29.05.2019

Grzech

Jesteśmy jednym ciałem. Moja ręka jest twoją ręką, moje oko jest  twoim okiem. Czy nie czujesz tego?
– Nic o sobie nie wiemy.
– Opowiedziałem ci już wszystko. W życiu nie dzieje się wiele nadzwyczajnych rzeczy. O wojnie nie będę opowiadał. To nie jest ciekawe.
– Mów o sobie, tylko o sobie.
– O sobie? Dobrze, opowiem ci najstraszniejsze wydarzenie. Już nigdy nie przeżyłem w życiu takiego strachu. Takiej pokusy i takiej trwogi. Pamiętam każde słowo, każde światło, każdy pyłek. Miałem wtedy osiem lat…
U nas w domu było mało pięknych rzeczy. Na stole w pokoju stała gilza armatnia. To była jedyna piękna rzecz.
– Gilza?
– Nie wiem, czy to fachowa nazwa... to była łuska od pocisku. Nazywaliśmy ją gilzą. Była z miedzi. Miała pod spodem okrągły kapiszon z wgłębieniem po uderzeniu iglicy. Była to gilza z wystrzelonego pocisku armatniego, jeszcze z pierwszej wojny światowej. W czasie pierwszej wojny kraje mogły sobie pozwolić na takie drogie pociski zresztą nie wynaleźli jeszcze tańszego stopu, który może zastąpić mosiądz. Zawsze mi się myliła miedź z mosiądzem. Na grosze mówiło się miedziaki, choć pewnie były robione z mosiądzu albo brązu. W gilzie stały zimą kwiatki z papieru, z bibułki. Po pierwszej wojnie było ciężko. Dopiero chyba w dziesięć lat po wojnie mama kupiła większe, owalne lustro. Przez kilka lat było w domu małe kwadratowe lusterko. Wisiało w kuchni. Wtedy też kupiła duży, rozkładany stół. W tym pokoju nie było słońca. Zawsze był cień. Już nie pamiętam tamtych drzew, ale tam były drzewa przed domem. Wieczorem matka cerowała pończochy i skarpetki. Czasem, ale bardzo rzadko, siadał z gazetą ojciec. Na stole stała lampa naftowa. Przy stole było jasno, ale wszystkie kąty pokoju były mroczne. Na ścianach poruszały się cienie. Ogromne ręce, głowy.
Któregoś dnia otwarłem drzwi i zobaczyłem w pokoju na stole wazon. Był podobny do wielkiego jajka. Gilzy nie zauważyłem, chyba o niej zapomniałem. Cały pokój był teraz wypełniony tym wazonem. Zbliżyłem się do stołu, przyglądałem się wazonowi. Był biały. Od góry wypełniony światłem i prawie przezroczysty. Ale odwłok miał gruby, lśniący. Wyciągnąłem rękę. Usłyszałem kroki matki i opuściłem rękę. Matka zapytała z uśmiechem: „Teraz ładniej, prawda? Tylko go nie ruszaj, nie dotykaj! To jest wazon z porcelany. Bardzo drogi. Pewnie ojciec będzie się gniewał, że go kupiłam. Ale teraz jest w pokoju ładniej”. „A co w nim będzie? Kwiaty?” „Nie – powiedziała matka – on nie jest do kwiatów”. „A do czego?” „Do niczego. Jest piękny sam, ma taki piękny kształt, że sam jest ozdobą. Tylko bardzo cię proszę, nie dotykaj”. „Dlaczego?” „Pięknych rzeczy nie trzeba dotykać” – powiedziała matka i wyszła.
Stałem jeszcze chwilę i przyglądałem się porcelanowemu wazonowi. Była to pierwsza piękna rzecz w naszym mieszkaniu, która nie służyła nikomu i niczemu. Oczywiście były krzesła, garnki, talerze, łyżki, kubły, obrazy, łóżka, zegary, stoły, ale te wszystkie przedmioty miały swoje przeznaczenie. Nawet gilza była kiedyś pociskiem armatnim. A ten piękny porcelanowy wazon był nieużyteczny. Nigdy nie był czymś innym. A właściwie to nie był nawet wazonem. Bo nie można było do niego nalewać wody ani wkładać kwiatów. Był piękny sam w sobie. Bez kwiatów. Znalazł się w naszym mieszkaniu nagle. Matka nigdy nie wspominała, że zamierza kupić taki wazon. O lustrze albo o nowym stole mówiło się całymi miesiącami. Ze trzeba kupić, ale że nie ma pieniędzy, że to, że tamto. A wazon zjawił się nagle. Jak jajo podrzucone przez nieznanego, wielkiego ptaka. Prawie wszystko w mieszkaniu było kanciaste, kwadratowe, prostokątne.
Któregoś dnia zostałem w domu sam... Nie słuchasz tego, co ci opowiadam.
– Słucham.
– Nie słuchasz, kochanie, a to jest największa tajemnica mojego życia.
