25.03.2021

Nowy Napis Co Tydzień #093 / Requiem dla Rzeczpospolitej

Z autorkami książki Kresy. Ars moriendi rozmawia Juliusz Gałkowski.

 

Juliusz Gałkowski: Czym są „Polskie Kresy”? Czy to jest realny obszar, czy raczej jakaś legenda, kulturowy konstrukt? Wszak mówimy o ziemiach, których związek z Polską jest coraz bardziej ulotny…

Anna Smółka, Agnieszka Rybak: Na mapie Polski od kilkudziesięciu lat nie ma terenów, które Wincenty Pol nazwał po raz pierwszy w połowie XIX wieku Kresami. A przecież ziemie te przez kilkaset lat stanowiły trzon Pierwszej Rzeczypospolitej. Nikogo nie dziwiło, że Jan Kazimierz w czasie potopu szwedzkiego składał śluby w katedrze lwowskiej, w Wilnie Stefan Batory założył uniwersytet, a Mińsk był miastem, w którym Komisja Edukacji Narodowej otworzyła szkołę akademicką. Jeszcze w II RP ziemie te stanowiły połowę państwa polskiego. Kawał polskiej kultury i tradycji wywodzi się z tamtych terenów. Mikołaj Rej czy Sęp-Szarzyński pochodzili spod Lwowa, giganci poezji romantycznej, czyli Mickiewicz i Słowacki, też z Kresów. Leopold Staff był synem lwowskiego cukiernika, a Jan Kasprowicz spędził we Lwowie trzydzieści pięć lat życia. Noblista Miłosz pochodził z Wilna, Moniuszko z Mińszczyzny, Karol Szymanowski z Podola, a Ignacy Paderewski z Wołynia – i tak można byłoby wymieniać w nieskończoność, dodając narodziny polskiego lotnictwa we Lwowie, marynarki wojennej na Polesiu, ustanowienie orderu Virtuti Militari po bitwie pod Zieleńcami na Wołyniu i tak dalej. To wszystko składa się na naszą tożsamość.

W Polsce nie ma właściwie żadnego ruchu rewindykacyjnego, można powiedzieć, że pogodziliśmy się z utratą ogromnych obszarów ziemi, ogromnych dóbr kultury i nikt nie mówi o powrocie „do Macierzy” Lwowa czy Wilna. Czy te tereny stały się dla nas obojętne? Co takiego się wydarzyło?

W książce Kresy. Ars moriendi przekonujemy, że początek finis Poloniae na Kresach nastąpił wraz z rozbiorami. To wtedy, a nie po 1945 roku zaczęliśmy tracić w sferze mentalnej tamte tereny. Rozstanie zaczęło się zatem ponad dwieście lat temu. Większa część dawnych wschodnich województw Rzeczpospolitej Obojga Narodów została wcielona do Rosji – w przeciwieństwie do Królestwa Polskiego, które zachowało formalną odrębność. Władze carskie dążyły do zunifikowania tych terenów z Rosją, a jako największą przeszkodę widziały przywykłą do swobód obywatelskich szlachtę i Kościół katolicki. Przez sto lat Petersburg prowadził proces depolonizacji. Jednocześnie w połowie XIX wieku w całej Europie nasilił się proces budowania nowoczesnej tożsamości narodowej – Litwini, Ukraińcy i Białorusini zaczęli myśleć o własnych państwach. Trzeba pamiętać, że znaczna część tych terenów należała przed rozbiorami nie do Korony, ale do Wielkiego Księstwa Litewskiego. W 1918 roku mieszkańcy Kresów coraz częściej zadawali sobie pytanie: kim jestem? Bywało, że różne odpowiedzi dawali rodzeni bracia, tak jak to się zdarzyło braciom Narutowiczom: Stanisław odpowiedział – Litwinem, Gabriel – Polakiem. Po I wojnie światowej każda nacja starała się wyszarpać dla siebie jak największy obszar z dawnej schedy po I Rzeczypospolitej, a część Kresów po wojnie polsko-bolszewickiej znalazła się w granicach Rosji bolszewickiej. Tam depolonizację dokończyły deportacje Polaków i masowe mordy na Polakach w latach trzydziestych zwane „operacją polską” NKWD. Okres II wojny światowej przyniósł okupację sowiecką i kolejne mordy takie jak zbrodnia katyńska i kolejne deportacje Polaków z Kresów, okupację niemiecką, wreszcie powrót Sowietów i odcięcie Kresów od Polski razem z kluczowymi centrami polskiej kultury takimi jak Wilno i Lwów, gdzie pozostały biblioteki, kolekcje sztuki i tak dalej. Przez cały okres trwania PRL historia związków Polski z Kresami była zakłamywana lub przemilczana. Opłakiwanie kresowej Atlantydy i jej ofiar możliwe było jedynie w rodzinnym gronie. Niestety, mimo odzyskania niezależności w 1989 roku i zniknięcia cenzury, państwo polskie nie angażuje się w kultywowanie pamięci o Kresach. W Niemczech powstało ponad sto placówek muzealnych prezentujących spuściznę niemiecką na terenach utraconych po II wojnie światowej. W Polsce do dziś nie ma ani jednego muzeum Kresów! Dzieci uczą się w szkole obowiązkowo słów: „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, / Iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają!”. Ale nie wiedzą, że Rej pochodził spod Lwowa. Czas płynie, umierają ludzie, którzy jeszcze pamiętają przedwojenne Kresy. Dzieci i wnuki znają je już tylko z opowieści. Co będzie z pamięcią prawnuków?

