04.02.2020

„Mówią, że najpiękniejsze miasto świata”. Julian Tuwim w Rio de Janeiro

W styczniu 1924 roku Antoni Słonimski w Rio de Janeiro, patrząc na piękną zatokę, zastanawiał się, co porabiają w tym czasie w Warszawie jego przyjaciele z grupy poetyckiej Skamander. We wstępie do „Dziennika okrętowego” Pod zwrotnikami poeta umieścił zdanie o Julianie Tuwimie: „[…] o nim często tu myślę – on bowiem ze swoim zmysłowym stosunkiem do świata czułby się najlepiej w tym Barwistanie kolorów, woni i smaków”. Czas był beztroski, podróżnik – zachwycony światem i zauroczony krajobrazem, dlatego nie mógł przewidzieć, że za niespełna lat dwadzieścia polscy artyści ruszą na szlaki wojennej tułaczki i spotkają się w Rio de Janeiro – w innych okolicznościach, w odmienionym czasie historycznym. 

Po upadku Francji pisarze z kręgu Skamandra znaleźli się w Portugalii. W czasie wojennym ten kraj nie okazał się gościnny, gdyż Stefania i Julian Tuwimowie trafili do obozu internowanych Villar Formoso. Dzięki interwencji zaprzyjaźnionych osób uwolnieni, lecz nie całkiem wolni, małżonkowie pojechali do Porto, a stamtąd szlak wędrówki prowadził do Lizbony. Oto jak Julian Tuwim, wołając o ratunek, lecz wystrzegając się jawnej skargi, nakreśla sytuację wygnania w liście wysłanym do Antoniego Słonimskiego:

My siedzimy tu od 26 VI [1940], właściwie internowani, gdyż nie wolno nam ruszyć się z Porto. O otrzymaniu jakiejkolwiek wizy nie ma mowy. […] Nawet do Lizbony nie puszczają. Porto ładne, ale strasznie hałaśliwe. Piekielny żar. Świetna kawa i papierosy. Ale – „to ma starczyć”?

Rola turysty zwiedzającego atrakcje miasta zostaje uchylona. Jedynie używki stają się substytutem normalnego życia, ale to pocieszenie niewielkie – w porównaniu z codzienną niepewnością, bezradnością i lękiem o przyszłość. Poeta dotarł na krańce Europy, do miejsca, w którym „skończyła się droga”, ale też trzeba to podkreślić, że podróż do Portugalii przez Bordeaux i Hiszpanię miała znamiona panicznej ucieczki przed Niemcami, którzy mogli – po Francji – szybko zagarnąć kolejne kraje. O odczuciu kresu ucieczki przeczytamy w liście do Ireny Tuwim. Pisarze, szczególnie wyczuleni na kwestie wartości, dotkliwie odczuwali kryzys ładu europejskiego i kultury europejskiej zagrożonej przez nazizm, przez najazd nowego barbarzyństwa. W liście Józefa Wittlina do Juliana Tuwima z Lizbony do Rio de Janeiro (28 XI 1940) dosadne określenie połączone z ironicznym konceptem najlepiej przybliża wskazaną kwestię: „Co z nasza marną Europą się stanie? To już nie byk ją porwał – ale skurczybyki ją hańbią”. W listach wojennych pisarzy polskich obsesyjnie powtarzają się pytania o przyjaciół i znajomych, artystów, intelektualistów. Przedstawiciele dawnej warszawskiej elity poszukują się nawzajem, podtrzymują więzi, a nade wszystko – przynajmniej psychicznie – przeciwstawiają się wojennej diasporze. Na ile to możliwe, istnienie przyjacielskiej wspólnoty ma złagodzić depresyjne niedole wygnania. Taką strategię w korespondencji przyjmuje również Julian Tuwim. 

