25.03.2021

Nowy Napis Co Tydzień #093 / Tak bardzo martwy, tak bardzo żywy

Nazbyt pobieżnie przeczytaliśmy nasze ludowe podania oraz akta sądowe, stwierdza Łukasz Kozak. Ale nie my jedni – tak samo postąpił John Wiliam Polidori. Wprowadzając do romantycznej wyobraźni „Wampira” w 1819 roku, w rzeczywistości opierał się na tym, co dziś nazwalibyśmy materiałem etnograficznym. Opisy, z których korzystał nie pochodziły ani z odległej Transylwanii, ani tajemniczej Grecji, ale z terenów dawnej Polski. To, co braliśmy za wampira, było w rzeczywistości upiorem. Odtąd żyli rozdwojeni, choć wywodzący się z jednego ciała, wampir i upiór. Pierwszy toczył życie na kartach powieści i filmów, drugi egzystował znacznie bardziej realnie, znacząc swoją obecność odciętymi głowami i kolejnymi procesami sądowymi. Upiór przechadza się wyraźnym krokiem przez kulturę polską od Adama Mickiewicza po Andrzeja Sapkowskiego. A nawet wcześniej, jeśli weźmiemy pod uwagę zapisy z procesów sądowych. Łukasz Kozak przeczytał raz jeszcze źródła i zastosował metodę właściwą dla mikrohistorii: nie racjonalizować zapisów, a przyjąć je takimi, jakimi są. Jeśli wampiryzm można tłumaczyć za pomocą letargu lub porfirii, to upiora Kozak przyjmuje takim, jakim jest – istniejącym. A ma ku temu mocne argumenty. Oto Upiór. Historia naturalna.

Martwy tak, że aż żywy

Strzygoń, strzyga, wąpirz, wąpierz, wieszczy – to tylko kilka z nazw, pod którymi jest znany. Najprostsza definicja jest, jak zwykle w takich przypadkach, najbardziej zaciemniającą.

Upiory traktuję zatem nie jako demoniczne kuriozum z przeszłości, a ludzi. Ludzi, którzy nierzadko rodzili się upiorami, przyjmowali fatalistycznie swój upioryzm, ukrywając go, lub przeciwnie: traktując jako powołanie, a nawet profesję. Osoby za życia, a zwłaszcza po śmierci wykluczane ze społeczności wykluczonych

pisze Kozak. I dopiero po przeczytaniu całej książki można zgodzić się z nią w pełni. Upiór to człowiek, który urodził się z dwoma sercami. Niektórzy z nich są świadomi swej odmienności, inni poznają ją dopiero po śmierci. Bowiem, gdy jedno – to ludzkie serce – przestanie bić, wtedy zaczyna pracować to drugie. Strzygoń ma wstawać po śmierci i przychodzić do żywych, aby śmierć przynosić. Najczęściej zaczyna od swojej rodziny, jakby łączyła go jakaś nieprzerwana nić, węzeł krwawy, pamięć ciała. Przychodzi też do kościołów i demoluje je. Podkrada mleko, ale nie wypija krwi innych osób ani zwierząt. Obronić się przed upiorem można, wykopując jego ciało. Znakami rozpoznawczymi upioryzmu będą: różowa twarz, jeden bok ciała wyraźnie ciepły, brak włosów pod pachami, ciało wiotkie, czyli niezesztywniałe. Trupa należy zdekapitować, głowę włożyć między nogi, a najlepiej jeszcze obrócić plecami do nieba i przybić gwoździami do ziemi… Bez względu na to, czy „wierzymy” w istnienie upiorów, to od XVI wieku spotykamy zapisy sądowe karzące ludzi, którzy w nich wierzyli. Na ponad sześćdziesięciu stronach Łukasz Kozak zamieszcza przebogaty aneks źródeł sprzed 1800 roku, gdzie przedstawia batalie sądowe, fragmenty pism kościelnych, artykuły i relacje tych, którzy z upiorami się zmagali. Pierwszy dokument pochodzi z 1529 roku i dotyczy księdza Michała z Grabownicy, który pozwolił parafianom wykopać truchło i odciąć mu głowę. Niemal drugie tyle źródeł – od 1800 roku do współczesności – znajduje się rozproszonych w całej książce. Przed czytelnikiem rozciąga się fascynująca panorama zjawiska upioryzmu właściwego dla obszaru dawnej Rzeczpospolitej Wielu Narodów.