Jeżeli mowa Polakach na Wschodzie, to dla mnie taką symboliczną postacią jest świętej pamięci profesor Mieczysław Gębarowicz, historyk sztuki, który pozostał we Lwowie. Pamiętam, że wielokrotnie zastanawiałem się jak można pozostać w Sowietach, a nie jechać do Polski. Musiało minąć wiele lat, zanim pojąłem absurdalność mojego myślenia…

Mieczysław Gębarowicz to fascynująca postać. Przed wojną pracował w Ossolineum, miał przezwisko „Przystojniak”. Był postrzegany jako niezwykle elegancki i wyrafinowany: poruszał się między obrazami wielkich mistrzów i ich arystokratycznymi właścicielami, pisywał o szkicach Dürera ze zbiorów Ossolineum. Ci, którzy go mniej lubili, nazywali go „Miecio Mimoza”, bo był dość drażliwy. Dyrektor Ossolineum zmarł na atak serca we wrześniu 1939 roku na wieść o wkroczeniu do Lwowa wojsk sowieckich. Gębarowicz razem z dwoma kolegami wszedł do ścisłego kierownictwa Zakładu. Przejął odpowiedzialność za powierzone mu skarby polskiej kultury i nauki, a przecież Lwów miał najbogatsze po Warszawie zbiory biblioteczne w II RP i ogromne kolekcje sztuki. Gębarowicz trwał w Ossolineum połączonym z Biblioteką Baworowskich i za rządów sowieckich, i niemieckich. W 1941 roku książę Andrzej Lubomirski mianował go konspiracyjnym dyrektorem Ossolineum. Największy dramat zaczął się w 1945 roku, kiedy okazało się, że Lwów zostanie w sowieckiej Ukrainie. Gębarowicz robił wszystko, aby Ossolineum i inne cenne polskie zbiory trafiły do Polski, najlepiej do Krakowa. Wrocławia się bał, nie wierzył w trwałość powojennych granic, miał wizję powrotu Niemców do tego miasta. Tymczasem władze sowieckie zaczęły nacisk na Polaków, żeby opuszczali miasto. Seria aresztowań, w tym podwładnych i znajomych Gębarowicza, nastąpiła na Boże Narodzenie w 1944 roku. Rysowała się perspektywa: albo dobrowolnie wyjedziesz na Zachód, albo w bydlęcych wagonach do Kazachstanu lub na Syberię. Matka Gębarowicza i brat z rodziną opuścili Lwów. Znajomi wpadali do niego i pytali, co robić. Kazał im iść do parku Stryjskiego i tak długo spacerować aż znajdą odpowiedź. On został, żeby strzec skarbów polskiej kultury, pisał do przyjaciół w Polsce coraz bardziej rozpaczliwe listy przekazywane poza cenzurą przez wyjeżdżających. Informował o posunięciach ukraińskich władz i ostrzegał, że polskie zbiory nie zostaną oddane. Jednym z najcięższych momentów był dzień, kiedy musiał przyjąć sowieckie obywatelstwo. Wszystko, co przewidział, się sprawdziło – do Polski przyjechał zaledwie ułamek polskiego dziedzictwa ze Lwowa i to jako „dar” od narodu ukraińskiego. Gębarowicz w Boże Narodzenie 1949 roku stanął jako oskarżony na scenie opery lwowskiej, gdzie zwołano zebranie, po czym został z hukiem wyrzucony z Ossolineum. Wegetował w jakiś bibliotekach jako młodszy pracownik. Widział, jak polskie książki i bezcenne dokumenty są niszczone albo pleśnieją wrzucone do wilgotnych piwnic. Cały czas pracował naukowo. Nową Polskę odwiedził po raz pierwszy w 1957 roku, ale mimo zachęt ze strony dawnych ossolińczyków, nie zdecydował się w niej zostać. Wrócił do Lwowa.

