25.07.2019

Afazja, Polska i inni poeci. O wierszach Przemysława Dakowicza

AfazjaTak, w tytule tym pobrzmiewa sekwencja znana z artykułu Kazimierza Wyki poświęconego poezji Stanisława Grochowiaka (Barok, groteska i inni poeci), opublikowanego w słynnej Rzeczy wyobraźni. Nie wiem, dlaczego tak się stało. Barokowość Grochowiaka, kojarzona z nominalizmem poetyckim, to ryzykowny kontekst dla wierszy Przemysława Dakowicza. (Ryzykowny nie tyle ze względu na sam barok, ile na barokowy nominalizm). Gdyby jednak związki między obu poetami musiały być wskazane, stosowniejszy byłby sam turpizm i to zarówno z jego aspektem etycznym, polegającym na mówieniu prawdy o tych, którzy są „brzydcy” niczym Sancho Pansa, jak i estetycznym, dającym sprowadzić się do stwierdzenia, że turpizm to tragiczny mizerabilizm, wymagający od twórcy identyfikacji z „brzydkimi” i pisania o nich w możliwie piękny sposób.[1], bo poeta, który ma świadomość płynnego charakteru ponowoczesnej kultury i jednocześnie, jest zainteresowany nadaniem tej płynności konkretnego kształtu, skazany jest na niemoc mówienia, a w każdym razie na wielką w mówieniu trudność. Polska, bo to ona ze swoją utraconą w XX-wiecznej przeszłości tożsamością decyduje o tym, jaki kształt płynnej ponowoczesności przeciwstawiany jest w wierszach Przemysława Dakowicza. A inni poeci? Dakowicz nie jest naturą bluszczową, nie pisze, wspinając się ku czytelniczej uwadze po rusztowaniu zbudowanym przez cudze, uznane wiersze. Ten szkic nie jest też aż tak tradycyjny, by określały go diagnozy definiujące historycznoliteracki (zarówno synchroniczny, jak i diachroniczny) kontekst twórczości poetyckiej autora Łączki. Dakowicz jest poetą wykształconym. Rezultatem tej zalety pozostaje konieczność wydobywania jego wierszy z uszanowań i polemik adresowanych do wielkich twórców literatury rodzimej i obcej, organizatorów naszej zbiorowej wyobraźni, nie tylko, a może nawet nie tyle polskiej, ile śródziemnomorskiej, a mówiąc dokładniej: judeochrześcijańskiej.

Afazja
W 2015 roku ukazała się Afazja polska, książka Przemysława Dakowicza, której tytuł autor tłumaczy między innymi w takim cytacie:

Polska postkomunistyczna przypomina człowieka z afazją, czyli kogoś, kto w wyniku ciężkiej choroby lub traumatycznych doświadczeń utracił zdolność mówienia, kogoś, kto zamknął się w sobie i nie potrafi uwolnić się od tragicznych wspomnieńP. Dakowicz, Afazja polska, Warszawa 2015, s. 10. Zob. tegoż, Afazja polska 2, Warszawa 2016. Pod koniec roku 2016 Przemysław Dakowicz w prywatnej rozmowie ocenił, że temat afazji polskiej został przez niego wyeksploatowany i trzeciego tomu nie będzie.[2].

Wobec tego rodzaju afazji łatwo wyobrazić sobie poetę, który mówić musi. Łatwo, bo takiego poetę znam. Nazywa się Przemysław DakowiczZob. R. Wojaczek, Piosenka z najwyższej wieży [w:] tegoż, Listy do nieznanego poety, wybrał i wstępem opatrzył S. Stabro, Kraków 1985, s. 71.[3]. Problem nie polega na tym, że Afazja… to książka prozatorska. Problemem jest to, jak radzić sobie z nią w poezji.
Najbardziej znanym tomikiem Dakowicza jest ŁączkaZob. P. Dakowicz, Łączka, Kraków 2013.[4]. Ostatni rozdział Afazji polskiej nosi tytuł Jeden dzień na Łączce i dotyczy tego samego, co wydane dwa lata wcześniej wiersze. Poniższy cytat pochodzi z książki Obcowanie. Manifesty i eseje.

„Kwatera „Ł” ma strukturę warstwową. Najgłębiej leżały (lub wciąż leżą) ofiary stalinowskiego terroru, ci, których zastrzelono metodą katyńską (kula w potylicę) lub zakatowano podczas śledztwa. […] W latach pięćdziesiątych na Łączkę nawieziono grubą (od 1 do 1,5 metra) warstwę ziemi i gruzu. w ten sposób – wydawało się, nieodwracalnie – przysypano tamtą niewygodną przeszłość. […] To była druga warstwa – ziemia i gruz. Warstwa maskująca. Narosła na niej warstwa trzecia – tyleż materialna, co symboliczna (jak wszystko, co związane z kwaterą „Ł”): cmentarne wysypisko. Nad grobami największych bohaterów, którzy stali się bezimiennymi ofiarami, ulokowano śmietnik. […] Ale władze komunistyczne podejmowały dalsze działania. w siódmej dekadzie ubiegłego wieku zdecydowano o poszerzeniu obszaru cmentarnego i część Łączki przystosowano do oficjalnych pochówków. Na powierzchni kwatery „Ł” zaczęły wyrastać groby – przede wszystkim osób zasłużonych dla „władzy ludowej”P. Dakowicz, Łączka. Wstęp do semantyki miejsca [w:] tegoż, Obcowanie. Manifesty i eseje, Warszawa 2014, s. 189 – 190. Uwaga edytorska: opisany w tym przypisie cytat wykorzystałem w tekście: Przemysław Dakowicz. O bezradności wieszcza? [w:] Z ducha Franciszka Karpińskiego, Studia i rozmowy, red. naukowa D. Kulesza, i J. Ławski, Białystok 2015. Inne odwołania do tego artykułu także zostaną odnotowane.[5].

Łączka: 2013, Afazja polska: 2015 rok. Obcowanie zostało opublikowane w 2014 roku: manifest między poezją a historią. Najpierw poetycka praktyka, czyli nazywanie będące odzyskiwaniem i zachowywaniem (Łączka). Potem komentarz, czyli uzasadnienie wskazujące na racje określające reguły funkcjonowania wspólnoty, także narodowej (Obcowanie). i wreszcie historia, czyli faktograficzna opowieść o tym, jak tracąc tożsamość, przestaje się mówić własnym głosem (Afazja polska).

Historia zaczyna się od słów. Słowa stoją u początków bohaterstwa i zbrodni. Owocują szlachetnością lub łajdactwem. Historia zaczyna się od słów i na słowach się kończy. Jeśli służą one kłamstwu, zieje między nimi przepaść, otwiera się dół pełen ludzkich zwłok spoczywających w milczeniu, leżących bez słowa, warstwa na warstwieP. Dakowicz, Afazja polska…, s. 25.[6].

