29.05.2019

Owoc żywota

Nad osadą stał księżyc. Oświetlał biały klasztor i czarny komin fabryczki. Zasłonięte okna domów. Liście drzew. Źdźbła trawy. Była cisza i nic nie działo się w miasteczku. Mur otaczający posterunek żandarmerii był wysoki i milczący. Jego grzbiet usiany był błyszczącymi kolcami z rozbitych butelek. Wartownik czuwał wewnątrz budynku. Oddziały partyzanckie przechodziły nocami przez osadę, ale żandarmi byli ukryci. Tylko rakiety spływały z czarnego nieba na znak, że tam za murem żyją uzbrojeni obcy ludzie, którzy wyjdą ze wschodem słońca i zaczną swoją robotę. Teraz była cisza. Biały klasztor stał wśród drzew jak lodowa góra. W kaplicy przed wielkim ołtarzem leżał rozkrzyżowany człowiek. Leżał z twarzą przyciśniętą do zimnej posadzki. Jego bezkrwiste wargi poruszały się, dotykając wilgotnego kamienia. Leżał z ramionami odrzuconymi w bok i modlił się; słowa zatapiały się w mrocznej rzece snu i odpływały od niego. Zapomniał, gdzie jest i co robi. Kiedy unosił twarz, widział przed sobą czerwone światełko. Modlił się często o dobrą i szczęśliwą śmierć dla siebie. I była to jedyna rzecz, o którą prosił. Nad złocistym domkiem tabernakulum, wśród promieni, stała figurka Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Dokoła ścian w kaplicy wisiały szeregi niewielkich, olejno malowanych obrazków. Na każdym obrazku wymalowane było cudowne wydarzenie. Najstarsze obrazki pochodziły z bardzo dawnych lat. Napisy łacińskie i polskie mówiły o kasztelanach, hetmanach, starostach, mieszczanach i kmieciach, którzy dostąpili łaski. Były tam pożary zgaszone, tak jak się gasi świece. Były miasta i sioła chronione od zarazy niebieskim płaszczem. Były dzieci utopione i martwe, które ożyły. Szara figurka unosiła się w obłoku. Tej nocy zakonnik nie modlił się o szczęśliwą śmierć dla siebie, modlił się za dwóch nieznanych ludzi, których ciała leżały na śmietniku, za fabryczką... Co to byli za ludzie? Bandyci, żołnierze?... Może nawet przed śmiercią nie zdążyli westchnąć: „Jezus, Maryja”... Leżeli tam na śmieciach nadzy i czekali na Sąd Ostateczny. Będą radowali się w niebie.

Na wieży klasztornej pohukiwała sówka. Poruszyły się czarne gałęzie drzew w księżycowym świetle. Nic się nie działo w osadzie. Okna domów były ślepe. Krótka jest letnia noc. Dzień przychodzi szybko, oświetla ciała na śmietniku i płonie w rozbitych szkłach.

Tutaj, koło śmietnika, za fabryczką wód gazowych, często bawiły się dzieci. Szukały białych porcelanowych korków, zielonych i różowych szkiełek, kolorowych nalepek na butelki. Obok śmietnika wznosiła się wielka piramida usypana z trocin. Powierzchnia tej piramidy wysuszona była przez słońce, ale wnętrze było wilgotne i zimne. Krył się tam lód. Kawałeczki i odpryski tego lodu można było znaleźć u stóp piramidy; sopelek lodowy w lipcowy gorący dzień roztapiał się w gardle tak jak zimą.

Tego dnia dwie dziewczynki pędzące krowy na pobliskie łąki zatrzymały się koło śmietnika i nie poszły za krowami. Dziewczynki stały przy śmietniku i nic nie mówiły. W popiele i w śmieciach leżały dwa nagie ciała. Jedno z nich na boku, zwinięte, z kolanami dotykającymi prawie brody. Drugie z twarzą zwróconą do nieba, z rozrzuconymi ramionami i nogami. Słońce oświetlało śmietnik jak małą plażę. Dziewczynki trzymały się za ręce i w skupieniu patrzyły na ciała. Było cicho. Od strony przyklasztornych lip szedł pachnący wiatr. Po dłuższej chwili dziewczynki odeszły.
– Widziałaś? Te chłopy, co tam leżą, są zabite, chodźmy tam jeszcze, zobaczymy.
To grzech.
Ale, grzech... ja polecę...
– Mówię ci, że grzech. Zaraz uklęknij i zmówimy pacierz. – Przyklękły w rowie, trawa była mokra od porannej rosy, pierwsze przebudzone bielinki z czarnymi kropkami na skrzydłach przelatywały w słonecznym świetle.
– „Zdrowaś Maryja, łaskiś pełna! Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami i
 błogosławiony owoc żywota Twojego…”
– Ale oni nie mieli ubrań ani koszul, widziałaś, ani butów.
Musieli im ubranie ukraść.
– To pewnie Żydy.
– Żydów już nie ma na świecie.
– To skąd one się tam wzięły, te chłopy?
– Pewnie ich Śwarcmajer zastrzelił.