Kresom poświęciłyście dwie książki, które zyskały uznanie czytelników i krytyki. Skąd wziął się pomysł na zajęcie się tym tematem?

Każda z nas pisała z innych powodów.

Anna Smółka: ponieważ rodzina ze strony matki pochodzi z Kresów, ale tego słowa się rzadko używało. Mówiło się „Szczara”, bo tak nazywał się mały mająteczek nad rzeką Szczarą, gdzie wychowała się moja babcia i jej rodzeństwo. Opowieści było wiele. O znanej przed wojną śpiewaczce operowej Matyldzie Polińskiej-Lewickiej zaprzyjaźnionej z pradziadkami i jej sopranie lirycznym niosącym się nad Szczarą podczas wypraw łódkami. O koniu, który wsadzał łeb do pokoju i podkradał kostki cukru z postawionej nieopatrznie na parapecie cukiernicy. O pieczonym wieprzku na stole wielkanocnym. O święcie Kuczek w Słonimiu, gdzie babcia chodziła do gimnazjum i odwiedzała żydowską koleżankę. I wielkiej biedzie, bo wszystkie zabudowania spłonęły w czasie I wojny światowej i wojny polsko-bolszewickiej, pradziadkowie musieli wszystko zaczynać od zera. W czasie studiów w Warszawie babcia chodziła na wykłady na piechotę z Saskiej Kępy na uniwersytet, żeby zaoszczędzić na bilecie tramwajowym. Rosłam wśród tych obrazów i słowo „Szczara” miało w sobie całą tę miłość i domowość, jaką w nie wkładała babcia, jej siostra i bracia, ale też niedostępność i tajemnicę. Babci nie wolno było pytać o wojnę. Dopiero jako dorosła osoba dowiedziałam się, że lato 1939 roku babcia spędzała w Szczarze i po wkroczeniu Armii Czerwonej miejscowi chłopi na oczach babci zamordowali jej ojca, a drewniany dom spalili. Babcia została aresztowana przez Sowietów. Cudem udało jej się ujść z transportu. Przez wiele lat czułam się osamotniona z tą historią i zaczęłam szukać podobnych świadectw. Zbierałam książki i opowieści, trafiałam na coraz nowe, nieznane szerszej publiczności historie. Kiełkował pomysł, żeby to zebrać w całość i odśpiewać spóźnione requiem.

Do tego trzeba dodać przygody dziennikarskie drugiej z nas, czyli Agnieszki Rybak, którą najpierw zafascynowali spotykani zawodowo Kresowiacy, a Kresy dopiero potem. Ale gdzieś tam zawsze pociągał Wschód, ponieważ przez rok studiowała lituanistykę i pierwszą podróż z wolnej Polski w 1989 roku odbyła właśnie do Lwowa.

Pytanie warsztatowe – co zajmowało wam więcej czasu: kwerenda biblioteczna, rozmowy ze świadkami czy wojaże między Wilnem, Piną a Lwowem? Jak obecnie bada się historię zaginionej kultury?

Kluczowe momenty to szukanie koncepcji i historii, które będziemy opowiadać. Grzebałyśmy, gdzie się dało, szukając bohaterów. I dopiero wtedy ruszałyśmy na kwerendę do bibliotek, rodzin, czytałyśmy prasę z epoki, wyłapując historyjki takie, jak postulat zbudowania wieży Eiffla nad Piną w Pińsku na Polesiu, nurkowałyśmy nocami w sieci w poszukiwaniu kolejnej informacji. Na koniec dopiero przygotowywałyśmy podróż; jadąc do miejsca opisywanych przez nas zdarzeń, miałyśmy w głowie obraz zbudowany na podstawie zebranych źródeł. Nie wyobrażałyśmy sobie pisania tych książek bez zobaczenia na własne oczy miejsc, gdzie toczy się ich akcja.

Czytając Wieżę Eiffla nad Piną, określałem wasze teksty mianem „reportażu historycznego”. Kresy. Ars moriendi jest bardziej zbiorem gawęd i opowieści. Skąd taka zmiana sposobu opowiadania? Za każdym razem są to historie krwiste i wciągające czytelnika, ale jednak wyraźna jest zmiana melodii tekstów? Czy to tematy tak wpływają na styl pisania?

