25.03.2021

Nowy Napis Co Tydzień #093 / Chwyty i spiski. Jak eksplorować literaturę współczesną?

Borges czy Capote – który z tych pisarzy ma dziś większe wpływy? Pisząc o kondycji literatury współczesnej, Arkadiusz Żychliński wskazuje, że przewagę mają raczej następcy autora Z zimną krwią. Widać to w niesamowitej popularności reportażu i prozy autobiograficznej, słychać w rozlicznych głosach wyznających niechęć do fikcji. Czy jednak jest tak w istocie?

Jak przebiega ewolucja literacka? W jakim świetle dzisiejsi twórcy prozy stawiają swoich prekursorów? Czy można jeszcze działać fikcjami? Pytania te znajdują się w centrum książki Żychlińskiego Zwrot przez współczesną. Pryzmaty. By na nie odpowiedzieć, poznański filolog, tłumacz i eseista analizuje w pierwszej części zbioru esejów oznaki współczesnego procesu literackiego. Na drugą część pracy składają się studia fikcjoznawcze poświęcone poszczególnym twórcom „literatury spodziewanego dłuższego trwania”A. Żychliński, Zwrot przez współczesną. Pryzmaty, Wrocław 2020, s. 121.[1], którzy zostali dobrani – jak zaznacza autor – według wypadkowej „dyspozycji i temperamentu”Tamże, s. 419.[2], gdyż poza tym łączy ich wszystkich chyba tylko epoka.

Wśród omawianych wybitnych pisarzy współczesnych, tworzących od połowy XX po drugą dekadę XXI wieku, znajdują się: Bernhard, Bolaño, Coetzee, Cortázar, Knausgård, Marías, Modiano, Saunders, Sebald, Vila-Matas i bardzo wielu innych. Wobec wręcz nadmiernego bogactwa esejów z drugiej części książki, skupię się na omówieniu części pierwszej, w której Żychliński stara się odnaleźć główny kierunek przemian prozy współczesnej – zresztą właśnie pytania o aktualność i trwałość interesują go najbardziej.

Zmęczenie fikcjami?

Gdybym próbował uporządkować pisarzy, którymi zajmuje się Żychliński, umieściłbym każdego z nich bliżej lub dalej jednego z dwóch biegunów literatury, które uosabialiby Borges i Capote. Ten pierwszy reprezentowałby starą literaturę oraz dzisiejszą praktykę badania literatury. Teksty te wydają się czymś dostępnym tylko dla specjalistów, wymagającym erudycji, igrającym z ideą wtórności, uprawianym za biurkiem i w bibliotece. Z kolei Capote i autorzy o podobnej wizji pisania (wymieniani przez Żychlińskiego Kisch, Szałamow, Aleksijewicz, Carrère, Knausgård, by podać tylko kilkoro twórców reprezentatywnych dla liczącego sto lat nurtu nie-fikcji) wyznaczają triumf aktualności, czerpią z obserwacji terenowej, zdobywają coraz to nowe połacie fascynującego świata lub starają się zapisać to, o czym nie można zapomnieć. Niezmordowanie dążą do ukazywania rzeczywistości taką, jaką jest.

Problem polega na tym, że wspomniana przewaga literatury faktu może zniweczyć samą ideę fikcji. W tej kwestii Żychliński przekonująco pokazuje, że konstatowany obecnie „kryzys literatury” jest tak naprawdę kryzysem recepcji. W szkicu Jakie fikcje? Czyja wiedza? Dziewięć (możliwych) powodów zmęczenia fikcjami wymienia następujące przyczyny tego stanu rzeczy: (1) poczucie niewydolności fikcji, przegrywającej z reportażem i zapisami wielkich wydarzeń XX wieku, takimi jak łagry, (2) niewypowiedziane poczucie miałkości literatury żyjących pisarzy, (3) rozczarowanie tym, że fikcje nie mogą pomóc jednostce, (4) zastąpienie buntu przystosowaniem, (5) nadprodukcję fikcji, (6) wady procesu kształcenia, (7) głód rzeczywistości na tle wdzierania się „symulakrów” w życie, (8) zmianę nastawienia odbiorców, swoistą utratę wiary w fikcje, (9) poczucie zanikania wszelkich „poręczeń prawdziwości”Tamże, s. 48.[3], które w kolejnych epokach prowadziło do rozkwitów fikcji, ale chyba już się wyczerpało.