Najważniejsze, czyli najskuteczniejsze, są słowa poezji. w każdym razie tak myśli poeta. Zwłaszcza ten, który tkwi w romantycznym dziedzictwieNie chcę tego demonizować, ale Dakowicz pracuje jako adiunkt w Katedrze Literatury i Tradycji Romantyzmu Uniwersytetu Łódzkiego.[7], w związanej z nim nierozerwalnie wieszczej roli. Najważniejsze są słowa poezji, które wypowiada się po to, by odbudowywały wspólnotę, by ją tworzyły, by pozwoliły jej przetrwać. Jeśli są skuteczne, tak się stanie: wspólnota zostanie odbudowana, będzie nieustannie tworzona, przetrwa.

Poezja Dakowicza właśnie takich słów potrzebuje, takich szuka, ale czy znajduje? Problem, o którym piszę, stał się istotny począwszy od tomiku Teoria wiersza polskiego z 2013 roku. w tym samym roku, ale nieco później, została opublikowana Łączka, dla której sprawa skuteczności słów o odbudowywaniu, tworzeniu i przetrwaniu wspólnoty jest konstytutywna. „– ale wcześniej / co było wcześniej”J. Baran, Dialog współczesny o eklezjaście [w:] Spalony raj. Antologia młodej poezji religijnej, wybór, przedmowa i opracowanie ks. J. Sochoń, Warszawa 1986, s. 27.[8]? Wcześniej Dakowicz rósł jak wielu innych poetów. Dedykowany żonie debiut (Süßmayr, śmierć i miłość z 2001 roku), w którym szczególnie ważne miejsce zajmuje poemat poświęcony pamięci brata, był jak wyznanie wiary w Słowo, które spełnia się w sztuce traktowanej na Eliotowski sposób. Dakowicz wie, że jego Requiem nie jest pierwsze, niezależnie od tego, jak pierwsza i wielka jest strata, którą opłakuje. i nie chodzi wyłącznie o oczywistą świadomość istnienia tradycji, w której się uczestniczy, używając adekwatnie nie tyle imienia Mozarta, ile tego, który Requiem d-moll dokończył, czyli Franza Xawera Süßmayra. Nie chodzi wyłącznie o inną oczywistość, równie niezręczną w artykulacji, ale konieczną w zastosowaniu, oczywistość wskazującą związek między sztuką a losem, a dokładniej, skromniej: egzystencją, związek nie tyle nawet terapeutyczny, ile nierozerwalny, uzasadniający istnienie sztuki, nadający egzystencji sens, a w każdym razie mający udział w tym procesie. Zresztą debiutancka książka to nie tylko śmierć, ale także miłość, która, w naturalny sposób związana z żoną Agnieszką i utraconym bratem Sławkiem, dotyczy także sztuki.

A Eliot? Bo przecież słowo „tradycja” nie wystarcza, a jeśli nawet, to i tak warto dodać, że autor Ziemi jałowej nauczał w swoich esejach i tego, że tradycja, której częścią staje się efekt pracy autora, oczekuje nie tylko uznania swojej trwałości, oczywistej przecież, lecz także ingerencji, modyfikacji, interakcji przynoszącej zmiany. Dakowicz pisząc poemat Süßmayr i śmierć, kłania się tradycji. Szuka w niej nie tylko swojego miejsca, lecz także ratunku, który daje sztuka. Nie ma w tym nic oryginalnego, ale nie o oryginalność chodzi. Istotniejsza jest inicjacja w sztukę i  w jej związek z rzeczywistością. Nierozerwalny, konstytutywny. Taki był naturalny, by nie powiedzieć typowy, początek, w którym (nie bez przyczyny) ważniejsze niż to, jak Dakowicz pisał, okazało się to, dlaczego się na pisanie zdecydował i czego przy tej okazji się nauczył, albo: o czym swoim pisaniem zaświadczył, jakie przeświadczenie o naturze pisania potwierdził.

Kolejne książki poetyckie to następne etapy nauki, które równie dobrze mogą być nazwane kolejnymi deklaracjami, pozwalającymi na identyfikację wyborów Przemysława Dakowicza decydujących o kształcie jego poezji. Najczytelniejszy przykład stanowi tomik Albo-Albo z 2006 roku. i nie chodzi wyłącznie o jego Kierkegaardowski tytuł. Rzecz dotyczy zapisanego w wierszach filozoficznego fundamentu. Fundamentu egzystencjalnego na chrześcijański, tragiczny sposób. Ale o tym już wspominałemZob. D. Kulesza, Przemysław Dakowicz. O bezradności wieszcza?…, dz. cyt., s. 281.[9].

Jeśli konsekwentnie będzie się traktowało Łączkę jako tomik, do którego zmierza nie tylko poezja, ale cała twórczość Dakowicza, wówczas to, jak pisał on wcześniej, staje się ważne głównie ze względu na związek z kształtem językowym Łączki. Inaczej: pytanie o poezję Dakowicza, o jej język, może ograniczać się do lektury tomiku, który dotyczy kwatery „Ł” na warszawskich wojskowych Powązkach. Ostatecznie problem polega na tym, że język ŁączkiZob. tamże, s. 285 – 286. Nazywając Łączkę trenem sylwicznym (tak Jacek Łukasiewicz zdefiniował tom Tadeusza Różewicza Matka odchodzi), zwracałem uwagę na determinujący język Łączki kontekst, wyznaczony przez opis poezji stanu wojennego autorstwa Stanisława Barańczaka, lirykę sopockiego „Toposu”, wiersze Wojciecha Wencla, Herberta, Rymkiewicza czy Eliota. Wobec tego, co w książce Dakowicza groteskowe, szukałem miary heroikomicznej, zmierzając do określenia jej jako wielogatunkowego poematu narodowego.[10] to nie tyle rezultat tego, co Dakowicz pisał wcześniej, ile efekt decyzji motywowanej względami innej natury. Pozapoetyckiej? Tak, jeśli przyjmiemy, że sprawą pozapoetycką jest wiara w Słowo i nierozerwalny związek między sztuką i rzeczywistością. Tak, jeśli czytelna deklaracja o filozoficznych wyborach będzie traktowana jako pozapoetycki wybór. w czym rzecz? Poezja Dakowicza wygląda tak, jakby nie jej przede wszystkim on służył. Pozornie tak właśnie powinno być, bo nie ma powodu, by usprawiedliwiać jakiekolwiek poetyckie bałwochwalstwo, ale jeśli spojrzy się na tę sprawę z punktu widzenia afazji poetyckiej, obraz może ulec zmianie.