Przystanek Tuwimów w Portugalii był niedługi, kilkumiesięczny. Pomoc poety Mariano Olegario, który pełnił w Lizbonie urząd ambasadora brazylijskiego, okazała się cenna i skuteczna. Zaopatrzeni w wizy (wygnani z „marnej Europy”) Tuwim z żoną oraz Lechoń ruszyli w podróż morską do Brazylii. Statek „Angola” odbił od nabrzeża portu w Lizbonie 21 lipca 1940 roku. Lechoń i Tuwimowie przypłynęli do Rio de Janeiro 4 sierpnia 1940 roku. Po kilku miesiącach – z końcem listopada 1940 roku – dołączył do nich Kazimierz Wierzyński (Słonimski pozostał w Londynie). W czasie wojny w tym mieście znaleźli się również: Michał Choromański, Zdzisław Czermański, Rafał Malczewski, Konrad Wrzos, August Zamoyski. Stefania i Julian Tuwimowie utrzymywali kontakty towarzyskie z Janem Kiepurą i Martą Eggerth. Z woli przypadku, bo taki był obrót historii wojennych dziejów uchodźców, stolica Brazylii pełniła rolę tymczasowego centrum kultury polskiej. Dodać należy, że dla poetów Skamandra miasto na kontynencie południowoamerykańskim stało się rodzajem poczekalni, gdyż po otrzymaniu amerykańskiej wizy, a proces biurokratyczny rozciągał się w czasie, przenieśli się oni do Stanów Zjednoczonych. Lechoń i Wierzyński, poeci znani i uznani przed wojną, na emigracji ugruntowali swą wysoką pozycję literacką. Tuwim wybrał inaczej: po zerwaniu przyjaźni z Lechoniem i ujawieniu sympatii lewicowych, postanowił wrócić do Polski rządzonej przez komunistów, co nastąpiło, po odwiedzinach w Kanadzie i przystanku w Londynie, w czerwcu 1946 roku.

Epizod biograficzny Tuwima w Rio de Janeiro był krótki, zamykał się pomiędzy datami 4 sierpnia 1940 – 7 maja 1941 roku. Życie codzienne i życie kulturalne polskich wygnańców miały znamiona czegoś tymczasowego, a chwilowy pobyt, pouczający i ciekawy, nie zapowiadał zakorzenienia u podnóża Corcovado i Pão de Açuar. Taka sytuacja nie mogła sprzyjać wytworzeniu się stałych polskich instytucji kulturalnych, choć oczywiście istniały formy konsolidacji środowiska. Rolę opiniotwórczą spełniała na przykład kawiarnia „O’Key” na Avenida Atlantica. Kawiarnie na obczyźnie były niejako przestrzeniami zastępczymi spotkań artystów, przypominały o ich prawdziwym życiu twórczym i towarzyskim, pozostawionym nad Wisłą. 

Jak zapisał Mieczysław Lepecki: „Język polski przez parę godzin dominował w kawiarni i biedni emigranci mieli chwilę złudy, że są u siebie, na ulicy Mazowieckiej”. Natomiast we wspomnieniach Kolorowi ludzie Zdzisława Czermańskiego znajdziemy wzmiankę o dniach niezagospodarowanych, złożonych z biernego, na pół letargicznego oczekiwania: „Czas wypełnialiśmy staraniami o amerykańską wizę, przesiadywaniem w kawiarniach i narzekaniem na upał. Tuwim nie pisał i niepokoił się tym bardzo”. Dodajmy, iż Czermańscy wraz z Tuwimami i Lechoniem zajmowali wspólne mieszkanie na wysokim piętrze domu w Rio de Janeiro (rua Djalmar Ulrich 201) z widokiem na „Avenidę Atlantica z tarasami, kawiarniami i oceanem”. Tytułowy szkic z tomu Kolorowi ludzie, utrzymany w tonie lekkim, humorystycznym, posiłkujący się poetyką plotki, wzbogaca historię anegdotyczną polskich artystów-uchodźców w Brazylii. Znany malarz i grafik zamyka swoją opowieść relacją o gorączkowym rytmie pracy Tuwima i szybkim przyrastaniu kartek z rękopisem Kwiatów polskich.

