25.03.2021

Nowy Napis Co Tydzień #093 / Wszystkie psy idą na śmietnik historii

Spoglądając z dzisiejszej perspektywy na trzydziestoletnie dzieje demokratycznej Polski, myśli się o zamkniętym procesie, który w roku 2021 można już z powodzeniem opisywać i rewidować. Niech o zinternalizowaniu projektu „wolna Polska” świadczy szeroki horyzont literatury okołotransformacyjnej. Mówimy przecież o szeregu tekstów pomiędzy tak oddalonymi od siebie biegunami myślowymi, jak chociażby sylwiczna proza Izabeli Filipiak (Absolutna amnezja) oraz odległe od niej stylistycznie i czasowo kryminały – obierające końcówkę PRL jako efektowne tło sensacyjnych fabuł (Łaska Anny Kańtoch czy Iluzjonista Remigiusza Mroza). Między tymi biegunami znalazło się również miejsce nie tylko dla transgresyjnych narracji Michała Witkowskiego, ale też wieloaspektowych diagnoz Andrzeja Stasiuka czy tekstów Doroty Masłowskiej ujmujących językową istotę czasów transformacji. Konglomerat tak różnorodnych opowieści jest odpowiedzią na naturalną potrzebę zrozumienia przełomowego momentu w dziejach regionu. Można by odnieść wrażenie, że o upadku Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich powiedziano w tej części świata już niemal wszystko.

Powyższa wyliczanka tekstów pomija jednak pewien istotny aspekt – budowa demokratycznego państwa nie odbywała się w próżni. Podobne procesy zachodziły w całej Europie i siłą rzeczy stanowią istotny kontekst dla naszej rodzimej transformacji. Nie inaczej jest w przypadku Ukrainy. Dom dla Doma Wiktorii Ameliny w tłumaczeniu Katarzyny Kotyńskiej odkrywa te okoliczności dla polskich czytelników.

Oczy Polaków zwracały się na wschodnich sąsiadów przede wszystkim przy okazji głośnych wydarzeń – kiedy w 2004 roku wybuchła pomarańczowa rewolucja albo gdy na przełomie 2013 i 2014 roku płonął kijowski Majdan. Nie mieliśmy jednak wielu okazji, żeby poznać literackie świadectwa trwającego od 1991 roku procesu zastępowania komunistycznej rzeczywistości nową wizją Ukrainy. Lukę na polskim rynku wydawniczym wypełniały dotychczas lubelskie Warsztaty Kultury ze swoją serią Wschodni Express, wydawnictwo Czarne – proponujące między innymi przekłady prozy Jurija i Sofii Andruchowyczów – albo Kolegium Europy Wschodniej, w którym ukazało się Tango śmierci Jurija Wynnyczuka. Dwa lata temu do grona propagatorów ukraińskiej sprawy dołączyło wydawnictwo Warstwy, inaugurując serię Proza Nieobca. Książka Ameliny jest drugą z kolei, po Sadze lwowskiej Petra Jacenki, ukraińską pozycją w katalogu wydawnictwa, który wciąż się rozrasta.

*** 

O ile Sadze lwowskiej mógł patronować Bruno Schulz albo Leopold Tyrmand, o tyle Domowi dla Doma zdecydowanie bliżej do Stanisława Lema z czasów Wysokiego zamku. Zresztą autorka otwarcie podsuwa takie skojarzenie. Widmowa obecność Lema została zaznaczona w tkance powieści za sprawą lapidarnie przywoływanego epizodu z historii tytułowego domu, którego wcześniejszym lokatorem miał być właśnie słynny polski pisarz. Lem patronuje powieści Ameliny również poprzez rozpoczynające książkę motto pochodzące z Głosu Pana

To, że ludzkie boleści, strachy, cierpienia rozpadają się ze śmiercią osobniczą, że nic nie pozostaje po wzlotach, upadkach, orgazmach i torturach, jest godnym pochwały darem ewolucji, która upodobniła nas do zwierząt. Gdyby po każdym nieszczęśliwym, umęczonym pozostawał choć jeden atom jego uczuć, gdyby tak rosło dziedzictwo pokoleń, gdyby choć skra mogła przeniknąć z człowieka do człowieka, świat byłby pełen ryku przemocą wydartego z kiszekW. Amelina, „Dom dla Doma”, tłum. K. Kotyńska, Wrocław 2020, s. 4. Cyt. za: S. Lem, Głos Pana, Kraków 2019, s. 331.[1].

Gdyby z tych paru linijek tekstu uczynić klucz do odczytania Domu dla Doma, można by go z powodzeniem potraktować jako manifest maluczkich. Amelina daje głos wykluczonym, którzy od zawsze byli tylko przedmiotem dziejów. Motto z Lema przypomina o sile systematycznie zapominanego jednostkowego dziedzictwa, fundującego najważniejsze opowieści, budującego tożsamość nowoczesnego narodu. 