 

Koło śmietnika stała gromadka ludzi. Milczeli. Jeden z mężczyzn wyciągnął ze śmieci kawał szarego papieru do pakowania i nakrył tym papierem leżącego na wznak trupa. Kobiety kiwały głowami, żegnały się, płakały. Od strony posterunku szli żandarmi. Już dobiegały ich głosy. Były to słowa i dźwięki obce wśród tych drzew, drewnianych domów, marnych poletek i ludzi, którzy milczeli. Dźwięki tej mowy rozlegały się ostro i dziko pod przezroczystym wysokim niebem. Ludzie odstąpili od śmietnika. Jedni znikali w drzwiach domów, inni odchodzili pośpiesznie w stronę klasztoru. Do śmietnika maszerowali dwaj żandarmi, w błyszczących żółtych butach, z karabinami na pasie. Jeden z nich trzymał dużą białą kartę. Kiedy zbliżyli się do śmietnika, kiwnął palcem na młodego chłopaka. Ten podszedł bliżej i zdjął czapkę. Żandarm mówił coś do niego i pokazywał ręką na śmietnik. Chłopak wszedł tam i zdarł papier z zabitego. Żandarm podał mu białą kartkę; chłopak przywiązał ją sznurkiem do nogi trupa. Teraz żandarmi zawołali kobiety. Kilka z nich podeszło do śmietnika. Na białej karcie napisane było czarnymi wielkimi literami: BANDITEN. Żandarm podniósł do góry wskazujący palec i mówił do ludzi: „Nie wolno przykrywać. Zostawić tak leżeć. Kto bez rozkazu pochowa, będzie rozstrzelany na śmierć. Władze pochowają... Trzeba patrzeć, jak władze ukarały bandytów”.

Żandarm mówił do dorosłych, tak jak nauczyciel mówi do dzieci. Ludzie milczeli. Żandarmi poprawili pasy i odmaszerowali w stronę posterunku.

Czy to ptaki budziły się w nocy? W ciemności słychać było kwilenie. Z czarnego nieba spadały ziarna deszczu. Leżeli sami w ciemności. Nie było o tej porze ludzi. Ludzie spali. I tamci też spali na swoim posłaniu. Nikt nie stał przy nich. Nie przyglądał się odkrytemu ciału. Nikt nie płakał, nie zaciskał pięści, nie przysięgał zemsty. Nie było tu zaciekawionych i przestraszonych oczu małych dziewczynek, które podglądały odkrytą tajemnicę płci. W ciszy, pod niebem, gniły dwa ciała. Przywiązana sznurkiem do nogi bielała kartka z napisem: BANDITEN.

Czy to ptaki budziły się w nocy? Było słychać w ciemności czyste głosy, jakby spadały szklane krople. Kobieta podwinęła nogi i leżała cicho zagrzebana w pościeli jak pod ziemią. Tamci, wyrzuceni na powierzchnię, leżeli odkryci i bezbronni. Kobieta przywarła ciałem do mężczyzny. Zdawało jej się, że są zakopani w norze. W ciepłej podziemnej norze mają swoje posłania i nie potrzebują wychodzić na powierzchnię ziemi, na światło dzienne. Mężczyzna trzymał rękę na jej brzuchu, słyszał gęstniejący urywany oddech. Jakby biegła gdzieś zmęczona. Ale ona leżała tu, przy nim, nieporuszona, pewnie spała. Pod dłonią czuł ciepły, napięty brzuch. Czuł pod palcami pulsowanie, jakby drżenie, a potem wyraźne ruchy. Ono się tam pod skórą poruszało, „kopało”... Kobieta nie odzywała się. W milczącym świecie, który składał się z ciemności otoczonej krwią i ciałem, poruszało się ich ślepe i nieme jeszcze dziecko. Spytał cicho: „Śpisz?”, ale kobieta nie odezwała się. Jego ręka znieruchomiała, leżała jeszcze jakiś czas na brzuchu, wreszcie, wyziębiona i ciężka jak przedmiot, spadła z pulsującego ciała kobiety na prześcieradło.

