26.03.2020

Prąd stały, prąd zmienny. „Monaten” Jacka Gutorowa

1.

Jacek Gutorow jest bez wątpienia jednym z najciekawszych eseistów i badaczy literatury ostatnich dekad. Rozległość jego horyzontów imponuje, erudycja onieśmiela. Równolegle do twórczości krytycznej (w ostatnich latach ukazały się: Księga zakładek czy Życie w rozproszonym świetle), pojawiają się wiersze (Rok bez chmur) i tłumaczenia (Oko wie lepiej. Ashbery, Clover, Cole). Pomimo ogromnej literackiej aktywności, Gutorow wydaje się postacią tajemniczą, zakreślającą swoje słoje w bocznej gęstwinie, gdzie po urwanych śladach mało kto się zapuszcza. Stale poznaje nieartykułowane wcześniej możliwości siebie. Doznaje i doświadcza prądów stałych i zmiennych.

2.

Zacznijmy, choć otwarcie jest nieoczywiste, przekreślone. Książka zaczyna się od skończenia czytania, odłożenia na bok: „Zamknął książkę”. Początki to fikcje, podobnie jak końce. Tym krótkim zdaniem otwiera się raptularz zamyśleń i zmyśleń, dziennik stanów skupienia, notatnik uważności, konkretnie: MonatenJ. Gutorow, Monaten, Wrocław 2017. Wszystkie cytaty podaję według tego wydania.[1] Jacka Gutorowa. Autor Kartek zebrał pod jednym tytułem rozmaite przygody języka i myśli poszukującej dla swoich spełnień określonej formy. To książka, która wyrasta z fascynacji literaturą i rzeczywistością, paradoksalnie czerpiąc siłę ze swojej słabości, gdyż w gruncie rzeczy jest ilustracją nieustannie ponoszonych porażek i fiaska, zapisania siebie w świecie i świata w sobie, w krzyżowym ogniu, w poplątanych pajęczynach, zagłuszanych falach, zerwanych łączach. Monaten to wciąż ponawiane próby artykulacji tego, co ciągle się wymyka, staje, odstaje, nie przywiera, a zalega, jest. Opowieść dzieje się na przestrzeni kilku lat (2011–2015), ale tak naprawdę ma się wrażenie, że chronologiczne ramy są widmowe, że tylko pozorują jakieś granice dla nieotamowanej rzeczywistości, puszczonej samopas wyobraźni, dryfów języka bijącego o nowe wody i prądy.

3.

Monaten to przede wszystkim książka o czytelniku pochłoniętym literaturą. O człowieku, który nastawia swoje duchowe żagle, i czeka na wiatr słów, aby ten zaczął dąć i miał moc przemiany. Gutorow pisze o swoim byciu w słowach i ze słowami. Upomina się o rodzaj nieuprzedzonego zaangażowania w lekturę. Należy czytać tak, mówi, aby za każdym razem rezygnować z siebie, nastrajać ucho na nowe głosy, nie bać się pójść za wierszem na manowce. Jest admiratorem lektury jednorazowej, która w swoich nastrojach i emocjach wyczerpuje wszystkie możliwe potencje. A przynajmniej się stara. Upomina się o wystawianie się tekstom bez uprzedzeń, bez gotowych scenariuszy, założeń, przekonań, afektów. Za każdym razem idzie o święto spotkania i to, co dopiero za sprawą słów pojawi się w nas, odemknięte, nowe, teraz właśnie rozpoznane. Nazwane. Gutorow stara się czytać w zachwycie, dzielić się fascynacją. Mówi, że poezja jest najlepszym sposobem na oswajanie innego w sobie, że jest ćwiczeniem empatii, ryzykiem ciągłego wytrącania się z własnych, znajomych ścieżek, na rzecz kolein, w których chyboczemy się na boki, i nie mamy żadnej gwarancji, że się nie poturbujemy, bo możliwości rozlicznych upadków stoją przed nami jak marzenie. Chodzi o strategię amatora, który nie podpiera się żadną gotowa filozofią, a czerpie radość z nowości spotkania; nieplanowanych, przypadkowych, świeżych zestrojeń. Myśli z muzyką wiersza czy dobrze skrojonej prozy z rytmem kolejnych akapitów, zdarzeń i sekwencji:

Jako najistotniejszy jawi mi się w tym wszystkim wymiar etyczny (estetyczny, erotyczny, jak komu pasuje): wyzwolenie obszarów, czasów i uczuć dotychczas tłumionych, zatrzaśniętych na dobre w sobie, jakby zupełnie obcych, a w każdym razie nie naszych, nie swojskich, ba, całkiem przerażających, zupełnie przerażających, wszak stawką tego krytycznego rachunku sumienia jest przeformułowanie, przenicowanie, podziurawienie naszego własnego, sobiepańskiego „ja”.

4.

