06.05.2021

Nowy Napis Co Tydzień #099 / Netz jak świat

                                                                […]
                                                                i pozwolą mu wrócić
                                                                przez zarosłą ścieżkę
                                                                nad brzeg białego morza
                                                                do groty początku


                                                                               Z. Herbert, Przeczucia eschatologiczne Pana Cogito

1.

Początek drogi: krótki poetycki oddech. Zatrzymujemy się na chwilę, zanim tempo rozwijających się fraz weźmie nas na dobre. Przekroczyliśmy próg tego świata. Jeszcze nie wiemy, że rządzi nim żywioł narracji obejmującej swą barwną opowieścią życie, którego nie sposób pomieścić w wierszach, ale próbować, tak, próbować – mówi nam między wierszami poeta – próbować trzeba wciąż. Gdzieś w pamięci kołaczą się słowa Miłosza: „I patrzę, patrzę. Do tego byłem wezwany: / Do pochwalania rzeczy, dlatego że są”. Feliks Netz, po lekkiej korekcie doda – do przywoływania ich z głębin pamięci (by ocalić pieśnią). Zatem wróćmy do początku. Pierwszy wiersz, którym otwierają się Trzy dni nieśmiertelności Feliksa Netza, niesie ze sobą zapowiedź końca, słowa ostatniej woli – przywołane tu in extenso: 

Życzę wam kości, aby rozwłóczyły was
głodne, bezpańskie psy, bo tego, co pies zakopie,
człowiek nie odnajdzieF. Netz, „Trzy dni nieśmiertelności”, Mikołów 2009. Wszystkie cytaty według tego wydania.[1].

Wchodzimy w rytm tomu uważnie, co najwyżej przeczuwając rozsiane tu i tam elegijne półtony i dźwięki przełamujące ciszę słów, by poezja mogła nas prowadzić w głąb: nic nie obiecując, wyzbywszy się deklaratywności i taniej moralistyki. Feliks Netz z porozrzucanych fragmentów, składa mozaikę zwaną życiem – od słowa na początku, od pamięci, ze snów. Stąd wiersze układają się w panoramę minionego, w reminiscencje i zaklinanie przeszłości. Przywoływanie tego, co odeszło, aby w słowie utrwalić choć jakąś część nas samych – wtedy. Tego życia, niemej wspólnoty, którą byliśmy. Autor Wiru kieruje swe spojrzenie w stronę przeszłości, czule, jak się patrzy w rodzinny album. Wspomnienia z wojska (Wojna i pokój), nakładają się na błyski z dzieciństwa (Widok z okna). Pamięci dawnych koloni (Kolonie letnie Rościszów 1950) towarzyszy „katalog” obejrzanych filmów i filmoznawczych wspominek (Krótka historia pewnego filmu, Zbigniew Cybulski gra w Katowicach). „Wypisy” z kultury, czyli przywoływane wyimki i anegdoty z biografii poetów węgierskich, istnieją na równi z komentarzem do wydarzeń z historii powszechnej (Grób Petofiego, Sen letniej nocy Balatonfüred).

Feliks Netz eksponuje palące problemy i absurdy współczesności – kulę świata zmierzającą coraz szybciej ze stromego zbocza w przepaść (11 09 2001, Za mało głów). To wszystko składa się na niepowtarzalną historię człowieka, poety, starającego się pokazać „To”, dotknąć tajemnicy, scalić siebie ze sobą sprzed… lat. Historia jest tym teraz, co płachta wiersza z rzadka jest w stanie nakryć – tym razem czyni to poeta zgrabnie i z wyczuciem. Ale przez „trzy dni nieśmiertelności” udaje się również pomieścić zwyczajność, gdyż i „bylejakość życia ma swoje racje” (11 09 2001). Feliks Netz nie stroni od spraw ważkich i trudnych. Stąd pytanie, skąd bierze się zło popychające ludzi do zwyrodniałych, zbrodniczych zachowań, przypomnienie o dezawuacji religijnych podstaw, które kiedyś gwarantowały oparcie. Namysł nad miejscem religii kończy się niezgodą na spustoszony krajobraz współczesnej duchowości – wymiar etyczny omawianych wierszy jest niepowątpiewalny. Przytoczmy fragment z wiersza Eksterminacja motyli 

człowiek nie ustaje w próbach
zdjęcia Pana Boga z planety
tylko nie wie
czy najpierw ma zdjąć Pana Boga
czy raczej człowieka 

2.

