość rzeczywistości, którą czule portretuje Grzebalski, nie ma nic z ukojenia.

Czarnobiałe fotografie, proste historie ludzkich niedoli, połamane życiorysy. Czytając wiersze Grzebalskiego, ma się wrażenie, jakby przed oczyma przesuwały się kolejne etiudy zatytułowane roboczo „życie dwadzieścia cztery godziny na dobę”. Autor Negatywu nie moralizuje, nie mnoży niepotrzebnych słów, nie opatruje przypisem podsuwanych wierszem historii. Grzebalski zapisuje surowe fragmenty rzeczywistości z intuicją, że prawdziwe życie dzieje się w pauzach, w tych licznych momentach zawieszenia mowy, obchodzi się bez słów.

Wiersz ma być czymś prostym – pisze autor Ulicy Gnostyckiej – i użytecznym zarazem. Jak W otwartym oknie pociągu:

Cieszy mnie wasza młodość, chłopaki,
i wasze białe pąki, drzewa wiśni!

[WO, 45]

Co znaczy, że wiersz ma być prosty? Być może prosty w tym sensie, że nieprzegadany, uczciwy, nierobiący uników w niepotrzebne słowa, skrojony w sam raz. Jak rozumieć, że wiersz ma być użyteczny? Tak, że dzięki niemu mogę zobaczyć coś inaczej, „pierwszy raz”. Wiersz ma mi pomóc przebiec wiele światów w kilkunastu wersach, bo im więcej języków, którymi komunikuje się ze mną świat, tym większa możliwość zaglądania do wszystkich jego kątów. W Przeglądzie prasy, znajdujemy wersy:

Wiersz wyobrażam sobie jak kiedyś,
jako coś użytecznego i prostego zarazem.


Jest jak bluza z kapturem,
którą nałożyłem przed wyjściem z domu.
Chroni od zimna, ale nie ma w niej kieszeni,
które mógłbym wypchać byle czym.

[WO, 18]

Grzebalski to frenetyczny obserwator, piewca szczegółu, kronikarz pozwalający się ponieść jednorazowym przeczuciom, dający wiarę doraźnym kadrom. Jego wiersze mówią o tym, co blisko nas. Na ulicy, za rogiem. Centrum tych liryków jest rozmyte, zbiegają się w nim różne drogi. Rozpraszają się kolejne imiona, wymykają widzenia. Na koniec chciałbym zacytować Trzecią opowieść poranną:

Wszystko opiera się na uważności,
o ile cokolwiek można powiedzieć o wszystkim.

 

Jeśli o mnie chodzi, to wciąż dokądś się spieszę –
nie mam pojęcia, dokąd.

 

Dlatego przepraszam cię, jarzębino.

 

Osioł, nawet nie zauważyłem,
jak źle obeszła się z tobą zima.

 

Nie będę mógł cieszyć się twoim światłem,
kiedy wróci wiosna.

 

[WO, 16]

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Bartosz Suwiński, Niekompletne konstytucje. Poezja Mariusza Grzebalskiego, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 92

Przypisy

    Powiązane artykuły