29.04.2021

Nowy Napis Co Tydzień #098 / Pokrótce: sto siedemnaście całkiem krótkich opowiadań

Utwór przetłumaczył Krzysztof D. Szatrawski.

Wszystko w porządku

I lody były najlepszymi lodami na świecie, i pogoda była najpiękniejszą pogodą na świecie, a znaleziony kamyk był najbardziej okrągłym, najbardziej regularnym, najcięższym kamykiem na świecie, i Tima nie rwał się z uprzęży, a zachowywał się pięknie, i Jońka ukradkiem dał mu gałkę lodów, które Timie absolutnie i w żadnym wypadku nie były dozwolone, a Tima się wymazał, i Marynka wszystkiego się domyśliła, wydała brata mamie i Aleksiejowi, i Jońka na pewno by dostał dobry opieprz, gdyby to nie był najlepszy dzień na świecie. Planowali ten dzień prawie miesiąc, Aleksiej ją namawiał, a ona najpierw mówiła „nie”, a potem ulegała, i on nigdy się nie sprzeczał, mówił: „No, jak nie, to nie”, i ona za każdym razem myślała, że gdyby nie jego ugodowość, to w ogóle nigdy by nie poznała go bliżej, że gdyby on choć raz za wszystkie te pięć miesięcy spróbował na nią naciskać, ponaglać, zmuszać, ona by w takiej sytuacji nie zgodziła się nawet wypić z nim herbaty w szpitalnej kawiarni. Podszedł do niej, kiedy stała na środku pustego parkingu, w piekielnym słońcu, po prostu stała, nie rozumiała, jak dalej żyć, i powiedział: „Mam na imię Aleksiej, pracuję tutaj, jestem fizjoterapeutą. Jest tu kawiarnia, napije się pani herbaty?”. Odpowiedziała: „Nie”, a on odpowiedział: „Przepraszam” – i poszedł z powrotem, w stronę szpitala, i wówczas powiedziała: „Tak, chodźmy”. I potem wszystko tak przebiegało: mówiła „nie”, a on odpowiadał: „dobrze” i ona się zgadzała. I kiedy powiedział, że powinni w końcu spędzić wolny dzień razem, naprawdę razem, z dziećmi i Timurem, odpowiedziała „nie” i powtarzała „nie”, „nie”, „nie” – kiedy zaproponował, by zrezygnować z wyjazdu do Izmajłowa, a po prostu pójść do maleńkiego parku na bulwarze Pokrowskim, kiedy powiedział, że nie powinni jeść w kawiarni, tylko wziąć jedzenie z sobą, aby nie ryzykować nowej jońkowej tajemniczej alergii – ona mówiła: „nie”, on mówił: „no dobrze” – a potem przynosił mapę parku albo informował o prognozie pogody na weekend, albo pojawiał się nie wiadomo skąd z zakurzonym koszem piknikowym, stawiał go na balkonie i objaśniał Marynce, co się gdzie układa („widelce z lewej, noże z prawej, widzisz, narysowane”). I kiedy powiedział, że Timura należy wziąć, ona oczywiście powiedziała „nie”, on się zgodził i w zasadzie przez kilka dni nic nie mówił, aż przyniósł dla Timy szeroką uprząż z zapięciem na plecach. W tym momencie zatkało ją z powodu jego bezczelności i cisnęła weń tą uprzężą, trafiła zamkiem w ucho, on się za nie złapał, a potem spokojnie podniósł uprząż i włożył nie do swojego plecaka, ale do szafy z wierzchnią odzieżą w korytarzu. I oczywiście zabrał ze sobą Timura, a on zachowywał się pięknie, pewnie krocząc na przedzie w szerokiej, krótkiej uprzęży, a potem, kiedy ona wyjęła z piknikowego koszyka pojemnik z jego jedzeniem, Tima nagle spojrzał na nią idealnie skupionym wzrokiem i objął Jońkę równym, zdecydowanym ruchem, tak precyzyjnym, jakby nigdy nie było żadnego udaru.

