25.03.2021

Nowy Napis Co Tydzień #093 / Vivat academia, vivant professores!

Pan Profesor to książka, która została wydana dzięki temu, że została doceniona w 2019 roku przez jury Konkursu Literackiego Miasta Gdańska im. Bolesława Faca. Gdyby nie ten sukces, nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy prozy Artura Przybysławskiego. Większość wydawnictw, na które zresztą autor pomstuje w przedmowie za nieodpisywanie na maile, prawdopodobnie uznałaby tematykę książki za zbyt hermetyczną, by mogła trafić do szerszego odbiorcy. Nie da się bowiem ukryć, że Pan Profesor skierowany jest głównie do czytelników, którzy byli lub są mocno związani ze środowiskiem uniwersyteckim, w szczególności filozoficznym. Nie spotkamy w nim jednak pochwały kultury akademickiej, tylko, wręcz przeciwnie, zjadliwą krytykę uniwersytetu, która nikogo nie oszczędza – ani pracowników naukowych, ani studentów.

Głównym bohaterem Pana Profesora jest Zenon Ela (skojarzenia z Zenonem z Elei jak najbardziej słuszne). To akademik, którego całe życie zorientowane było na zdobycie tytułu profesora. Człowiek ten właściwie nie istnieje poza pełnioną przez siebie funkcją. Z tego, jak opisywany jest jego stosunek do uprawianego zawodu, nie bije jednak głębokie poczucie misji, tylko wyziera bezsens. O ile jeszcze w młodości profesorowi in spe towarzyszyły pewne ideały, z biegiem czasu zacierały się one do tego stopnia, że bohater całkowicie pogrążył się w uczelnianym marazmie. Zbiegająca się z zainteresowaniami praca intelektualna, ta, z którą zazwyczaj wiązane jest największe poczucie spełnienia, niewiele różni się więc w Panu Profesorze od urzędniczej harówki.

Książka podzielona jest na rozdziały, spośród których każdy skupia się na jednym aspekcie z życia profesora Zenona Eli. Może to być więc historia albo pierwszego artykułu naukowego, albo jedynego stosunku seksualnego, albo aplikacji o grant. Wszystko to opisane jest w dość przypadkowej kolejności, która ma w sobie coś ze swobody powieści postmodernistycznych. Książkę cechuje zresztą duża samoświadomość gatunkowa – jej głównym punktem odniesienia jest tradycja satyryczna, a rozbudowane podtytuły rozdziałów nawiązują do korzeni europejskiej powieści, tak samo jak tytuł, który w całości brzmi: Pan Profesor czyli wielce przeraźliwe dzieje Zenona Eli, pełne heroicznych czynów, rzeczeń i myśli jego, które złożyły się na akademicką karierę, dla przyszłych pokoleń wiernie spisane, aby pamięć o nich nie zaginęła w mroku mniej przeraźliwych dziejów.

Z książki Artura Przybysławskiego wyłania się obraz uniwersytetu jako instytucji, w której daleko bardziej liczy się forma niż treść wykonywanej pracy. Jednakże autor, zamiast uciekać się do ponurych lamentów nad biurokratyzacją nauki, nadaje swojej krytyce postać niemal bezczelnego szyderstwa, które za nic ma szacowność uniwersytetu. Instytutu Filozofii nie waha się mianować Prostytutem, a publikacje naukowe przyrównuje do fekaliów. Jest w tym rabelaisowski duch kpiny, a także niebywała autoironia i dystans – filozofem akademickim jest bowiem również nie kto inny jak sam Artur Przybysławski. Autor deklaruje zresztą, że książkę napisał przede wszystkim dla rozrywki – dla rozrywki, jak można sądzić, głównie świata nauki, bo to do niego skierowane są liczne intertekstualne wtręty. Choćby takie jak artykuł, który nie tylko złożony jest z samych cytatów z Hegla, Husserla, Kanta i tym podobnych, lecz także dobiera wypowiedzi filozofów w taki sposób, że nie można nie skojarzyć ich treści z praktykami autoerotycznymi. Innym przykładem erudycyjnej zabawy jest parodia żargonu Heideggera, która wykorzystuje filozoficzne pojęcie zamieszkiwania, żeby opisać lokum Zenona Eli:

Mieszkać każdy może, ale filozof powinien zamieszkiwać, zamieszkiwać rozumiejąco i takie zadanie z całą stanowczością stawiał przed sobą Profesor Zenon Ela. Niemniej jednak zamieszkiwanie jakoś mu nie wychodziło, w przeciwieństwie do mieszkania […]. Nieautentycznie więc czuł się Profesor Zenon Ela i to tym bardziej, że doskonale zdawał sobie sprawę z różnicy ontologicznej między bezrefleksyjnym mieszkaniem a rozumiejącym zamieszkiwaniem. Rzucony był w mieszkanie w nieautentyczności jego i w końcu trzeba było coś z tym zrobić.