Na początku myślałyśmy o tym, by każdy rozdział opowiadać inaczej. By styl dostosować do opowieści, ale tak się nie dało, ponieważ z drugiej strony miałyśmy świadomość, że te osiem historii, to musi być jedna wspólna i w miarę spójna historia. Styl Kresów. Ars moriendi wymusiła tematyka. Najtrudniej opowiada się o umieraniu. Z większym szacunkiem do tematu, z większą troską, żeby niczego nie pominąć. Żeby dać możliwie najdokładniejsze świadectwo. W Wieży Eiffla nad Piną wszystkie historie także kończą się przyjściem zagłady. Tam jednak starałyśmy się inaczej rozłożyć akcenty. Położyć nacisk na życie, energię ludzi, witalność ich przedsięwzięć. Śmierć została zepchnięta na margines. W przypadku najnowszej książki występuje jako temat główny. Nawet jeśli nie mówimy o fizycznym unicestwianiu, tak jak w przypadku przesiedlenia związanego ze zmianą granic w 1951 roku, biblioteki Baworowskich czy poszukiwaniu grobu generała Tadeusza Jordan Rozwadowskiego, to przecież wszystko w tej książce dotyczy właśnie utraty. Jesteśmy jednak przekonane, że Kresy. Ars moriendi mają w sobie cechy reportażu – my docieramy do świadków wydarzeń, o których piszemy i dajemy im głos. Docieramy także do miejsc, gdzie wydarzenia się rozgrywają. To cechy reportażu, nie gawędy.

Nie mogę sobie odmówić pytania o braci Narutowiczów. Jest w ich historii pewien rys antycznej tragedii, dwa narody, dwa państwa, które stały się sobie wrogie, wręcz nienawistne. Jak żyli w tych warunkach bracia Narutowiczowie? A może przesadzam, może nie utrzymywali ze sobą kontaktów. I jest jeszcze trzeci brat, którego historia zdaje mi się niedopowiedziana, niedokończona…

Wydaje się, że ten trzeci, czyli Kazimierz, przyrodni brat Gabriela i Stanisława, miał na chłopców ogromny wpływ. Był starszy od obu braci o bez mała dwadzieścia lat, brał czynny udział w powstaniu styczniowym – uciekł ze szkoły, żeby dołączyć do oddziału, w walce został ranny. Dwóm małym chłopcom działało to na wyobraźnię. Kazimierz stanowił autorytet tym silniejszy, że ojca utracili we wczesnym dzieciństwie. Jednak poza kilkoma wzmiankami o Kazimierzu wiemy niewiele. Jeśli zaś chodzi o Gabriela i Stanisława, obaj otrzymali takie samo, bardzo staranne wykształcenie. Ich drogi się rozchodzą, kiedy Gabriel z powodu choroby płuc musi szukać pomocy w Szwajcarii. Tam kończy studia i spędza większość życia. Buduje sobie silną pozycję zawodową. Jest profesorem, światowej sławy specjalistą od budowy elektrowni wodnych. Stanisław zostaje na Żmudzi i tu, jako jeden z niewielu szlachciców, działa na rzecz litewskości. Wydaje się, że rzeczywiście, o ile w czasach studenckich bracia się jeszcze dobrze dogadywali – mieli wspólnych przyjaciół, łączyły ich między innymi socjalistyczne poglądy, Stanisław poznał swą żonę, Joannę z Billewiczów, właśnie u Gabriela, to w późniejszym okresie ich kontakty osłabły. I zdecydował o tym nie tylko dystans dzielący Żmudź i Genewę, a potem Żmudź i Warszawę.

W Waszych książkach znajduję ogromne przełamanie swoistego mitu, że polskość to brak nowoczesności. Piszecie, że było wręcz odwrotnie, że polskość na tych terenach to była nowoczesność, że Polska B produkowała radia, motocykle, rozwijała przemysł naftowy i że zbudowała flotę śródlądową… zjawisko nie takie oczywiste w naszej części świata. Czy nie przesadzam, czy może to tylko wrażenie, ponieważ opisujecie te najciekawsze zjawiska?

Polska, ograniczona w swoim rozwoju przez cały XIX wiek przez brak własnego państwa, odrodziła się w 1918 roku potwornie zniszczona I wojną światową i wojnami: polsko-ukraińską i polsko-bolszewicką. Euforia z powodu odzyskania niepodległości przeplatała się z kompleksami, że na Zachodzie jest lepiej. Nostalgia za potęgą I Rzeczypospolitej razem z tymi kompleksami dały w efekcie ambicję jak najszybszego dogonienia zachodniej Europy. Państwo polskie chciało zbudować nowoczesność – w wojsku, gospodarce, chciało urbanizować kraj. Podobnie zresztą sami obywatele – też mieli swoje „amerykańskie” marzenia, chcieli budować fabryki i potężne korporacje. Z powodu cenzury w PRL przepadła pamięć o kresowych marzycielach i ich sukcesach. Pisząc Wieżę Eiffla nad Piną nie chciałyśmy udowodnić, że Kresy były ostoją nowoczesności w II RP, bo tak nie było. Chciałyśmy przypomnieć kresowych Buddenbrooków i dzieje ich upadku.