Kryzys literatury w istocie polegać ma na tym, że „deklaratywny zwrot w obrębie fałszywej dychotomii: od «fikcji» (tj. «kłamstwa») ku «niefikcji» (tj. «prawdzie»)”Tamże, s. 63.[4] formuje nastawienie recepcyjne, które dużą część najwspanialszej literatury dyskwalifikuje jako coś nieciekawego. (Dodam, że ta dyskwalifikacja jest często rażąco prymitywna). Żychliński uważa, że fikcje literackie nie przestały działać na nasze umysły. Tropi przypadki, w których literatura fikcjonalna ostatnich dekad pozostaje żywotna i fascynująca (jak Modiano, Sebald, Vila-Matas i inni autorzy pojawiający się w szkicach w drugiej części książki). Jak pokazuje, fikcja wykracza poza granice „zmyślenia”, nie wchodząc w fałszywą dychotomię, jednocześnie oferując zarówno przyjemności wyobraźni, jak i jedyną w swoim rodzaju wiedzę, której nie może nam dostarczyć żadna inna forma poznawcza.

Spiski i chwyty

Żychliński, powracając do prozy fikcjonalnej, zadaje pytanie: „czy w historii literatury, a węziej rzecz ujmując: w historii powieści, możemy w sposób uzasadniony mówić o rozwoju, to znaczy o postępie, czy raczej o zmianie”Tamże, s. 78.[5]. Wysuwa tezę o „umiarkowanym postępie”Tamże, s. 122.[6], według którego literatura musi wciąż na nowo tworzyć swoje techniki. Brak dążenia do nowatorstwa prowadzi do dominacji twórców drugorzędnych, to zaś prędzej czy później powinno wprawić w ruch siły, które odświeżą literaturę. Ale jaki w takim razie mieć stosunek do tradycji, która wydaje się ciążyć współczesnej literaturze?

Najciekawszy oraz najbardziej dający do myślenia przypadek ewolucji i rewolucji poruszony w książce dotyczy Borgesa. Żychliński dowodzi, że autor Ogrodu o rozwidlających się ścieżkach mniej więcej do czterdziestego roku swojego życia pozostawał dobrze zapowiadającym się poetą, eseistą, wszechstronnym i niezwykle szybkim recenzentem nowości literackich (Finneganów tren Joyce’a recenzował zaledwie kilka tygodni od premiery). Kiedy na początku lat 40. Borges zaczął pisać swoje najlepsze opowiadania, które potem trafiły do Fikcji i Alefa, właściwie przestał czytać nowości literackie. Nie wynikało to jedynie z utraty wzroku, nawet z pomocą lektorów powracał już tylko do książek starych. Jego prywatna historia literatury urwała się około roku 1939, czyli mniej więcej w tym czasie, gdy powstał wielki Borges.

To szczególna rada dla pisarza: jeśli chcesz pisać, przestań czytać (współczesnych). Dlatego, jak mi się zdaje, Nabokov podkreślał, że dobry czytelnik nie może być aspirującym pisarzem. W tej osobistej zasadzie, która podziałała u Borgesa, chciałbym widzieć za Żychlińskim potrzebę zerwania: z przeszłością, z teraźniejszością, a dzisiaj być może z deklaratywną niefikcją.

Na pytania o stosunek do tradycji Żychliński odpowiada zdaniem Ricarda Piglii: „wszelka autentyczna tradycja […] ma formę spisku”Za: tamże, s. 122.[7]. Innymi słowy – pisarz wybiera swoją tradycję, korzystając z dwóch aktów: zerwania i przedłużeniaTamże, s. 158.[8]. To one konstytuują wszelką nowość literacką, która wytrzymuje próbę czasu. Intrygujące, że – jak świadczy tom Powszechna historia nikczemności – sam Borges znalazł się na rozdrożu, mógł wybrać zarówno fikcję, jak i niefikcję. Zrezygnował jednak z odtwarzania biografii autentycznych postaci (w czym naśladował Marcela Schwoba) oraz szansy zostania jednym z pionierów non-fiction. Z kolei jego spadkobiercy, „spiskowcy” Roberto Bolaño i Danilo Kiš, korzystają w swojej twórczości z techniki Borgesa, włączając na powrót chwyty pisarza w orbitę niefikcji.

Obok pojęcia spisku Żychliński chętnie przywołuje ideę chwytuWedług rosyjskiego teoretyka Wiktora Szkłowskiego pisarze wywołują artystyczny efekt „udziwnienia”, by zakłócić i wydłużyć proces percepcyjny. Służą do tego właśnie chwyty.[9]. Jaki był chwyt Kafki, a jaki chwyt Cortázara? Czy można wyróżnić (jak Szkłowski u Tołstoja) jeden dominujący chwyt u danego pisarza albo jeden dominujący chwyt w danym gatunku opowiadania?

Przypadek Borgesa, jego prekursorów i epigonów może posłużyć za miniaturę procesu literackiego w ogóle. Ukazuje, w jaki sposób dany zespół chwytów – w przypadku Argentyńczyka „ironiczne przerysowanie, indyferencja etyczna, intencja estetyczna, postulowany dokumentaryzm, maskująca demistyfikacja”Tamże, s. 133.[10] – staje się świeżym czynnikiem tworzącym fikcję, a zarazem, jak jego potencjał się z czasem wyczerpuje. Podkreśla też, że spiskowców fikcji literackiej łączy idea chwytu, niezbywalna dla deklaratywnego zmyślenia, kłopotliwa zaś dla wszelkiej literatury, która twierdzi, że fikcji unika.