Nie da się ukryć, że w zebranym przeze mnie materiale źródłowym bardzo duża część tekstów jest związana z ludnością rusińską, terenami dzisiejszej Ukrainy i polsko-ukraińskiego pogranicza. Upiór jest poniekąd jak ruski pieróg i barszcz ukraiński, stał się wspólnym dziedzictwem kultury i pamiątką po Rzeczpospolitej.

Kapitalne są te zdania, bo choć niepozbawione lekkości, przedstawiają zasadniczą myśl Kozaka: nie ma religii słowiańskiej, jest tylko słowiański mit. Religia Słowian, jak przekonuje autor na pohybel wszelkiej maści „turbosłowian” i wyznawców Wielkiej Lechii, nie jest możliwa ani do odtworzenia, ani do wiarygodnego zrekonstruowania. Pozostając na bazie źródeł historycznych, tkwi niczym fundament, niewzruszony kamień węgielny, on – upiór.

Wieszczem się zowię

Łukasz Kozak prowadzi swoje historyczne, literackie, etnologiczne i filologiczne śledztwo, odwołując się nieustannie do źródeł. Upiór jest zarazem błyskotliwie napisanym esejem, jak i rzetelną pracą naukową. Czyta się to niesamowicie, a owo określenie jest tu kluczowe – zrazu przypominają się zasłyszane w rodzinie lub przeczytane opowieści, gdzie rzeczywiście wokół ciał zmarłych lub żywych, których uważano za „żyjące upiory”, istniał cały kosmos zachowań. Źle przeczytaliśmy nasze źródła, pozwoliliśmy sobie zapomnieć – napomina Łukasz Kozak. Bez względu na to, czy wierzymy, czy nie dajemy wiary w istnienie strzygoni, to wciąż faktem pozostaje, że byli ludzie, którzy tą wiarą motywowani wygrzebywali zmarłych z trumien, odcinali im głowy, czy nawet pili ich krew. Zapatrzyliśmy się w literackiego i hollywoodzkiego wampira, zapominając, że jest to pasożyt żerujący na rodzimym upiorze. I choć do powszechnej świadomości wprowadził go Adam Mickiewicz, choć czytamy pokornie Dziady i recytujemy na lekcjach, to wciąż dalecy jesteśmy od zrozumienia istoty. Upiór jest jednocześnie powszechnie rozumiany, a jednocześnie nieznany – oto paradoks naszej kultury, która w centrum usytuowała poetę opiewającego Zmarłego A Jednak Żyjącego. Mickiewicz, który obwieścił światu, że jest wieszczem, dokonał w istocie upiornego coming outu. Wieszcz to, jak definiuje Jan Karłowicz w Słowniku gwar polskich z 1911 roku, tyle co „człowiek, który po śmierci ma zostać upiorem”. Tak też rozumiał lud postać Adama Mickiewicza: wieszcz to upiór, a jego poezja to zaklęcia. Literackie opisy wznoszenia się, przebijania do obłoków, lewitowania odpowiadają strzygoniowi znanemu jako płanetnik. Upiór ten odpowiedzialny był za zmiany klimatyczne: jeśli był dobry, mógł odegnać burze niszczące zbiory, jeśli zły – takowe sprowadzać. U schyłku XIX wieku nie należał do odosobnionych głos gospodarza z Tyńca Marcina Widuraka:

Downiej, to nie były u nos takie mokre lata, jak teroz. Mokre lata rozpoczęły się dopiero od czasu, jak Mićkiewicza z Francyje do nos sprowadzili. Dopóki był we Francyji, to we Francyji były lata mokre, a teroz we Francyji są suche, a u nos mokre, bo Mićkiewicz był płanetnikiem.

Z pewnością życie pośmiertne Mickiewicza nie zakończyło się wraz ze sprowadzeniem jego ciała do ojczyzny i promieniuje do dziś. Nie inaczej jest z inną wielką postacią romantyzmu, Lordem Byronem. Nazbyt wiele tu wskazuje, jak dowodzi literackie śledztwo Kozaka, że odrzucony kochanek John William Polidori sportretował – wypisz wymaluj Byrona: eterycznego biseksualistę (motyw dwóch serc lub dwóch dusz), zagorzałego wegetarianina, mającego obsesję na temat włosów „ukrytych”, czyli tych pod pachami.

