08.04.2021

Nowy Napis Co Tydzień #095 / Lepsza poezja w garści niż poeta na dachu. O książce Marcina Niewirowicza „Wszystkie ptaszki, które miałem w garści”

Poszukiwanie kierunku

Marcin Niewirowicz debiutował w 2017 roku tomem Dociekania strefy, który został wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Artura Fryza. Wcześniej jego projekt książki poetyckiej znalazł się dwukrotnie w finale Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina – były to lata 2014 i 2016. Właśnie w 2016 roku miałam okazję po raz pierwszy usłyszeć wiersze Niewirowicza podczas festiwalu „Puls Literatury” przy okazji rozstrzygania wyżej wspomnianego konkursu. Przyznaję – na początku przeszłam obok nich obojętnie. Dopiero w indywidualnej lekturze wyłowiłam dla siebie językowy urok tych tekstów i pomieszczone w nich sensy. Trzy lata po debiucie poeta powraca z książką opublikowaną w tym samym wydawnictwie – Nisza – ale jednak z nową propozycją, innymi wierszami.

Wszystkie ptaszki, które miałem w garści to – jak w blurbie diagnozuje Jacek Dehnel –

[…] piosenki trochę własne, a trochę kradzione, z refrenów zasłyszanych od poetów podejrzanej konduity; […] aluzje i nieprzystojne skojarzenia, obrazy licznych uczuć. […] przyśpiewki ludu, który zmarł lub wyemigrował, a mieszkał przez pokolenia w szafie, domu niewoli, i tam układał je swoim językiem niezrozumiałym, wnikliwym, śliskim i namiętnym.

Określenie „piosenki” odnosi się i do środków, jakie zastosował Niewirowicz, i do efektów, jakie tymi środkami osiągnął. Choć wydaje się trochę na wyrost, mimo wszystko tworzy w miarę adekwatne wyobrażenie o tym pisaniu. Mamy tu rytm, rym, powtarzalność – nie tylko swoistych refrenów, ale też konkretnych motywów, zapętlenia oraz – bardzo ważne – pauzy. Do znaczenia pauz, przerw w poezji autora Dociekania stref jeszcze powrócimy. Wszystkie wyszczególnione zabiegi powodują, że po pierwsze te teksty czyta się lekko, choć ich ciężar tematyczny czy znaczeniowy jest spory, a po drugie z łatwością przyjmuje się narzucony kompozycją rytm lektury. A tom jest świetnie skomponowany. Niewirowicz rozproszył wiersze wchodzące ze sobą w dyskusję czy poruszające te same problemy na przestrzeni całej książki. Mamy więc kilka linii, które wyraźnie prowadzą nas przez te utwory. Są trzy perory, trzy egzorty, kilka wierszy zatytułowanych [   ] oraz kilka takich, które w tytule zawierają nazwy gatunków ptaków. Odbiorca czeka na kolejne części, ciekawy rozwoju wątków, z jednej strony wiedząc, co jeszcze przed nim, a z drugiej – jednak zupełnie się nie spodziewając kierunku, w jakim zmierza. No a jaki to właściwie kierunek?

Odnajdywanie kierunku

Niewirowicz czerpie z języka religijnego, z języka dzieci, ze stałych konstrukcji funkcjonujących w języku potocznym, z frazeologizmów czy powiedzeń. Każdy z tych języków rozbija od środka i adaptuje na własne potrzeby. Posługując się oswojonymi frazami, posiadającymi jednoznacznie sprecyzowane sensy, mówi zupełnie co innego, przemyca nowe sensy. Zresztą już pierwszym przykładem takiego działania jest tytuł książki; nie inaczej więc dzieje się w poszczególnych wierszach. Oczywiście nie on pierwszy i nie jedyny, ale w kontekście tego pisania wydaje mi się to zabiegiem nie tylko istotnym, ale też bardzo mądrym.

Wszystkie ptaszki, które miałem w garści to książka o miłości, cierpieniu, śmierci, wyobcowaniu, samotności i inności. Także o odchodzeniu, żegnaniu się oraz śmierciach innych, niż tylko fizyczne: końcach relacji, szczęścia, prywatnych końcach świata. Nie bez znaczenia jest tu cytat, który autor umieścił nie na początku, lecz właśnie na końcu książki, fragment Głosów Konstandinosa Kawafisa. Wspominam o nim, ale go nie zdradzę – nie bez powodu nie jest on mottem tego tomu.

Wiersze Niewirowicza krążą wokół ciała, zwłaszcza dwóch tematów bezpośrednio ciała dotyczących: erotyki i choroby. Z jednej strony odsyła to do mocno już oswojonego w kulturze i literaturze związku Eros – Tanatos. Z drugiej – wprowadza wątek wciąż rzadko obecny w polskiej poezji – miłości homoerotycznej, a jeszcze rzadziej obecny – ryzyka i potencjalnych zagrożeń, często silniej dotykających środowiska LGBT+ (mówiąc słowami utworu kintsugi: „mam w sobie pamiątkę po tobie, choć nie jest wcale ładna”). Właśnie ze względu na tematykę i problematykę, po którą sięga Niewirowicz, język, którym o tym mówi, uważam za przemyślany i świetnie zastosowany. Poeta o wątkach wciąż niedoreprezentowanych w literaturze opowiada, stosując motywy i środki przez czytelników znane, oswojone. Kiedy zyskują one nowy kontekst, nowe zastosowanie – to „nowe” nie wydaje się tak bardzo obce i dalekie. Mariaż tradycji i współczesności udał się tu doskonale, na wielu różnych poziomach, ale – co ważniejsze – jest też efektywny. Język organizuje nasze myślenie, a jego zmiana zawsze wymaga czasu i zwykle nie jest prosta. Niewirowicz dokłada do tej zmiany własną cegiełkę. A właściwie całkiem sporych rozmiarów cegłę.