Nie tyle stawiam, ile przywołuję następującą tezę: poezja, by mogła służyć jakiejkolwiek sprawie, najpierw musi być, musi się stać, musi dysponować własną tożsamością, czyli rozpoznawalnym językiem. Poezja Przemysława Dakowicza nie jest pozbawiona właściwości. Jej moc i odrębność nie budzą wątpliwości co najmniej od tomiku Teoria wiersza polskiego. Zastanawiam się tylko nad tym, czy Dakowicz nie zrezygnował z tempa swoich wierszy, które w nomen omen Teorii… rozpędziłZob. P. Dakowicz, Wersyfikacja polska [w:] tegoż, Teoria wiersza polskiego, Sopot 2013, s. 12 – 13.[11] czy nie zwolnił biegu, przechodząc do praktycznej realizacji swojego poetyckiego posłannictwa w Łączce? Tylko proszę mi nie mówić, że rozpędzony pociąg Wersyfikacji polskiej Dakowicza musiał zatrzymać się, skoro trafił w okolice kwatery „Ł”. Nie w tym rzecz. Problem tkwi, jeśli nie w hierarchii, to w następstwie wyborów i działań. Upieram się przy tym, że najpierw musi być poezja, najpierw musi być jej język – osobny, własny, ukształtowany i rozpoznawalny. Najpierw musi być indywidualna, zakorzeniona w tradycji umiejętność pisania, która zderzona z tematem w naturalny sposób ulega odkształceniu, ale pozostaje sobą, jest. Czytając Łączkę, mam wrażenie, że książka została podporządkowana tematowi, co brzmi w sposób niebudzący wątpliwości, ale najświętszy nawet temat nie może pochłonąć poezji. To poezja musi pochłonąć najświętszy nawet temat. Wspominałem już o idolatrii, ale ten porządek, to następstwo, ta hierarchia nie mają z tym nic wspólnego. Nauczył mnie tego Jerzy Zawieyski, pisząc o literaturze katolickiej, że dopiero wówczas można postawić przy niej ten święty przymiotnik, gdy jej literacka, estetyczna, autoteliczna wartość nie budzi wątpliwościZob. J. Zawieyski, Zagadnienie literatury katolickiej [w:] tegoż, Droga katechumena, wyb. J. Smosarski, S. Trębaczkiewicz, Kraków 1971. Pierwodruk: 1947.[12]. Wiersze Dakowicza z Łączki są wiarygodną poezją i o tyle Zawieyski nie jest tu na miejscu, o ile sprawdza się, gdy pada pytanie o poetycką afazję autora Obcowania, o jego zmaganie się z wyjęzyczeniem nie tyle w mowie byle jakiej (Białoszewski), ile w mowie poetyckiej wiernej literackiej tradycji. Bo trudności poetyckiej artykulacji biorą się u Dakowicza nie tylko z trudności, wielkości i świętości tematów, które podejmuje, nie tylko z ponowoczesnej bezkształtności poezji, nie tylko z nieobcej mu ponad miarę wymagającej wieszczej roli, lecz także, a nawet przede wszystkim – bo akurat to zależy wyłącznie od niego – z poczucia misji, któremu podporządkowuje swoje pisanie – bo poezja na takie rozwiązanie pozwalać sobie nie może. Poezja, żeby służyć, musi najpierw być pierwsza. Tylko czy wobec Łączki było to możliwe?

Polska

Niekiedy poezja dojrzewa, eksploatując to, co prywatne i osobiste. Z czasem, osiągnąwszy dojrzałość, sięga po tematy bardziej wspólne, a nawet publiczne. Inna wersja tej banalnej diagnozy: poezja w naturalny sposób uzyskuje swą językową tożsamość, wypowiadając suwerenny świat „ja”. Kiedy już się stanie i poezja, i artykułujące się przez nią „ja”, to immanentne, personalno-językowe centrum zwraca się na zewnątrz, wypowiadając świat, wypowiadając się o świecie, także, a może przede wszystkim, o Polsce. Jakkolwiek bym o tym nie napisał, kolejność jest jedna: najpierw staje się poezja, potem pojawiają się zajmujące ją tematy. Najpierw trzeba się przecież stać, by móc się wypowiedzieć, to oczywiste. Inny wariant jest taki: to temat powołuje poezję do istnienia. Wówczas na początku jest nie poezja, a sprawa. w tym wypadku łatwo wskazać zagrożenie, które dotyczy także tej sprawy. Bo jak sprawie może służyć wiersz, który nie jest gotowy? Nieskutecznie. i co to za poezja, która mówi, zanim dojrzała? Zabawna. w najlepszym wypadku. Wariant pierwszy (najpierw dojrzałość, potem diagnoza tego, co na zewnątrz) też nie jest wolny od ryzyka. Bo jaką wartość może mieć opis rzeczywistości, jeśli poezja traktuje go instrumentalnie, zainteresowana przede wszystkim tym, by objawić swoją dojrzałą moc.

Przypadek Przemysława Dakowicza jest bardziej skomplikowany. Pełnym, własnym głosem wypowiedział się w tomie Teoria wiersza polskiego, ale w tym samym roku opublikował Łączkę, która określiła go wobec publiczności (niekoniecznie wobec krytyków i historyków literatury), zdefiniowała go (kategorycznie i jednoznacznie) jako poetę, nadała mu wyrazistą tożsamość, której do tej pory nie posiadał. Czy to źle? Nie wiem. Chciałbym jednak zgłosić dwie wątpliwości.

Wątpliwość pierwsza – Łączka nie jest tak dobrym tomem poezji jak Teoria wiersza polskiego. Pisząc o Dakowiczu, posługiwałem się już postaciami Konrada i Księdza Piotra z Dziadów cz. IIIZob. D. Kulesza, Przemysław Dakowicz. O bezradności wieszcza?…, dz. cyt., s. 288.[13]. Chciałbym wrócić do tej sytuacji, by rozegrać ją nieco inaczej. Teoria… jest jak wypowiedź Konrada. Najlepiej opisał tę dojrzałą moc poezji Jarosław Ławski. Wystarczy zajrzeć na autorską stronę Przemysława Dakowicza, sięgnąć po zakładkę Głosy krytyków i znaleźć teksty poświęcone Teorii wiersza polskiego. Wystarczy przeczytać Teorię… Natomiast Łączka jest jak kazanie Księdza Piotra. Wszyscy wiemy, że to on ma rację, ale w dyscyplinie „poezja” święty kapłan przegrywa ze zbuntowanym obrazoburcą.

Kiedyś zastanawiałem się, czy Dakowicz nie jest Konradem, który wie, że wobec Boga przegrał z Księdzem Piotrem, a mimo to nie potrafi przestać być sobą, być wieszczem. Dzisiaj sądzę, że Łączkę napisał jednak Ksiądz Piotr, bo stanowi Biblię pauperum, choć świętą z racji przedmiotu opowieści i bezcenną z powodu przywracania nam tożsamości. Ile w tej książce wysiłków, by stać się komunikatywnym poetą. Ile przypisów, wyjaśnień i historycznych opowieści, niezbędnych z punktu widzenia funkcjonalności tomu. Jak bardzo Dakowicz stara się w Łączce, by pisać dobre wiersze. Ile tu Herberta i Rymkiewicza, ile wysiłków, by zbudowane zostały koherentne obrazy, wielkie spajające całe utwory metafory i antynomie. Ile tu BibliiZob. tamże.[14].