To, co Lem wykładał w filozoficzno-powieściowym traktacie, ukraińska autorka opakowuje w efektowny koncept. Jej powieść jest próbą opowiedzenia ukraińskiej transformacji z perspektywy tego, kto nigdy nie miał głosu – pudla tułającego się wraz z kilkupokoleniową rodziną z ukraińskiego Nowerska (małego miasteczka w obwodzie żytomierskim) aż do przytłaczającego swoją intensywnością Lwowa.

***

Nieantropocentryczna psia perspektywa niesie ze sobą dwojakie konsekwencje. Z jednej strony sprawdza się jako metafora wspomnianego wykluczenia. Z drugiej zaś – stawia Amelinę w szeregu autorów i autorek wykraczających poza normatywne ujmowanie dziejów, wprowadzając tym samym dodatkowe konteksty. Ukraińska pisarka jest rzeczniczką historiozofii spod znaku Haydena White’a – jego koncepcji historii jako opowieści wykraczającej poza prostą binarność „prawda-fałsz”, oraz Giorgio Agambena i jego rozmyślań o nieantropocentrycznym podmiocie narracji. Dom dla Doma nawiązuje do tych ważkich historiograficznych nurtów, rozpisując je na relacje między członkami społeczeństwa formującego się w niepodległej Ukrainie. Amelinę z powodzeniem da się jednak czytać bez znajomości dokonań nowoczesnej humanistyki, zadowalając się jej prostą wykładnią skomplikowanych prawd. Ukraińska autorka zamyka je w sentencjach typu: „ludzie nie słuchają pudli, tylko premierów”Tamże, s. 9.[2] albo: „Nie wiedzieć czemu, ludzie wcale nie lubią opowiadać prawdziwych historii. A może to mnie wciąż trafiają się niewłaściwi ludzie? W sumie nic dziwnego – jestem przecież niewłaściwym psemTamże, s. 293.[3].

Pisarka stawia więc na perspektywę „zamiast”. Zamiast antropocentryzmu mamy narrację spoza ludzkiego punktu widzenia. Zamiast politycznego osądu – obiektywną obserwację. Zamiast ciężaru humanistycznych rozważań – przejrzystość myśli. A wszystko to zawdzięczamy wprowadzeniu psiego narratora pierwszoosobowego.

Zwierzęca perspektywa wysuwa na pierwszy plan elementy umykające zwyczajowym uosobieniom narratorów. Liczne receptory węchowe pozwalają psu dostrzec w otaczającym go świecie to, czego nie jest w stanie zobaczyć człowiek. Tym samym powieść została wzbogacona o obrazowanie związane z węchem: „zapachu żywego śniegu nie da się pomylić. […] ekran telewizora śnieży tak samo, tylko płatki na ekranie niczym nie pachną. Tak jak wszystko, co dzieje się w telewizorze”Tamże, s. 7.[4]; „wydaje mi się, że wyraj to to samo, co dom, to miejsce, w którym twoje zapachy zawsze są niezmienne i prawdziwe, czekają na ciebie tak, jakby nikt i nigdy z tego domu nie odchodził”Tamże, s. 22.[5]; „Wy, ludzie, nie wiecie chyba, że krew może mieć różny zapach. Pachnie strachem albo szczęściem, nienawiścią albo pragnieniem. Krew was wszystkich odsłania. Przynajmniej przede mną”Tamże, s. 28.[6].

Efektowny zabieg z wszechobecnymi zapachami służy temu, żeby nadać nowy wymiar burzliwej przeszłości miasta. Każda dzielnica, a nawet pojedyncza ulica, charakteryzują się własną wonią o nieuchwytnym dla człowieka źródle. Psi bohater odczytuje podpowierzchniową zgniliznę miasta – wszystko to, co skrywa się w tkance bruku i za grubą warstwą tynku. Wizja to o tyle intrygująca, że unikająca jednoznaczności powierzchniowego spojrzenia, a zostawiająca czytelników i czytelniczki z pytaniami, które powinny były wybrzmieć w literackiej debacie już dużo wcześniej. Pytaniami o to, co leży u źródeł niezliczonych mitów wytwarzanych w toku historii na potrzeby kolejnych gospodarzy Lwowa – mitów, które utrudniają ustalenie tożsamości miasta oraz stoją u podstaw wieloletnich konfliktów.