Krytyka literacka rozumiana jest przez autora Aurory jako emancypacja, wyjście poza własne opłotki, inwencja: „[…] jako szaleństwo pisma, które nie zastyga w żadnej formie, lecz wciąż burzy się w sobie i nie pozwala sprowadzić się do ćwiczenia literackiego”. Zdaniem Gutorowa najważniejszym pożytkiem z czytania jest nadawanie swojemu istnieniu cech permanentnie procesualnych. Najgorsze, co może nas spotkać, to zastygać we własnych okolicznościach i repetować martwe słowa. Przywyknąć do własnych gestów i póz. Ucinać sobie drzemki w wierszu, zamiast stawiać czoła napierającej zewsząd obcości. Musimy stale być gotowi na nieoczekiwaną muzykę, nie mając pojęcia, gdzie udamy się dalej. Do pewnego stopnia Monaten to również rodzaj traktatu filozoficznego, ale takiego na opak. Czerpiącego siłę z sabotowania systemu, wywracania porządku. Wedle Gutorowa życie jest nieokiełznane, nie da się go wpisać w żadne formy. To, co zastygłe, skończone i skazane na inercję, w żaden sposób nie przylega do tego, co się staje, a czemu niejednokrotnie słowo poetyckie chciałoby dać wiarę. Autor o swojej książce pisze tak: „Moje oddechy mierzone odmianami słów. Moje lunaria. […] Z każdym obrotem jest coraz więcej słów, ale i coraz więcej ciszy kryjącej nieznane słowa”. Nietzsche, Beckett, Różewicz, Walser. Na jednym wdechu.

5.

Czytanie literatury, czytanie poezji to nic innego jak dzielenie się swoim niepokojem, unikanie jaskrawych przesłań, niechęć do stawiania ostatecznych rozpoznań. Gutorow uczy, jak dobrze wsłuchiwać się w słowa. Powiada, że dobry wiersz jest w jakimś sensie czymś nieuchronnym, podążającym w nieznane. Zostaje kluczenie, odnajdywanie, i na odwrót: „Poezja musi iść w parze z samotnością, z wyborem samotności. Poeta to ten, który wyrasta z poezji i ją przekracza, kto cierpi z tego powodu – bo chciałby pozostać poetą – mimo to jednak podąża naprzód, poza siebie”. Gutorow upomina się o miejsce dla pojedynczego słowa, gestu, metafory: „Prawdziwa obecność, obecność ducha i ciała, możliwa jest tylko pod warunkiem wyjścia z tautologicznego kręgu własnej tożsamości, wrażliwości i wyobraźni. Konfrontacja, zderzenie, transgresja. Spotkanie z innym to coś więcej niż tylko dialog”.

6.

Czytanie to możliwość nieustannego rozglądania się po sobie. Jeżeli człowiek jest – lubię tak myśleć – jak stare zamczysko, omszałe, z mnóstwem pomieszczeń, z zamkami pordzewiałymi od braku jakiegokolwiek ruchu, to czytanie jest odmykaniem zawiasów i odkrywaniem nieznanych dotąd pokoi, które się w nas znajdują. To dopiero za sprawą literatury, jej świateł i reflektorów, torujących drogę do zapomnianych pomieszczeń i przestrzeni, które nosimy w sobie jak płuco czy serce, zaczynamy dostrzegać skomplikowaną sieć pokoi, które składają się na nasz inwentarz. Gutorow stale postuluje, aby wychodzić poza własny słownik. Nie dać się podporządkować rzekomym oczywistościom, być w pogotowiu do zmiany, nie bać się przesunięcia konstelacji świadomości, szukania myśli na innych orbitach:

Nauczyć się czytać wiersze nie po swojemu, lecz na przekór sobie – czy to nie piękny program? Język prowadzi nas w sobie znane strony, otworzy przed nami zupełnie nieznane perspektywy, ujawni archiwa, o jakich nam się nie śniło. Potrzebne jest to minimum zaufania i chęć porzucenia gotowej przystani.

Dobry czytelnik i dobry krytyk – powiada autor Innego tempa – są jak psy na deszczu: błąkają się, sierść wchłania wilgoć, gubią zapachowe pasma, zwodzą je przypadkowe błyski latarni. Ale kręcą się i oznaczają teren, oswajają terytorium dla swojego bycia. Szukają w ciemności siebie. Poczuwają się do zachwytów, do własnego głosu.

7.

W ostateczności i tak należy ograniczyć się do kilku słów i obrazów. Nie narzucać się, nie kokietować i nie emablować, nade wszystko sprostać oczekiwaniom ciszy, czasami wygórowanym, czasami wymagającym. Po wtóre, trzeba sobie stawiać intelektualne zadania, spełniać sens swojego życia, próbować sprostać wyzwaniom egzystencji. Nie dramatyzować, raczej szukać właściwego rezonansu dla dramatu, potem starać się obłaskawić jego napięcia. Warto stale sobie przypominać, że większość słów jest absolutnie niepotrzebna, choć wszystkie są nieuniknione. A lektura ma być doświadczeniem egzystencjalnym, przez które stwarzam się, wciąż na nowo pogłębiam. Należy wciąż i wciąż przekraczać własne ograniczenia, wychodzić poza siebie.„Pisanie jest jak życie, nie zastyga w jednej formie, bez końca nabiera nowych znaczeń i traci inne, jest czystą potencją i niewyczerpanym źródłem”. Za sprawą takich książek jak Monaten stale uczymy się czerpać ze źródła mowy, odświeżać język, zderzać go z innymi cząsteczkami, temperamentem, napięciem. By intensywnie patrzeć, stale otwierać się na świat. Spacerować, słuchać muzyki, przede wszystkim patrzeć i doświadczać, nigdy, za nic, nie zamknąć się w świecie z papieru, pod tekturowym niebem, gdzie zalega brulionowy dym.

Jacek Gutorow, Monaten, Wrocław: Fundacja im. Tymoteusza Karpowicza, 2017.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Bartosz Suwiński, Prąd stały, prąd zmienny. „Monaten” Jacka Gutorowa, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2020

Przypisy

    Powiązane artykuły