Artur Przybysławski może co prawda deklarować, że w tym, co pisze, chodzi głównie o rozrywkę, jednak koniec końców intencja Pana Profesora nie wydaje się różnić od celu przyświecającego profesji autora, czyli głębszego wniknięcia w strukturę rzeczywistości. Co więc pragnie odsłonić książka Artura Przybysławskiego? Wszystko to, co skrywane jest pod spodem akademickich rytuałów. Czyli chociażby niechęć studentów do profesorów i profesorów do studentów oraz różnicę między ja realnym a ja idealnym. Autor stara się też przekonać czytelnika, że opowiedzenie się za określoną filozofią nie jest tak naprawdę podyktowane słusznością argumentów, tylko stanowi sposób na poradzenie sobie z prywatnymi traumami. Całość środowiska uniwersyteckiego jawi się zaś w Panu Profesorze jako krąg towarzyski, w którym, aby osiągnąć pozycję czy choćby przetrwać, trzeba raczej przystosować się do norm niż się wyróżnić.

Zapytać trzeba jednak, czy pamflet Przybysławskiego zawsze bierze na cel to, co rzeczywiście warto brać na cel. O ile zasłużenie dostaje się biurokratyzacji i kumoterstwu, są też takie obiekty krytyki, których dobór nie wydaje się szczególnie trafny. Wynika to zapewne stąd, że wizja życia uczelnianego z Pana Profesora jest nieco anachroniczna. Przedstawia punkt widzenia kogoś, kto odbywał studia w latach dziewięćdziesiątych i rozmija się z teraźniejszym doświadczeniem młodych naukowców. Nie daje zatem obrazu uniwersytetu jako złożonej pokoleniowo całości, lecz skupia się jedynie na doświadczeniach głównego bohatera. W książkowym świecie można chociażby bez większych problemów dostać posadę asystenta zaraz po obronie pracy magisterskiej, a następnie równie gładko przejść wszystkie szczeble kariery akademickiej. W związku z tym stabilność zatrudnienia staje się w Panu Profesorze obiektem ataków ‒ prowadzi wszak do gnuśnienia zasiedziałych akademików. Czy takie postawienie sprawy nie jest jednak nieco nieaktualne? Przy rosnącej liczbie absolwentów pewna praca na uczelni to nie obmierzła rzeczywistość, lecz nieosiągalny przedmiot aspiracji.

Jak prezentuje się styl Pana Profesora? W znacznej mierze stanowi on parodię języka publikacji filozoficznych. Siłą rzeczy musi być więc momentami przyciężki i niestrawny, jednak nigdy nie staje się taki na serio. Czy ten czysto satyryczny ton, który nie zezwala nawet na odrobinę powagi, to wada czy zaleta książki? To pozostaje już ocenić czytelnikowi. Z jednej strony ma się wrażenie, że przynajmniej część z tego, co wyrażone jest w książce, autor może i chciałby powiedzieć bez ironicznego cudzysłowu, jednak mimo wszystko woli potraktować to z dystansem. Z drugiej strony dzięki podobnemu postawieniu sprawy zachowany zostaje humor tekstu. Choć taka strategia wydaje się tracić na szczerości, to właśnie dzięki niej nie ostaje się żadna świętość. Autor nieustannie wbija szpile systemowi, którego, trzeba to jeszcze raz podkreślić, sam jest częścią.

Mimo że pisanie o instytucjach prosto z ich wnętrza daje możliwość dogłębnej analizy, może jednocześnie grozić brakiem dystansu. Tego jednak Panu Profesorowi zarzucić nie sposób. Artur Przybysławski, jak przystało na porządnego satyryka, jest bezkompromisowy nie tylko w swoich ocenach, lecz także w swoich żartach. Nie waha się zahaczać o rubaszność i wynajduje coraz to nowe sposoby na ośmieszenie nauki nauk. Nawet jeśli jakiś z jego dowcipów się powtarza, robi to jako running joke, który pełni rolę punktu orientacyjnego. Proweniencja humoru autora nie jest zaś przypadkowa, lecz świadczy o karnawalizacji, która dokonuje się na stronach Pana Profesora. Niech za jej przykład posłuży rozdział, w którym nieświadomy niczego główny bohater prowadzi wykład o filozofii miłości, mając rozpięty rozporek. Książka Artura Przybysławskiego to solidna odtrutka na bezwarunkowy entuzjazm życiem uczelnianym i na wizję uniwersytetu jako świątyni nauki. Jest wściekle inteligentna, i choć ogranicza zasięg swojego zainteresowania do jednego bohatera, przynosi wiele frapujących wniosków.

Artur Przybysławski, Pan Profesor, Wydawnictwo w Podwórku, Gdańsk 2020.

Okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Mateusz Rosicki, Vivat academia, vivant professores!, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 93

Przypisy

    Powiązane artykuły