05.02.2020

Szkicowanie Ameryki Północnej (w utworach polskich emigrantów)

To jednak był dla Polaków odległy kontynent, a metropolia nad East River oraz Hudsonem, inna niż europejskie, pozostawała miastem mitycznym, w niewystarczającym stopniu oswojonym. Wschodnie i Zachodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych oraz kraj-kontynent oczekiwały na nowoczesną refleksję literacką. W portretowaniu Stanów Zjednoczonych znaczący udział mają świadectwa polskich pisarzy-emigrantów. Natomiast rozległe przestrzenie Kanady i tamtejsze miasta – Toronto, Vancouver, Montreal czy Edmonton kojarzyły się czytelnikom polskim niemal z „ziemią niczyją”. Co prawda między dwoma światowymi wojnami w XX wieku zdarzały się podróże pisarzy, dziennikarzy-reportażystów, dyplomatów, uczonych, a tym wojażom poświęcone zostały osobne relacje, to jednak doświadczenie Ameryki nie było powszechne, nie wiązało się ze społeczną empirią w szerokiej skali. Odbiorca potrzebował przewodników po Nowym Świecie, gdyż wbrew temu, co głosiły teksty z dwudziestolecia 1918–1939, że nowoczesna cywilizacja i nowoczesny styl podróży zniwelowały odległości oraz zmieniły sposób postrzegania świata, przez ocean przeprawiało się niewielu. Raczej możemy mówić o literackich mitach.

Poznawanie Ameryki napotykało na kolejne komplikacje. W czasie wojennego exodusu i późniejszej emigracji, jak zaświadczają to przekazy literackie i dokumentarne, próby oswojenia nowego miejsca nie były ani łatwe, ani proste, bowiem bezinteresowne zaciekawienie, charakterystyczne dla porządku podróży, musiało zejść na plan dalszy. Osiedlający się w kraju za oceanem pisarze oraz intelektualiści zmienili kulturalny profil zbiorowości polskiej w Stanach Zjednoczonych (dawna emigracja chłopska miała inny charakter). W polu refleksji literackiej pojawiły się takie wyzwania, jak przepracowanie traumy wojennej, oswojenie katastrofy, która dokonała się w biografiach indywidualnych, przerwały się bowiem linie rozwoju twórczego, przepadły aspiracje, rozproszyły się hierarchie, a dalej ‒ integrowanie diaspory, przezwyciężanie obcości czy otwarcie na kulturę amerykańską, tak odmienną, niekiedy trudną do zaakceptowania. Życie literackie na obczyźnie musiało się tworzyć na nowo, często wedle wzorów przeniesionych z przedwojennej Warszawy.

Rozbitkowie wojenni należący przecież do elity, znaleźli się w sytuacji zawieszenia – bez publiczności, planów na przyszłość i często bez środków do życia. Tak uzasadniała się potrzeba budowania instytucji literackich i naukowych od podstaw. Pisarze poszukiwali dialogu z publicznością, układali dla polskiej diaspory program postępowania, starali się rozpoznać specyfikę kultury polskiej na obczyźnie, ustalali relacje z nową przestrzenią metropolii, używali wyobraźni do tego, by uzmysłowić sobie rozległość i niezwykłość nie poznanego kontynentu. Ważne miejsce w tym katalogu spraw zajmują także prywatne historie emigrowania, pierwsze wrażenia z Ameryki: zapisy zachwytów, zdziwień, rozczarowań. W ślad za imigracją podążają dzieje osiedlenia (literackie opowieści o substytutach domu) oraz próby oswajania obcej przestrzeni, czyli relacje o duchowych sposobach przezwyciężania obcości.

Choć sytuacja dwudziestowiecznych wychodźców różniła się od Wielkiej Emigracji, to jednak aksjologiczne oraz ideowe pokrewieństwo było podtrzymywane. Wspólnota chciała się szybko porozumieć w dobrze przyswojonym języku, jednakże romantyczny spadek łączył się z mitologizacją, a na innym planie – z uproszczeniami. Jak to zostało zaznaczone, w nowym emigracyjnym rozdaniu literatury o Ameryce ograniczony zostaje obszar bezinteresownych eksploracji poznawczych, szeroko rozumiane sprawy polskie przesłoniły zaciekawienie Ameryką, a przyjmowane przez pisarzy obowiązki oraz role zwykle nie pozwalały im zaistnieć na szerszym forum kultury amerykańskiej. Oczywiście czynnik czasu jest tutaj ważny, gdyż w miarę upływu lat powiększał się obszar przyswojenia, różne też były style emigrowania, a także zmieniały się zestawy pytań poznawczych, jakie zadawali przedstawiciele kolejnych formacji pokoleniowych polskich emigrantów: od wychodźstwa wojennego, któremu ton literacki nadawali Skamandryci, oraz indywidualnych emigracji i pobytów w Stanach (taki był status Miłosza i Wata), poprzez wygnanych z antysemickiej i gomułkowskiej Polski pisarzy, takich jak Anna Frajlich i Henryk Grynberg, po emigrantów stanu wojennego – Stanisława Barańczaka i Janusza Głowackiego, dramaturga oraz prozaika dobrze przyjętego przez publiczność amerykańską.

