12.11.2020

Nowy Napis Co Tydzień #075 / Ćwiczenie się w życiu

Stany uprzywilejowane to zbiór opowiadań będący pierwszą książką prozatorską Marcina Polaka, krakowskiego filozofa, wykładowcy Collegium Medicum UJ. Autora o tyle szczególnego, że sytuującego się poza obszarem najbardziej rozpowszechnionej wersji filozofii akademickiej, czyli filozofii szukającej związków z nauką. Jego wcześniejsze publikacje mają więcej wspólnego z eseistyką niż ze stylem rozpraw doktorskich czy habilitacyjnych. Stąd też, mimo że Stany uprzywilejowane to pierwsza książka prozatorska Marcina Polaka, zdecydowanie nie są one jego pierwszą książką o znamionach literackości.

U Polaka literatura zbliża się do filozofii, a filozofia do literatury. Łączy je zaś możliwie jak najswobodniejsza medytacja nad życiem i śmiercią. Jednakże mimo zacierania granic między tymi dwiema często separowanymi od siebie formami dyskursu, w pisarstwie Polaka można odnaleźć przynajmniej jedną zasadniczą różnicę dzielącą filozofię i literaturę. O ile filozofię autor Traumy bezkresu traktuje jako ćwiczenie się w umieraniu, tym samym wpisując się w długą tradycję, która swoją kulminację znalazła w egzystencjalizmie, o tyle jego prozie zdecydowanie bliżej jest do ćwiczenia się w życiu. I to mimo tego, że do literackich idoli autora Stanów uprzywilejowanych zdają się zaliczać Beckett i Cioran, których groby narrator jednego z należącego do zbioru utworów (Przewodnik po końcu świata) odwiedza na paryskim cmentarzu Montparnasse.

Większość opowiadań składających się na zbiór Stany uprzywilejowane to opowiadania „prozaiczne”, zakorzenione w zwyczajnych sytuacjach, takich jak tatrzańska wycieczka, pobyt nad morzem, wizyta z synem u kuzyna w Warszawie i tak dalej. Opowiadanie te, poprzez czerpanie z codzienności, stanowią ćwiczenia ze świadomego życia, których celem jest oczywiście afirmacja własnej sytuacji egzystencjalnej. Autor Stanów uprzywilejowanych podąża tu śladem Nietzschego i głoszonej przez niego zasady amor fati, zdecydowanie opowiadając się przeciwko heideggerowskiej koncentracji na Trwodze w obliczu bycia-ku-śmierci. Nie obywa się jednak bez trudności owa afirmacja wyrażana przez narratorów Polaka, w tym narratora wiodącego, który pojawia się w największej liczbie opowiadań i który wydaje się mieć najwięcej wspólnego z autorem (choć oczywiście trzeba tu wziąć poprawkę na autokreację i nie popełniać błędu utożsamiania Polaka z jego porte-parole). W Stanach uprzywilejowanych znajdziemy relacje z mniejszych i większych potyczek życiowych, ale nie uświadczymy w nich patosu właściwego nietzscheańskiemu zmaganiu się z nihilizmem. Również ostateczna afirmacja egzystencji nie przybiera tu postaci ekstatycznego „tak!”. Jest raczej powściągliwą afirmacją czterdziestolatka, który brak orgazmu rekompensuje sobie innymi przyjemnościami i wspomaga się lekami na stany lękowe, a relacjonując swoje zmagania z trudną momentami przeszłością czy wrogim jego indywidualności otoczeniem, nie rozdziera szat. Arystokratyczna duchowo afirmacja wznosi się bowiem ponad miniony czas i ponad masy, do których odwołanie, za pośrednictwem Eliasa Canettiego, znajdujemy już w jednym z mott książki. I właśnie w tym oderwaniu się od tłumu można szukać uzasadnienia tytułu zbioru opowiadań Marcina Polaka.

Skoro stany uprzywilejowane – to nie zjednoczone, a więc takie, które nie są powiązane wspólną konstytucją z tymi podrzędnymi. Jedne stany gwarantują bowiem więcej, a drugie mniej swobód. Jedne, mimo swojego zakorzenienia w codzienności, mogą przynieść olśnienia i widzenia niczym nad zatoką San Francisco, a drugie są raczej jak spacer opustoszałymi ulicami Detroit i nie dostarczają energii twórczej. Tak więc należy przypuszczać, że w zbiorze znalazły się opowiadania, które wyniknęły z momentów chcących dać się zapisać. Bo przecież nie wszystkie chcą. Zmaganie się ze słowami bywa czasem jak pertraktowanie ze strajkującymi robotnikami (Magiczny namiot z patyków), a skoro może się skończyć nawet procesem, jak w autotematycznym opowiadaniu Wysoki sąd, to jest też aktywnością o znamionach działalności przestępczej. W kogo miałaby ona być wymierzona? W samego twórcę, w masy, a także w inne książki i w innych autorów, z którymi staje się w szranki. Dlatego na wszelki wypadek trzeba z lekceważeniem odnosić się do konkurentów takich jak Varga czy Dehnel, ostentacyjnie ogłaszając, że krytykuje się ich książki, uprzednio ich nie przeczytawszy.