Słynne nazwiska oraz przedwojenna legenda sukcesu budowały mocną pozycję Skamandrytów w środowisku tamtejszej Polonii. Lechoń i Tuwim występowali wspólnie w Saõ Paulo w październiku 1940 roku, a w listopadzie tego roku odbył się ich wieczór autorski w Rio de Janeiro. Pisarze znad Wisły byli goszczeni przez Brazylijską Akademię Literatury. Przemawiał wówczas znany pisarz Cláudio de Souza. Prasa w Rio de Janeiro pisała o Lechoniu i Tuwimie. Brazylijski Pen-Club uczcił gości z Polski uroczystym obiadem, na który zaproszeni byli między innymi Stefan Zweig i Julian Tuwim.

Takie właściwości postrzegania świata, jak sensualizm Tuwima i witalizm Wierzyńskiego, mogłyby dawać gwarancję, że znakomici poeci – zgodnie z naturą talentu – podejmą wyzwanie, by ułożyć w słowa artystyczną odpowiedź na egzotyczne piękno Brazylii. Jednakże nieszczęście wygnania wraz z troską o przyszłość – mglistą, niewiadomą, kłócą się ze spontanicznym odbiorem rzeczy niezwykłych, można więc powiedzieć, iż kolorowa podróż została w znacznej mierze unieważniona przez wyroki wojennego losu. Powróćmy do szkicu Lepeckiego Warszawa – Lizbona – Rio de Janeiro(opublikowanego we Wspomnieniach o Julianie Tuwimie) oraz znamiennych rozpoznań: 

Na próżno zwracałem jego [Tuwima – przyp. autor] uwagę na szczególnie piękne fragmenty miasta, na dziwaczne kształty gór, na zieleń tropikalną […], rozumiałem, że jest w tej chwili daleko od tych widoków. Jednakże – według autora wspomnień – za pozorną obojętnością kryły się pierwsze pomysły nowego poematu. Tuwim nagle zapytał, czy Kwiaty polskie „to byłby jakiś tytuł”? 

Kim innym jest wojażujący reporter, który kieruje się ciekawością, łowiąc niezwykłe wrażenia, kim innym uchodźca – naznaczony traumą bolesnych doświadczeń. Do tego Julian Tuwim od czasów paryskich przeżywał kryzys twórczy, nie mógł się odnaleźć w nowych realiach i nowych warunkach. Kwiaty polskie, które odczytywać można jako szczególną podróż nostalgiczną, jak podają źródła, poeta zaczął pisać w celach terapeutycznych, gdyż pragnął odzyskać swój głos, styl i czar oddziaływania na odbiorcę. Słynna depesza z Londynu od Mieczysława Grydzewskiego (z 22 września 1940 roku) – z zaproszeniem Juliana Tuwima do udziału w antologii Kraj lat dziecinnych – miała moc, która wyzwalała poezję, chociaż wielkich rozmiarów utwór Tuwima nie wszedł do nostalgiczno-wspomnieniowej książki polskich wygnańców.

Kwiaty polskie okazały się triumfem, a zarazem udręką poety. „Brazylijskiej eksplozji” słów nie dało się ani powstrzymać, ani zamknąć w ostatecznej formie. Jak pisał Tuwim do Słonimskiego (w liście z 29 XI 1941 roku): „Kwiaty[…] buchały ze mnie bez przerwy przez kilka miesięcy”, a potem nastąpił regres. Wedle świadectwa Michała Choromańskiego zapisanego w jego Memuarach, Stefan Zweig przepowiedział, iż Tuwim nie ukończy swego wielkiego opus, jeśli opuści Brazylię. Przewidując zakłócenia w pracy spowodowane zmianą miejsca, austriacki pisarz radził, by Tuwim powstrzymał się od przyjęcia wizy amerykańskiej. Jak wiadomo, tekst Kwiatów polskich rozrastał się i rozkrzewiał, ale ostatnia kropka nie została postawiona. Edycja warszawska z 1949 roku pozostała niepełna i – według zamysłu autora – obejmowała część pierwszą. 

