18.03.2021

Nowy Napis Co Tydzień #092 / W meandry wiersza

1. 

Nazwisko Pawła Próchniaka jest znane większości polonistów w kraju. Profesor Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie nie tylko należy do badaczy o ugruntowanym dorobku, ale przede wszystkim imponuje swoimi zasługami popularyzatorskimi zarówno jako historyk literatury, jak i jako krytyk literacki. Wspomnijmy choćby o wymyślonym oraz kierowanym przez niego projekcie stronypoezji.pl, poświęconym polskiej poezji współczesnej. Znajdziemy tam między innymi pełne monografie naukowe, wiersze, rozmowy z poetami i wiele innych cennych materiałów. 

Jak przyznaje w swojej recenzji Piotr Śliwiński, Próchniaka zalicza się ponadto do grona „najwszechstronniejszych profesjonalnych czytelników liryki polskiej”Informacja z blurbu książki.[1]. Tym bardziej nikogo nie może dziwić tematyka recenzowanej pozycji, która opowiada o wierszach, ich lekturze i tym, co z niej wynika. Próchniak „ogląda” wiersze ze wszystkich stron, ponadto przygląda się temu, jak wiersze należy czytać. Jego książka opiera się na długoletnich badaniach – jest zakorzeniona w licznych odniesieniach do literatury przedmiotu oraz podmiotu.

Studia zebrane w najnowszej omawianej publikacji są czymś pośrednim pomiędzy szkicami, esejami a artykułami naukowymi. Gatunki te zdają się przenikać, z pewnością jednak w odniesieniu do tej książki należy mówić raczej o zbiorze tekstów niż pełnoprawnej monografii. Omawiana pozycja składa się z wielu przedruków, ukazujących się już wcześniej w różnych specjalistycznych periodykach, z którymi Próchniak współpracuje (zostają one wymienione na końcu książki). 

Czy to zestawienie tekstów, powstających pierwotnie jako odrębna studia, odbiera wrażenie spójności? Nie, uważam nawet, że w efekcie końcowym lepiej oddziałuje sens tytułowego „promieniowania” wierszy. Choć czytając, oczywiście trudno nie dostrzec, że książka stanowi zbiór szkiców raczej luźno ze sobą powiązanych. Pamiętajmy jednak, że w praktyce literaturoznawczej kompilowanie książek z opublikowanych wcześniej szkiców jest dość powszechną praktyką.

Publikacja ta ma dwie istotne zalety, jednak jedna z nich jest także jej wadą.

2.

Zacznę od bezwzględnej zalety. Promieniowanie tła. Szkice o wierszach i czytaniu – już w samym tytule ukazana jest moc poezji, na której wydobyciu najbardziej zależy Próchniakowi. Poezja jest promieniotwórcza, oddziałująca wszechstronnie, a jej moc przejawia się w wieloznaczności.

W pierwszym zdaniu książki czytamy: „Wiersz jest miejscem tajemnicy”P. Próchniak, „Promieniowanie tła. Szkice o wierszach i czytaniu”, Wołowiec 2020, s. 9.[2]. Próchniak wydaje się tę tajemnicę badać, dotykać jej, ale czyni to z wielką odpowiedzialnością, wręcz z nabożnością. Wiersz jego zdaniem jest czymś, czego należy ledwie dotykać, żeby go nie skalać. Badacz darzy przedmiot badań swoiście pojmowaną miłością czy raczej umiłowaniem. Trudno nie dostrzec fascynacji Próchniaka czytanymi utworami. Płynnie przekracza on granicę między badaczem uniwersyteckim a krytykiem literackim, między krytykiem a czytelnikiem wreszcie. Nie wiem, na ile mamy do czynienia z uprawianiem nauki, a na ile – z uprawianiem eseju; na ile mówimy o uprawianiu literatury, a na ile – o uprawianiu literaturoznawstwa. Skomplikowane procedury analityczne są podrzędne wobec celu, jaki wiersz chce wywrzeć. Nadto Próchniak stara się dochować wierności wierszowi, podążać za nim. Pewnego rodzaju credo stanowi następujący wyimek:

Ostrożność podpowiada, że lekturę warto zaczynać od tego, co wydaje się oczywiste – od rudymentarnych spostrzeżeń i podążających za nimi pytań. Jeśli trzymać się przestrzennej metafory Świetlickiego, to wolno też dopowiedzieć (i byłoby to zgodne z klasycznym rozumieniem interpretacji), że ruch lektury powinien metodycznie przemierzać kolejne warstwy tekstu – od tego, co w nim najbardziej powierzchniowe, przez jego wewnętrzne struktury aż do jakości sytuujących się w głębi uobecnianej przez utwór przestrzeni semantycznejTamże, s. 28.[3]. 