Wstępnie

Wrócił ranny, ale cały obwieszony orderami, medalami i przystojny. Jego przyszła żona była snajperem, kobietą z żelazną ręką. W ciągu pięciu lat strzelaniny w dłoń wżerały się brud, proch i pot, od których dłoń stała się czarna i błyszcząca jak rękawiczka; jego przyszła żona do mężczyzn, którzy próbowali się do niej przystawiać, mówiła: „jajca ci ukręcę”. Ona i jej przyszły mąż wypisali się ze szpitala jednego dnia; zauważył ją na podwórzu, gdzie stała odwrócona doń plecami. Ujrzał owiniętą bandażami głowę i zaczerwienione od wiosennego wiatru uszy nad podniesionym kołnierzem szynela. Ona często później powtarzała frazę, którą on się do niej zwrócił (w ogóle to dobrze zapamiętywała zwroty): „Przepraszam, czy nie byłaby pani tak miła, by użyczyć mi ognia?”. Później cała rodzina nauczyła się z jej opowieści na pamięć tej frazy; wiele lat później ich synowie-bliźniacy, ucząc się palić w piwnicy nowiusieńkiego czteropiętrowca, w którym ojciec z matką, oboje odznaczeni bohaterowie, dostali ulgowo ogromne mieszkanie, posługiwali się słowami „czy nie byłby pan tak miły…” jako tajnym hasłem – dobra, pójdziemy, zakurzymy; raz usłyszała to matka i obaj oberwali czarną skórzaną dłonią po uszach.

Wówczas, w podwórzu przerobionego na szpital krytego basenu, ona odwróciła się ku niemu, ujrzała jego zabandażowaną głowę i odstające zmarznięte uszy i spytała, o jakież to drzewo on łaskawie obijał się głową. On powiedział: „A ja nawet patrząc na plecy zrozumiałem, że to panna” (ta fraza również się później często powtarzała w jej opowieściach, ale jakoś się nie przyjęła). Oboje po wyzdrowieniu zostali oficerami sztabowymi, oboje byli ranni w lewą stronę głowy i przez całe życie przytulali się zdrowymi stronami. Oboje wykształcili się na Wydziale Filozoficznym, partia zabierała wiele czasu, a do tego jej rana spowodowała silne uszkodzenie węchu, przez które ona zawsze bardzo źle gotowała, woleli więc jeść w partyjnej stołówce, z której jego ordynans zaczął dostarczać kolację do domu – później, kiedy urodzili się bliźniacy. Orderów i medali czasów pokoju on nie lubił – „Trzylecie obrony tego”, „Pięciolecie zdobycia tamtego”, a ona lubiła, przyjmowała je z upodobaniem i zapraszała kolegów, z którymi służyła, aby wypić i świętować. Niektóre z tych nagród przyznawano im równocześnie, inne – tylko jemu albo tylko jej. Dwukrotnie w ich wspólnym życiu on bardzo intensywnie i zupełnie nieoczekiwanie pił, za drugim razem groziło to nawet poważnymi kłopotami, ale po dwóch-trzech miesiącach wziął się w garść. Po tym jak został ranny, przez pewien czas słabo słyszał, ale później słuch powrócił, pozostały tylko silne bóle głowy, a do tego on zawsze bardzo mało spał i nocami, aby czymś się zająć, wypalał na szkatułkach piękne regularne ornamenty i doszedł do prawdziwego mistrzostwa, wspomniano o nim w gazecie i kilka szkatułek zakupiło muzeum rzemiosła; pewien matematyk napisał o jego ornamentach artykuł; przyniesiono mu szare matematyczne czasopismo, on niczego nie zrozumiał, ale od tamtejszych schematów poprawiał mu się humor.