Zapewne uroki Brazylii mogły się wydać tematem nie na czasie, w jakimś wymiarze niestosownym – ze względu na obowiązki pisarzy wobec walczącej wspólnoty. Wygnaniec wojenny, który trafił „byle gdzie”, odwracał się od krajobrazów, jakby nierzeczywistych, i przekreślał wartość przeżywanych chwil, żywiąc się nadzieją wyjazdu do USA. Poczekalnia nie może być przestrzenią fascynującą. Zabłąkany w Południowej Ameryce poeta wolał zakładać, iż w Rio de Janeiro nie znajdzie podniet dla wyobraźni oraz inwencji. Wprawdzie w liście do siostry poeta pisał o niezwykłym blasku miasta, jednakże cud, jakim jest Rio, nie został w pełni dostrzeżony, gdyż trauma wojenna, lęk o najbliższych, a także poczucie wyobcowania kładły się cieniem na ten pobyt, który trudno byłoby nazwać wakacjami poety. Swobodne przechadzki też w pewnym stopniu zostały sparaliżowane. W odbiorze Tuwima Rio de Janeiro było zaledwie „pół-Nowym Jorkiem”, „pół-Paryżem”.

Spory rejestr argumentów „na nie” przynosi list Juliana Tuwima do Kazimierza Wierzyńskiego – z 10 września 1940 roku: 

[…] nie chcąc czekać w Portugalii, pojechałem byle gdzie, tj. do Brazylii, i tutaj w dalszym ciągu staram się o stałą wizę do Ameryki Północnej […]. Rio, dla przyjezdnego i bezrobotnego, jest wyłącznie plażowo-rozrywkową i kawiarniano-spacerową miejscowością. Zoppot-Biarritz-Nizza w olbrzymiej i wspaniałej skali. […] Szalejąca przyroda męczy prędko, a z przyjemnymi, uprzejmymi, pełnymi ogłady i życzliwości Brazylijczykami można prowadzić (po francusku) łatwe, więc męczące, rozmówki na mdlące tematy „intelektualne”. Ludzie w Brazylii byli życzliwi, lecz cóż po ludziach, skoro nie potrafią ani uczestniczyć w niedolach wygnańca, ani ich zrozumieć.

W prywatnym dokumencie zniechęcenia i porażenia wrażliwości to, co piękne, staje się przykre, a nawet odpychające. Całkiem na miejscu byłaby uwaga o neurotycznych reakcjach poety – pojawiających się w miejsce euforii.

W liście Tuwima poczekalnia przybiera kształt gigantycznego kurortu. Człowiek w takiej przestrzeni skazany zostaje na przymusowy odpoczynek: płynące dni wypełniają puste zdarzenia oraz rytualne rozmowy. Nadmiar bujnej natury, w której jednostka ludzka łatwo może się zagubić, wywołuje agorafobię, przeraża nadmierną skalą (czyżby Tuwim w tym miejscu spotykał się z Gombrowiczem opisującym Argentynę?). Nie czas też na „rozmowy intelektualne” – sztuczne, odgrywane, przykre z tego powodu, że tak dalece odbiegały od aktualnych zmartwień poety. W przelotnych kontaktach z przyjaźnie usposobionymi Brazylijczykami, z którymi nie można rozmawiać o sprawach istotnych, w sposób dotkliwy ujawnia się osamotnienie i obcość polskiego pisarza. Z Rio kuracjusz-wygnaniec nie wyjedzie uleczony. Zresztą w cytowanym liście do Wierzyńskiego zostaje postawiona kropka nad „i”: „O sobie nic nie mogę Ci powiedzieć. Jestem zrozpaczony, otępiały, osłupiały, bez żadnej wiary i nadziei na przyszłość”. 

Zachowała się fotografia Juliana Tuwima z czasów pobytu w Rio de Janeiro. Poeta, ubrany w czarny garnitur, siedzi samotnie na kamiennej ławce. Niewidzialną kotarą z powietrza oddzielony jest od ludzi, którzy oddają się radości plażowania. Nie interesuje się lokalnymi przyjemnościami, nie uczestniczy w zabawie, na pół nieobecny – spod ciemnych okularów spogląda w nieokreśloną dal. Postać poety można porównać do ptaka, który z dalekiej północy przyfrunął do krainy rozżarzonej słońcem. W różnych krajach i miejscach na Ziemi, we Francji, Portugalii, Brazylii i Stanach Zjednoczonych, nie opuszczało poety poczucie wyobcowania.