Próchniak na łamach swojej książki odbywa podróż przez meandry wierszy, szuka sensu zarówno w nich, jak i w samym sobie. Co cenne, często odwołuje się raczej do własnych odczuć lekturowych, jak w następującym fragmencie:

Nie umiem dobrze uchwycić, co próbują mi powiedzieć, czego we mnie dotykają zapisane przez Balińskiego słowa. Wydają mi się klarowne i rzeczowe, jest w nich trzeźwość spojrzenia, jest powaga, umiar i dyskrecja, ale zarazem słychać w nich dziwną prostoduszność, mają w sobie coś z sentymentalnego wzruszenia, coś z afektacji. Gubię się w tych przeplotach tonów i rejestrów, nie potrafię wysłyszeć, w co trafiają. Jakby brakowało mi ucha na ten niedzisiejszy ton, na jego gorzko-tkliwe brzmienieTamże, s. 108.[4].

Taka wizja literaturoznawstwa – będącego syntezą mądrości i wiedzy z doświadczeniami wspólnoty oraz własnymi – jest mi bliska. Dlatego też w Promieniowaniu… przemawiają do mnie dużo bardziej te teksty, które w zamierzeniu autora od początku były esejami, a nie fachowymi artykułami naukowymi napisanymi po to, by je zaprezentować w punktowanych czasopismach. Jest w nich więcej szczerości, a przynajmniej tak mi się wydaje. Chociaż i ich dotyka wada, o której powiem za chwilę.

3.

Druga zaleta to erudycyjność. Promieniowanie… to popis wybitnego erudyty. W publikacji umieszczono wielostronicowe studia, które często poświęcono pojedynczemu wierszowi, jego 
„rozkodowaniu”, nieustannym umieszczaniu go w kontekstach. W książce znajdziemy więc nie tylko warstwy literaturoznawcze, lecz także solidne dozy wiedzy z innych – często dość odległych – dziedzin wiedzy. To przeżycie wzbogaca czytelnika, pokazuje mu inne drogi lektury, a także wskazuje na semantyczną wieloznaczność wiersza, jego pojemność.

Próchniak nie zatrzymuje się na tym. Podąża dalej, między innymi prostuje błędy popełniane przez innych. Dzieje się tak na przykład wtedy, kiedy w jednym z przypisów zwraca uwagę na pomyłkę Jacka Podsiadły. Mianowicie zdanie: „Największą chorobą duszy jest jej chłód” w rzeczywistości miał wypowiedzieć Alexis de Tocqueville, a nie – jak twierdzi podmiot wiersza Lament świętokrzyski – Jacopone da TodiZob. tamże, s. 243.[5].

Próchniak wszędzie dopowiada, plącze siatkę intertekstualnych nawiązań, łączy ze sobą to, co z pozoru niezwiązane. Tworzy mapę, dzięki której „nawiguje” lekturę. Wielu polonistów mogłoby się od niego uczyć analizy i interpretacji, wynikających zapewne z podstawowej siły interpretacyjnej, czyli szczerej miłości do liryki.

Podkreślę to z pełnym przekonaniem, Promieniowanie… z pewnością pochłonęło ogromne pokłady wysiłku, lata badań i poszukiwań informacji. Dla Próchniaka pisanie jest jak wyciskanie gąbki, naciska ją, ponieważ chce uzyskać jeszcze kilka kropel, jeszcze kroplę. Ma to jednak istotną wadę – hermetyczność, która jest zarazem największą wadą tej książki.

4.

Promieniowanie… z pewnością nie jest prostą i łatwą lekturą. Powiedziałbym wręcz, że jest lekturą trudną, wymagającą od czytelnika bardzo wiele – zarówno skupienia, jak i naukowego podejścia. Jak już wspominałem, Próchniak jak z rękawa sypie licznymi odniesieniami do innych tekstów i choć on sam odnajduje się na tej „mapie” świetnie, to zwykły czytelnik może się zgubić, zaplątać w sensy. Badacz nie ułatwia czytelnikowi podróży, zabiera go do swojego świata bez uprzedniego przygotowania.