W wierszach Jana Lechonia, takich jak Bzy w Pensylwanii czy Do Madonny Nowojorskiej uczucia nostalgiczne potęguje refren-echo wypowiadany po angielsku, a w przestrzeń metropolii wprowadzony zostaje ważny pierwiastek sakralizacji – akty strzeliste oraz antyfony jakby mimowolnie przekazują wertykalny układ architektury. W utworach poetyckich Czesława Miłosza wzmacnia się pozycja „ja” w nowym otoczeniu. Poeta objawia zauroczenie nowym kontynentem, ale też w sposób nieskrępowany wypowiada uwagi krytyczne. Wydobyty zostaje uniwersalny (metafizyczny, religijny) sens wygnania i wędrówki. Doświadczenie Ameryki Czesław Miłosz konfrontuje z pamięcią o Litwie. Z kolei w tomie Atlantyda Stanisława Barańczaka Ameryka jawi się przybyszowi z Polski jako zadanie tłumacza, jako mediacja między różnymi światami kultury. Osobnym zagadnieniem jest poznawanie Kanady w wierszach Wacława Iwaniuka, Bogdana Czaykowskiego, Andrzeja Buszy, Floriana Śmieji (sic!), Marka Kusiby, Edwarda Zymana, którego jednak w tej pracy nie podejmujęNatomiast odsyłam czytelników do moich ustaleń wcześniejszych: W. Ligęza, „Kanada polskich poetów. Szkice z natury“ [w:] „Poezja polska na obczyźnie. Studia i szkice“, pod red. Z. Andresa i J. Wolskiego, Rzeszów 2005, t. 1, s. 110–134. [1].  

Biorąc pod uwagę paradoksalny splot przyjęcia i odrzucenia Ameryki, rzecz jasna w różnych postaciach i stopniach, słowem najbardziej odpowiednim, które określa istotę wybranej tu kwestii, wydaje się właśnie szkicowanie. Otóż w literaturze emigracyjnej powstają rozpoznania wstępne, obrazy jakby prowizoryczne, trochę niepewne, niekompletne, nie poparte dłuższymi studiami nad przedmiotem. Z poczynionych szkiców dopiero wyłoni się planowana całość, która na razie jest sukcesywnie uzupełniana. Jakby pisarze w spotkaniu z nowym tematem i nowym wyzwaniem ćwiczyli pewność ręki. Podkreślić warto, że w rozpatrywanym przypadku pojawia się konflikt między powinnościami literatury, obowiązkami tworzenia kodeksów etycznych dla wspólnoty i odpowiedzialnością za właściwą postać słowa polskiego a prywatną interpretacją nowych doświadczeń. Jak powiedział Czesław Miłosz:

Przeniesieni w obce środowisko odczuwamy niepokój nieokreślonej przestrzeni i jakby zagrożenie. Za dużo tam jest nowych kształtów i pozostają one płynne, bo nie można odkryć porządkującej zasadyC. Miłosz, „O wygnaniu“ [w:] tegoż, „Szukanie ojczyzny“, Kraków 1992, s. 178. [2].

W refleksji polskich pisarzy o Ameryce chciałbym zwrócić uwagę na czynnik podmiotowy, własne spojrzenie – poza schematami i stereotypami oraz pewne powtarzające się formuły, podkreślające bądź to subiektywność oglądu, bądź wydzielenie bezpiecznej enklawy – w nieoswojonym ogromnym terytorium. Zatem „prywatna Ameryka” różnić się będzie od Ameryki kształtowanej wedle społecznych gustów i potrzeb. Ponadto w takim ujęciu literackim nie zostanie zaprzepaszczona biografia pisarza, jego wrażliwość i światoodczucie, a także namysł nad niechcianą, narzuconą przez historię i politykę sytuacją emigranta, czyli kogoś obcego, niekiedy wykluczanego. Pytania o Amerykę, jaka jest i jaka być może, stają się pytaniami o samego siebie, a próby narracji lub też poetyckiej obrazowej ekwiwalentyzacji zawierać będą ten bagaż wyobrażeń i wartości, który przybysz zabrał ze sobą z pozostawionych w Polsce małych ojczyzn lub z przemierzanych niegdyś ulic swojego miasta.