Duby bab wiejskich

Upiór to nazwa książkowa, pod którą mieszczą się wspomniani już: strzygoń, strzyga, wąpirz, wąpierz, wieszczy czy płanetnik. Łukasz Kozak przywraca naszej pamięci szereg postaci, które dawniej tak ludnie zapełniały zbiorową wyobraźnię. Choć nazwy były różne, wskazując pewne odmienne charaktery (płanetnik nie napada ludzi, zaś strzygoń ma pełen repertuar zachowań, od demolowania kościoła, po napaści na ludzi, aż do podjęcia życia seksualnego, podczas gdy upiór zdaje się zwyczajowo napadać i mordować), to warto wskazać tu na specyficzną postać upiora, jakim jest żywy upiór. To człowiek w pełni świadomy tego, że ma dwa serca, a swoją odmienność potrafi ujarzmić lub wykorzystać. Taki żywy upiór potrafi rozpoznać żyjące pośród ludzi inne upiory (nie zawsze świadome swej odmienności) i podjąć z nimi walkę dla ochrony miejscowej ludności, albo też zawrzeć milczący kompromis. Żywy upiór to kolaborant upiorycznego świata, ale też wiążący poprzez nakazane praktyki (na przykład picie krwi z pokonanego upiora) żywych ze sobą – zarówno więzami wdzięczności, jak i szantażu. Ten skomplikowany splot emocji jest widoczny jeszcze bardziej w przypadku niektórych strzygoni. Żonaci umarli wracają posłusznie do swoich gospodarstw, narąbią drewna, urżną sieczki, w polu orzą. Podejmują zatem wszelkie obowiązki małżeńskie, jakby nigdy nic. Dotyczy to także dzielenia łoża. Dzieci strzygonia (czy wypada nazwać ich pogrobowcami?) są blade, słabowite, często rodzące się z zębami albo od razu z podwójnym rzędem zębów. Umierają w młodym wieku lub osiągają dorosłość jakby wiecznie zawieszeni pomiędzy światem żywych i umarłych – mówiący do siebie, zamyśleni. Ten splot emocji zacieśnia się jeszcze bardziej, gdy umierająca osoba wyznaje tuż przed śmiercią niczego nieświadomej rodzinie, że jest upiorem i od razu prosi, aby po śmierci potraktować jej ciało odpowiednio… Upiór jest zatem wrośnięty na życie i śmierć (i jeszcze jedno życie i jeszcze drugą śmierć) w swoją wspólnotę.

