08.04.2021

Nowy Napis Co Tydzień #095 / Zapiski sprzed pandemii

Napisać ponad sześciuset stronicowy dziennik w czasach, kiedy funkcje diariusza coraz bardziej przejmują media społecznościowe, to nie lada wyzwanie. Podjął je Krzysztof Varga, co zaowocowało Dziennikiem hipopotama. Początek tych zapisków przypada na kwiecień 2018 roku, a ich koniec następuje niecałe dwa lata później, dokładnie w momencie wybuchu pandemii koronawirusa.

Dzięki temu, że data powstania Dziennika hipopotama jest taka, a nie inna, w najnowszej książce Krzysztofa Vargi otrzymujemy obraz ostatnich chwil tego, co utarło się nazywać normalnością i do czego powrót wciąż nie następuje. Ponieważ głównym tematem zapisków autora jest życie kulturalne, lektura Dziennika hipopotama w czasach izolacji wzbudza przede wszystkim nieprzepartą tęsknotę za swobodnym uczestnictwem w spektaklach teatralnych, seansach kinowych i koncertach filharmonicznych. Kto wie, jeśli, jak sądzą niektórzy, pandemia koronawirusa nie jest chwilowym zaburzeniem ustalonego porządku życia codziennego, lecz stanowi jedynie próbę generalną przed kolejnymi kryzysami, być może będzie można czytać dziennik Vargi jako zapis stanu zaraz sprzed wkroczenia w radykalnie inną rzeczywistość. Apokaliptyczny ton pojawia się zresztą w samym dzienniku. Ciąży on nad zapiskami autora niczym cielsko tytułowego hipopotama. W końcu zwierzę to jest nie tylko ulubieńcem Vargi, lecz także biblijnym potworem, którego stworzenie starotestamentowy Bóg podaje, w Księdze Hioba, jako dowód swojej potęgi. A ta – kusi do zsyłania apokalips.

Relacjonując swoje przeżycia i lektury, Krzysztof Varga co rusz wtrąca parę słów o przeczuwanym kryzysie. „Wierzę‒ odpowiada niewymienionemu z imienia rozmówcy, który kwestionuje wpływ działalności człowieka na globalne ocieplenie ‒ że żyjemy w przedsionku katastrofy klimatycznej, czekają nas straszne upały, gwałtowne powodzie […]. Tak mówią profesorowie od klimatu, tak sugeruje to, co sam odczuwam na własnym ciele”. Zarysowana w ten sposób perspektywa nie prowadzi jednak autora do nieprzezwyciężalnego pesymizmu. „Część kraju zamieniona w pustynię, do tego okresowe, gwałtowne ulewy i burze oraz straszliwe wichury. […] Cóż za fantastyczne możliwości dla pisarza!” ‒ radośnie wykrzykuje Varga. Choć zdanie to można traktować z przymrużeniem oka, w rzeczywistości wydaje się ono całkiem celnie streszczać podejście do literatury i sztuki, jakie reprezentuje autor Dziennika hipopotama. W jego optyce działalność twórcza jest bowiem jedyną sensowną odpowiedzią na absurd życia. Przekonanie to wyznaje z taką mocą, iż, podpierając się teoriami o cykliczności wszechświata, wierzy, że nawet jeżeli Droga Mleczna zostanie wchłonięta przez Galaktykę Andromedy, to kosmos się odrodzi, a ewolucja ponownie doprowadzi do powstania inteligentnych form życia, które będą pisać powieści, malować obrazy i komponować sonaty. Sztuka w autobiograficznej prozie Vargi urasta wręcz do rangi absolutu, który należy czcić poprzez kompulsywne konsumowanie tekstów kultury. Tak jak w każdej religii, również i w kulcie sztuki chwile oczyszczenia przeplatają się jednak z przytłaczającą świadomością własnej małości i grzeszności, o której świadczy każdy nieobejrzany film i każda nieprzeczytana książka. Nieustanne wyrzuty sumienia, które w uczestnikach życia kulturalnego wzbudza nadmiar produkcji artystycznej, zostają ujęte w Dzienniku hipopotama niemal jako przekształcona forma pierwotnie religijnego poczucia winy. Najprawdopodobniej ma na to wpływ główna obsesja Krzysztofa Vargi, którą jest katolicyzm ‒ drugi, obok kultury, najważniejszy temat jego diariusza.

Choć trudno nie mieć obsesji na punkcie katolicyzmu, żyjąc w tak monoreligijnym państwie jak Polska, fiksacja ta nie daje swojego wyrazu w literaturze fikcjonalnej tak często, jak można by tego oczekiwać. „Żadnej nie ma porządnej powieści o Kościele w kraju, gdzie Kościół jest tematem najpierwszym i najgłówniejszym?” ‒ z rozczarowaniem zapytuje Varga. Autor Dziennika hipopotama co prawda dostrzega takie książki jak wydane przez Krytykę Polityczną Kroniki opętanej Artura Nowaka czy Mnich Tadeusza Bartosia, jednak odmawia im większej wartości, widząc w nich raczej publicystykę bądź nową odsłonę powieści z tezą, niż porządną, wyczuloną na niuanse literaturę. Tę niekorzystną sytuację postanawia zmienić sam autor, który mniej więcej w połowie swoich zapisków z życia codziennego oznajmia rozpoczęcie pracy nad powieścią o męskiej szkole katolickiej. Nadzieje co do tego, że będzie to pasjonująca lektura, nie są bezpodstawne. Twórca Sonnenbergu zdecydował się bowiem wziąć na warsztat temat, który zna z własnego doświadczenia (sam jest wychowankiem katolickiego liceum) i który zgłębia również w Dzienniku hipopotama. W swojej autobiograficznej prozie Krzysztof Varga z jednej strony niezwykle ostro i krytycznie odnosi się do Kościoła, a z drugiej strony potrafi w nim dostrzec siłę przyciągania, która decyduje o niezachwianej trwałości tej instytucji nawet w obliczu największych skandali. Stosunek autora do katolicyzmu chyba najlepiej streszcza jego refleksja na temat serialu Nowy papież Sorrentina:

