29.04.2021

Nowy Napis Co Tydzień #098 / Einem alten Architekten in Rom

Wiersz w tłumaczeniu Krzysztofa Dariusza Szatrawskiego.
Do starego architekta w Rzymie (niem.).

I
Dorożką – jeśli tylko cień
naprawdę dałby zmieścić się w dorożce
(zwłaszcza w deszczowy, nieprzyjemny dzień),
jeśli duch zniesie, kiedy trzęsie troszkę,
i jeśli koń kopytem cicho grzebie –
bez dachu, jakby wiatr go zerwał,
pod parasolem stłoczeni, przed siebie
ruszymy przez dzielnice Königsberga.

 

II
Deszcz kłuje liście, cegły, fale rzeki,
co cicho mruczy, okalając ostrów,
podczas gdy ryby zgłuszone na wieki
przez balustradę spoglądają z mostu,
jakby rzucone tu falą wybuchu
(choć po przypływie nie zostało śladu).
Błyszczą kolczugą swą klenie w bezruchu.
Drzewa coś po niemiecku gadu-gadu.

 

III
Woźnicy zaraz swego zeissa wręczaj.
Niech na bok z tramwajowych torów skręca,
bo z tyłu już nas dzwonki dobiegają.
Tam pędzi tramwaj w milionowym rejsie,
donośnie dzwoni, powóz wyprzedzając,
zagłusza podków dźwięk i wzbija kurz!
Ruiny, pochylając się, ze wzgórz
jak w lustra w jego okna zaglądają.

 

IV
Źdźbła trawy drżą nieśmiało w cieniu drzew.
Atlanty, nimby, gołąb i gołąbki,
akanty, nimfy, kupidynki, lew
ze wstydem kryją kikuty i szczątki.
I nawet Narcyz nie miałby nic przeciw
lustrzanej gładzi za pędzącą ramą.
Pasażerowie, niczym ryby w sieci,
stłoczeni tworzą żywy amalgamat.

 

V
Wcześnie. Szarówka. Płynie mgła od rzeki.
Przy koszu śmiecie wirują na wietrze.
Tam archeolog zbiera wciąż czerepki
w kurtkę i w kaptur dosypuje jeszcze.
W ruinach mżawka, klimat jest surowy.
Wśród gruzów, gdzie czernieją zamku ściany,
dostrzegasz z dala pomnik Suworowa,
skromne popiersie oglądasz zmieszany.

 

VI
Uczta bombowców jest już zakończona.
Marzec z portyków piętna sadzy kruszy.
Gdzieniegdzie widać fontanny ogony
lub skamieniałe na wiek pióropusze.
I jeśli tu poszperać (a uważam,
że dom bez ścian jest jak stóg siana w igłach),
to może nawet szczęście się ukaże
pod czwartorzędem w potłuczonych cegłach.

 

VII
Klon już wypuścił pierwszy lepki liść.
Z katedry słychać trak. Nie ma gdzie iść.
Gawrony kaszlą w opuszczonym parku.
Mokną ławeczki. W oczach kozy żal,
kiedy zza ogrodzenia patrzy w dal,
gdzie wystrzeliła już zieleń w folwarku.

 

VIII
Wiosna przez okna spogląda na siebie,
własne oblicze jest jej dobrze znane.
Wzrokiem obdarza tutaj los w potrzebie
to, czego oczom ujrzeć nie jest dane.
I życia puls po obu stronach ściany
trwa bez oblicza, bez rysów granitu;
patrzy przed siebie i nie wie, co za nim,
choć tłumem cieni krzaki są nabite.

 

IX
Lecz jeśli nie jesteś złudzeniem, jeśliś
jest żywym ciałem, lekcję weź z natury
i spróbuj pejzaż ten na kartce zmieścić,
swej duszy innej poszukaj struktury.
Odrzuć zaprawę, rzuć cegły i granit
starty na miazgę przez śmigło skrzydlate.
Nie pierwszy raz przypomni kształt jej granic
to, co pamiętasz jako szkolny atom.

 

X
A teraz w miejscu uczuć twych niech zieje
przepastna otchłań. Niech za smutkiem sennym
wał wściekłej furii albo strach szaleje.
W erze atomu zbawić od gehenny
serca, gdy nawet skała drży jak żerdź,
można, jedynie cementując ściany
tą więzią, jaką im zagraża śmierć.
I wzdrygniesz się, gdy zabrzmi krzyk: „kochany!”.

 

XI
Oceń na oko albo sam przymierzaj
miłość i pasję, i – w bólu – marzenie.
Tak astronauta, gdy na Marsa zmierza,
też chciałby zbliżyć do domu przestrzenie.
Lecz do radości droga nie jest prosta.
Do szpiku czujesz w kościach zaskoczonych
pewniej niż w ustach, że firmament rozstań
trwalszy jest przecież niż sklepienia schronów.

 

XII
Ćwir-ćwir, ćwir-ćwir, ćwir-ćwir – popatrz na świerk.
Ze smutku, lub raczej z przyzwyczajenia,
w cienkich gałązkach ujrzysz Königsberg.
Wszak można nazwać pierzaste stworzenie
Kaukazem, Rzymem, albo Königsbergiem.
Nic dookoła, choćby jakiś przedmiot,
jedynie cegły, gruz i słów energia.
Lecz nie ma ust. I słychać tylko szczebiot.

 

XIII
Wybaczysz mi niezgrabność wyznań tych.
To przez nie szpak od stada się oderwał.
Ale dogoni: ćwir, Ich liebe dich!
A może wręcz wybiegnie w przód: Ich sterbe!
Notes i zeiss są w twojej torbie dawno.
Wiatrowskaz gdzieś masz za plecami twardy.
Parasol złóż, jak skrzydła składa gawron,
rączka się mieni jak ogon pulardy.

 

XIV
Postronki – w strzępach… koń gdzie? Podków już
nie słychać stuku… Klucząc tam, w ruinach,
powóz się toczy pośród nagich wzgórz…
I zjeżdża z nich gdzieś w dół… i nikt nie trzyma,
z tyłu – dwie szleje… Ciągną się na piasku
kół ślady. I krzaki szumią w potrzasku…

 

XV
I morze, odtwarzając fal grzywami
rysy pejzażu, co został za nami,
biegnie naprzeciw. Ciągle, niczym wieści,
szczęśliwe wieści, tu, na ten ląd lichy,
rzuca bałwany. I to podobieństwo
niweczy w nich natychmiast, pieszcząc szprychy.

 

Listopad–grudzień 1964

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Josif Brodski, Einem alten Architekten in Rom, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 98

Przypisy

    Powiązane artykuły