29.05.2019

Przerwany egzamin

I

PRZYSTĄPIENIE DO EGZAMINU

Tak się złożyło, że miałem już czterdzieści lat, kiedy przystąpiłem do egzaminu dojrzałości. Egzamin ten zdają zazwyczaj młodzi ludzie, mając siedemnaście lub osiemnaście lat. Dziewczyny i młodzieńcy po otrzymaniu świadectwa dojrzałości uczą się dalej albo pracują i żenią się. Jeśli chodzi o mnie, to różne wypadki spowodowały, że składałem ten egzamin z dwudziestoletnim opóźnieniem. Miałem duże szczęście, ponieważ czasy były ciężkie i pełne mgły. Nad ludzkością wisiała groźba nowej wojny i tylko starzy nauczyciele i pedagodzy, którzy spleśnieli albo skamienieli przez dziesiątki lat nauczania, powtarzali uparcie pewne twierdzenia i pytania. Niektórzy z nich uczyli się już przeszło pół wieku temu i w tamtych zamierzchłych czasach składali swój egzamin dojrzałości oraz inne egzaminy dodatkowe. Po otrzymaniu świadectwa dojrzałości oraz innych dodatkowych dyplomów przestali oni zdawać egzaminy. Najgorsze było to, że ci starzy nauczyciele zadawali ciągle pytania dotyczące spraw zamkniętych. Nie miało to wszystko nic wspólnego z przyszłością i teraźniejszością. Wielki zamęt wywoływała pewna zmiana w organizacji egzaminu dojrzałości. Egzaminatorami byli obecnie wszyscy ludzie, bez względu na wiek, zajęcie i stan umysłowy. Dzieci i staruszkowie. Panienki. Sąsiadki. Księża. Konduktorzy. Jeden lekarz i jeden krytyk. Wujek. Trudno doprawdy wyliczyć wszystkich egzaminatorów. Tymczasem ja jeden byłem abiturientem, można mi było zadawać pytania. Pracowałem usilnie od rana do nocy. Również często w nocy, przez sen, odpowiadałem na wszystkie pytania kolejno albo też odpowiadałem razem na wszystkie pytania. Tak przywykłem do egzaminu, że w nocy, kiedy się obudziłem, zadawałem sobie różne pytania. Przygotowany byłem dobrze do końcowego egzaminu dojrzałości, lecz zawsze mógł jeszcze ktoś podejść z boku i zadać mi cios. Oczywiście słowo „cios” jest tu czymś w rodzaju metafory, gdyż chodzi nie o „cios”, lecz o pytanie. Wielkie zamieszanie wywołane było tym, że egzaminatorzy zadawali mi często to samo pytanie, ale każdy z nich czekał na inną odpowiedź, a nawet żądał innej odpowiedzi, jakby przeznaczonej wyłącznie dla niego. Moje odpowiedzi ginęły w olbrzymiej wrzawie. Gada przecież i szepce bez przerwy jakieś dwa miliardy ludzi, reszta w tym czasie śpi. Inni są w ciąży. Nie piszę „kobiety są w ciąży”, ponieważ wszystkich nazywam ludźmi. Kobiety rodzą ludzi i w związku z tym są zwolnione. Nie zadaje się im pytań zasadniczych i istotnych. Najwyżej w formie żartów. Istoty, które same rodzą ludzi, są wolne od wszelkich podejrzeń i egzaminów. Ich dojrzałość intelektualna i duchowa jest bez znaczenia, jest ona doskonale obojętna. Wszelkie pytania są pozbawione sensu, są po prostu śmieszne. Te kobiety, które jednak ubiegają się o składanie egzaminów, to są po prostu istoty bezpłciowe i nawet trochę zwyrodniałe. Ogółem zadano mi kilkadziesiąt tysięcy pytań. A może nawet kilkaset tysięcy pytań. Nie liczę tych, które mi będą zadawane w ciągu najbliższych lat. Ponieważ ja sam również zadawałem sobie niezliczoną ilość pytań, możemy śmiało przyjąć, że ogółem w czasie egzaminu dojrzałości zadano mi miliony pytań. Odpowiadałem bardzo szybko, żeby zdążyć przed końcem egzaminu. Ale na ważniejsze, jakieś zasadnicze pytania dawałem odpowiedzi dokładne, pedantyczne,a nawet drobiazgowe. Pytania główne obejmowały właściwie tak wielkie obszary i przestrzenie życia, że tylko przy wyjątkowo sprzyjających okolicznościach można na nie odpowiedzieć wyczerpująco. Chaos rósł ciągle, ponieważ ja pewnych rzeczy zapominałem w trakcie odpowiedzi. Wiedziałem coś tylko do połowy albo znałem początek, zapominałem, co jest w środku. Bardzo często dawałem na jedno pytanie kilka różnych odpowiedzi i wszystkie były prawdziwe albo fałszywe. Ale czas już, może, przejść do opisu samego egzaminu dojrzałości.