Na podstawie waszych książek odnoszę wrażenie, że kresowiacy nie wytworzyli patriotyzmu „małej ojczyzny”, że mimo różnic, często nazwanych, uznawali się za element wielkiej Ojczyny, jaką była Polska. Czy to było skutkiem, że w XVIII i XIX wieku polska kultura była o wiele bardziej wielorodna? I nie chodzi o inne kultury, religie czy narody, ale swoistą symfoniczność polskości?

Kresowiacy nie tylko tworzyli patriotyzm „małej ojczyzny”, ale nawet powołali do życia w 1906 roku przed wyborami do rosyjskiej Dumy partię polityczną Stronnictwo Krajowe Litwy i Rusi z programem skupiającym się na potrzebach ziem kresowych i przy podkreśleniu ich odrębności od Polski. Znakomita większość krajowców, bo tak zostali nazwani, opowiadała się za związkiem ziem kresowych z Polską w jakiejś nowoczesnej formie unii czy federacji, ale była przeciwna bezpośredniemu ich włączeniu do Polski. Przewodniczącym Stronnictwa został Roman Skirmunt, jeden z bohaterów Kresów. Ars moriendi. W roku 1918 został on premierem rządu Białoruskiej Republiki Ludowej. Inny bohater tej książki Edward Woyniłłowicz, ziemianin i społecznik z guberni mińskiej, w momencie odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 roku nie czuje żadnej radości, bo jego ukochana Mińszczyzna razem z domem w Sawiczach jest okupowana przez bolszewików. Jednak kiedy w sierpniu 1919 roku wkraczają tam wojska polskie i może on wrócić od domu, nie czuje żadnej euforii. Pochodzi ze starej rodziny bojarów z Białej Rusi, świat Woyniłłowicza jest hierarchiczny i feudalny, a jego duchową i wyidealizowaną ojczyzną jest Rzeczypospolita Obojga Narodów. Szuka formuły na odrębność Białorusi przy zachowaniu jej związków z Polską. Jego marzenie się nie spełnia, a dom i cała Mińszczyzna zostają w rękach bolszewików. Wizja małych ojczyzn była nie do zrealizowania wobec narastania fali nacjonalizmów oraz ówczesnej sytuacji geopolitycznej. Nadejście totalitaryzmów – najpierw sowieckiego, potem niemieckiego zadało im ostateczny cios.

I na zakończenie – czy obecnie rozwija się jakaś swoista „kultura kresowa”, czy też mamy do czynienia tylko z sentymentem, cepelią? Być może już nigdy nie powrócimy na tę Atlantydę? Czasami mam wrażenie, że ta część naszej kultury już bezpowrotnie zginęła.

Żywej kultury kresowej nie ma, bo nie ma już tamtych Kresów – nie ma potomków szlachty w dworach i pałacach, nie ma żydowskich sztetli, nie ma Poleszuków powoli sunących przez poleskie rzeki w swoich duszegubkach. Poczucie rozstania z kresowym światem towarzyszy Polakom od dawna. W drugiej połowie XIX wieku Napoleon Orda, szlachcic z Polesia, jeździ od dworu do pałacu, od kościoła do zamku i gorączkowo rysuje. Utrwala setki kresowych obrazów jakby się bał, że znikną. Po I wojnie światowej Antoni Urbański zbiera fotografie i opisy domów od rodzin uciekinierów zza wschodniej granicy wytyczonej traktatem ryskim w 1921 roku. Wydaje cztery wielkie tomy Mementa Kresowego, żeby, jak sam napisał, „nić zapomnienia nie zasnuła gęstą siecią tamtych stron”. Po II wojnie światowej w jego ślady idzie Roman Aftanazy i całe swoje życie zbiera materiały do jedenastu opasłych tomów Dziejów rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej. Ale choć nie ma Kresów, to kultura kresowa jest niezniszczalną częścią polskiej kultury. I wciąż Niemen jest domową rzeką, a tłumy Polaków co roku przeżywają wzruszenie, klękając przed Panną świętą, co w Ostrej świeci Bramie.

A. Rybak, A. Smółka, Kresy. Ars moriendi, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2020.

okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Juliusz Gałkowski, Agnieszka Rybak, Anna Smółka, Requiem dla Rzeczpospolitej, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 93

Przypisy

    Powiązane artykuły