Łączka mnie przekonała, kiedy czytałem ją i pisałem o niej po raz pierwszy. Przekonała mnie, bo nie potrafiłem zapomnieć o kwaterze „Ł”, o swojej utraconej tożsamości Polaka, o swojej winie, o swojej niepamięci. Tak, Łączka nie pozwoliła mi zapomnieć o Polsce – zniszczonej, zakopanej w bezimiennych mogiłach i dlatego niemej. Lektura Łączki zmusiła mnie do stawiania pytań podstawowych o to, kim jestem i gdzie. Istotność odpowiedzi polegała głównie na tym, że nie mogłem ich udzielić bez samooskarżenia. Tak czytałem Łączkę i tak o niej pisałem kiedyś. Dzisiaj nie zamierzam uciekać ani od win, ani od pytań, które Dakowicz mi zadał. Dzisiaj lekturę Łączki uzupełniam o jedną kwestię: dlaczego nie jest to tak dobra poezja, jak wydana w tym samym roku Teoria wiersza polskiego? Odpowiedź wydaje się prosta. Funkcjonalizacja poezji nie może być wolna od kosztów. Balans między tym, co poetyckie, i tym, co funkcjonalne, ma wiele wspólnego z chwiejną równowagą naczyń połączonych. Taka poetycka sprawiedliwość. Pocieszające może być to, że funkcjonalność Łączki (sądzę nie tylko po sobie) okazała się bardzo skuteczna. Moim zdaniem warto było ponieść związane z tym koszty poetyckiej natury. Gdybym był publicystą, napisałbym, że Polska jest i była tego warta.

Wątpliwość druga. Trudno byłoby mi bronić tezy, że Dakowicz dojrzał jako poeta Konrad, by w Łączce stać się Księdzem Piotrem ocalającym Utraconych i zapomnianą Polskę. Nie podpiszę się też pod opinią, że poezja Dakowicza stała się dojrzała dzięki Łączce. Wydaje mi się, że jest inaczej. Problem tkwi w braku odpowiedzi na pytanie, jaka jest poezja Dakowicza? A brak rysopisu jej dojrzałości wcale nie musi wynikać z indolencji komentujących ją krytyków. Mówiąc inaczej: niezależnie od znaczenia Teorii wiersza polskiego (i Łączki) sprawa dojrzałego kształtu poezji Przemysława Dakowicza pozostaje kwestią otwartą.

Zastrzeżenie. Nie każdy poeta jest jak Gałczyński, który pozostawał niezmienny i rozpoznawalny, niezależnie od tego, czy tworzył wiersze, poematy czy Teatrzyk Zieloną Gęś. Nie każdy, jak Jarosław Marek Rymkiewicz, dochodzi przez lata do takiej postaci swojej poezji, której potem pozostaje konsekwentnie wierny. Ale darujmy sobie wymówki i zapytajmy: co, niezależnie od tematyki, wyróżnia poezję Przemysława Dakowicza? Częstość użycia łacińskich słów i sformułowań? Figura Nocnego Stróża?Ta persona przywołuje w mojej lekturze dwa antytetyczne albo dopełniające się cytaty biblijne. Pierwszy pochodzi z Księgi Rodzaju. „A gdy byli na polu, Kain rzucił się na swego brata, Abla, i zabił go. Wtedy Bóg zapytał Kaina: «Gdzie jest brat twój Abel?» On odpowiedział: «Nie wiem». Czyż jestem stróżem brata mego?” (Rdz 4, 8 – 10). Drugi z Księgi Jeremiasza. „Tak mówi Pan: / […] / i ustanowiłem dla was stróżów: / Uważajcie na głos trąby! / Ale oni powiedzieli: Nie będziemy uważać. / Dlatego słuchajcie narody, / i pojmijcie dobrze, / co zamierzam uczynić. / Słuchaj, ziemio! / Oto zamierzam sprowadzić na ten naród nieszczęście; / będzie to owoc ich przewrotnych zamysłów” (Jr 6, 16 – 19).[15] Skłonność do portretowania historycznych postaci? Rozbudowana forma wiersza skłaniająca się ku poematowi? Poczucie humoru? A może groteska? Sylwiczność? Towarzysząca nie tylko poematom skłonność do fabularyzowania, czyli talent narracyjny? Patos?

Pochwalony niech będzie patos,
Starszy brat ironii, bo chroni
Przed zejściem w błoto i brud świata.

Pochwalony niech będzie patos
Za światło i śpiew, który rodzi się
W wielu gardłach, zagarnia i podnosi
To, co niskie, z pyłu i prochu
Lepi kształty doskonalsze.

Pochwalony niech będzie patos,
Maska i tarcza, herold bólu,
Straż nocna czekająca śwituP. Dakowicz, IV. Głos z tyłu głowy [w:] tegoż, Ćwiczenia duchowne. Poematy, Warszawa 2016, s. 25. Wiersz, który poprzedza motto z dialogu Ion Platona („A czyż i wodzem jesteś najlepszym spośród Hellenów?”), jest częścią poematu Climacus i sobowtóry [Podkr. D.K.].[16].

Im więcej cech, tym mniej wyraźny wizerunek. Trudno przecież zebrać zaproponowane tu znaki i zbudować z nich model wierszy Dakowicza. Można inaczej – wystarczy odpowiedzieć na pytanie, jakie cechy towarzyszą najlepszym utworom autora Bożych klaunów?

Największe wrażenie robią na mnie te wiersze Przemysława Dakowicza, w których sam staje się narratorem. Zdarza się to nawet w wierszach krótkich, także pochodzących z Łączki, ale szczególnie cenne bywa w poematach. Przy czym te poematy udają się Dakowiczowi najbardziej, które mają konstrukcję cykliczną, składają się z sekwencji wierszy. Lubię, gdy inkrustuje je gorzkie, ironiczne poczucie humoru, zwłaszcza popkulturowe.

Przecież nas puszczało, na tydzień, miesiąc,
pięć lat, oddychaliśmy wtedy pełną piersią,
mówiłaś: nie przesadzaj, a ja od razu wiedziałem,
że to nie czas na roboty działkowe,
nie męczyły mnie symulakra i było jasne,
że łąkaNie chodzi mi wyłącznie o wywołanie kwestii związku między tą łąką i Łączką. Pragnę przypomnieć, że wspomniany tomik poprzedza motto zaczerpnięte z wiersza Leśmiana Topielec – programowego, otwierającego tom Łąka.[17] to przejaw rzeczywistości rustykalnej,
a najbliższe kartoflisko jest, jak mówią,
w Realu, na dziale owocowo-warzywnym,
więc nadchodził czas owocowania, zapychania
bagażników, jazdy z otwartym szyberdachem, wakacji na Kajmanach, odkurzania filmów
z dzieciństwa: Gangu Olsena, Autostrady do nieba,
Żandarma z Saint-Tropez, w tym gąszczu
gubił się smród palonej trawy, zamykały
granice między światami, głosy zza ściany
milkły, w oddali, na horyzoncie,
po prawicy, po lewicy i w środku,
wyrastały wieże z rdzoodpornego metalu
i przydymionego szkłaP. Dakowicz, VI. Minuta ciszy [w:] tegoż, Ćwiczenia duchowne, dz. cyt., s. 47. Wiersz stanowi część poematu Ćwiczony.[18].