Na stole, przy którym zasiedli członkowie komisji egzaminacyjnej, leżały złożone białe kartki. Zawierały one pytania. Oczywiście pytania nie zawsze były wypisane na kartkach; często zadawano mi te pytania na ulicy, mimochodem, nie czekając na moją odpowiedź, która nie posiadała właściwie znaczenia dla pytających. Trzeba to wyraźnie podkreślić, że tylko odpowiedzi na pytania podrzędne go gatunku są ważne. Pytania dotyczące najważniejszych problemów życia są pozbawione wartości. W związku z tym najważniejsze pytania stają się śmieszne i dziecinne. Takich pytań nie zadają ludzie dorośli i poważni, którzy odgrywają pewną rolę na świecie. Takie pytania, pytania najważniejsze, zadają dzieci, prorocy, ludzie chorzy, podlotki i uczniowie gimnazjalni.

Zimno było zawsze moim wrogiem. Zimno nie pozwalało mi na rozwinięcie wszystkich zdolności. Zimno dotykało ciała i paraliżowało wszystkie plany, dążenia. Od kilku lat obserwuję pewnego durnia z fajką. Ma on trzy głowy. Właśnie zamierzałem odpowiedzieć na jedno z tych zasadniczych pytań, które zadawałem sobie od dwudziestu lat. Odpowiadałem zawsze jakimś pomrukiem, śmiechem albo po prostu milczałem. „Po co żyjesz?”. Oczywiście nie ja wymyśliłem to pytanie. Nikt nie wie, kto pierwszy zadał to pytanie. Moja odpowiedź również zmieniała się. Teraz dopiero nie umiem odpowiedzieć, ale dawniej miałem wiele odpowiedzi. Niektóre były podobno nawet trafne i zostały wysoko ocenione przez komisję egzaminacyjną.

Zaraz po śniadaniu wyszedłem na miasto.

Należy niezależnie od rozpaczy lub zwątpienia robić sprawunki, jak również kupować gazety i grać w jedną z loteryjek. Poprzedniego dnia spotkałem kolegę szkolnego, z którym nie widzieliśmy się dwadzieścia lat. W tym dużym i grubym, a jak mogłem stwierdzić później, łysiejącym już panu musiałem rozpoznać chłopaka w granatowym mundurku. Gruby przystąpił do egzaminowania mnie jeszcze na ulicy, na chodniku. Zadał mi dwa pytania: „Co tu robisz, T.? Co u ciebie słychać?”.

Przedtem jeszcze zapytał, czy ja jestem T. Najpierw powiedziałem, że się myli, że nie jestem T. Ale on stał przede mną i uśmiechając się czekał. Więc po chwili przyznałem się. Chociaż ta sprawa nie była taka prosta. Byłem przecież już zupełnie kim innym. Ale trzeba było to długo objaśniać, więc dla świętego spokoju potwierdziłem.

Weszliśmy do baru „Stokrotka”.