Zastrzelił się w końcu lipca, mniej więcej trzy tygodnie przed jubileuszem dziesięciolecia zwycięskiej bitwy o bohaterskie miasto Kursk. Schludny, ogolony, w mundurze, jak się jej zdawało, zupełnie wyprostowany siedział na taborecie, kiedy ona przyjechała po telefonie dzielnicowego: znalazła go gospodyni, ale dopóki nie przyjechała żona, ciała nikt nie dotykał – z szacunku. W piwnicy, do której synowie wieczorami chodzili palić, a on schodził nocą wypalać swoje skomplikowane szkatułki, wszystko zapieczętowali i długo czegoś szukali w jego rzeczach: były podejrzenia, że się zastrzelił, popełniwszy zdradę państwa; często ją przesłuchiwano, skonfiskowali kilka nieukończonych szkatułek i szukali drugiego dna. Wyglądało to całkiem poważenie, ale niczego nie znaleźli, papiery i szkatułki zwrócili, powiedzieli „zaburzył się”. Część papierów ona na wszelki wypadek w tejże kamiennej piwnicy spaliła cicho wczesnym rankiem, kiedy dym nikogo nie mógł zdziwić, co nieco zachowała, aby pokazać bliźniakom, co nieco dobrze ukryła; szkatułki oddała muzeum rzemiosła. Kilkadziesiąt notatników upstrzonych precyzyjnie rozmieszczonymi kwadracikami i kółeczkami długo oglądała i chciała wysłać do Odessy, tamtemu matematykowi, może mu się przydadzą; kiedy jednak dochodzenie się zakończyło pogrzebem i przynieśli aksamitną poduszkę, ona, wywaliwszy na łóżko jego ordery (jego leżały w pudełku po butach, jej w pudełku po makaronie), zdała sobie sprawę, że trzydzieści sześć odznaczeń układa się na poduszce w idealnie równy kwadrat, za to trzydziestego siódmego nie dałoby się w żaden sposób dołączyć.

Wiosna

Oni uratowali naszą wiosnę, naszą czternastą gorącą, duszną, lepką, pożądliwą i wstydliwą, kasztanową i lipową, pustą i bezwartościową wiosnę. Wysocy i powściągliwi, z czystymi i białymi jak u czternastolatków rękami, uśmiechali się w odpowiedzi na nasze pytania spokojnym i mądrym uśmiechem, po czym powracali do rozmowy o tobie, o tym, co się z tobą dzieje – a to, co się tej wiosny działo z nami, było szare i wilgotne, lepkie i gęste, i nie chcieliśmy o tym w ogóle mówić, więc nie mówiliśmy, a oni nie nalegali. Sabina jako pierwsza powiedziała im „tak” i tego wieczoru wróciła do domu ze spokojnym i mądrym uśmiechem, a ja pamiętam, jak staliśmy wokół niej, milczeliśmy i patrzyliśmy na jej czyste, miękkie dłonie, trzynastoletnie dłonie, i w lewej ręce trzymała znaczek takiego koloru, jakiego nigdy wcześniej nie widzieliśmy, a w prawej, poskręcanej i suchej dłoni, nie miała nic. Taki znaczek dawali tylko tym, którzy wstąpili w szeregi pierwszego dnia i nie trzeba było być wybitnie uzdolnionym dzieckiem, by zrozumieć, na czym polega ta logika. Wstąpiliśmy w szeregi drugiego dnia, a trzeciego dnia ktoś wstąpił w szeregi, a ktoś nie wstąpił, a czwartego dnia powiedziano naszym rodzicom, że są tacy, którzy wstąpili (i tacy, którzy nie wstąpili), i pamiętamy, jak nasi malutcy szarzy rodzice, z ciężkimi rękami i zagubionymi twarzami, stali przed tymi ludźmi i zadawali pytania, a ci ludzie odpowiadali im bardzo cierpliwie.