Czytam uważniej, kiedy podmiotem opowieści jest to liryczne „ja”, które z lubością skłonni jesteśmy kojarzyć z autorem. Przekonują mnie wiersze, w których opowiadany stan świata odbija się w codzienności nie tylko owego lirycznego „ja” i jego rodziny, lecz także w głosie „mojego sąsiada”. Tak, lubię poematy, jakie znalazły się w ostatniej ze znanych mi książek poetyckich Przemysława Dakowicza – w Ćwiczeniach duchownych z 2016 roku. Uważam, że bezpośrednim przygotowaniem do Ćwiczeń… był tomik Boże klauny z 2014 rokuBoże klauny i Ćwiczenia duchowne. Gdyby przyłożyć do tych książek stosowaną już miarę Konrada i Księdza Piotra, tom pierwszy byłby spod znaku romantycznego obrazoburcy, którego z równowagi wytrąciło zderzenie z niemożliwą do zaakceptowania rzeczywistością, natomiast tom drugi realizowałby postawę Księdza Piotra, świętego kapłana porzucającego wyżyny szaleństwa wielkich klaunów (bo przecież „Wszystkie próby oddalenia / tak zwanego kielicha goryczy” to tylko głupie sztuczki i „nikły / uśmiech”) na rzecz pierwszoosobowej, współodpowiedzialnej dykcji, która nie bagatelizuje głosu „mojego sąsiada”. Czy ten opis wystarczy, by przyjąć, że Boże klauny przygotowały Ćwiczenia duchowne? Moim zdaniem, mimo zdawkowości opisu, tak, ponieważ wyżej cenię drugi z wymienionych tomów, a oba – w różny, coraz lepszy sposób – dotyczą tego samego: dręczącej nas nowoczesności schizofrenicznej. Zob. Z. Herbert, Pan Cogito rozmyśla o cierpieniu [w:] tegoż, Pan Cogito, Wrocław 1994, s. 17 – 18. Pierwodruk: 1974. Zob. P. Dakowicz, Autor wypowiedzi [w:] tegoż, Ćwiczenia duchowne, dz. cyt., s. 24. (Zob. D. Kulesza, Przemysław Dakowicz…, s. 287 – 288.)[19]. Ale chociaż tak wielkie wrażenie zrobiły na mnie Ćwiczenia duchowne, choć cenię je tak wysoko, nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czy Dakowicz znalazł ostateczną postać swojej poezji, czy jest to tylko postać ostatnia? Na pewno jest to postać piękna.

Jak daleko stąd do Polski, tej afatycznej i odzyskującej mowę dzięki poezji Dakowicza? Jak daleko stąd do Łączki? Nie tak bardzo, jak można byłoby sądzić. Łączka nie stworzyła poety, nie ukształtowała jego sposobu pisania. Nie była też regresem. Stała się świadomie złożoną, konieczną ofiarą w imię tego, co od poezji jest ważniejsze. Z racji podjęcia wyjątkowego polskiego tematu stała się ważna dla tych, którzy Polskę przeżywają po Norwidowsku, jako wielki zbiorowy obowiązek. Mogła wywołać wrażenie (po prostu je wywołała), że Dakowicz stał się poetą dzięki Polsce, bo to Ona nadała jego poezji kształt. Oczywiście chodziło nie tyle o kształt językowy, ile o rozpoznawalność w komunikacji społecznej, nieograniczonej do tych, którzy „lubią poezję”W. Szymborska, Niektórzy lubią poezję [w:] tejże, Widok z ziarnkiem piasku, Poznań 1996, s. 144. Pierwodruk książkowy: tomik Koniec i początek z 1993 roku.[20]. Łączka była wielkim wydarzeniem i dla DakowiczaŚwiadczą o tym między innymi jego niepoetyckie książki, także te, które w tym szkicu cytowałem.[21], i dla jego czytelników, ale poezja autora Albo-albo dzieje się dalej i – sądząc po Ćwiczeniach duchownych – ma się coraz lepiej. Polska ma z nią tyle wspólnego, ile wiersze Wojciecha Wencla w rodzaju Niedzieli Palmowej w SandomierzuZob. W. Wencel, Niedziela Palmowa w Sandomierzu [w:] tegoż, Podziemne motyle, Warszawa 2010, s. 12 – 13.[22] – niesmoleńskie, a przecież bardzo polskie: katolickie i filosemickie. Bo Polska to Łączka, ale także nowoczesność schizofrenicznaZob. P. Dakowicz, Nowoczesność schizofreniczna. Notatki do nienapisanego eseju [w:] tegoż, Obcowanie, dz. cyt.[23], przed którą nie ma sensu się chować, o której trzeba pisać, bo nasz stosunek do niej decyduje o tym, co stanie się z nami i z naszym krajem. Dakowicz wie o tym znakomicie. Lektura Ćwiczeń duchownych utwierdziła mnie w tym przeświadczeniu.

Inni poeci

Nie zamierzam wracać do spersonalizowanego, historycznoliterackiego kontekstu poezji Przemysława DakowiczaZob. przyp. 10.[24]. Interesują mnie związki autora Albo-albo z dorobkiem Czesława Miłosza i Tadeusza Różewicza. Powody zainteresowania są dwa. Pierwszy to książka Poeta (bez)religijnyZob. P. Dakowicz, Poeta (bez)religijny. O twórczości Tadeusza Różewicza, Łódź 2015. Zob. tegoż, Helikon i okolice. Notatki o poezji współczesnej, Sopot 2008.[25], kolejna publikacja, w której Dakowicz jako literaturoznawca o Różewiczu pisze, czytając go tym razem w związku z bezreligijną teologią, teologią bezreligijnych czasów Dietricha Bonhoeffera, ale także poprzez dialog Różewicz – Miłosz. Drugi powód to pytanie, na ile polimorficzność poezji Dakowicza, rozpoznawana z afatycznego punktu widzenia, może być tłumaczona zależnością od pisarstwa Różewicza i Miłosza?