Najpierw odpowiadałem na drugie pytanie: „Co u ciebie słychać?”. Jestem więc, jak się to mówi, człowiekiem pióra. To pisanie boli mnie. Sąsiedzi z góry chodzą po mojej głowie. Chciałbym jednak wrócić do sprawy egzaminu. Wszyscy biegną po schodach do mnie. Mózg mój jest żywym zwierzęciem. Zamknięty w głowie i ściśnięty kośćmi, naciskany ze wszystkich stron, skręca się. Cały pokryty szczeciną i kolcami boli bardzo. Gdyby mógł wyskoczyć na ten papier. Gdyby wyszedł z tego zamknięcia, mógłby się rozprężyć, rozłożyć jak parasol. Biedny, skręcony, mógłby zacząć skakać i fruwać po pokoju i po tych kartkach. Powinien wychodzić z głowy na spacer, biegać po łąkach i polach. Tymczasem został złapany do tego pudełka kościanego i zamknięty. Rano się wydaje, że można zacząć od początku. Tymczasem jest to dalszy ciąg. Myśli są jak białe myszki. Biegają po tłustym podbródku złoconego Buddy, a potem przeskakują na nogę znajomej lekarki i wędrują po tej nodze coraz wyżej. Zaraz też ze wszystkich stron padają pytania: „Co słychać w dziedzinie życia seksualnego i jak to wygląda?”. Więc znów trzeba wyświetlać bardzo stare obrazki. Występują tu ptaki, psy, krowy, konie i dzieci. Przede wszystkim było to pytanie zadane przez pewnego bruneta z dużymi, wypukłymi oczami. Ja leżałem w ciemnym pokoju i drzwi były uchylone, a dorośli grali w karty i rozmawiali. Oczywiście to jest najważniejsze pytanie. Cały spocony ze strachu i drżący leżałem pod pierzyną. Słyszałem ten głos: „Założę się z panią, że on wie, skąd się biorą dzieci”. – „Ależ, co pan głupstwa opowiada!”.
„No to możemy go zapytać”. – Czułem w głowie i sercu tłok krwi. Wiedziałem, że dzieci są noszone przez kobiety w brzuchu, ale niezbyt jasno wyobrażałem sobie, skąd one się tam biorą i jak wychodzą na świat. Jaką to się odbywa drogą.
Tadziu, śpisz?
– Nie – odpowiedziałem lękliwie.
Słuchaj, Tadziu, powiedz, skąd się biorą dzieci. Pociłem się pod pierzyną, zamykałem oczy i byłem pewnie zupełnie czerwony, choć nikt tego nie widział. Nie odpowiadałem.

W pokoiku obok zapadło milczenie. A po chwili zaczęto się tam śmiać.
Niech pan da spokój dziecku, panie Henryku.
Tadziu, a jak się rodzą cielęta.
Wychodzą krowie przez ucho – odpowiedziałem z rozpaczliwą pewnością siebie. Było to kłamstwo wymyślone na użytek dorosłych, żeby myśleli, że nie wiem, skąd się biorą cielęta. Znów się tam rozległ śmiech. Ktoś opowiadał historię o
 babie wiejskiej, która poszła do spowiedzi. Po każdym słowie śmiech.

Oczywiście wykręcam się od odpowiedzi. Próbuję to zrobić przy pomocy dziecka. Przy pomocy miłych wspomnień z dzieciństwa. Tymczasem pytanie brzmiało jasno: „Co u ciebie słychać?”. Odpowiedź może być równie jasna i krótka: „Nic nowego”. Można również dodać: „Stara bida” lub coś w tym rodzaju. Ale raz będę uczciwy i odpowiem.