Pamiętamy, jak staliśmy na uboczu i spoglądaliśmy na naszych rodziców, bojąc się westchnąć (ci, którzy wstąpili, i ci, którzy nie), nie słyszeliśmy ani słowa i widzieliśmy, jak nasi rodzice powoli się rozchodzą, nie uścisnąwszy dłoni tym ludziom, którzy uratowali naszą wiosnę z obawy przed zabrudzeniem tychże samych dłoni – tak gładkich, prawie przezroczystych. Następnego dnia Dani (który wstąpił w szeregi już pierwszego dnia – Dani zawsze był od nas mądrzejszy, za co też biliśmy go co najmniej raz w tygodniu) podszedł do tych ludzi i powiedział im, że powinien uzyskać odpowiedzi na co najmniej kilka pytań – dla siebie i dla swojego ojca alkoholika, i powiesili Daniego na najbliższej jabłoni, i nie trzeba było być wybitnie uzdolnionym dzieckiem, aby zrozumieć, że mają rację. Przychodzili do nas każdego wieczoru, po dwóch na każde podwórko, obchodzili nasze duszne miasteczko podwórze za podwórzem, rozmawiali z nami miękkimi i głębokimi głosami i obiecali nam wspólną przyszłość, i nie mieliśmy powodu, by zadawać pytania, a ci, którzy wstąpili, siedzieli prosto przed tymi ludźmi, patrzyli na ich uważne twarze, a ci, którzy nie wstąpili, stali za naszymi plecami i słuchali, a potem podchodzili do tych ludzi, ludzi naszej wiosny, i wypowiadali ciężkie i krótkie słowa przysięgi, i otrzymywali odznaki prostego, a nawet głupiego koloru, ale zaciskali je w pięściach z pokorą i zrozumieniem. Szóstego maja widzieliśmy, jak Aleks Goldwing wyrzucił swoją odznakę do rzeki i nie wiadomo dlaczego zapłakał, i powiesiliśmy go na jabłoni, a on, dzięki bogu, był mądrym chłopcem, jednym z naszych najbardziej utalentowanych chłopców, i dlatego nie sprzeciwiał się, i kiedy Krystyna płakała, trzymaliśmy ją za ręce i głaskaliśmy jej włosy, dlatego, że była jedną z nas. A w dniu, kiedy się obudziliśmy i ich już nie było, tych ludzi z twarzami białymi jak wstyd, o mowie łagodnej i ciemnych oczach, prawie się udusiliśmy, i w każdym podwórku dookoła trwała pusta wiosna, szara i gęsta, lepka i ciężka – i uratowało nas tylko jedno: teraz naprawdę mieliśmy wspólną przyszłość, przyszłość, w której będziemy płakać z nostalgii za każdym razem, gdy zobaczymy jabłoń.

Gdzie jestem

Podszedł do niej w trzęsącym się półpustym autobusie, w jednym ze smutnych autobusów końca niedzieli, do kobiety poszczypującej skórę na policzku ze wzrokiem utkwionym wprost przed siebie i półotwartymi ustami. Powiedział, że zauważył ją od razu, kiedy wsiadła do autobusu; może myśleć o nim, co chce, ale on chciałby zaprosić ją na kawę, tylko kawę, i nic innego nie ma na myśli, jest dobrym człowiekiem, jest porządnym człowiekiem i naprawdę ma to przeczucie, że coś prawdziwego może między nimi się wydarzyć, jeśli wysiądą z autobusu w tej oto chwili, na najbliższym przystanku – mogliby przecież wysiąść z autobusu na najbliższym przystanku i spróbować, po prostu spróbować – proszę zróbmy to. Nie wiedział, co jeszcze mógłby powiedzieć, czuł się obnażony i samotny. Ona w końcu zostawiła policzek w spokoju, zwróciła się ku niemu i zaczęła się przyglądać, a on schował do kieszeni spocone dłonie, głęboko westchnął i wytrzymał to spojrzenie. Powiedziała, że jeżeli nie rozumie, czym jest „nakaz ochronny”, to ona znajdzie kogoś, kto mu to wyjaśni, i że dzieci oczywiście już dorosły, ale ona mimo to – o, tak, w jednej chwili może im zabronić z nim się spotykać.