Ale inni poeci to dla mnie także sprawa przyszłości poezji Przemysława Dakowicza i związanych z tą przyszłością wyborów, które chciałbym sprowadzić do następującej alternatywy: Wojciech Wencel czy „Topos”, Wojciech Wencel i De profundisZob. W. Wencel, De profundis, Kraków 2010.[26] czy Krzysztof Kuczkowski, Wojciech Gawłowski, Adrian Gleń, Jarosław Jakubowski, Wojciech Kass, Wojciech Kudyba, Artur Nowaczewski, czyli Konstelacja ToposuWymieniłem nazwiska poetów, których wiersze znalazły się w książce Konstelacja Toposu. Antologia poezji, wyb. i P. Dakowicz, W. Kudyba, posłowie J. Ławski, Sopot 2015. [27]? Odpowiedzi nie daje to, że Przemysław Dakowicz topoitą jest. Nie chodzi ani o to, gdzie się drukuje (choć nie jest to bez znaczenia), ani o to, do jakiej grupy się należy (tego też bym nie bagatelizował). Najważniejsza jest poezja, którą się tworzy, a w tej sprawie alternatywa Wencel – „Topos” jest realna także dla Dakowicza.
Najpierw Miłosz i Różewicz.

J.S. [Jan Stolarczyk]: Miłosz wywodzi się z dworu, ze stanu szlacheckiego. Dorastał w świecie patriarchalnym i hieratycznym, poddanym rytuałom związanym z kosmicznym kalendarzem natury. Bóg objawiał się w porządku natury przyjmowanym jako oczywistość. Chłopiec zdumiewał się jej pięknem, a z drugiej strony przerażającą niepewnością życia, tym połykaniem się wzajemnym. […] Różewicz urodził się w małym miasteczku, nad ledwie sączącą się strugą, wychowywał się pośród rówieśników z mniej lub bardziej biednych rodzin. Bóg nie przemawiał do niego poprzez bujność natury, ale wyłaniał się z retoryki katechizmu i księży, nie był doświadczany zmysłowo, był pojęciowyAnioł w majtkach Polixeny. O Miłoszu i Różewiczu rozmawiają Przemysław Dakowicz i Jan Stolarczyk [w:] Poeta (bez)religijny. O twórczości Tadeusza Różewicza, Łódź 2015, s. 173.[28].

Zamiast uwag o anachroniczności genetyzmu proponuję przypomnienie rozmowy Jacka Żakowskiego z Katarzyną Herbertową, tego ostatniego aktu walki „Gazety Wyborczej” o HerbertaPan Herbert. Katarzyna Herbert w rozmowie z Jackiem Żakowskim, „Gazeta Wyborcza” z 30.12.2000 – 1.01.2001, s. 10 – 15.[29]. Duże wrażenie zrobiło na mnie wówczas porównanie Miłosza z Herbertem, które miało tłumaczyć ich konflikt zażegnany niewiele przed śmiercią autora Pana Cogito. Katarzyna Herbertowa mówiła wówczas o tym, że z racji różnicy wieku między poetamiMiłosz to rocznik 1911, a Herbert 1924.[30] II Rzeczpospolita dla Miłosza zdążyła stać się krajem wymagającym sprzeciwu i naprawy. Natomiast dla Herberta, który w 1939 roku miał lat 15, do śmierci w 1998 roku pozostała piękną, bo nieszczęśliwą, utraconą Ojczyzną. Dlatego Miłosz mógł prowokacyjnie żartować na temat Polski jako 17. republiki ZSRR, a Herbert musiał na pomysły tego rodzaju reagować jak Rejtan. Właśnie to, zdaniem Katarzyny Herbertowej, zdecydowało o wybuchu konfliktu między poetami. Konfliktu, powtórzę z upodobaniem, zażegnanego przed śmiercią Zbigniewa Herberta.

„Genetyczne”, cytowane tu zestawienie Miłosza z Różewiczem, którego dokonał Jan Stolarczyk, wydawca obu twórców, a zwłaszcza Różewicza, może ułatwić opisanie sporu dotyczącego kwestii unde malum, o którą poeci spierali się szczególnie w ostatnich latach swojego życia. Ze względu na poezję Przemysława Dakowicza interesuje mnie tego sporu aspekt estetyczny, o którym Jan Stolarczyk mówi tak:

W Traktacie [teologicznym Czesława Miłosza – uzup. D.K.] czytamy: „Mnie zawsze podobał się Mickiewicz, ale nie wiedziałem, dlaczego. // Aż zrozumiałem, że pisał szyfrem i że taka jest zasada poezji, / dystans między tym, co się wie / i tym, co się wyjawia”. Tu jest sedno zarzutu pod adresem Różewicza, że zohydza życie wyrzekaniem, wyborem okropieństw, spraw trudnych do zniesienia – a przecież nie wolno brata swego zasmucaćAnioł w majtkach Polixeny. O Miłoszu i Różewiczu rozmawiają Przemysław Dakowicz i Jan Stolarczyk, dz. cyt, s. 167.[31].

„Jeżeli Boga nie ma, / to nie wszystko człowiekowi wolno. / Jest stróżem brata swego / i nie wolno mu brata swego zasmucać, / opowiadając, że Boga nie ma”Cz. Miłosz, Jeżeli nie ma [w:] tegoż, Druga przestrzeń, Kraków 2002, s. 9 [Podkr. D.K.].[32]. Różewicz pozbawiony szansy doświadczania oczywistości Boga w porządku natury, między innymi jako autor słynnego wiersza Bez z tomu Płaskorzeźba („życie bez boga jest możliwe / życie bez boga jest niemożliwe”) zasmuca „brata swego” i Miłosz miał mu to za złe. A Dakowicz? Podziela z Różewiczem świadomość końca świata, życia po końcu świata w postapokaliptycznej rzeczywistości, w nowoczesności schizofrenicznej. Wielki Różewicz i coraz większy Dakowicz mogli nazywać ten stan rzeczy w różny sposób, ale ważne jest to, że opisywali go inaczej. Różewicz robi to jak Różewicz. Dakowicz zdaje się słuchać w tej kwestii Miłosza. Pisze, pamiętając, że zasadą poezji jest „dystans między tym, co się wie / i tym, co się wyjawia”? Odpowiedniejsza wydaje mi się formuła: pisze, nie zasmucając brata swego, dzięki temu, że cokolwiek zostaje przez niego wyjawione, a wyjawia bez ograniczeń, zawsze otrzymuje kształt estetyczny będący zakorzenioną w tradycji miarą dystansu wobec tego, co Dakowicz opisuje. Jakby (jego) sztuka oparła się wojenno-nowoczesnej apokalipsie. Wystarczy przypomnieć cytowaną już pochwałę patosuZob. przypis 16 i tekst główny, którego on dotyczy.[33].