Siedzimy więc przy stoliku egzaminacyjnym. Po krótkim namyśle odpowiadam mojemu egzaminatorowi. A może mój egzaminator naprawdę chce usłyszeć odpowiedź. Nie udaje, tylko pragnie z głębi serca dowiedzieć się, co u mnie słychać. Zaczynam więc:
Cierpię straszliwie, jak potępieniec. Tak okropnie cierpię, że już dłużej nie sposób jest wytrzymać. Przebiję się tu na twoich oczach tym nożem. – Chwyciłem deserowy nożyk, który leżał na stoliku. – Życie moje straciło sens. W nic już nie wierzę. Ani w to, że ludzkość dąży. Również nie wierzę w zbawienie wieczne. Spójrz na to ciastko, które leży przede mną. Gdybyś wiedział, jaką czuję nienawiść do tego ciastka. Chętnie rozsmarowałbym to ciastko z kremem na głowie. Ból swój pragnę wypowiedzieć i do tej chwili ukrywałem się z tym, ale tobie powiem... wyznam ci wszystko...
Wyobraź sobie, że czuję nienawiść do własnego stolca. Tego jeszcze nie było! Wszystko było? Trudno!
Kocham ludzkość, choć nie wiem za co. I kocham prostego człowieka równie mocno i
 bezinteresownie, jak on mnie kocha. Kocham również prostego ministra i prostego kardynała. A siebie nie mogę ukochać. Gdybyś wiedział, jakie okropne myśli przychodzą mi do głowy. Okropne z punktu widzenia społeczno-obyczajowego, jak również estetycznego i politycznego.
Weź choćby naszą sąsiadkę. Ogromne są pokłady złości w naszych ludziach. Gdyby nagle zaczęła się wylewać z tej baby żółć, zalałaby nie tylko ziemię z
 kwiatami, dziećmi, biskupami, motylami, ale słońce i gwiazdy. Pancerne kasy, w których przechowywanych jest kilka idiotycznych myśli wyniesionych z domu i szkoły, trochę plotek, wspomnień z pożycia małżeńskiego.
Ale wróćmy do mnie. Chciałeś się dowiedzieć, co u mnie słychać. A więc przyznałem się. Piszę wiersze. Czuję się od tego czasu matką. Każdy wiersz ma innego ojca, ale wszystkie wiersze mają jedną matkę. Jest nią poeta. Ojcem wiersza jest wspomnienie, obraz, dźwięk, uczucie, myśl. Ojciec przychodzi, składa nasienie i odchodzi. Wiersz rośnie teraz w poecie-matce. Matka dźwiga. Musi uważać. Ojciec-bodziec, często zapomniany, bez oblicza lub w masce, ucieka, ginie czasem na zawsze. On tylko szuka miejsca, gdzie może złożyć nasienie. Poeta-matka może być zapłodniony przez wszystkich i przez wszystko, w każdym miejscu i o każdej porze. Nasienie wchodzi tu przez otwarte rany. Kiedy rany zabliźniają się, następuje jałowość i śmierć.

Mój egzaminator machnął nagle ręką. Siedział smutny i osowiały. Jeszcze raz machnął ręką.
Gadanina i pisanina. To wszystko nic nie warte. Dla dzieci i staruszków. Ja już od dwudziestu lat nie przeczytałem wiersza i żyję. No i co? I nic. Przy tym nie myśl, że za darmo cię słuchałem. Nikt nikogo za darmo nie chce słuchać. A jak już słucha bezinteresownie, to albo dłubie w uchu, albo ziewa.
Ja, widzisz, w przeciwieństwie do ciebie, mam łupież. I wypadają mi włosy. Skóra mnie pali. Czego ja już nie używałem. Rano po czesaniu grzebień pełen włosów. Trzydzieści albo sto włosów to fraszka. Całe kępy włosów wypadają. Ty nienawidzisz ludzi, mogłem to wywniosko
wać z twego opowiadania... Ty nienawidzisz, a ja kocham. Kocham miłością bezgraniczną. Jestem gotów do wszelkich ofiar. Kocham ludzkość ponad wszystko, a nie wiem, za co. I nie wiem, co zrobić z mą straszliwą miłością. Czasem jakiś zły duch mi podszeptuje: „Nie trzeba kochać ludzkości, wystarczy wypełniać uczciwie swe obowiązki”. Tak, to zły duch. Wiesz, jakby sobowtór. Staje obok i szepce. Ale czym by było nasze życie bez tej bolesnej miłości? Powiadam ci, że nie wiem, co z sobą robić... Ty nie jesteś chyba ani marksistą, ani katolikiem? – Przyjrzał mi się bystro.