Te teksty są bardzo bezpośrednie, chociaż nie zawsze dopowiadają zdania i myśli do końca, pozwalając im wybrzmieć w pełni w pauzie – o czym zaraz kilka słów więcej. Niewirowicz może sobie pozwolić na takie działanie, bo mówi bardzo jasno i klarownie, a pomieszczone w wierszach przerwy to nie żaden wstyd podmiotu ani krygowanie się, tylko kolejna przemyślana strategia.

Przerwa jako poetycka strategia

Żeby wyjaśnić znaczenie pauzy w książce Wszystkie ptaszki, które miałem w garści najpierw pokażę, jak to funkcjonuje w wierszach. Jeden rodzaj pauz to teksty bez tytułu, wspomniane [   ] – w spisie treści w nawiasie kwadratowym pojawiają się pierwsze słowa tych utworów. Nie doszukiwałabym się szczególnego znaczenia tych wierszy, ale zastosowany zapis jest jednym z elementów tworzących lukę, wyrwę, pustą przestrzeń. Takie przerwy – znaczące – wprowadzają trzy perory. Z jednej strony to zabieg pozwalający po prostu na uniknięcie nudy tyrady, zdejmujący z niej patos. Ale to nie jedyna funkcja pauz. Przywołajmy najpierw fragment dla przykładu:

proszę          tu jest ulica tu chyba          wolno
palić tu       wolno się
a zwłaszcza                   ze swoim byciem
[…]
tak żeby nie było          tak bardzo jak teraz
gdy        tak stoi i nic nie robi ale          sobą
pan                mnie obrażaSporządzony przez mnie zapis może nie oddawać dokładnie zapisu wiersza w książce. Jest jednak wystarczający do egzemplifikacji.[1]

Zauważmy, że mimo wyraźnych luk sens komunikatu jest całkowicie czytelny. Cały wiersz składa się z pięciu w ten sposób rozpisanych strof i jego znaczenie jest jasne pomimo braków. Niewirowiczowi świetnie udało się ująć w słowa językowy atak, jego znaną, stałą konstrukcję. To właśnie brak najdobitniej pokazuje, z czym muszą mierzyć się osoby dotknięte społecznym ostracyzmem czy wykluczeniem. Wszystkie trzy perory dotyczą słownej agresji. W trzeciej poeta daje bardzo wyrazisty punkt odniesienia dla takiej mowy: „to jest bracie wojna i psy będą wyć / do księżyca […]”Tutaj już nie zapisałam zastosowanych przez Niewirowicza spacji. Wynikające z tego fragmentu sensy wydają się dobrze funkcjonować również bez nich, w każdym razie na potrzeby tej recenzji.[2]. Mowa jak wycie, jak zwierzęcy odgłos. Pauzy świetnie oddają „melodykę” takiej mowy, która traci na płynności, rwie się. Podmiot wyraźnie daje znak, że tu żadne pouczenia nie są wskazane, ośmieszają jedynie tego, kto poucza.

Niewirowicz nie unika konfrontacji – ani ze światem, ani z realiami choroby, ani z konkretnymi osobami – ale stosuje zupełnie inne strategie niż druga strona, często będąca oprawcą. Idąc tropem pauz – chorobę, cierpienie i śmierć można w tym tomie traktować właśnie jako pustkę, brak, niedosyt, w opozycji do erotyki – pełni, namiętności, zaspokojenia. To już dosyć daleko idące wnioski, ale i takie sensy da się z tych poetyckich przerw wyczytać. A pewnie nie wyczerpuje to jeszcze zawartego w nich potencjału.

Książki w dłoń!

Wszystkie ptaszki, które miałem w garści Marcina Niewirowicza to książka ważna i potrzebna, a przy tym bardzo dobrze napisana. Swoboda podmiotu – absolutnie nie wulgarna – urealnia przekaz, daje wrażenie intymności i szczerości. Niewirowicz na pewno uzupełnia lukę w poezji polskiej. Posługuje się językiem bardzo plastycznym, działającym na wyobraźnię, co w przypadku erotyków jest nie bez znaczenia. Cytując ponownie Jacka Dehnela, autor Dociekań strefy układa swoje wiersze językiem „wnikliwym, śliskim i namiętnym”, charakterystycznym dla ludu, „który zmarł lub wyemigrował”. Ale nie „niezrozumiałym”. Rozpoznania poety są bardzo konkretne i wyrażone tak, że nie ma tu miejsca na wątpliwości. Niezrozumienie – to często usprawiedliwienie, a na to autor się nie godzi. Pisanie Niewirowicza może też po prostu się podobać – jest tu ciekawe, kreatywne działanie w języku, często w jego skostniałych formach, które przyciąga uwagę. A przy tym wiersz też działa – broni, uświadamia, daje spojrzenie z innej perspektywy. Jeśli nie mieliście tej książki w garści – nadróbcie to.

Marcin Niewirowicz, Wszystkie ptaszki, które miałem w garści, Nisza, Warszawa 2020.

Okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Anna Mochalska, Lepsza poezja w garści niż poeta na dachu. O książce Marcina Niewirowicza „Wszystkie ptaszki, które miałem w garści”, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 95

Przypisy

    Powiązane artykuły