Jak mnie i ciebie szary kot w sankach do nieba będzie wiózł

Gumowa krokodylica z gumową szkarłatną kokardą na głowie zapiszczała pod jej stopą, a on nagle się zawahał i uśmiechnął się nie swoim zwykłym prawym kącikiem ust, ale całkowicie dziecinnym szybkim uśmiechem. Poczuła wdzięczność wobec krokodylicy i tego jej zawsze drażniącego pokoju, celowo zaśmieconego zbyt obfitym zestawem zbyt różnorodnych zabawek. Ostrożnie, żeby już więcej nie piszczała, odepchnęła krokodylicę stopą, znów na niego spojrzała – ale jego oczy były znowu na wpół zamknięte, widoczne były tylko białka, a on powiedział: „No więc”. „No więc”, powiedział, „wcześniej przed snem po prostu śpiewałem to sobie w głowie, jak ona śpiewała mi, kiedy byłem mały, ale potem, dwa miesiące temu, nagle zdałem sobie sprawę, że można sobie wyobrazić obraz i czułem się tak dobrze”. Pomilczał i dodał: „Tak dobrze”. Postanowiła nic nie pisać, zamknęła notes i położyła go na zbyt dla niej niskim, ale w sam raz pasującym dla niego dziecięcym stoliku, i odsunęła notes w nadziei, że zauważy ten gest – i zdała sobie sprawę, że pomimo zamkniętych oczu zauważył i bardzo go to ucieszyło. „Kiedy tam jest powiedziane: »Jak mnie i ciebie szary kot w sankach do nieba będzie wiózł«, widzę to”, powiedział. „Widzę ich i są tacy piękni. Wszystko jest białoszare. Śnieg i wielki szary kot w białym futrze na przodzie sań, a sanki są ogromne i przezroczyste. I wiezie ich do nieba, jego i ją, a ona go przytula, jest całkiem mały, ma jakieś pięć lat, i też są okryci takim futrzanym pledem, jak futro kota, są piękni i martwi, ale ona tak bardzo go kocha, i czują, że teraz już wszystko, wszystko, wszystko, wszystko będzie dobrze”. Otworzył oczy i spojrzał na nią chłodno i ze złością. „Pani nie zrozumie”, powiedział. I wówczas powiedziała najprościej, jak tylko mogła: „Myślę, że to, co ci się przydarzyło, jest straszne. Myślę, że odczuwasz okropny ból i myślę, że zasługujesz na współczucie i chcę powiedzieć, że naprawdę ci współczuję”. Nagle rzucił się do przodu, strażnik krzyknął: „Ej!”. Nie mogła się oprzeć i odskoczyła, a cholerna krokodylica znów wrzasnęła, i ta połowa jego twarzy, która nie została zniszczona kulą, zaśmiała się. „Mogę ją wziąć? – zapytał strażnika przymilnie. Skinął głową, a ona podniosła krokodylicę z podłogi i podała mu. Pogłaskał żółty gumowy grzbiet. „Niezłe podejście, ale tak mnie pani nie kupi”, powiedział bardzo poważnie. „Ona też próbowała mnie kupić słowami, ale ja nie jestem głupi. Gdyby pani była na jej miejscu, do pani też bym strzelał. Na to nic już nie można poradzić”.