Zamknąłem oczy, żeby się skupić i dać mu odpowiedź. Ale jak już raz zamknąłem oczy, to mi się ich nie chciało otworzyć. Pogrążony w ciemności zostałem sam na sam ze swymi myślami. Z sali dobiegał mnie głos młodej i zdrowej kobiety, która śpiewała rozciągając wargi wzdłuż i w poprzek, jakby czyniła tymi wargami jakieś nieprzyzwoite propozycje gościom siedzącym w tej staroświeckiej sali:
...aaa...aaa
...aaa...aaa
laleczki moje i sny dziecięce
aaa
maleńka Bebi
i duży Bobi
kochają się jak nikt
tyś mała Bebi
jam duży Bobi
aaa luli luli
mój mały
niech uśmiech
błogi
twój pyszczek zdobi
o swej Bebi śnij

Ten głos pochodził z wnętrzności „piekła”. A ta, która go z siebie wydobywała, była piękną sztuką mięsa.

Odpowiadałem teraz na pytanie coraz szybciej i ciemniej. Mój egzaminator prawdopodobnie nic nie rozumiał. Zresztą zaczął również do mnie mówić o tym, co przeżył i przecierpiał.

II

UKŁADANIE KLOCKÓW

Wyobraź sobie, że jestem środkiem wszechświata. Dziwne to uczucie. Chciałbym wszystko ci opowiedzieć od początku. Zaczęło się całkiem skromnie. Najpierw stałem się środkiem własnego pokoju, później rodziny, pewnego zrzeszenia, naszego „kółka”. Później poszło już prędko. Wprawdzie dawniej, kiedy byłem jednym z was, było mi wygodniej. Ubierałem się, jadłem, głosowałem jak miliony moich bliźnich. Czasem zabierałem głos w dyskusjach i słuchano mnie podobnie jak innych, ziewano i tak dalej. Aż pewnego dnia nastąpił ten przewrót, który chcę ci opisać. Teraz oczy wszystkich ludzi, a nawet zwierząt, są na mnie zwrócone. Nawet krowy przyglądają mi się z uwagą i w ich oczach odczytuję to i owo. Oczy wszystkich są zwrócone nie tylko na to, co robię, na moje dzieło, ale i na mój krawat, kołnierzyk, na moje spodnie, na moje uczesanie, na moje uszy, włosy, buciki, guziki, jednym słowem, na każdy szczegół. Męczące uczucie. Pilnuję swojego głosu, pilnuję swojej własnej twarzy. Nawet twarz muszę dźwigać teraz i odpowiednio układać. Jakieś moje spojrzenie, zmarszczka, barwa głosu – to wszystko jest bacznie obserwowane przez wszystkich. Nie wiem, jakim cudem, ale widzą mnie ludzie równocześnie w wielu miejscach. Patrzą na mnie jacyś Szwedzi i dzieci ze szkoły przysposobienia rolniczego w Piekiełku. Siedzę niby tutaj z tobą w kawiarni, gram w szachy, a przecież wiem, że nasz stolik ustawiony jest w samym środku Warszawy, Europy, wszechświata. Jestem przy tym zazdrosny. Oczywiście i dawniej zazdrościłem ludziom różnych rzeczy, ale teraz nie mogę sam zrozumieć... Złoszczę się na gwiazdę filmową albo na konia faworyta; gniewa mnie to, że ludzie gapią się na konia faworyta. I wyobraź sobie, że zamieniam się, wchodzę w tego konia. Ktoś mnie pieszczotliwie klepie po karku, ktoś mi daje kostkę cukru, przypinają mi medal; idę, a właściwie galopuję przed trybunami i kłaniam się ludziom. Ale z końmi to jeszcze głupstwo. Zazdroszczę nieboszczykom. Wyobraź sobie, umarł jeden taki znakomity kolega. Brałem udział w uroczystościach pogrzebowych. Rolę wyznaczono mi niepoślednią. Najpierw na warcie honorowej stałem, potem trumnę dźwigałem, przemawiałem nad grobem, coś tam nawet o nieboszczyku napisałem. Robiono mi również zdjęcia: przy trumnie i tak dalej. Ale zły byłem i niezadowolony. Oczywiście moja rola była ważniejsza, bo ja żyję, a nieboszczyk leży martwy, i ja mam jeszcze pole do działania, mogę wszystko zrobić. Order mu dali zbyt wysokiej klasy. Takie mi myśli przychodziły do głowy, że wreszcie zająłem miejsce nieboszczyka na katafalku. I to ja leżałem ze wstęgą i gwiazdą, a nawet słuchałem przemówienia na moją cześć, które sam sobie ułożyłem.