„Nic mi z tej wymarzonej nad morzem urody” – wyznawał Kazimierz Wierzyński w Wierszu z Rio. W przypadku Juliana Tuwima odmowa odczuwania uroków brazylijskiego krajobrazu nie jest tak radykalna. Wszakże poeta w wysłanym ze Stanów Zjednoczonych (w 1946 roku) liście do Leopolda Staffa tak podsumowywał doświadczenia brazylijskie: „Najcudowniejszą przygodą uchodźczą było Rio de Janeiro. Do dziś mi się wierzyć nie chce, że taki cud może istnieć na ziemi”. Malowniczość miejsca przekracza zakres wyobrażeń ukształtowanych na studiowaniu krajobrazów europejskich. Dla porównania wspomnijmy o jedynym świadectwie poetyckim Jana Lechonia Rio de Janeiro. Ten wiersz, który chyba powstał już w Stanach, czytać należy nie tyle jako impresję, lecz raczej zamknięcie rocznego epizodu biograficznego, w którym zachwyt splatał się z doznaniami nostalgicznymi. Chrystus z góry Corcovado błogosławi „Tę ziemię czarodziejską, jak ogród zaklęty, / To miasto fantastyczne i błędne okręty, / Co wiozą smutnych ludzi, wygnanych z swej ziemi”. Trasy i dzieje zeszły z właściwego kursu, a błąkający się wygnańcy, ni to we śnie, ni w życiu, nigdy nie zaznają pełnej radości obcowania z nieznanym dotąd pięknem. 

Podobnie u Tuwima. Rozkosz oka zostaje przytłumiona przez smutek serca, a nostalgia, która każe podjąć wędrówkę wyobraźni w stronę przeszłości, odrywa uwagę piszącego od odbieranych przez zmysły wrażeń. Rio – kolorowe i kuszące – nie daje się w pełni ogarnąć i opisać. Kwiaty polskie, spóźniony o kilka epok poemat dygresyjny, podszyty jest autobiografią, a rekonstruowane fakty odsyłają do przeszłości. Dzieło, które zaczęło powstawać w Rio de Janeiro, przestrzeń kulturową własnej genezy spycha na plan dalszy. Otwiera się natomiast na obszary wspomnień – Łódź dzieciństwa, Warszawę lat męskich, a każdy, nawet najbardziej błahy szczegół opowieści, ma tutaj wartość cennego archeologicznego znaleziska. Tak oto gromadzone w kolekcje wyliczeń rzeczy i fakty mogą zmartwychwstać za pośrednictwem magii poetyckiego słowa.

Pisarzom zdarzają się prywatne proroctwa. Nie ominęło to także Tuwima, który w mało znanym wierszu Do Artura Rubinsteina (1929), wirtuozerię i światowe koncerty słynnego pianisty porównuje z poetycką sztuką pamięci – z próbami poszukiwania stylu, w którym można by wyrazić wzruszenia przeszłości. Tak, jak Rubinstein „w Londynie, w Barcelonie, w Rio”, Tuwim wsłuchuje się we własne dzieciństwo. Już świadomie – w ostatnim z wymienionych miast – poeta podjął takie zadanie, przystępując do pracy nad Kwiatami polskimi. Literatura nostalgiczna zajmuje się tym, co uczuciowo bliskie dla piszącego, lecz nieobecne, utracone. Zatem nie zdumiewamy się zbytnio, że poeta zdawkowo potraktował doświadczenie brazylijskie i tylko niekiedy przywoływał realia topograficzne Rio de Janeiro, lokalny koloryt i brzmienie języka. W epizodzie z części drugiej poematu Tuwim z poetycką brawurą przedstawia dzieje pijanego rejsu transatlantykiem „Angola” – z Lizbony do Rio de Janeiro (tym samym statkiem płynął Piłsudski na Maderę). Z prawdziwej historii zachowało się w Kwiatach polskich jedynie kilka konkretów, kilka okruchów autobiografii: kajuta trzeciej klasy, „myrias myriadum” pcheł, błądzenie po pokładzie, picie whisky w eleganckim towarzystwie Jana Lechonia i księcia Romana Sanguszki. W poetyckiej relacji żegluga szybko przekształca się w wojaż fantasmagoryczny i „piekielny”, a po trosze – w awanturniczą przygodę. Oczywiście z pamiętników i powieści o emigrantach dowiedzielibyśmy się o wiele więcej na temat trudów podróży i wrażeń z pierwszego zetknięcia z nową ziemią, ale przecież Tuwimowi nie chodziło o spisywanie detali, lecz o stworzenie mitycznej wersji przygody z Ameryką Południową. Uzupełnieniem poetyckiego fantazjowania, liczącym się z realiami podróży, są listy do siostry poety – Ireny Tuwim.