Atrakcja niespotykanej hojności

Ryk i krzyk był taki, jakby ją zabijali. Podszedł, posłuchał: młoda matka z kręconymi włosami i w okularkach, szkarłatna z zażenowania, dawno zaprzestała wysiłków, by uspokoić swoją córkę, i teraz marzyła już tylko, aby zabrać jak najdalej od ludzkich oczu to wrzeszczące zawiniątko w dziesięciu kaftanikach, ale dziewczynka siadła pupą na asfalcie, nie chciała iść, nie pozwalała się wziąć na ręce, a w całej historii, jak się natychmiast zorientował, chodziło o hipopotama, wspaniałego, ogromnego hipopotama wielkości trzech takich dziewczynek, wciśniętego jakoś na najwyższej półce. Hipopotam miał oczy jak młyńskie kamienie i miękką paszczę w kształcie walizki, i można go było zdobyć, wystarczyło strącić wszystkie 20 blaszanych celów za jednym podejściem. Płacz upartej dziewczynki tak dobrze splatał się z dobiegającymi z najbliższej rozchybotanej karuzeli taktami I Shot the Sheriff, że przez chwilę podejrzewał ją o udawane podśpiewywanie. Z zapłakanej twarzy buchała para. Matka po raz kolejny spróbowała wziąć małą zarazę w garść, ale to nie pomogło. Niewielki tłumek, niby to zajęty niezbyt imponującą pukaniną, chichotał, jakiś kościstolicy tępak cicho przedrzeźniał płacz dziewczynki ku uciesze swych towarzyszy, pucołowatego tępaka i bezlicego tępaka. Milutka zwinna panienka wybiła pięć z dwudziestu pięciu, dostała w nagrodę bombkę choinkową w kolorze pończoszniczo-skarpetkowym i powiesiła ją na uchu swego pokornego towarzysza. Stojący za ladą żulik w swetrze z rozpływającymi się jeleniami polazł po nową bombkę do swojej ponurej gabloty, zawadził hipopotama pudełkiem i ten jęknął jakimś wewnętrznie zdławionym jękiem. Płacz przeszedł w wycie. – Niech pani da spokój – powiedział do młodej matki, postawił teczkę między nogami i podsunął żulikowi należne sto pięćdziesiąt rubli. Celował długo, milutka panienka nie bez zazdrości czekała, jej towarzysz drapał się po uchu, różnolice tępaki też postanowiły zostać, aby popatrzeć na czyjąś kompromitację. Tak naprawdę oczywiście nie celował, tylko wybierał wzór; na początek wybił krzyż z pięciu środkowych kulek; panienka zapiszczała z zadowoleniem; wizg ucichł, dziewczynka szybko oddychała i przysunęła się bliżej, powstrzymywana przez matkę wczepioną w uzdę jej szalika; kolejne cztery strzały rozmieścił w rogach: pierwsza, piąta, dwudziesta pierwsza i dwudziesta piąta. „Ochżeż ty!” – z satysfakcją odetchnął bezlicy tępak, wieczna beta, zawsze gotowy zakochać się w kimś silniejszym, a jego kościsty towarzysz jadowicie zauważył: „Poszczęściło się”. Z lewa i z prawa napływali gapie, przyciągnięci bezbłędnym jarmarcznym instynktem. Czterema wystrzałami rozszerzył krzyż o jeden cel na każdym końcu. Ładniutka panienka popiskiwała i niby niechcący dotykała jego ramienia, jej zapomniany bezkręgowiec dawno zgubił się w tłumie. Pozostałe osiem celów, znudzony już atrakcją i rozdrażniony obecnością nadmiaru gapiów, szybko zestrzelił zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara. Niepotrzebny tłumek wiwatował i bił brawo, biedny, zakochany po same kolana bladolicy próbował poufale klepać go po plecach, wzdrygnął się i to wystarczyło. Żulik, dawno nauczony przegrywać z godnością, też kilka razy złożył ręce i próbował rozpocząć rozmowę o męskim mistrzostwie, ale on tylko wskazał palcem na górną półkę i powiedział: „Hipopotam”. Milutka panienka nie bez kokieterii otworzyła ramiona, drobna, zmysłowo pachnąca idiotka w płaszczyku z pluszowej zebry; przez sekundę z obrzydzeniem wyobraził sobie te objęcia i zrobił krok w bok, popychając teczkę nogą. „Masz” – powiedział do dziewczynki, która zniknęła pod hipopotamem, złapał teczkę i szybko wyszedł z tłumu, zostawiając za sobą trzy nadłamane serca. Stracił jakieś pięć minut, ale to nie był problem, w ogóle nie miał ścisłych ograniczeń czasowych, normalnie zdążał ze wszystkim. Przechodząc przez most, rzucił skórzaną kurtkę do wody, zrobiło się chłodnawo, ale szedł szybko, zostało do przejścia jakieś dwieście metrów, dawno nauczył się tych cyfr na pamięć i mógłby iść z zamkniętymi oczami. Przy wejściu służbowym Marriotta przez te pół godziny nie było nikogo, w środku powiedział do ochrony: „Elektromontaż”, pokazał identyfikator i poszedł do windy towarowej. Na dachu było chłodno, pusto i pięknie. W dole znajdowało się lodowisko, w myślach podzielił je na kwadraty, oszacował średnią, policzył: dwieście osób, nie mniej. Szybko ustawił stanowisko, przykręcił platformę z amortyzatorem, ustawił celownik, położył się, zamknął oczy, policzył do stu, wziął oddech, wypuścił powietrze, przystąpił.