Wąpierz pyta o Augustyna z Hippony

Pytanie: dlaczego zmarli chodzą po swojej śmierci? – było nie lada wyzwaniem intelektualnym dla teologów. Jak roztrząsnąć pośmiertną egzystencję zmarłych: czy są to same tylko ciała, czy też wciąż osoby? Odpowiedzi udzielano różnych (nie będę zdradzał wszystkich), dwie jednak wydają się najciekawsze. Wedle pierwszej z nich, ciała chodzące po śmierci to w rzeczywistości dusze czyśćcowe, które proszę żywych o modlitwę. Odpowiedź mogła być satysfakcjonująca dla terenów zdominowanych przez katolików, ale już nie dla prawosławnych. Francja mogła zatem odetchnąć uspokojona, ale Grecja drżała dalej w niepewności. Jezuita François Richard, który w 1657 roku przedstawiał tę odpowiedź, wskazał również jej mankament: „Czyściec nie jest dla tych, którzy weń nie wierzą, a dusze, które z niego wychodzą, nie sieją wokół zniszczenia, nikogo nie biją ani nie zabijają”. Być może próba teologicznej odpowiedzi jezuity miała posłużyć pokazaniu „wyższości” katolicyzmu nad prawosławiem, w myśl zasady: ci, którzy są z naszej owczarni, opatrzeni są na ostatnią drogę właściwymi sakramentami, a jeśli pokutują, to nie są (no właśnie!) potępieni, ale proszą o modlitwę. Pozostał jednak problem z tymi, którzy nie są „z tej owczarni”, a więc dla tych, którym czyściec nie wydawał się stanem pocieszenia, sytuacja przejściową, a więc dynamiczną. Mówiąc wprost: czy chodzący po śmierci to już potępieni? Co wtedy z ich duszą, która nie znalazła się ani w niebie, ani w piekle? Być może, zadaje to straszliwe pytanie Łukasz Kozak, tkwiła ona dalej w ciele… To z kolei prowadzi do kolejnego pytania teologów. Być może upiór to ciało już zmartwychwstałe, istna zapowiedź Paruzji? Drzemie w tym pytaniu niepewność i odraza, bowiem ciała wychodzące z grobów są ciągle głodne – ssące i mlaszczące – skore do bitki, awanturujące się, nadto przynoszące w swym oddechu zapowiedź zarazy. Tomasz Łącki w 1733 roku utrzymywał, że istotom chodzącym po swej śmierci brakuje daru subtelności, którą posiadało ciało Zmartwychwstałego. I choć spotkania z Jezusem po zmartwychwstaniu mogą nieco przypominać spotkania z upiorem – ciało Nazarejczyka nosi na sobie ślady śmierci, odczuwa głód i pierwszą reakcją napotkanych jest raczej strach niż radość – to szybko trzeba dodać, że tym, co przynosi ze sobą nie jest groźba, śmierć czy zaraza, ale stany zupełnie przeciwne: pokój, wybaczenie, radość. Konsekwencją Zmartwychwstania i Wniebowstąpienia jest wreszcie Pięćdziesiątnica, a więc zamiast zabrania, mamy tu do czynienia z obdarowaniem. Ciało upiora to – wedle rozumienia ówczesnej teologii, czyli próby racjonalizacji na płaszczyźnie wiary – zwłoki pozbawione daru subtelności. Jeśli zmarli nie chwalą Boga po swoim przedwczesnym zmartwychwstaniu, są raczej zmartwychwstańcami na opak, powstańcami zza grobu dla drwiny. Gdy Jezus potrafi przejść przez drzwi, upiór przeciska się przez dziurkę od klucza. Mało tego: upiór ewidentnie nie lubi kościołów – nagminnie opisywane jest łamanie świec, zdzieranie obrusów z ołtarzy, niszczenie szat liturgicznych. Nadto chodzi tyłem, co stanowi już kropkę nad i. Ciała zmartwychwstałe przedwcześnie to fałszywi heroldzi z martwych powstania, drwina i karykatura z oczekiwanego zmartwychwstania powszechnego. Upiór to zatem ciało opętane, postać ludzka we władaniu diabła. Czy sama dusza także i czy możliwe jest opętanie po śmierci – tu teologia zamilkła. Czy dalej doszła mądrość ludowa, ocenić musi czytelnik.

My, Słowianie – wiemy?

Pisaniu o książce Łukasza Kozaka towarzyszy poczucie niepokoju – już nie tylko metafizycznego, ale zwykłego, czytelniczego. Ta książka jest przebogata w przywołane przypadki (wspomniane przeze mnie są naprawdę drobnym ułamkiem), a nade wszystko w otwierające się pytania. Tu teologia będzie radzić się mądrości ludowej, filologia wspierać się historią prawa, a nad wszystkim unosić się będzie lupa detektywistyczna zbierająca okruchy zbrodni z miejsca przestępstwa. Upiór nie jest książką obliczoną na makabryczną sensację. Tu chodzi o rozważenie, czy kultura europejska składa się – tak jak dotąd myśleliśmy – z prawa rzymskiego, nauki greckiej i religii chrześcijańskiej. Tuż obok niej stoi inna triada, która wychodzi z cienia: archaiczne prawa zwyczajowe, myślenie magiczne i szamanizm. Łukasz Kozak przeczytał i przywrócił nam solidny kawał bardzo bliskiej historii. Upiór to z jednej strony opowieść o potężnym micie, który wypadł nam z rąk. Z drugiej – o nas współczesnych, żyjących w ten czy inny sposób, pod władztwem zmarłych, co nie chcą odejść.

Łukasz Kozak, Upiór. Historia naturalna, Eviva L’arte, Warszawa 2020.

Okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Tak bardzo martwy, tak bardzo żywy, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 93

Przypisy

    Powiązane artykuły