Wyjątkowy moment w tomie stanowią dla mnie trzy ekfrazy z Edwarda Hoopera (przypominają się ostatnie tomy Bielskiej, Lisowskiego i Stranda, gdzie również podejmuje się „grę” z amerykańskim malarzem), które uczepiły się mnie i domagają się jeszcze bardziej skupionej lektury, jak gdyby przestrzeń wyznaczana ramą obrazu, zinterpretowana treścią wiersza, żądała ode mnie ponownej aktualizacji w formie, w której została zamknięta, może lepiej „zawieszona”. Zatem widzimy, czytamy wariacje na motywach Poranka w mieście, Nocnych włóczęgówPięknie o poetach mierzących się z „Nocynmi markami” Hoopera pisał Marek Bieńczyk: „Tyle drżących głosów próbujących utrzymać obraz Hoopera na wiotkich barkach wierszy, przetoczyć po nich jego kruchą kulkę. Topiły się w półcieniach tej nocy, wybrzmiewały szybko, zostawiając pojedyncze słowa jak ślady spojrzeń” (M. Bieńczyk, „Przezroczystość”, Kraków 2007, s. 15).[2], Western Motel. Trzy niepokojące wiersze-obrazy. Trzy obrazy, w których postaci patrzą w dal lub tylko sobie znaną stronę. Różne historie codziennej udręki, inne „widoki na przyszłość”, nic, co przyciąga wzrok dłużej niż na chwilę. Bar, hotelowy pokój, prowincjonalne miasteczko, uliczny gwar – wszystkie elementy układają się w chłodny powiew inercji, sfatygowane zimno każdej strony, gdzie pada wzrok by się ogrzać. Bohaterowie tego malarstwa sami ze swoimi myślami, otoczeni innymi ludźmi, na krawędzi nocy, na granicy dnia – rozpadające się widma obecności. Całość współtworzy aurę tajemnicy: drobne gesty, zwyczajne przedmioty, chwile zawieszenia wzroku, momenty niedopowiedzenia, bezruchu, czekania zszywają rozprute miejsca nicią życia. To życie, na które nie zwraca się uwagi, co toczy się i zatacza kręgi samotności, by zniknąć gdzieś za rogiem, za ostatnim snopem światła masywnej latarni, która jest podporą dla wędrującego dalej w noc. Kobieta patrzy, choć wie – 

nie ma za oknem nic oprócz śmierci i jeśli wybrała
ten hotel ten pokój aby tutaj odebrać sobie życie
nie mogła dokonać lepszego wyboru… 

3.

A jednak obłaskawiać śmierć, piórem wspomagać pracę i czas żywych. Poeta jest świadkiem. Głos swój dzieli z tymi, którzy odeszli w ciszę. Poeta pamięta i upomina się o pamięć – przekłada z przeszłości na teraźniejszość (Chłopcy z placu broni, Tren na śmierć pana od polskiego). Bo przeszłość jest „o dobry rzut kamieniem z procy” (z wiersza Elegia na śmierć rudzika) i powraca jak bumerang w te same ręce, choć może bardziej niepewne, chwiejne jak stawiane z czasem kroki i temu trzeba dać świadectwo – dać wiarę. Treść życia to radość i ból, większe i mniejsze dramaty, śmierć nasza i bliskich. Oswajanie się ze śmiercią matki w sobie – moment bolesny nade wszystko, acz nieodwołalny. Piękny i przejmujący wiersz Moja matka umiera (jaka pokusa, aby przywołać na zasadzie paraleli przejmujące Glosolalie Kazimierza Brakonieckiego) kończy się strofą:

i jeszcze długo w domu czuło się obecność duszy. Czasami lśniła
jak srebro moczarów, czasem pachniała jak topiony wosku Dotykalna
jak blask wody, oddech nocy

Są i inne kresy, końce. Również, a może przede wszystkim zostało oswajanie się ze swoją śmiercią (na razie tylko przelotne i krótkie, tak jak u zakochanych rodzące się zrywy uczucia, gdy pierwszy raz spotykają się ich usta), bo niebawem staniemy z nią twarzą w twarz; aż nakryją nam oczy. Życie to chwile, do których wracamy, to wyimki z potężnego strumienia czasu, które okrzepły, zastygły i jak kamienie wybieramy je z rzeki stawania się życia/śmierci, kiedy reszta przepływa przez palce, ulatuje, bez większych zgrzytów w trybach historii. Od pewnego miejsca zaczyna się dla nas pora… – umierać. Czytamy w wierszu Nie tak dawno:

Moja śmierć jeszcze śpi,
jakby sama trochę umarła.
Jeszcze sobie tego nie mówimy,
ale od roku, dwóch patrzymy na siebie,
udając, że patrzymy gdzie indziej 

4.