Kierować się zapachem, znaczy oddzielić się od świata wiecznej teraźniejszości obrazu i zakłamanych przekazów o przeszłości. Wybrać zapach, to wybrać obiektywizm. W powieściowym świecie Domu dla Doma taki wybór jest gestem rewolucyjnym, tyle że mówimy o rewolucji bezkrwawej – skłaniającej się ku rewizji zamiast ataku. Tytułowy pies nie ma zamiaru rozszarpywać gardeł byłych właścicieli, oznaczać terenu zagarniętego przez obcych ani szczekać na kłamliwe obrazki w telewizorze. Wystarczy sam fakt, że ma świetny węch, którym wyczuwa więcej, niż jest w stanie zrozumieć człowiek. Stąd już niedaleko do rewizji wersji historii „napisanej przez panów”. Nawet jeśli pies nie ma siły sprawczej w ludzkim świecie, to może przynajmniej przedstawić własny punkt widzenia.

*** 

Amelina omija ograniczenia wynikające z zakorzenienia w kraju, w którym wybór języka, jakim się opowiada, ma znaczenie polityczne. Przywilejem psiego narratora, ustawionego na neutralnej pozycji względem umownych, ludzkich podziałów, staje się fakt, że nie musi on wybierać narzecza, kierując się jego politycznym nacechowaniem. A to jedyna obiektywna perspektywa, żeby uczciwie przyjrzeć się okresowi transformacji, będącemu raczej ewolucją niż rewolucją, zatem z zasady trudniejszemu do jednoznacznego wpisania w mechanizm formowania się narodu. Kanoniczne elementy takiego procesu nabierają innego znaczenia w zależności od języka opisu: „Teraz wszystko jest niejasne. Jesteśmy zwycięzcami nad faszyzmem czy okupantami? […] dla tych ludzi tutaj wszystko, co radzieckie, to okupacja, zło”Tamże, s. 207.[7]. Dla psa nie ma znaczenia, czy do munduru przypięto niebiesko-żółtą wstążkę czy czerwoną gwiazdę. Zwierzęce oczy widzą po prostu człowieka. Autorka wyzyskuje tę właściwość, żeby opowiedzieć o sztucznie wykreowanym systemie mowy, z którego wyrasta jednak jak najbardziej realny świat – w którym „niewłaściwy” akcent czy obcy wyraz są przyczynkiem do przemocy wymierzonej w językowego Innego.

Amelinowe ujmowanie historiografii wystrzega się łatwej pokusy anachronizmu. Próżno szukać u niej poczucia wyższości – tak często narzucającego się tym, którzy po czasie obserwują proces historyczny z wygodnej, bo całościowej, perspektywy. Pisarka patrzy na swoich bohaterów jak na ukochane dzieci, które mają prawo nie rozumieć zachodzących wokół nich przemian; z jednoczesną świadomością, że powoli do tego dorastają. Uzmysłowienie sobie istoty poszukiwania własnych ścieżek narracji, w odpowiedzi na wieloletnie narzucanie tych obcych, jest kluczem do zrozumienia nie tylko czasów ukraińskiej transformacji, ale też całej historii naszych wschodnich sąsiadów – odwiecznie zmagających się z zewnętrznymi ciemiężycielami, którzy mamiąc wizją wolnej Ukrainy, wykorzystywali wywrotowy entuzjazm ludności dla własnych, kolonizatorskich celów.

Opowieść jawi się jako remedium na traumę narodu wiecznie zagarnianego przez obcość. W bohaterach Domu dla Domazaczyna kiełkować przekonanie, że: „Jeśli opowiedzieć dostatecznie wiele historii, któraś z nich okaże się prawdziwa, a może nawet własna”Tamże, s. 276.[8]. Prowadzą więc kompulsywną gawędę, wybielając niewygodne fragmenty, w myśl zasady, że „nic się nie stanie, jeśli się podredaguje niektóre biografie”Tamże, s. 209.[9]. Desperackie nadpisywanie historii naiwnie usprawiedliwiają tym, że w idealnej wersji dziejów taki potencjalny scenariusz mógł się przecież wydarzyć. Jest w tym tyle niezgody na tragizm losu, ile wiary, że kiedyś jeszcze może być lepiej. Amelina przestrzega jednak przed niebezpieczeństwem nadmiernego zaufania potencjalności. Krótka droga prowadzi bowiem od budowania alternatywnej wersji faktu historycznego – umacnianej proporcjonalnie do częstotliwości jej powtarzania – do wytworzenia kłamliwego mitu, infekującego wyobraźnię kolejnych pokoleń.

***

Z niezliczonych warstw przeszłości, języków, odgłosów i – przede wszystkim – zapachów wyradza się synestezyjny palimpsest Lwowa, pamięciowa proteza złożona z wyobrażeń oraz fantazji. W tekście porównuje się miasto do Atlantydy albo skrzyni zamkniętej przed ludzkimi oczami. Zagadkowa skrzynia otwiera się szeroko dopiero przed tytułowym psem. Jego węch odkrywa rzeczywistość niedostępną zwykłemu spojrzeniu. Miasto, za sprawą zwierzęcego narratora, powoli odzyskuje głos, a kolejne warstwy, o których pisze Amelina, stopniowo odsłaniają swoją prawdę. W tle majaczy przekonanie, że kiedyś wszystkie psy, zmęczone opowieścią, zamilkną. A wtedy zostaną tylko beton, szkło i stal. 