Ważne w tych rozważaniach są zapisy dotyczące pierwszego zetknięcia z nowym miejscem. Niegdyś dość upiorną inicjacją było przejście przez Ellis Island, przedpiekle dawnych emigrantów, tak sugestywnie opisane w powieści Josepha Rotha Hiob. Ta „stacja kontrolna dla biedaków”, w której obowiązywały zasady „żelaznej ręki i twardego serca”Oba określenia z książki M. Szejnert, „Wyspa klucz“, Kraków 2009, s. 23, 36[3] w połowie XX wieku na szczęście należała do przeszłości. Polscy uchodźcy wojenni uciekali za ocean z piekła historii. W Stanach Zjednoczonych spotkali się z gościnnym przyjęciem, obdarowani zostali poczuciem bezpieczeństwa (pomijam w tym miejscu biurokratyczne trudności z wizą, na jakie narażeni byli polscy poeci ‒ Lechoń i Tuwim, ale także Wierzyński czy Rafał Malczewski). Rzecz jasna, niepokój nowego miejsca nie zniknął, ale przynajmniej został złagodzony. Prywatną historię przybycia do Stanów Zjednoczonych chciałbym pokrótce rozpatrzyć na przykładzie relacji Józefa Wittlina oraz Kazimierza Wierzyńskiego.

Tak pisał Józef Wittlin w eseju Mój pierwszy rok w Ameryce z roku 1941, podając od razu kilka ograniczeń zarówno poznawania kraju, jak i niedogodności sytuacji komunikacyjnej, w jakiej znalazł się uchodźca. Oto znamienny fragment:

Musiałem bronić mojej niekompetencji i usprawiedliwiać moją ignorancję. Poza bardzo pobieżną znajomością Nowego Jorku i okolic właściwie nic z Ameryki nie widziałem […]. Pytać się uchodźcy, jak mu się podoba kraj, który go przygarnął, jest taką samą niedelikatnością, co negatywna odpowiedź tego uchodźcy. Na wszystko, co mu się nie podoba, musi zamknąć oczy, nie chcąc uchodzić za czarnego niewdzięcznika. […] Nie przyjechałem tutaj jako wolny turysta, który ma czas, środki i tzw. głowę do dokładnego zwiedzania nowego i olbrzymiego „terenu”, ani jako pisarz, który postawił sobie za cel opisanie AmerykiJ. Wittlin, „Orfeusz w piekle XX wieku“, Kraków 2000, s. 314–315. [4].

Pole manewru zostaje zawężone. Ignorancja to wybór rozsądny oraz uczciwy, a niekompetencja wydaje się odpowiednim – trzeźwym określeniem własnych możliwości poznawczych – w chwili kolejnego, zaprawionego tragizmem życiowego startu. To właśnie los zadecydował, że niemożliwe, przynajmniej na razie, stało się systematyczne poznawanie Ameryki. Rolę turysty zależnego tylko od własnej woli, odbierającego nowe wrażenia okiem nieuprzedzonym, a także pozycję pisarza – osoby w pełni wolnej, która zmaga się jedynie z zadaniami literackimi, odróżnić należy od sytuacji uchodźcy. Przymusowy imigrant bowiem osaczony został przez zdarzenia aktualne, a jego umysł zajęty jest wyłącznie rozpamiętywaniem nieszczęścia. Pytania, jak przeżyć i jak możliwie bez wielkich strat wyjść z historycznej opresji, wykluczają przyjemności bezinteresownego podróżowania. Józef Wittlin pisze, iż gospodarzom należy się wdzięczność, zatem gość, w jakiejś mierze ubogi krewny w rodzinie społecznej, nie może być pełnoprawnym uczestnikiem dialogu. Zmniejsza się skala doznań, redukcji ulega język. Ambicje literackie, które w sposób jaskrawy nie przystają do rodzaju doświadczeń, zachować należy do lepszych czasów.