Żychliński ceni sobie jednak zarówno stronę Borgesa, jak i stronę Capote’a. Dlatego na potencjalnego mistrza i odnowiciela powieści pasuje Karla Ove Knausgårda, zestawiając go wręcz z Cervantesem. Autor Mojej walki miałby posługiwać się „pozornie prostym” chwytem: „to sztuczka polegająca na przekonaniu odbiorców, że nie ma żadnego chwytu”Tamże, s. 93.[11]. Żychliński sugeruje, że niefikcje kryją w sobie potencjał odnowienia literatury. Myślę jednak, że zachodzi tu przedwczesne wywyższenie, a utwory w rodzaju Mojej walki nie są czytane jako powieści, lecz – by posłużyć się słowami Milana Kundery – jako „upowieściowane wyznania, upowieściowane reportaże, upowieściowane porachunki, upowieściowane autobiografie”Za: M. Kundera, Zdradzone testamenty, tłum. M. Bieńczyk, Warszawa 2015, s. 22.[12]. Lektura Żychlińskiego skłania mnie do refleksji, że zaczynając od realistycznego, reportażowego i autobiograficznego bieguna literatury – tego dziś bardziej akceptowanego – nie można sięgnąć jej wszystkich możliwości. Jest to możliwe tylko w sytuacji odwrotnej – gdy punktem wyjścia jest zasada konstrukcyjna, którą pisarz ukrywa, nie próbując jej jednak naturalizować.

Kontynuacja czy nieciągłość?

Zwrot przez współczesną podsyca moje podejrzenie, że w naszych czasach nie ma (albo na razie nie widać) prawdziwych mistrzów – być może, jak kilkukrotnie sugeruje Żychliński, poznamy ich dopiero z upływem czasu. Nie dostrzegam żyjących pisarzy, którzy mogliby się równać z prawodawcami nowoczesnej literatury, takimi jak Kafka, Borges, Capote czy Nabokov. Dawni mistrzowie nie żyją zaledwie od kilku dekad, a to zapewne zbyt krótki okres, by wykształcili się ich prawdziwi następcy, a nie jedynie kontynuatorzy. Widać to na przywoływanych przez Żychlińskiego przykładach Bolaño, Kiša oraz innych licznych twórcach stylizujących swoje dzieła, jakby były one kolejnymi wersjami Lekarza wiejskiego czy Pierre’a Menarda.

Popularne od dekad pragnienie wielkiego pisarza, wielkiej powieści, chyba zbyt wyraźnie zakłada ciągłość i powtórzenie, by mogło wyzwolić jakieś prawdziwie nowe dzieło. Żychliński ma rację, krytykując tak postrzeganą tradycję i zastanawiając się, czy to życzenie objawienia się giganta nie wynika raczej z gazeciarskiej potrzeby nieustannego poszukiwania nowości.

Autor przywołuje znakomity cytat z Alaina Badiou, mówiący o nieciągłości filozofii – jego zdaniem, to samo można powiedzieć o literaturze. Nieciągłość, o czym pisał choćby Adam Ważyk, jest także zasadą sztuki nowoczesnej. Wydaje się, że to kluczowa kategoria dla zrozumienia ewolucji literackiej. Każdy wybitny pisarz mówi poprzez swoje chwyty: „przede mną niczego takiego nie było” – nawet jeśli to nie do końca jest prawda.

Lekcja (dla) profesora

Olbrzymia obfitość Zwrotu przez współczesną wskazuje jednocześnie na dzisiejszy wierzchołek i chyba kres refleksji literaturoznawczej. Czytelnik lub badacz, który nie włada kilkunastoma językami i nie buszuje bezustannie w ciągle zmieniających się trendach literackich oraz naukowych, może poznać w pełni co najwyżej wycinek danej twórczości, natomiast nie może być na bieżąco z „umiarkowanym postępem” dokonującym się w literaturze powszechnej, a co za tym idzie w kulturze globalnej.

Zwrot przez współczesną nie został napisany w celu popularyzowania literatury. Nie jest też sensu stricto pracą naukową. Myślę, że celem Żychlińskiego jest podnoszenie poziomu literaturoznawstwa w Polsce. Jego bardzo cenna książka skierowana jest przede wszystkim do profesorów, z niewypowiedzianym komentarzem: należy dążyć do szczytu. I w tym naukowcy mogliby naśladować wybitnych pisarzy, którzy przeważnie czytają niewiele i w innych celach niż ich czytelnicy.

A. Żychliński, Zwrot przez współczesną. PryzmatyOssolineum, Wrocław 2020.

Okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Przemysław Batorski, Chwyty i spiski. Jak eksplorować literaturę współczesną?, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 93

Przypisy

    Powiązane artykuły