Teraz „wynoszą go”, ale nie wszystko było takie piękne za życia. Marny to był człowiek i słaby. Zacząłem przy tej trumnie wymianę zdań z nieboszczykiem. Powiedziałem mu kilka słów prawdy. Potem było mi głupio, że razem ze mną nieśli trumnę jacyś inni. Ze śmiercią też nie ma co przesadzać. Ostatecznie każdy umiera. Szedłem z wieńcem, który założyłem sobie wreszcie na głowę. I znów ja byłem jakby środkiem pogrzebu.

A o tym, co się działo na wystawie kanarków, wolę ci nie opowiadać, bo mi nie uwierzysz. Jednym słowem, kanarkowi zazdrościłem, że zwraca na siebie uwagę, i zacząłem wyprawiać różne głupstwa. Nawet śpiewałem...

Długo mi jeszcze opowiadał o swoich cierpieniach, ale zauważył, że go nie słucham już od dłuższego czasu, tylko mówię do niego. A ja rzeczywiście nie słuchałem tego, co on mówił, bo mnie nic nie obchodzi, co ktoś mówi o sobie. Przeklęta gadanina.

Muszę zamknąć oczy, aby coś zobaczyć; zamknąć oczy i wszystkie drogi, którymi dociera ten świat leżący na zewnątrz. Piłem wino z zamkniętymi oczami. Nie mogłem patrzeć na morze. Róże na białych murach, palmy, mewy i obłoki. Białe okręty. Ktoś drwi ze mnie i trzyma mnie za ręce.

Jeszcze nie zdążyłem odpowiedzieć na pierwsze pytanie, które mi zadał na ulicy szkolny kolega, a już musiałem odpowiedzieć na pytanie, które zadała mi żona mojego przyjaciela. Wiedziała, że kilka dni lata spędziłem nad Adriatykiem. Zapytała mnie, czy jestem oczarowany. Na pytanie odpowiedziałem szybko i jednoznacznie. Ta podróż wypatroszyła mnie zupełnie. Takiego głupca trzeba szukać ze świecą. Zamiast zbierać piękne obrazy świata do albumu pamięci, ja wymyśliłem sobie teorię, że najlepiej ogląda się z zamkniętymi oczami. Wszystkie wielkie miasta w Europie to właściwie jedno miasto. Ustępy na ulicach. Reklamy. Mistrzowie w galeriach, restauracje, samochody, kina, jakieś świątynie. Białe miasto było tak rozpalone, że syczało. Siedzę w zamkniętym pokoju w wielkim mieście zamiast nad morzem. Mogłem tam siedzieć miesiąc... Uciekłem. Bo trzeciego dnia pobytu, stojąc w niebieskiej i szmaragdowej wodzie, doszedłem do wniosku, że to nie ma sensu. Jakie „to”? Stanie albo pływanie w tym błękitnym morzu. Tu znów wylazł ze mnie umarły. To również objaśnię.

Co robiłem 30 czerwca 19... roku, o godzinie trzynastej?

Siedzę w poczekalni dworca kolejowego w N. S.

Chcę natychmiast stąd wyjechać. Ale z hotelu wyszedłem o dwie godziny za wcześnie i teraz muszę tu czekać. Siedzenie w poczekalni kolejowej w N. S. nie jest złym zajęciem. Przecież „umarłem” już kilka razy. Umarłem kilka razy i warto o tym opowiedzieć jeszcze żyjącym. Człowiek umarły jest bardzo wrażliwy. Na głód, na ciepło i zimno, na słowa i uśmiechy. Jego zwłoki są dla niego najważniejsze w całym wszechświecie. Ja to jeszcze kiedyś wyjaśnię dokładniej. Znajdę wolną chwilę. Jak tylko umarły nie otrzyma pokarmu, który mu smakuje, zaczyna się wściekać i krew zalewa mu oczy. Albo niech go ktoś trąci. Umarły z pianą u pyska rzuca się na ludzi i gryzie. Dla umarłego przedmioty stają się bogami, ciało staje się bogiem, pod ręką umarłego umiera świat, najmniejszy przedstawiciel siły staje się bogiem, nawet maszynka do golenia, szynka osiemnastoletniej, noga, wąs szefa, bucik na wystawie jest bogiem. Świat rzeczy, ciało. Jest to bóg ślepy i bezwzględny, umarłego wyznawcę połyka, trawi i wydala.

