29.04.2020

Brzeg

Wycieraczki ruszają się jak odnóża

wielkiego owada zwisającego z dachu.

Przypomina mi to, jak skwaszony wnosiłem

torbę pomarańczy na szczyt drewnianej wieży,

podczas gdy największe państwa świata

cuchnęły gównem. Miesiące rozciągają się w lata.

Marzenia ulegają ogólnym tendencjom, rozbiła się

moja ciotka nad brzegiem oceanu, mój wujek dostał zawału

nad brzegiem oceanu. Magia chwili.

Tańczy długa chwila, gdy gruba kobieta i sikhijski sprzątacz

idą w jednym tempie. Miły uśmiech potrafi rozświetlić serce,

potrafi zatłuc na śmierć. Siedzę w pewnych miejscach

jak romantyczny poeta na szczycie góry:

spocony i zdyszany, ze sklejonymi włosami, w nogach

czuję pulsujący ciężar, myślę tylko o tym, jaką zjeść kanapkę:

z serem czy z salami.

 

Myślę, że moja matka czuje wrzeciona kosmosu.

Myślę tak wtedy, gdy się nie wyśpię

albo gdy mam ciężko z innego powodu.

Pociesza mnie to, że mój ojciec upuścił nieco

swój obraz. Zabrała go policja, bo zabił.

Ufam mojej siostrze, która bez myślenia

wsiadłaby za stery wielkiej karaweli.

Cieszy mnie, że moi przyjaciele nie boją się smrodu i zgnilizny,

a moje przyjaciółki raźnie idą tam, gdzie chcą.

Wszyscy idą w stronę wielkiej łuny sygnału wi-fi,

a wtedy ja śpiewam im taką piosenkę:

 

Kiedy nie mam wi-fi, jestem beztalenciem,

Kiedy nie mam wi-fi, odbijam piłeczkę, etc., etc…

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Przemysław Suchanecki, Brzeg, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2020

Przypisy

    Powiązane artykuły