A potem zsunęli je do morza

(dla Pawła Nastina)

– … To czterdzieści pięć kilometrów od miasteczka, wiesz, co tam jest? Tam była baza wojenna, Niemcy zostawili wojenną bazę. Takie ogromne betonowe pudła, jakby jakieś gigantyczne samobieżne czołgi w nich chowali, a nasi je później zsunęli do morza i utopili. A my co roku dziewiątego maja jeździmy tam tańczyć nago na dachach, kiedy zapada ciemność. I tak od końca wojny, od czasu, kiedy byłam dziewczynką. Zbiera się tutaj osób chyba ze trzysta, muzykę wszelką przynoszą, napitki, ogniska. I wszyscy tańczą na tych dachach, jak ich Pan Bóg stworzył, i starzy, i młodzi, i nikt się nie wstydzi, wszyscy zgodnie, wszyscy się przytulają, wszyscy szczęśliwi.

01:38

Jedyne porządne lustro znajdowało się w korytarzu: wychodząc z łazienki, zapadała w tym lustrze spojrzeniem i nieruchomiała. Z biegiem lat przyzwyczaiła się do patrzenia na siebie jakby przez wąską szczelinę: miała ładny brzuch i kiepskie szerokie biodra. Rano doszła do wniosku, że na wszystko potrzebuje około półtorej godziny, ale lepiej mieć zapas. O piątej puściła wodę do wanny i przez jakiś czas denerwowała się paznokciami: można było usunąć lakier już teraz, ale potem paznokcie rozmokłyby się w wannie, trudniej byłoby je malować. Można najpierw wziąć kąpiel, potem malować (kompletnego manicure, jakkolwiek kombinować, nie zdąży zrobić, do tego trzeba byłoby wyjść z pracy o trzeciej), ale wtedy będą rozmyte przez inne czynności. Można było malować od razu, usiąść, suszyć i denerwować się, że zegar tyka. Można było do niego napisać, żeby przyszedł pół godziny później. Zakręciła wodę w wannie i zaczęła szukać w worku z lakierami. Chyba najmądrzej było najpierw zrobić wszystko, a potem szybko obciąć paznokcie i pokryć je jedną przezroczystą warstwą. Naprawdę tego nie chciała, ale wydaje się, że nie było lepszego rozwiązania. Znów odkręciła wodę, włożyła swoje domowe ubrania do pojemnika na brudną bieliznę i obróciła go otworem do ściany. Mieszkanie od wczoraj posprzątane. Odwieczna kwestia pończoch nie rozwiązała się i nie mogła zostać rozwiązana: mocno wierzyła, że pończochy są absolutnie konieczne, ale na jej udach wyglądały bardzo tak sobie – nawet te z szeroką, mocną gumką. Z drugiej strony po bokach będą poły czarnego szlafroka, a w trakcie podstawowych zajęć to wszystko nie ma żadnego znaczenia. Pogrzebała w szufladzie i wyciągnęła za tasiemkę czarny koronkowy pasek, który doczekał się swego czasu: chociaż pończochy trzymały się na silikonie, zawsze jej się wydawało, że bez paska pończochy wyglądają tanio. Woda w wannie okazała się zbyt gorąca i poczuła, że jeśli posiedzi w niej zbyt długo, rozboli ją głowa. Mycie włosów zostawiła na potem i zaczęła golić pod wodą swoje łono i uda (tutaj myśl o dotknięciu jego gołą ręką tego nagiego łona wywołała w niej falę przedwczesnego podniecenia, którego postanowiła nie tłumić, ale pozwoliła sobie powoli odpłynąć od ostrego, napiętego oczekiwania). Głowę musiała umyć i wysuszyć, bo od pary rozpadło się uczesanie – przy czym suszyła naturalnie na szybko z dużą ilością lakieru i teraz nie mogła pozbyć się obrzydliwego wrażenia, że gdyby wziął ją za włosy, to loki pozostałyby wyprostowane nad czubkiem głowy – ale w ciemności nie będzie to znowu miało znaczenia. Skóra po kąpieli wydawała się napięta, zaczęła smarować stopy kremem o silnym zapachu skórki pomarańczowej, po czym nagle zawstydziła się tego szczerego, zachęcającego