Mitologiczne wyobrażenia wyniesione z dzieciństwa i młodości Józefa Wittlina skonfrontowane zostają z realiami amerykańskimi, mniej ekscytującymi pod względem dramaturgii zdarzeń. W szkicu Do jakiej Ameryki jechałem przeczytamy:

Przewodnikami moimi w tej dalekiej podróży, wynikłej ze smutnej „konieczności dziejowej” byli poeci i pisarze, którzy czarowali nasze europejskie dzieciństwo i naszą młodość. Było ich sporo, lecz wymienię tylko najważniejszych. Najpierw […] pani Beecher-Stowe, potem Fenimore Cooper i Samuel L. Clemens, czyli Mark Twain. Później przyłączyli się do nich wielcy poeci: Walt Whitman, Edgar Allan Poe i Ralph Waldo Emerson. Dzieła ich czytaliśmy na ławkach Ogrodu Jezuickiego we Lwowie, w Stryjskim Parku i na Wysokim Zamku… […]. Nie będę owijał w bawełnę, że Ameryka znana nam z dawnej literatury jest krajem romantycznym i mało podobnym do swego sobowtóra, którego znamy z emigracyjnej rzeczywistościTamże, s. 310–311. [5].

Co znamienne, literacka Ameryka przesłania Amerykę realną, doświadczoną. Marne bytowanie codzienne emigranta należałoby uznać za negatyw mitu przygody i romantycznego stylu przeżywania świata – otwartego na piękno i głębię zjawiających się rzeczy. Pisarz pragnąłby, żeby literacka iluzja trwała, by wytworzony mit Ameryki nie ulegał zmianie. Niemal nie trzeba dodawać, że nie są to wizje naiwnego marzyciela, lecz wymuszona przez okoliczności, przyjęta ironicznie – bez wiary w powodzenie – strategia obronna. Wspomnienie Wittlina żywi się fantazmatami i na sposób sentymentalny powraca do ważnych miejsc wtajemniczeń literackich, czyli do topografii Lwowa. Odległy świat Ameryki kusił przygodą, uwodził na pół baśniową skalą możliwości, ale czytający młodzieniec nie miał przecież zamiaru opuszczać przyjaznego miasta. Podkreślić to należy, że Wittlin dąży ku przeszłości, nawet wtedy, gdy pisze o ponowieniu lektury Whitmana, już w Nowym Jorku – i w oryginale.

W tej relacji pominięta zostaje pragmatyczna strona emigracji. Pisarz nie chce zostać realistą, który utrwalałby „nędze wygnania” ‒ obrazki z czasów uchodźczej niedoli. O ile w szkicach Mój pierwszy rok w AmeryceDo jakiej Ameryki jechałem ważne są pierwsze spostrzeżenia, a także momentalne i rozbłyskowe konfrontacje mitów z przykrą realnością ‒ potęgowaną przez traumę wygnania, o tyle w szkicach późniejszych zwiększa się zaciekawienie Ameryką i rozszerza pisarska kompetencja. Idąc tropem nabytych doświadczeń i wiedzy, sięgając po poetykę eseju, wyrafinowanego gatunku dla wybranych, Józef Wittlin w sposób odpowiadający swojej wrażliwości poetyckiej podejmuje szkicowanie Ameryki w takich tekstach, jak NoviEboraci czy Poe w Bronxie.

Dla porównania dajmy teraz epigraf ze szkicu Kasztan zwany Dewajtisem z tomu Kazimierza Wierzyńskiego zatytułowanego Moja prywatna Ameryka (zbiór ten ukazał się w roku 1966). Wittlin, dbając o prawdę psychologiczną i wierność faktografii, utrwala pierwsze spotkania z Ameryką, czyli zapisuje na bieżąco doświadczenia wygnańcze, natomiast Wierzyński, sięgając po poetykę wspomnień, zaznacza dystans czasowy wobec pierwszych prób osiedlenia się w nowym miejscu i świecie. Cytowany fragment dotyczy pierwszego mieszkania państwa Wierzyńskich w Nowym Jorku na Forest Hills, wówczas dzielnicy podmiejskiej. Czas akcji opowiadania ‒ lato 1941:

Ten spokój zdumiał nas, a nawet zaniepokoił. Był to ciężki okres wojny, nie do pogodzenia z duchem rezerwatu. Znaleźliśmy się na prawach uchodźców, którzy przywieźli ze sobą bezdomność i rozbicie. Ale gdy 7 grudnia właściciel domu, pan Robert Dobson zakładał w naszym mieszkaniu tzw. storm windows na zimę, mówiliśmy o Pearl Harbour już jako ludzie o wspólnych troskach i nadziejach. Być może Amerykanie, whitmanowski „naród narodów”, mają w podświadomości instynkt emigrancki, który w nich nie obumiera i odzywa się nieoczekiwanieK. Wierzyński, „Moja prywatna Ameryka“ [w:] tegoż, „Poezja i proza“, Kraków 1981, t. II, s. 185[6].

