19.03.2020

Sophia trojańska

Na okładce książkiB. Wildstein, „Mistrz”, Warszawa 2004. [1] widnieją dwaj aktorzy wspólnie grający konia w przebraniu. Według Iliady żołnierze greccy ukryli się we wnętrzu wielkiego, drewnianego konia jako dar, trafili w ten sposób za mury Troi, a następnie ją zdobyli. Fałszywe, pozornie atrakcyjne wierzenia i przekonania przypominają konia trojańskiego. Niszczą tych, którzy je naiwnie przyjęli. 

Precyzyjnie zbudowana powieść jest zwierciadlanym odbiciem panoszącego się zła, które wkradło się do miasta (o nazwie Uznań, zawierającej w sobie praindoeuropejski rdzeń wspólny z poznaniem, wiedzą, gnozą, jaźnią) zamaskowane jako niechrześcijańska duchowa głębia. Dwóch głównych bohaterów powieści: Piotr Rybak – polski polityk postsolidarnościowy i Paul Tarois – dziennikarz z Francji zafascynowani są Zofią-Heleną, kobietą z otoczenia polskiego Szymona Maga, reżysera awangardowego teatru, Macieja Szymonowicza. Zofia, Sophia to imię, którego etymologia sięga greckiego rzeczownika „mądrość”. Taka jednakże mądrość, którą uosabia Zofia-Helena i podobne do niej kobiety przypomina raczej gnozę, wtajemniczenie w antytradycję, w antychrześcijańską tradycję buntu wobec dobrego Boga. Gnoza bliska jest zoroastryzmowi, zgodnie z którym powszechny jest dualizm, a oprócz boga dobrego istnieje też bóg zły. Z chrześcijańskiego punktu widzenia bunt przeciw dobremu Bogu stanowi opowiedzenie się po stronie zła. Jeśli ktoś sądzi, że zanadto upraszczam, odpowiem, że sprawy duchowe nie dotyczą wyłącznie geniuszy, toteż zagrożenie duchowe nie znika, choćby niszczyło tylko osoby przeciętne, o niewyrafinowanej umysłowości. 

Wyjaśniam też, że nie upieram się, jakobym odczytywała intencje autorskie. Niezależnie bowiem od intencji czytelnik znający Biblię, apokryfy gnostyckie czy też – by od razu przejść do literatury XX wieku – Nietotę Tadeusza Micińskiego, Pożegnanie jesieni Stanisława Ignacego Witkiewicza, powieści sensacyjne, historię literatury czy teatru będzie w miarę swoich możliwości kojarzył motywy Mistrza z elementami swoich wcześniejszych lektur. Zapewne powinowactwa literackie odnotowuje się wybiórczo (ktoś chętnie czyta Chandlera, kto inny częściej przekłady poezji niemieckiej, ale wnioski z odnajdywanych związków z treściami historii religii, literatury, teatru, najnowszej historii politycznej tak czy inaczej układają się w spójną całość).

Pisząc o zespole teatralnym, prozaik sięga najpierw po konwencję dramatu, podając spis postaci. Oto imiona wielu bohaterów, nie tylko wspomnianej Zofii, są znaczące. Na przykład imię Helena przywodzi na myśl perwersyjną, zmieniającą wyznania, poglądy i kochanków – Helę Bertz z Pożegnania jesieni. Postać nazwiskiem Buran zakłada kolejny awangardowy teatr, a w rzeczywistości empirycznej taki właśnie zespół teatralny wystawiał spektakl pod tytułem Carmina burana. Piotr Rybak ma imię i nazwisko stanowiące aluzję do katolicyzmu Polaków, a zarazem nieszlacheckie brzmienie nazwiska jest symptomatyczne dla rodowodu społecznego elity wyniszczonej przez drugą wojnę światową i jej pięćdziesięcioletnie już następstwa. Ubek Łukasz Piotrowicz nosi imię jednego z ewangelistów, a nazwisko podobne budową do otczestwa, konotować może więc ono wschodni rodowód, w takim zaś stopniu, w jakim w Piotrze Rybaku upatrywać się będzie bohatera pozytywnego, manipulator przedstawiający się jako „reżyser”, oficer prowadzący jedną z pseudo-Zofii oraz kontrolujący eksperymentalny teatr byłby – w sensie symbolicznym – synem prawego Polaka, który nie zgodził się na kolaborację z mafią, Piotra Rybaka. Jak wiele motywów w świecie przedstawionym powieści o antychrześcijańskich strukturach zależności między ludźmi i o kontrkulturowym teatrze, Piotrowicz jako symboliczny syn Piotra (symbol ten rozumiem jako wskazanie, że donosicieli i prowokatorów społeczeństwo wyłania z samego siebie, takich mamy, na jakich zasłużyliśmy sobie). Tytułowy „mistrz” – to antymistrz, przeciwieństwo Chrystusa. Szymonowicz jest manipulatorem, zwodzi na manowce duchowe i moralne, współpracuje z ubekami, należy do postaci, które „mówią przewrotnie”. Świat przedstawiony powieści jest kabotyńską karykaturą chrześcijańskiego życia duchowego, tak jak diabeł byłby „małpą” Boga, kimś, kto Boga przedrzeźnia. Bez względu na trafne elementy publicystyczne w ukazywaniu sposobów utrzymywania się u władzy zbrodniczych postaci, najgłębsze jest wskazanie szatańskiej proweniencji paranormalnych poszukiwań duchowych. Zło przenika wszelkie płaszczyzny życia, jeśli dało mu się przyzwolenie przez akceptację przewrotności: zacierania granicy i różnicy między dobrem a złem.