Sięgając po różne poetyckie style, od beztroskiej błazenady po kosmiczną groteskę, Julian Tuwim oswaja wygnańcze dotkliwości. Uprawia poetycki kamuflaż, przymierza maski i kostiumy. Utożsamia się z portugalskim admirałem Pedro Alvaresem Cabralem – odkrywcą Brazylii. Relację o zjawiającym się przed oczami „dziwolądzie” stylizuje na kronikę z 1500 roku, cytuje i przekształca w serię efektownych wariacji Canto Negro Nicolása Guilléna, później postrzega własną podróż poprzez ryciny ilustrujące powieść Richarda Rotha Młody wygnaniec, którą poeta fascynował się w młodości. W każdym razie żegluga na „Angoli” ma być tajemnicza, dzika, nieprzewidywalna. Można powiedzieć, iż reakcja poety jest ekscentryczna, obronna, może nawet dziecinna. Ale na tym właśnie polega metoda, by odsunąć od siebie teraźniejszość i przyszłość. Skoro klepsydra czasu odwróciła się „do góry dnem”, a przestrzeń ziemska i gwiezdna przenicowała się na drugą stronę (na niebie rozbłysnął Krzyż Południa), to Brazylia odsłonić mogła tylko swe strony niezwykle. Oto Tuwima fantastyczna geografia, geologia, zoologia, botanika: „dziwoskały – dziwogady […] dziwodrzewa – dziwoptaki”. Nowe miejsce powitane zostaje po portugalsku – ekstatycznym okrzykiem i niepoważną pochwałą flagi brazylijskiej: „Viva Cruizero! Viva Whisky! / Viva Bandeira Nacional!”.

Narracja poetycka o drugiej podróży morskiej z Rio de Janeiro na Manhattan (na statku „Uruguay”, w maju 1941 roku), będąca zamknięciem brazylijskiego epizodu biografii Tuwima, rozpoczyna się od opisu monumentalnej figury Chrystusa na górze Corcovado, przechodzi w apostrofy do Zbawiciela, by przekształcić się w antypapieską dygresję. Dopiero (na wzór Pana Tadeusza) genetyczny związek Kwiatów polskich z Rio de Janeiro został ujawniony w Epilogu tomupierwszego. Kwiaty brazylijskie to nie tylko egzotyczna replika kwiatów rodzimych, ale też dopełnienie chimerycznej budowy poematu. Właśnie w Epilogu bukiet brazylijski zostaje ułożony i związany. O ile Kazimierz Wierzyński w cytowanym już Wierszu z Rio nie chciał nawet pytać o to, jak nazywają się kwitnące brazylijskie drzewa, o tyle Tuwim fascynował się „wściekłą roślinnością” oraz „fantastycznymi kwiatami”, studiował też dziwne kształty drzew, swoiste fenomeny przyrodnicze, tak odległe od przyzwyczajeń europejskiego oka. Według Tuwimowego dowcipnego określenia brazylijskie drzewa to „instytucje botaniczne splątane lianami”. Poeta czerpał pełnymi garściami z portugalskich określeń botanicznych („Flor de Ipé, Jasmin de Cabo, Maracujà”), a także przywoływał topograficzne nazwy dzielnic Rio de Janeiro, tłumacząc pierwszy impuls twórczy („Z Copacabany, z Ipanemy, / z Tijuca, z Botofago, z Leme / wybuchła polskich słów kwiaciarnia”). Więcej jeszcze: wyczulony na brzmienie języka poeta smakował słowa. Brzmienia egzotyczne, dodajmy, tworzą świetne ornamenty w bogatym wystroju poetyckim nostalgicznych powrotów do kraju dzieciństwa. 