Jak ten „Rudzik, nim rozbił się o mur, ślizgał się / po mokrym powietrzu, nad wrzosami, które o poranku / wygrywają fiolet na najciemniejszej strunie…” (z wiersza Elegia na śmierć rudzika). Jak ten ptak. Te wiersze „sprzeniewierzają się” śmierci, „wychodzą jej bokiem”. I życie toczy się dalej, historie z pierwszych stron gazet odchodzą do lamusa, zadrukowanego czernią papieru przybywa na kupie śmieci, gruba warstwa kurzu z czasem zalegnie na wszystkim. Codzienność „krzyczy” cała jaskrawa, machina przemocy pracuje bez przerwy, stare wojny się kończą, by mogły zacząć się nowe; wektor zwrócony zawsze na wprost. Poeta ustanawia siebie przestrzenią, w której rezonuje „bycie” świata. Ustawia się poetyckim uchem do struny rzeczywistości. I ironicznie wyznaje: „Było jak jest No może trochę zmienił się złoty” (z wiersza Ulica tunelowa). Poezja Feliksa Netza jest mocno „zaangażowana” w świat – powszechne fakty i historie pojawiają się na scenie pamięci jak nowe rekwizyty w teatrze, w nieco innym układzie, z innej strony oświetlone. Przedstawienie nigdy się nie skończyło, zmieniają się tylko widzowie. Te same pytania, troski do przeżycia, do przepracowania w literaturze. Próba zamknięcia życia w słowach i wiara weń. Poeta ufa słowu, które kierowane wewnętrznym nakazem rejestrowania/pamiętania, prowadzi poetycką frazę na jednym oddechu, od brzegu do brzegu kartki, tam sens cumuje i litera. Życie trwa, dopóty piszą się wiersze – one dają wytchnienie. Gra idzie o najwyższą stawkę, ponieważ gdy odchodzi poezja, „teraz” zapada się w grząska ziemię zapomnienia. Ale i to wcale nie jest takie proste. Bo bycie w języku niepokoi i przeraża. Bycie w języku również ma swoje „ciemne” strony. Gdyby tak gest wystarczył za wszystko. Podzielić się wierszem jak chlebem, podać go sobie jak dłoń. Przekroczyć język, nie zależeć od słów, ich kaprysów. Ale słowa, słowa, słowa. Dlatego bywają momenty, kiedy (wyznanie pada w wierszu Język i mowa): 

śnię słodki sen, że wszelki język został mi odebrany, 
i za całą mowę wystarczy mi długie węgierskie „ú”  

5.

Zawsze powroty. Powroty w przeszłość, nawroty (z) przeszłości i ta świadomość – mówiąc tytułem jednego z pomieszczonych w tomie wierszy – że, „każdy powrót przeraża”.

Komponowanie poetyckiego akordu, który wygra całość bez reszty (do końca). Układanie życia z zatartych wspomnień, zagubionych resztek siebie, tego, co nie wróci. Nieraz jest to wszystko, co mamy. I człowiek w tym wszystkim, po kres. I gest, którego ciężar waży więcej niż słowa – 

Poezja to jest gest,
z jakim Norwid wyjmuje z kieszonki zegarek
zastawiony w lombardzie;
[…]
Poezja to jest to, co pies
Nosi w sercu. 

I jest to coś pięknego… To coś mówi, że warto ponieść ten trud.

 

Pierwodruk: B. Suwiński, Netz jak świat. Trzy dni nieśmiertelności Feliksa Netza (notatki), „Topos” 2010, nr 5, s. 164–168.

 

 

Więcej utworów Bartosza Suwińskiego znajduje się w naszej czytelni. Zachęcamy do zapoznania się z twórczością pisarki.

Artykuły opublikowane zostały dzięki programowi Tarcza dla literatów.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Bartosz Suwiński, Netz jak świat, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 99

Przypisy

    Powiązane artykuły