…stałem przy stole i przyglądałem się wazonowi. Potem wyciągnąłem rękę i dotknąłem palcami. Powierzchnia wazonu była chłodna. A w pokoju było ciepło. Najlepiej pamiętam światło i wazon. Światło w pokoju było takie jak w koronie gęstego wielkiego drzewa. Wilgotne jak w studni, zielonkawe, ruchliwe. Jakby przez ściany przepływała woda. W środku tego światła stał wazon. Dotknąłem go lekko palcami. Pogładziłem delikatnie po zimnej powierzchni. Położyłem dłoń, we wnętrzu dłoni czułem wypukłość, okrągłość. Miałem w dłoni kształt piękna. Trzymałem tak rękę dłuższą chwilę i czułem, że powierzchnia wazonu ogrzewa się. Była ciepła. Oderwałem rękę od wazonu i po­szedłem do kuchni, gdzie w pudełku pod stołem chowałem swoich żołnierzy. Ustawiłem żołnierzy w dwa szeregi. Ale mnie to nie bawiło. Wrzuciłem wojsko do pudełka i wróciłem do pokoju. Przyłożyłem ucho do wazonu i zastukałem delikatnie. Potem jeszcze raz. Nie byłem sam w pokoju. Dawniej byłem sam, a teraz byłem z tym wazonem, który był obcy w naszym mieszkaniu. Ozdabiał pokój, ale niczemu nie służył. Wszystkie przedmioty, sprzęty, obrazy były połączone z nami i ze sobą niewidzialnymi nitkami. Jak żyłami, przez które przepływa krew. W dzień i w nocy. A wazon był sam. Odcięty od wszystkiego. Czy był naprawdę piękny? Wątpię, czy teraz mógłby stać w moim mieszkaniu. Ale i wtedy nie wydawał mi się piękny. Był dla mnie tajemniczy, obcy. Nie z naszego mieszkania. Żywiłem dla niego uczucie podobne do uczucia dzikusa, który czci figurkę bożka. Cudowną figurkę, która spadła z nieba. Przede wszystkim był nietykalny. Ale stawał się piękny; widzę twarz matki, kiedy mówiła: „Prawda, jaki ten wazon jest piękny”. A w rozmowie z ojcem tego samego dnia, powiedziała: „Zdobi mieszkanie piękniej niż najpiękniejszy mebel”. Co ojciec na to odpowiedział, nie pamiętam...
Nadeszła zima. Ciepło szło od żelaznego piecyka, w którym od rana do nocy palono torfem. Kałuże wody pokryte były szybami z lodu. Waliliśmy w te szyby kamieniami albo podkutym obcasem. Lód pękał i po jego powierzchni rozchodziły się jakby białe włosy. Chrzęścił chrupko pod naszymi kopytami. Kółka wody przesuwały się pod lodem jak w szklanej rurce waserwagi. Pewnego dnia bolało mnie gardło i nie poszedłem do szkoły. Leżałem w łóżku i oglądałem „Muchę”... to było takie humorystyczne pismo... drukowane na różowym papierze. Nie na różowym, ale jakby wpadającym w odcień różowego. Niby przeglądałem „Muchę”, ale widziałem „oczami mojej duszy” wazon na  stole. Wazon stał tam obcy, doskonały, niedotykalny. Choć nikogo nie było w domu, szedłem na palcach, ostrożnie, powoli. Skradałem się w ciszy, w której wazon stał jak w wacie. Pociągnąłem za serwetę, wazon poruszył się. Wtedy pociągnąłem mocniej. Wazon zakołysał się i przewrócił. Na stole leżały gazety. Wazon potoczył się kilka centymetrów i zatrzymał się na krawędzi stołu. W środku miał niebieskawe światło. Wiedziałem już, co będzie dalej. Bardzo się bałem. Nawet zacząłem się modlić „Aniele boży, stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój, rano, wieczór, we dnie, w nocy, bądź mi zawsze ku pomocy...”, ale coś mnie kusiło i znów pociągnąłem serwetę. Teraz już w to nie wierzę, ale wtedy diabeł się tam zjawił, diabeł wyciągnął moją rękę i szarpnął. Ja naprawdę nie chciałem. Jeszcze mogłem w ostatniej chwili chwycić wazon, bo obrócił się powoli, jakby dokoła siebie, i bardzo powoli spadał na podłogę. Naprawdę spadał powoli i mogłem go złapać w powietrzu... ale diabeł przytrzymał moje ręce. Ja teraz też się śmieję. Ale tylko ten jeden raz w życiu diabeł mnie skusił. Potem zawsze grzeszyłem na własne konto...

1963

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Tadeusz Różewicz, Grzech, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2019

Przypisy

    Powiązane artykuły