Na płaszczyźnie natomiast czysto zewnętrznej, politycznej, ekonomicznej dojmujące jest upokorzenie realną władzą sprawowaną przez opryszków, co najwyżej za pośrednictwem zastraszonych lub samooszukujących się marionetek. O czym – w takiej sytuacji społecznej – nawet się myśleć nie chce? O horyzoncie przemocy bezwzględnej, brutalnej, eliminującej najlepszych ludzi. Jak powtarzano w latach siedemdziesiątych: „Najlepiej nie myśl. Jeśli myślisz, nie mów. Jeśli mówisz, nie pisz. Jeśli piszesz, to przynajmniej nie podpisuj. A jeśli już podpisałeś, to niczemu się dziw”. Zachęt do milczenia nie brakuje. Czy są to groźby? Czy – istotnie życzliwe rady? Mówić o strukturze przemocy tym bardziej jest podejrzane także dlatego, że można zostać uznanym za prowokatora. Zarazem ani ciekawa, ani poważna literatura nie może się ograniczać do ugrzecznionej, dozwolonej zabawy. Co więcej, wolność słowa z wyjątkami nie jest już wolnością słowa.

Dlaczego autor wybrał na tytułowego bohatera artystę? Skrajnie samowolny interpretator uparłby się, że za tytułem kryje się Chrystus – uosobienie alternatywnej hierarchii wartości w stosunku do materialistycznej, preferowanej przez postaci powieści. Rozsądnie czytając, trzeba jednak przyznać, że błędy bohaterów znajdują swój katalizator w postawie słynnego reżysera-eksperymentatora, a „mistrz” w powieści z kluczem – to Jerzy Grotowski. Naturalnie, konwencja prozy fikcjonalnej, „pakt powieściowy” (termin Philippe’a Lejeune’a) wyklucza trywialne plotki. Odniesienie do rzeczywistości nie jest też tym samym, co demaskatorska publicystyka. Grotowski wydaje się w powieści personifikacją prób uprawiania twórczości w warunkach braku elementarnych swobód twórczych. Cenzor i sykofant, renegat i oszust w czasach surowo reglamentowanej możliwości publicznej ekspresji obłudnie wmawiają twórcom, jakoby im pomagali. Podłość przybiera maskę przebiegłości stosowanej w wyższych celach. Artysta, aby móc kreować swój teatr, wyrzeka się części niezależności, wstępuje do partii rządzącej, nie wyklucza kompromisów. W rezultacie, nawet jeśli nie przegrywa w kategoriach estetycznych, ponosi klęskę etyczną, w jakiś tajemniczy sposób przykładając rękę do zaostrzania się cierpień zagubionych adeptów jego sztuki. Nie wykluczam interpretacji, zgodnie z którą tytułowy Mistrz-reżyser byłby postacią tragiczną, ale sądzę raczej, że jest tylko bardziej wyrazistym niż przeciętni Polacy przykładem człowieka, który przegrywa, ponieważ godzi się na funkcjonowanie w zakłamanej rzeczywistości.

Ależ nigdzie nie ma innej i nigdy nie było! – wykrzyknie czytelnik, zarzucając mi błąd. No właśnie. Przewrotne zacieranie różnicy między dobrem a złem bywa u nas od kilkudziesięciu lat podstawą sztuki życia bez wolności. Trudno się odzwyczaić.

 

B. Wildstein, Mistrz, Warszawa 2004.

 

Tekst ukazał się pierwotnie w: D. Heck, Recenzje bez cenzury, Lublin 2015.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Dorota Heck, Sophia trojańska, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2020

Przypisy

    Powiązane artykuły