Umarły jest bardzo roztargniony. Jego skupienie jest zazwyczaj pozorne. Wystarczy jakiś dźwięk, drobne wydarzenie; umarły natychmiast przestaje myśleć o wykonywanej pracy, porzuca ją i biegnie. Można to często zaobserwować na naszych ulicach. Umarli nie są do niczego przywiązani. Są ciągle rozdrażnieni i nie mają czasu. Ale przyszłość należy do nich. Jest ich coraz więcej. Szczególnie po dużych miastach, na plażach i w górach. Lubią przyglądać się pięknym widokom, podziwiają przyrodę, słuchają muzyki lekkiej. Jedzą nie tylko ustami, ale oczami i całą powierzchnią skóry. Nikt jeszcze nie napisał o naszych umarłych nic ciekawego. Obserwujcie ich w sklepach, restauracjach, pociągach. Są to przeważnie ludzie w sile wieku... Nie ma między nimi dzieci i wariatów.

Wacek poruszył się niecierpliwie na krześle. Widziałem, że szykuje się do odejścia. Miał słuszność. Sam mówię dużo, nawet rozwijam przed nim pewne teorie dotyczące zachowania się żywych martwych, a on nie może dojść do słowa.
Spójrz – powiedział i wyciągnął przed siebie rękę. Palce jego ręki były pozbawione paznokci. Zorientowałem się, że chce mnie zaskoczyć i opowiedzieć o swoich cierpieniach w obozie koncentracyjnym. Cierpiał bardzo, a teraz nikt go już nie chciał słuchać.

Wstań już i odejdź. Wstań i odejdź. Nie musisz przechodzić koło tego stolika. Możesz przejść bokiem i zakryć sobie twarz gazetą. Boisz się tych dwudziestu kroków. Przecież już nigdy się nie zobaczycie. Rusz się. Nie będziesz tu siedział do północy. Jak zaczną jeść, wstanę i odejdę. Nie zwrócą na mnie uwagi.

Pada deszcz. Jezioro pokryte bielmem mgły. Szare, senne jezioro zasypia w tym deszczu. Sennie. Góry i chmury przenoszą się z miejsca na miejsce. Czerwone są stoliki i białe lakierowane krzesła pod parasolami, z których spływa woda. Podłoga lśni. Piję zimne czerwone wino, z którym miesza się zieleń gór i srebro szarego nieba. Dlaczego jestem taki smutny? Nie mogę złożyć świata. Już kilka razy zdawało mi się, że wreszcie wszystkie części pasują do siebie. Wyglądało to na zupełnie sensowną i solidną budowę. I ja, ja też już pasowałem. Wszystkie klocki były ułożone. Na szczycie z wielką przyjemnością sadzałem Sokratesa, świętego Franciszka z Asyżu, Marksa, Gandhiego, Einsteina i przyglądałem się, jak to wszystko ładnie wygląda w świetle słońca. Kiedy już to wszystko ustawiłem na środku pokoju, wpadły dwie dziewczyny z dołu. Są to jeszcze niezupełnie dojrzałe dziewczyny, ale tam już dawno do nich chodzą żołnierze.

Kochanek matki tych dziewczynek jest „wiecznie” pijany. Jest to mały, chudy mężczyzna chory na gruźlicę. Jada psie mięso i pije smalec z psiego tłuszczu. Zawsze w ogródku kręci się jakaś psina przeznaczona na smalec. W zeszłym miesiącu widywałem wielką białą sukę. Była łagodna, smutna, nawet nie szczekała. Widocznie przeczuwała śmierć.