Kobieta oddychała nierówno. Nie spała. „Czy oni długo tak będą leżeć?”. Kiedy zadała to pytanie? Czy upłynęło już pół nocy? Mężczyzna nie odpowiedział. Spał odwrócony do niej plecami. Przyłożyła wargi do jego ramienia. Poczuła trochę soli wydzielanej z potem przez skórę. Widziała ich teraz w skrzyni śmietnika, oświetlonych słońcem. Jeden miał głowę wciśniętą w miękkie trociny. Ramionami osłonił twarz tak, że było widać tylko trochę szarych włosów i kawałek białego ucha. Ten drugi leżał z otwartymi oczami i ustami. Długie czarne włosy otaczały jego twarz. Ręce miał dziwnie ułożone, dłonie odwrócone do nieba, jakby chciał nabrać w nie światła. Koło południa było gorąco, słońce przypiekało. Szła z obiadem dla męża do fabryczki. Wiedziała, że oni tam leżą na śmietniku. Widziała ich rano. Kiedy zbliżała się do śmietnika, zamknęła oczy i tak z zamkniętymi oczami ominęła to miejsce. A kiedy wracała do domu, znów odwróciła głowę i patrzyła na biały klasztor, na dzwonnicę, w której nie było dzwonów. Szła przez słodki zapach lip i nic nie widziała. Ale oni tam leżeli. Teraz w nocy widziała ich przez zamknięte powieki. Białe, bezbronne ciało, rozwarte nogi i ciemne podbrzusze. Widziała przez zamknięte powieki las. Sosny w lesie. Błyszczący kopiec. Siebie i Józia, braciszka, który utopił się w stawie. Stali nad mrowiskiem z długimi patykami. Józio uśmiechał się do niej i mówił, ale nic nie słyszała. W rękach trzymali długie kije. Najpierw wrzucali do kopca liście, gałązki, kamienie. Las tonął w szarej rzece cały czarny i tylko na jednym pniu siedziało światło. Kamienie były wielkie, okrągłe jak bochny chleba. Na każdym kamieniu roiły się błyszczące mrówki. Rzucali coraz więcej kamieni. Śmiali się i krzyczeli, a potem w milczeniu zaczęli rozgrzebywać mrowisko kijami. Rozwalali i rozkopywali mrowisko z wściekłością. Wbity głęboko kij rozwalił ścianę kopca i odkrył gronka białych jajeczek. Mrówki unosiły te jajeczka, uciekały. Kotłowało się w mrowisku. Jajeczka były miękkie, wilgotne w środku. Mrówki znikały w głębszych korytarzach kopca. Kiedy wszystkie jajeczka zostały ukryte, kije wbiły się jeszcze głębiej w igliwie i wyrzuciły znowu na powierzchnię ziemi mrówki i białe jajeczka. Chwycili olbrzymi kamień, cisnęli w sam środek rozwalonego mrowiska i pobiegli do lasu.

Błyskawica rozdarła noc od ziemi do nieba. Grzmot. Światło wtargnęło do izby, gdzie ułożyli sobie gniazdo. Podziemną norkę przebiło ostrze ze światła. Było zakrzywione jak szabla, odwaliło bryłkę ziemi, na dnie skręcały się niemrawo robaki o białych odwłokach. Kobieta otworzyła oczy. Było ciemno. „Nie – powiedziała – nie śpię”. Obok spoczywało nieruchome ciało męża. Ręka kobiety gładziła lekko głowę śpiącego. Czuła suche twarde włosy pod palcami, czuła każdy włos jakby osobno. Suchy, ostry, ciepły. Ręka przesuwała się po zamkniętych oczach i wargach. Zatrzymała się. Ciepłe, wilgotne tchnienie wypełniło dłoń.
– Zbudź się – prosiła.
Ciało jego poruszyło się i posłusznie przylgnęło do jej ciała. Mężczyzna spał jeszcze, ale jego ciało przebudzone i czujne zaczęło napełniać siękrwią.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Tadeusz Różewicz, Owoc żywota, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2019

Przypisy

    Powiązane artykuły