Spojrzenie na tytuł zbioru opowiadań Marcina Polaka zmienia się jednak w momencie, kiedy uświadamiamy sobie, że uprzywilejowanie może mieć charakter nie tylko intymny i powiązany z twórczością, ale też społeczny. Kim bowiem jest wiodący narrator książki Marcina Polaka? Jest to człowiek zajmujący stabilną posadę nauczyciela akademickiego, która pozwala między innymi na zastąpienie lęków ekonomicznych lękami egzystencjalnymi oraz na dorabianie sobie kluczy u wiedeńskich Schlosserów. Krótko mówiąc, jego sytuacja z pewnością wygląda lepiej od położenia niejednej osoby niemogącej poszczycić się zatrudnieniem na uniwersytecie. Z tych, którzy są spoza jego światka, narrator Polaka momentami nieco kpi, stwierdzając na przykład, że jeden z bohaterów był mężczyzną o aparycji absolwenta polonistyki przekwalifikowanego na budowlańca. Czy w nietzscheańskim arystokratyzmie oprócz duchowej wyższości nie tkwi zatem zakamuflowany klasizm? Otóż nie, ponieważ jeśli już narrator Polaka wyraża niechęć do masy, to jest to niechęć nie do masy jako zbiorowości winnej swojego stanu, tylko do masy jako wytworu wyższych sfer, które owładnięte są żądzą kontroli. Najdobitniej widać to w opowiadaniu Instrukcja napisania powieści bernhardowskiej. W tym pastiszu stylu Thomasa Bernharda jednym z bohaterów jest Adolf (imię nieprzypadkowe), posiadający arystokratyczny rodowód wykładowca filozofii chrześcijańskiej na wyznaniowym uniwersytecie. Jego karykaturalna postać uosabia niektóre z przeniesionych na polski grunt bernhardowskich obsesji i powodów do utyskiwań (flirt wyższych sfer z faszyzmem, zakłamany katolicyzm).

Instrukcji napisania powieści bernhardowskiej pada śmiała teza – religia jest produktem ludzi, którzy sami w nią wątpią, na uniwersytetach wyznaniowych wykładają profesorowie ateiści zachowujący pozory własnej wiary dla utrzymania intratnych posad. Marcin Polak, który sam ma doświadczenie w doktoryzowaniu się na tego typu uczelni, postanowił jednak najwyraźniej zerwać z taką zależnością umysłową i teraz pisze tak, jak chce. Pisze nie tylko wbrew temu, czego oczekuje się od absolwenta uniwersytetu wyznaniowego, ale także wbrew temu, czego można byłoby się spodziewać po produkcji intelektualnej pracownika uniwersytetu w ogóle. Pisze prozę zakorzenioną w codzienności, aby nie dać wtłoczyć swoich myśli w ramy żadnego z systemów filozoficznych. Te bowiem, mimo ciągot do objaśnienia Całości, nigdy nie potrafią zrozumieć złożoności życia (narrator Polaka poświęca z tego względu kilka zjadliwych uwag fenomenologii). Pisze także dlatego, żeby afirmować własną egzystencję, bo, jak ujmuje to syn narratora, Miłosz, równie dobrze mogłoby nas nie być, ale skoro już jesteśmy, to trzeba próbować coś z tym swoim istnieniem zrobić. A osobną sprawą jest to, że pisze z lekkością i dowcipem, nie stroniąc od kontaktu z najbardziej prozaicznymi realiami. Ich zestawienie ze światem abstrakcyjnych myśli i idei daje często przekomiczny efekt, jak choćby w znakomitym fragmencie o badaczach filozofii średniowiecznej, którzy jeśli już zdecydują się na jakiś kebab, to tylko drobiowy, bynajmniej nie wołowy. Z uwagi na ową lekkość imitacja stylu Bernharda w wykonaniu Marcina Polaka jest niewątpliwie mniej nadęta od tej zaproponowanej przez Jacka Dehnela w Krivoklacie i mniej ponura od tej zaproponowanej przez Krzysztofa Vargę w Trocinach. Żeby jednak wskazać też pewne ograniczenia możliwości autora, trzeba przyznać, że Polakowi zdecydowanie najlepiej wychodzą te opowiadania, w których narratorem jest postać zbliżona do niego samego – około czterdziestoletniego wykładowcy akademickiego. Należy oczywiście docenić próby uczynienia narratorami innych postaci, również tych kobiecych. Nie ulega jednak wątpliwości, że w przypadku Polaka utwory pisane z takiej perspektywy mają w sobie zdecydowanie mniej zaangażowania niż te, które można posądzać o autobiograficzność.

Wśród wielu intrygujących pytań, z którymi zostawiają czytelnika Stany uprzywilejowane, wyróżnia się jedno – czy skoro Marcin Polak zdecydował się sporządzić Instrukcję napisania powieści bernhardowskiej, to pokusi się on także o stworzenie czegoś dłuższego w tym duchu? Co prawda jego narrator przyznaje, że „dobra powieść bernhardowska może zostać napisana wyłącznie jako instrukcja napisania powieści bernhardowskiej”, ale z drugiej strony nic właściwszego dla osobowości bernhardowskich niż dokonywanie w trakcie myślenia i chodzenia korekty uprzednio wygłaszanych poglądów. W opowiadaniu relacjonującym sąd nad Marcinem Polakiem prowadzący rozprawę Bernhard obszedł się z autorem Stanów uprzywilejowanych łaskawie, więc wszystko jest możliwe.

M. Polak, Stany uprzywilejowane, Wydawnictwo Od Do, Łódź 2019.

Okładka książki "Stany uprzywilejowane"

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Mateusz Rosicki, Ćwiczenie się w życiu, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 75

Przypisy

    Powiązane artykuły