Próchniak na ogół, owszem, pisze przejrzystym stylem, jednak styl ten nader często jest przezroczysty, zbyt poprawny, nazbyt naukowy, nadto pojawiają się pewnego rodzaju literaturoznawcze „nadęcia” – które utrudniają czytanie. Doskonale widać to w pierwszym rozdziale, Rzeczywista obecność poezji, gdzie ciężko odróżnić, co mówi George Steiner, a co – Paweł Próchniak. Badacz tworzy rodzaj komentarza, palimpsestu, łączy własne myśli i te Steinerowskie. W efekcie tego czyta się dość ciężko. Szczerze mówiąc, wątpię, by po takim pierwszym rozdziale książki czytelnik bez filologicznego wykształcenia wytrwał w czytelniczym wysiłku. Niestety, umieszczenie tego „trudnego” rozdziału na początku, raczej zniechęca do brnięcia w podróż. Przez to stracą – rzecz jasna – czytelnicy, którzy nie zapoznają się z błyskotliwymi refleksjami Próchniaka.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to książka literaturoznawcza – spełniająca wszelkie wymagania pracy naukowej, jednak myślę, że dałoby się tych rygorów dopełnić w sposób bardziej otwarty, inkluzywny, zapraszający do lektury. Od tekstów pisanych przez wybitnych naukowców oczekuję, by służyły nie tylko literaturoznawcom, ale przede wszystkim czytelnikom. Autoteliczne literaturoznawstwo traci rację bytu, staje się niepotrzebne, redundantne, skazane na łaskę grona kolegów, którzy nawzajem się znają i dla siebie wzajem tworzą.

Mimo cennego i dosyć częstego sięgania po własne doświadczenia autor recenzowanej pozycji odgrodził się od czytelników barierą języka, a przecież można było tego uniknąć dzięki przeredagowaniu niektórych partii książki. Wprawdzie nie porównywałem wszystkich rozdziałów z ich pierwodrukami, ale na przykład rozdział Czasami jestem od źródłowego artykułuP. Próchniak, „Czasami jestem (czytając wiersz McDonald’s)”, „Poznańskie Studia Polonistyczne. Seria Literacka” 2012, nr 19, s. 211–220.[6] różni się zaledwie kosmetyką. Tymczasem można było zrzucić ze zbioru nadmiar przypisów, odrobinę zwiększyć temperaturę tekstu, podkreślić akcenty wyrazistym słownictwem, jednym słowem opowiedzieć to w sposób prostszy, przystępniejszy. Z hermetycznego uczynić egalitarnym. Zdemokratyzować narrację – oto czego oczekiwałbym od Próchniaka.

5.

Kończąc, należy odnotować, że strona edytorska Promieniowania tła zasługuje na wysoką ocenę. Raczej nie pojawiają się błędy, zwracam jedynie uwagę korektorów na brak kropek zamykających kolejne pozycje spisu pierwodruków, co jest niezgodne z normą bibliograficzną. Poza tym książka została wydana w sposób staranny, obcowanie z nią dostarcza przyjemnych wrażeń wizualnych. Na pochwałę zasługuje też fakt, że wydawnictwo postarało się, aby liczne partie zawierające przypisy składające się z bardzo krótkiej treści (jak „tamże”), nie zajmowały dużo miejsca, a tym samym prowadziły do oszczędności papieru. Zadbano o ekologię i osiągnięto również dodatkowy efekt, ponieważ takie odnośniki wyglądają estetycznie.

Bez wątpienia, czegokolwiek byśmy o najnowszej książce Próchniaka nie powiedzieli, to została ona (najpierw jako odrębne partie) napisana, a potem skompilowana przez badacza wytrawnego. Choć muszę przyznać, że liczyłem na coś więcej – na projekt, który łączyłby fachowy charakter i popularyzatorskie ambicje. Być może zwiódł mnie mariaż tego wybitnego popularyzatora wiedzy z wydawnictwem, w którym książka się ukazała. 

Podsumowując, Promieniowanie tła to bardzo dobra książka naukowa. Toteż należy polecić ją przede wszystkim tym, którzy posiadają naukowe przygotowanie, bowiem bez niego obcowanie z nią może być problematyczne. Zetknięcie się ze sposobem lektury Próchniaka, jego koncepcją wiersza jako tajemnicą z pewnością pozwala poszerzyć kompetencje czytelnicze odbiorcy.

 

P. Próchniak, Promieniowanie tła. Szkice o wierszach i czytaniu, Czarne, Wołowiec 2020.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Dariusz Żółtowski, W meandry wiersza, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 92

Przypisy

    Powiązane artykuły