Oczywiście chęć pozostawienia powieściowego przekazu o mieście jest naznaczona pewnymi niebezpieczeństwami. Znane literackie obrazy Rzymu, Paryża, Wenecji czy Warszawy bywają raczej Baudrillardowskimi symulakrami niż odbiciami rzeczywistych przestrzeni. Ich zgodność z oryginałami jest odwrotnie proporcjonalna do wielości opowieści, w których miasta te odgrywały istotną rolę. Zarówno dla turystów, jak i dla czytelników jest to sytuacja wygodna. Łatwiej pogodzić się z dawno już zinterioryzowanymi wizjami literackimi, z których wyrugowano to, co brzydkie (casus Tokio) albo niewygodne (przypadek Lwowa) niż z nieskategoryzowaną rzeczywistością. Ukraińska literatura, tak jak i Polska, nadal czeka na eksplorację niechlubnych epizodów z własnej historii. Tango śmierci, powieść Wynnyczuka wydana u nas przed dwoma laty, w tym kontekście zdawało się celnie trafiać w niezagospodarowaną jeszcze przestrzeń dialogu. 

W tej kwestii Dom dla Doma zdecydowanie wyprzedza Tango śmierci. Obrosły kontekstami mit miasta nie staje się u Ameliny wyłącznie erzacem narracji o skomplikowanych stosunkach społecznych w transformacyjnym Lwowie. Na pewno nie od rzeczy jest fakt, że autorka posługuje się humanistycznym sztafażem. Odwołuje się wprost do Baudrillarda, kiedy mówi o współczesnych przekształceniach przestrzeni: „Miasto jest jak nowe. Imitacja, «Disneyland»Tamże, s. 348.[10]. Dzięki teoretycznemu zapleczu unika pułapki uproszczenia powieściowego przekazu o przeszłości. Jednocześnie historyczna ścisłość u Ameliny nie wchodzi w drogę jej zmysłowi rozrywkowemu. W efekcie dostajemy dobrze skrojoną literaturę środka, której tak bardzo brakuje na polskim gruncie.

***

W poszukiwaniu sedna problematyki Domu dla Doma nie sposób ostatecznie nie zwrócić się w jedną stronę – ku wątkom odzyskiwania języka. Powieść Ameliny to przede wszystkim traktat o starciu mowy z milczeniem, wywracający do góry nogami antagonizm wynikający z rzekomej wyższości ludzi nad zwierzętami. Na przykład, kiedy główny bohater rekonstruuje postrzeganie swojego miejsca w świecie słowami: „Dobrze, że chociaż my, psy, jesteśmy nieme. Chociaż o co mógłbym pytać? I tak wszystko rozumiem”Tamże, s. 118.[11]. Nawet jeśli zwierzęta nie posiadają przywileju wypowiadania się, to gdyby tylko miały ludzki głos, opowiedziałyby świat w sposób, jaki ich opiekunowie starają się wyrugować z dyskursu. Dzięki powieściowej fikcji – w której możliwe staje się wysłuchanie obiektywnego obserwatora – to, co w historii Lwowa przemilczane, może w końcu wybrzmieć z odpowiednią siłą.

Poprzez alegoryczną historię tytułowego Doma samo miasto również nabiera własnego głosu. Na kartach książki dokonuje się przecież rewizja kolejnych etapów życia Lwowa – z czasów Cesarstwa Austrii, polskiego panowania oraz radzieckiej okupacji. W literaturze nieczęsto udaje się z sukcesem przeprowadzić taką obserwację, bo wymaga ona wyzbycia się perspektywy nostalgicznej, która – jak wiemy na przykład z lektury Mojego Lwowa Józefa Wittlina – niejednokrotnie zaciemnia dążący do obiektywizmu przekaz.

Pisarka przejmuje pokorę swojego zwierzęcego narratora, która dla niego jest koniecznością, a dla niej wyborem. Wszystko zaś po to, żeby zapytać o zasadność formułowania ostatecznych wizji historii, zanim jej rozdział dobiegnie końca. Amelina widzi potransformacyjne państwo jako coś rozsypanego, jak mąka czy sól, albo rozlanego – jak olej, na którym łatwo się poślizgnąć. Nie jest więc bezzasadna jej propozycja: „Może wszyscy powinniśmy poczekać, aż przyschnie, i dopiero wtedy iść dalej?”Tamże, s. 10.[12].

 

W. Amelina, Dom dla Doma, Wrocław 2020.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Igor Kierkosz, Wszystkie psy idą na śmietnik historii, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 93

Przypisy

    Powiązane artykuły