Jednakże widmowe Rio de Janeiro Juliana Tuwima nie zjawia się w pełnej widzialności. Raczej z kilku studiów, szybką kreską naszkicowanych, można utworzyć ideę tego miasta czy też mit miasta. Malownicza przestrzeń, tak piękna, że nierzeczywista, postrzegana jest jak jakiś odprysk Atlantydy lub miasto-cud wstępujące ku górze, wznoszące się do lotu. W Tuwimowej apostrofie pojawia się pochwala miejsca, w którym skumulował się nadmiar możliwości stworzenia. Takie miasto nie powinno istnieć, bo przekracza miary wyobraźni: 

Kto cię wymyślił? Kto wybredził?
Chyba ocean swym bełkotem
Wmówił cię brzegom łatwowiernym
I wrzeźbił w ziemię cud bezmierny…
A inni mówią – i uwierzę – 
Że to Stworzyciel na spacerze
Pijanym krokiem Cię wytańczył… 

Zatem Rio to według poety kaprys natury oraz uwolniona od systematycznego planu kreacji boska improwizacja. Nie trzeba jednak zapominać, że dla Tuwima wojenna eskapada do Brazylii miała wartość dlatego, że wyzwoliła polskie słowo poetyckie. W PRL powroty do tamtych przeżyć były w wypowiedziach Tuwima nieliczne, raczej marginalne. Może poeta nie chciał wracać do tamtych przeżyć, ponadto uchodźstwo wojenne oraz emigracja okazywały się tematem ledwo tolerowanym. O cudach świata odległego poeta napomyka „prywatnie”, jakby mimochodem. Weźmy wyznania, które pojawiły się w rozmowie z Marią Szczepańską, opublikowaną w „Dzienniku Literackim” w listopadzie 1947 roku: „Szkoda, że nie mieliśmy czasu pomówić o Ameryce i Brazylii, tak prywatnie, nie do wywiadu. Rio de Janeiro… cóż to za miasto, mówią, że najpiękniejsze miasto świata…”. Tuwim dodaje jednak zdanie: „[…] dla mnie żadne Rio, dla mnie najpiękniejszą na kuli ziemskiej jest Warszawa”. Jeśli wpatrzymy się w ten punkt na małym kontynencie i rozważymy emocjonalne przywiązania poety, to okaże się, że tutaj doznanie piękna jest trudne, ponieważ łączy się z heroizmem i cierpieniem.

W Kwiatach polskich tak brzmi coda poetycka: „Dziękuję. Muito obrigado / Za Rio i za wiersz wygnańczy”. Dla wygnańców i świadków historii wizja niezwykłego miasta utworzonego ze wzgórz i zatok, błękitu i powietrza, wydaje się nierealna, zbyt oddalona. Wyjazd Juliana Tuwima do Rio de Janeiro nie przypadł na czas szczęśliwy. Wolność i lotność wyobraźni ograniczają obowiązki poetyckie – wobec siebie i wobec wspólnoty, wyroki dziejów, niekorzystne obroty losu.

 

W. Ligęza, „Mówią, że najpiękniejsze miasto świata”. Julian Tuwim w Rio de Janeiro, „Topos” 2014, t. 21, nr 1–2, s. 15–22.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Ligęza, „Mówią, że najpiękniejsze miasto świata”. Julian Tuwim w Rio de Janeiro, Nowy Napis, 2020

Przypisy

    Powiązane artykuły