zapachu, szybko wytarła posmarowaną nogę ręcznikiem i wybrała inny krem, waniliowy (który natychmiast wydał jej się zbyt dziewczęcy, rozzłościła się na samą siebie i dokończyła smarowanie, a plecy jak zwykle okazały się mokre, krem rozsmarował się ohydnie). Pozostało około czterdziestu minut – i jeszcze paznokcie. Paznokcie trzeba było zrobić po wszystkim, po makijażu, a bardzo chciała się obejść bez podkładu, dlatego że od młodości prześladowało ją głupie przekonanie, że zostawi na poduszce (gdy na przykład położy się twarzą w dół, i tu znów oczekiwanie oblało ją żarem) ślad podkładu – zawstydzający, choć od cieni (tusz do rzęs stał się od tamtego czasu oczywiście wodoodporny, dzięki Bogu) z jakiegoś powodu nie wstyd. A jeszcze jej, jak zawsze, bardzo nie chciało się zakładać gorsetu aż do ostatniej sekundy, bo liliowy (czarny wydawał jej się dziś czymś w rodzaju kremu do peelingu, nie, to niemożliwe) był, szczerze mówiąc, mały i dwadzieścia minut (jeśli bez zwłoki oczywiście) czekać w nim – Bóg z nim, z tym, że ciężko oddychać, ale plecy znów będą mokre. Przez kilka sekund stała nad rozłożonymi rzeczami: mogła teraz wciągnąć pończochy, zapiąć pasek (na silikonie – nie takie to zresztą proste), włożyć satynowy szlafrok, a potem w ostatniej sekundzie, już po tym jak zadziała domofon, zapiąć gorset. Ale: można było pomalować paznokcie i: nie, to nie to, nie, to nie jest możliwe. W gorsecie oddychała przez kilka sekund, poruszyła łopatkami, pochyliła się tak, aby na jej mokrych plecach dobrze ułożyły się zimne zapięcia. Wtedy przyszło jej do głowy, że paznokcie można szybko pomalować na stojąco – całkiem łatwo jest malować transparentnym, a siedzenie w gorsecie to wątpliwa przyjemność. Została szminka i buty. Naprawdę miała nadzieję, że dzisiaj nie jest jeden z tych dni, kiedy szminka z jakiegoś zupełnie niewytłumaczalnego powodu odmawia normalnego leżenia w kącikach, trzeba ją ścierać raz za razem, usta puchną, kontur staje się nie do odróżnienia, wszystko to zmienia się w coś w rodzaju natrętnego koszmaru (pozostało około trzech minut). Szminka leżała dobrze, tylko zawsze szorstką krawędź górnej wargi musiała poprawić ołówkiem. Buty, które zamierzała włożyć, zsuwały się z tych pończoch (zapomniała), a jedyne, które się nie zsuwały, w połączeniu ze szlafrokiem wydawały się zbyt grube. Zdjęła okulary i jeszcze raz spojrzała w lustro. Buty wyglądały dobrze. Szlafrok i gorset wyglądały dobrze. Kobieta w lustrze, pulchna i niezbyt młoda, ale całkiem zadbana, wyglądała dobrze. Domofon zapiszczał. Weszła do salonu, stanęła tam, patrząc na szklanki, butelkę, owoce, a potem ostrożnie przysiadła na piętach, podniosła poły szlafroka i położyła się na dywanie, prawie opierając głowę o nogę łóżka. Domofon skonsternowany zapiszczał znów. Zamknęła oczy, rozłożyła ręce na boki i szczerze powiedziała sobie, że wszystko, co ważne, już się właściwie wydarzyło.

Pompuj

W Boga uwierzył, kiedy zrozumiał, że po każdej nowej fali ochrypłego wrzasku, kończącego się histerycznym, bryzgającym śliną „padnij-pompuj!”, bezsilnie wciskając się twarzą w obrzydliwą maź październikowego placu apelowego, z zupełnie niewyjaśnionych przyczyn czuje oszałamiająco czysty zapach bzu.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Linor Goralik, Pokrótce: sto siedemnaście całkiem krótkich opowiadań, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 98

Przypisy

    Powiązane artykuły