 

Tylko ktoś niewierzący, ale wychowany w tradycji katolickiej i niosący przez całe życie owo brzemię zrozumie w pełni wizję Sorrentina. On też, jak ja, wychowany był w katolickiej szkole, tak samo jest niewierzący i takim samym jest antyklerykałem, ale tak jak ja chorobliwie zafascynowany Kościołem. Ale nie teologicznie, ile raczej erotycznie. Bo całe to imaginarium katolickie jest jedną wielką seksualną fantazją. Ze swoimi strojami i obrzędami, z pozornie purytańskimi uprzedzeniami i pod sutanną skrytymi pragnieniami, o których nie śnią szarzy ateiści, pozbawieni wyobraźni kształtowanej przez sztukę i rytuały katolickie od dwóch tysięcy lat. Kościół jest najdoskonalszą, najelegantszą, najbardziej wyrafinowaną formą perwersji seksualnej.

 

Narzekanie Vargi na to, że w tak katolickim kraju jak Polska trudno o porządną powieść o Kościele, nie biorą się jednak wyłącznie z braków w jednym wycinku życia literackiego. Są one częścią szerszej refleksji nad sytuacją literatury fikcjonalnej. Varga dosyć krytycznie odnosi się choćby do tego, że na rynku wydawniczym trwa nieprzerwana dominacja literatury faktu. Nad reportaże i wywiady rzeki zdecydowanie przedkłada powieść jako gatunek, który znacznie lepiej znosi próbę czasu i daje większe pole do niejednoznaczności i poruszania złożonych tematów. Ciekawa jest też reakcja Vargi na przyznanie Nagrody Nobla Oldze Tokarczuk. Choć w ustępach poświęconych temu wydarzeniu nie brak wyrazów uznania dla autorki Biegunów, nie wyczuwa się w nich entuzjazmu. Więcej w nich obojętności, a niekiedy nawet i irytacji:

 

Mnie już niedobrze, gdy słyszę po raz setny o „czułym narratorze” z mowy noblowskiej. Domagam się od literatury narratora nieczułego, narratora brutalnego, bezwzględnego, okrutnego, ale takiego, który mnie porwie ze sobą, czytelniczo rozerwie na strzępy, rozkocha w sobie straceńczo, a nie będzie mnie tulił, pieścił i osaczał swoją nie do wytrzymania empatią.

 

Mając na uwadze, że życie kulturalne i katolicyzm to dwa najważniejsze tematy Dziennika hipopotama, trzeba przyznać, że książka ta nie ma wyjątkowo konfesyjnego charakteru. Proza Vargi nie sprawia też wrażenia pisanej na gorąco, lecz przybiera postać starannie sporządzonych notatek. Kto szuka w nich szczegółów z życia osobistego autora, z pewnością się rozczaruje, ponieważ twórca Trocin jest w tej kwestii dość powściągliwy. Owszem, poświęca trochę miejsca swoim miłosnym rozterkom, jednak operuje na takim poziomie ogólności, żeby pozostawić sobie komfort niedookreślenia. Mimo że zużywa sporo papieru na narzekanie ‒ na stan polskiego rynku wydawniczego, na jakość recenzji, na niewielkie (w porównaniu do Blanki Lipińskiej czy Remigiusza Mroza) grono czytelników ‒ to jednak Dziennik hipopotama nie jest lekturą na wskroś mizantropiczną i pesymistyczną. Wprost przeciwnie, Varga odnajduje w życiu wiele radości ‒ zarówno w intensywnym obcowaniu z kulturą, jak i relacjach z przyjaciółmi czy w zachłannym wycieraniu kawałkiem bagietki resztek sosu z talerza. Dzięki Dziennikowi hipopotama poznajemy więc dwie twarze autora. Tak duszę towarzystwa, jak i samotnika, który zaszyty w swoich czterech ścianach prowadzi żywot literackiego eremity i, słuchając Bacha, stara się zapomnieć, że żyje w dwudziestym pierwszym wieku. Oby ostatnia z tych tendencji zaowocowała tym, że książka o męskiej szkole katolickiej rzeczywiście zapełni lukę na polskim rynku wydawniczym i nie będzie krytykowaną przez Vargę powieścią z tezą, lecz tekstem dającym głęboki wgląd w tajemnice tak Kościoła, jak i dorastania.

 

Krzysztof Varga, Dziennik hipopotama, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2020.

Okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Mateusz Rosicki, Zapiski sprzed pandemii, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 95

Przypisy

    Powiązane artykuły