Ujmę rzecz inaczej – Dakowicz Różewiczowi mówi „tak”, gdy chodzi o diagnozę stanu świata. Mówi mu jednak „nie”, gdy sprawa dotyczy sposobu, w jaki o końcu świata pisać należy. Dakowicz mówi „tak” Miłoszowi, gdy ten wierzy w trwałość sztuki niezależnie od nietrwałości świata. Małe (?) „nie”, które Miłosz mógłby usłyszeć od Dakowicza, ma związek z tym, że młody poeta inaczej traktuje ograniczenia w mówieniu o złu świata niż jego wiekowy Mistrz. w rezultacie wyłania się obraz, na którym Dakowicz godzi to, co Różewicz mówi mu o świecie, z tym, co Miłosz ma mu do powiedzenia o poezji. Ale czy faktycznie godzi? Niekoniecznie. Nie twierdzę, że domniemaną afazję Dakowicza, która równie dobrze mogłaby zostać nazwana polimorficznością, polifonicznością albo po prostu sylwicznością jego poezji, da się wytłumaczyć zasłuchaniem w rozbieżne głosy dwóch Mistrzów. Moim zdaniem to zasłuchanie nie tyle spełnia się w dialektycznej arcydzielnej syntezie, ile ujawnia niezdecydowanie, brak rozstrzygającej decyzji określającej wiersze, które Dakowicz pisze, którym wciąż brakuje trwałej, własnej, rozpoznawalnej estetycznej tożsamości. A jest to poezja zbyt dobra i ważna (zbyt też mi bliska), by taki stan rzeczy można było traktować jako satysfakcjonujący. Tym bardziej, że rozwiązanie wydaje się być blisko. Z jednej strony nadzieję na nie daje to, o czym już pisałem, czyli zasób cech, jakie wiersze Dakowicza ujawniają, gdy przyjmują postać cyklicznie zbudowanych poematów ironicznie opowiadających nasze zmaganie, naszą bezradność wobec nowoczesności schizofrenicznej. Strona druga obciążona jest pewnym ryzykiem, bo dotyczy wyborów, jakie Dakowicz może lub musi w przyszłości podjąć. Wyborów, które należy sprowadzić do alternatywy: narodowa poezja Wojciecha Wencla czy chrześcijańska liryka „Toposu”?

Sprawa wydaje się prosta. Skoro Przemysław Dakowicz jest topoitą, decyzja już zapadła: „Topos”, nie Wencel. Tak wygląda sytuacja z perspektywy Ćwiczeń duchownychKonstelacji Toposu, ale nie z punktu widzenia Łączki. Wencel też jest z jednej strony autorem arcydzielnego poematu (poemat raz jeszcze) o świecie stwarzanym przez Miłość, która staje się udziałem ludziZob. W. Wencel, Imago mundi. Poemat, Warszawa – Kraków 2005.[34], a z drugiej tomu De profundis: smoleńskiego, wołyńskiego, neomesjanistycznego. Nie ma nic dziwnego w tym, że jeden autor pisze dwie tak różne książki. Wencel zaczął jako barbarzyńca związany z bruLionemNawet jeśli literackich rewolucjonistów pisma Tekielego dzielono na barbarzyńców (na przykład Świetlicki) i klasycystów (na przykład Wencel).[35]. To on razem z Robertem Tekielim (najważniejszym redaktorem) i Marcinem Świetlickim (najważniejszym poetą) zmienił oblicze polskiej poezji po 1989 roku. Z czasem bruLion zróżnicował się i rozpadł. Tekieli stał się egzorcyzmującym publicystą, Świetlicki pierwszym poetą III RP, a Wencel skutecznie pretenduje do miana pierwszego poety Rzeczypospolitej zwanej kiedyś „Czwartą”. Wencel walczy. Potrafi sprawować funkcję poety nadwornego, co w dzisiejszych realiach polega na byciu poetą (pro)rządowym, (pro)państwowym) i narodowym, a jednocześnie pełni rolę permanentnego poetyckiego rewolucjonisty.

Dakowicz może pisać i funkcjonować tak jak autor Epigonii. Może walczyć o kwaterę Ł i pamięć żołnierzy zwanych wyklętymi. Może zmagać się z naszą afazją, prowadząc Polskę (tak, Polskę) do takiego określenia swojej tożsamości, które przywróci nam nie tylko mowę, ale także pamięć, bo przecież dopiero przypominając sobie i pamiętając to, co PRL kazał nam zapomnieć, jesteśmy w stanie mówić pełnym głosem obywateli kształtowanych na śródziemnomorski, judeochrześcijański sposób od 966 roku. Jeśli stawka jest tak wysoka, to czy Dakowicz nie powinien pisać i działać jak Wencel? Czy można zapomnieć o Łączce? Czy można zapomnieć o swojej tożsamości? Można, ale ja chciałbym pamiętać i nie wydaje mi się, bym był w tym pragnieniu odosobniony. w czym zatem problem? w lojalności wobec „Toposu”, który walczy i pamięta inaczej niż Wencel.

Istotą napięcia między Wenclem i „Toposem” jest chrześcijaństwo. Wencel jako poeta o ambicjach twórcy narodowego nieuchronnie skazany jest na ten kontekst chrześcijaństwa, jaki determinuje katolicyzm w naszym rodzimym wydaniu. Tak niedaleko stąd do niebezpiecznych stereotypów w rodzaju Polak katolik. w pisaniu Wencla to, co chrześcijańskie, zdominowane zostało przez to, co narodowe, polskie i katolickie. Historia zatryumfowała nad wiarą o tyle, o ile ją wchłonęła. Religia stała się częścią narodowej mitologii, przy czym słowo „mitologia” ma dla mnie wartość inną niż „nierzeczywistość”.

Chrześcijaństwo „Toposu” jest… chrześcijańskie. Topoici piszą tak, jakby swoją poezją usiłowali przede wszystkim zmienić siebie i nas. Ich rewolucja nie niszczy wrogów ani ich instytucji. Oni, jak pierwsi chrześcijanie, wierzą, że tym, co zmienia świat, jest Miłość. Święty Paweł nie postulował zniesienia niewolnictwa, co wielu ma mu za złe. Zarówno do panów, jak i do niewolników, pogan i Żydów mówił: „Jeden drugiego brzemiona noście” (Ga 6, 2)Z tego samego cytatu skorzystałem w recenzji antologii Konstelacja Toposu. Zob. D. Kulesza, Labirynt, Tam i pierwsi chrześcijanie, „Bibliotekarz Podlaski” 2016, nr 1, s. 237.[36]. Nie wiem, czy w ten sposób chciał niewolnictwo znieść. Wiem, a w każdym razie zakładam, że przestaje być niewolnikiem ktoś, kto należy do właściciela wypełniającego zalecenie Apostoła Narodów, czyli dane chrześcijanom przez Jezusa przykazanie Miłości Boga i bliźniego. Jeśli komuś taka lektura poezji „Toposu” wydaje się naiwna, trudno. Mogę jednak zaproponować inną, odwołującą się do konstytutywnej dla topoitów wiary w trwałość tradycji, która uwalnia od rewolucyjnej gorączki. Poeci sopockiego dwumiesięcznika mówią zmieniającemu się światu o tym, co niezmienne, nawet jeśli tracone, zapominane i deprecjonowane. Wierząc w równowagę wypracowaną przez wieki i pokolenia, okazują nieufność gwałtownym zmianom. Mają świadomość ewoluującej z czasem sumy wartości, stabilnej mimo wstrząsów, wyznaczonej już w platońskiej triadzie Dobra, Piękna i Prawdy i odpowiadającej na nasze podstawowe egzystencjalne, epistemologiczne i aksjologiczne pytania, ale wiedzą również o tym, że nic nie zwalnia nas od osobistej odpowiedzialności za to, jak suma ta funkcjonuje w danej nam współczesności. w poetyckiej praktyce wygląda to tak:

Stoję przy oknie otwartym w utlenioną noc,
(…)

Noc jest przewiewna, mam sporo składników
na elegię czy inne pojemne jak płuca formy.
Mogę, jak powietrza zaczerpnąć cytatu, że żywi zawsze
mają rację, mogę w powietrze wykrzyczeć, że racja
utonęła, śpi i nic nie ma.

Potem zawsze zjawia się ryba,
ślepy, głuchy
znakJ. Jakubowski, Chłopakom z „Kurska” [w:] Konstelacja Toposu…, dz. cyt, s. 139. To mój ulubiony wiersz z antologii topoitów.[37].

Przemysław Dakowicz w Łączce walczy jak Wojciech Wencel. w Afazji polskiej, w Obcowaniu, w Przeklętym continuumZob. P. Dakowicz, Przeklęte continuum. Notatnik smoleński, Kraków 2014.[38] wydaje się nawet wojownikiem jeszcze bardziej zdeterminowanym niż autor Przepisu na arcydziełoZob. W. Wencel, Przepis na arcydzieło. Szkice literackie, Kraków 2003.[39]. w Ćwiczeniach duchownych nie zamykając oczu na naszą ślepotę spod znaku nowoczesności schizofrenicznej, ślepotę skazującą na utratę kontaktu z rzeczywistością, na symulakra, pamięta o ratujących nas miejscach wspólnych, o kulturowych (aż chciałoby się napisać kulturalnych) imponderabiliach: o osobach mądrości i sztuki, o patosie i wierszowanej formie, o sposobie bycia razem i o umiejętności dialogu  – o tym wszystkim, co sprawia, że „nie zasługuje Świat / na koniec świata”W. Szymborska, Vermeer [w:] tejże, Tutaj, Kraków 2009, s. 39.[40]. Moim zdaniem są to skuteczniejsze środki zmieniania rzeczywistości niż rewolucja, nawet jeśli miałaby to być wyłącznie rewolucja poetycka.

 ***

Dawno temu Jerzy Kwiatkowski, pisząc o poezji Mirona Białoszewskiego, użył słowa „abulia”Zob. J. Kwiatkowski, Abulia i liturgia. Analiza peryferyjna [w:] tegoż, Klucze do wyobraźni. Szkice o poetach współczesnych, Warszawa 1964.[41]. „Niedowład woli” miał uzasadniać wyjątkowy (zniekształcony, niegotowy, a w konsekwencji oryginalny) językowy kształt poezji autora Było i było. Afazja nie jest docelowym opisem tego, jaką postać uzyskały wiersze Przemysława Dakowicza. Afazja to próba nazwania problemu, jaki w wierszach Dakowicza daje się zauważyć. Nie jest to przezwa czy inna krytyczna antyteza polimorficzności, polifoniczności czy sylwiczności. To efekt diagnozy wynikający z obserwacji, czyli z lektury poezji, która rozwijając się w typowy sposób od tego, co prywatne i artykułowane z wiarą w Słowo, natrafia na temat, któremu musi ulec (Łączka), który zwraca powszechną uwagę. Temat ten został zapisany na determinowanym przez dwóch mistrzów polskiej poezji skrzyżowaniu. Tworzą je „aleja” końca świata (w tym także liryki – Różewicz) oraz „ulica” przeświadczenia o trwałości poetyckiego koturnu (kostiumu, dystansu i patosu – Miłosz). Ale nawet to, co musiało być zapisane, nie może być traktowane jako spełnienie poezji Dakowicza, bo jej kształt językowy spełnia się gdzie indziej. Poza Łączką. w trakcie Ćwiczeń duchownych.

Z jednej strony Łączka nie może być, i nie jest, incydentem, epizodem, nad którym przechodzi się do porządku dziennego, ale strona druga tego medalu to historia poezji Dakowicza poza, a zwłaszcza po Łączce. Czy w dalszym ciągu będzie ją określać Polska odzyskiwana i walka o nią, czy Przemysław Dakowicz zdecyduje się na rozwiązanie inne? Bo nie chodzi o to, by o Polsce zapomnieć. Rzecz w tym, by odzyskiwać ją, korzystając w mniejszym stopniu z walki, a w większym z miejsc wspólnych, z naszej tradycji, kultury i pamięci – tak, z chrześcijaństwa. Ale nie z chrześcijaństwa, które na narodowo-katolicki sposób stało się partykularnie polskie, nasze. Chodzi o chrześcijaństwo wolne od ekskluzywności, powszechne, zgodne z grecką etymologią przymiotnika „katolicki”.

Zadziwiająco wiele łączy miejsca wspólne (miejsca budowania poezji na tym, co jest, było i czeka na nasz modyfikujący udział) oraz to, co na chrześcijański sposób katolickie, a zatem powszechne. Topos to znak, który powołuje do istnienia zarówno poezję, jak i wspólnotę. Miarą poezji spod tego znaku są wszystkie napisane do tej pory wiersze, zwłaszcza arcydzieła. Miarą wspólnoty, która te wiersze czyta i tworzy, są Dobro, Piękno i Prawda.

Poezja i wspólnota, czyli kultura, a dokładniej: wieczne niebo kultury. Nie ma tu mowy o afazji, bo język tego miejsca znany jest i stosowany co najmniej od Gilgamesza. Wystarczy się go uczyć i używać. Polska tutaj nie krwawi, ale żyje Panem Tadeuszem, Kamieniem na kamieniu i każdą inną epopeją o tyle narodową, o ile niewykluczającą nikogo, otwartą na wszystkie inne osadzone w micie opowieści, które nadają sens poszczególnym i różniącym się od siebie całościom: światom, nacjom, osobom. Wiersze Przemysława Dakowicza mogą do tego nieba trafić. Mogą zająć miejsce obok innych poetów. Największych.

Tekst pochodzący z książki Z ducha Orfeusza: studia o polskiej poezji lat 2010 – 2016, red. W. Kass, J. Ławski, Pranie, Białystok 2017.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Dariusz Kulesza, Afazja, Polska i inni poeci. O wierszach Przemysława Dakowicza, Nowy Napis, 2019

Przypisy