Te dwie dziewczynki z nie rozwiniętymi jeszcze piersiami przybiegły i rozwaliły moją składankę. Oczywiście w takich wypadkach należy działać energicznie i zawiadomić odpowiednie władze, ale ja miałem wtedy kłopoty. Zjadłbym czasem kawałek chleba, ale nikogo nie ma w domu. Pokręcę się po korytarzu z rękami w kieszeniach. Zaraz mnie ogarnia zniechęcenie, jestem bardzo rozdrażniony. Wracam do pokoju. Za oknem to mokre miasto. Zupełnie szaro. Żeby choć jeden wróbel zaśpiewał. Mucha zabrzęczała. Mam na głowie ważne problemy z dziedziny... Z pewnej dziedziny, o której nie będę opowiadał sąsiadom ani rodzinie. Chciałbym też powiedzieć coś budującego w związku z nadchodzącym Nowym Rokiem. Układam sobie orędzie do całej ludzkości. Tu właśnie, pod piecem. I nikt o tym nie wie. Panuję nad sobą doskonale. Ani jeden mięsień nie drgnie na mej twarzy. A przecież jestem jednym z najstraszliwszych buntowników na całym świecie. Ale nawet szklanka nie zadrży, kieliszek nie zadzwoni, a ja całą kulę ziemską wysadzam, nie licząc jakichś tam mocarstw i tak dalej.

Ale jak mnie pali w żołądku, to już nie myślę o świecie i tylko badam swoje ciało.

Zresztą to wszystko nigdy nie będzie miało żadnego znaczenia ani dla mnie, ani dla egzaminatorów. Nieboszczyk P. brał mnie zawsze za Sikorę. Wprawdzie stał do mnie odwrócony plecami, ale to była taka epoka. Brał mnie zawsze za Sikorę i rozmawiał ze mną jako z Antonim Sikorą. I cóż z tego, że ja od dzieciństwa wyrabiałem sobie siłę woli, charakter i inne cechy. Trzymałem palec nad zapaloną świecą, oddawałem oszczędności żebrakom i karmiłem ptaki. Przeszedłem piekło, cierpiałem wiele, a P. miał mnie za kogo innego. Mogłem właściwie przez całe życie mordować pisklęta, wybierać ślepym żebrakom grosze z czapek, wylegiwać się w łóżku... P. i tak „brałby mnie” za kogoś innego. I tak jest zawsze. Więc i tym razem okazało się, że mój domniemany kolega szkolny pomylił się. Chodziliśmy do szkół w dwóch końcach Polski, poza tym on był starszy ode mnie o dziesięć lat. Chciał mi jeszcze opowiedzieć o swoim „pożyciu małżeńskim”, ale wytłumaczyłem się pilnymi zajęciami. Pożegnaliśmy się męskim, mocnym uściskiem dłoni.

 

Wszedłem w uliczkę. Przechodnie byli tu podobni do zgaszonych lamp. Tylko kobiety promieniowały, oczywiście te młode. Były jakby nie tknięte wiekami historii Europy. Widocznie przyszły na świat dzisiaj rano i jeszcze nie czytały gazet. Wcisnąłem się do małej kawiarenki. Ludzie zebrani tu przy stolikach rozmawiali z wielkim ożywieniem. Tak, z ożywieniem! To trzeba stanowczo podkreślić. Przypadkowo dobiegały do mnie słowa i zdania. Były to rzeczy znane. Bardzo podobne do tych, które w tym mieście słyszałem przed dziesięciu laty, kiedy tu mieszkałem. Minęło kilka lat i znów padają podobne zdania. Byli to zresztą ci sami ludzie; teraz kręcił się między nimi jakiś zezowaty młodzieniec z grzywką i robił różne miny. Ten był nowy. Młody. Była już wiosna i skóry kobiet świeciły cichym i ciepłym światłem. Ich ręce trzymały przedmioty codziennego użytku i cisza unosiła się nad ich ciałami.

zima 1958 r.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Tadeusz Różewicz, Przerwany egzamin, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2019

Przypisy

    Powiązane artykuły