Marny kapitał, jakim jest trauma wygnania, zostaje wniesiony do rozmowy o klęsce floty amerykańskiej w grudniu 1941. Obie strony w codziennym dialogu potrzebują terapii. Dodajmy, iż w trudnych czasach spokój życia codziennego złożony z banalnych zdarzeń odczuwany jest jako niezwykły luksus. Zwróćmy też uwagę, iż w przytoczonym fragmencie sytuacja wykluczenia uchodźców zostaje przezwyciężona, gdyż zostają oni przyjęci do wspólnoty lokalnej, sąsiedzkiej, po prostu ‒ zaproszeni do rozmowy. Dialog jednak dotyczy aktualnej klęski wojennej Stanów Zjednoczonych. Kazimierz Wierzyński podejmuje kwestię amerykańskiej wrażliwości na przeżycia emigrantów, pisze o empatii ludzi osiedlonych, którzy niegdyś byli przybyszami. Potwierdza to Czesław Miłosz, podkreślając, iż normalność w Stanach Zjednoczonych jest możliwa inaczej niż we Francji, gdzie imigranci zawsze będą izolowani, a ich status społeczny pozostanie niewysoki. Tam „można być albo Francuzem, albo cudzoziemcem”, natomiast ‒ jak wyznaje poeta – w Stanach „byłem jednym z wielu w tłumie złożonym z przybyszów, przez to właśnie «amerykański», że nie musiałem się niczego wyrzekać”C. Miłosz, „O emigracji do Ameryki tudzież jakby podsumowanie“ [w:] tegoż, „Widzenia na Zatoką San Francisco“, Kraków 2000, s. 206. Zob. także: A. Fiut, „Wrastanie w Amerykę“ [w:] tegoż, „Spotkania z Innym“, Kraków 2006, s. 163–165. [7]. Według Miłosza integracja ze społeczeństwem amerykańskim jest łatwiejsza niż w Europie, gdyż mieszkańcy Stanów „zawsze cierpieli na bezdomność, wykorzenienie”C. Miłosz, „O emigracji do Ameryki…“, s. 208. [8]. Wypisy uzupełnić warto o opinię Aleksandra Hertza:

Stale muszę podnosić, że zasadniczą właściwością cywilizacji amerykańskiej jest jej inkluzywność. Ten kraj był dziełem emigrantów, przybyszów […]. Ludzie ci na nowej ziemi budowali przyszłość dla siebie i dla przyszłych pokoleń. I budowali nowy naród. A budując ten nowy naród, witali każdego, kto do nich się przyłączał, by im towarzyszyćA. Hertz, „Wyznania starego człowieka“, Londyn 1979, s. 140. [9].

W rozważaniach o ranie wygnańczej oraz próbach przezwyciężenia nieszczęścia wszystkich egzulów ważną rolę odrywa samoedukacja, w tym wewnętrzna zgoda na degradację – w pierwszym, najtrudniejszym okresie emigracji. „Ja” pisarza czy intelektualisty w nowych warunkach właściwie przestaje istnieć, rozpływa się w anonimowości. Aleksander Hertz rozważa kwestię „deklasacji” – bez „dyskryminacji”Tamże, s. 142. [10]. Jego własne doświadczenie nie odbiegało przecież od bolesnych inicjacyjnych eksperymentów, jakie dotknęły rzesze przybywających do Ameryki. Z kolei Czesław Miłosz eksponuje udział wyobraźni w poważnej grze o nową ‒ dopiero zdobywaną – tożsamość, sugeruje konieczność zanegowania dotychczasowych osiągnięć artystycznych i poznawczych rozpoznań (tak wolno interpretować jego aforystyczne zapisy), postuluje trudny program psychicznej przemiany: „Nowe oczy, nowe myśli, nowy dystans: że tego potrzebuje pisarz na wygnaniu, jest oczywiste, ale czy pokona swoje dawne ja – zależy od zasobów, o których przedtem sam niewiele wiedział”C. Miłosz, „Noty o wygnaniu“ [w:] tegoż, „Zaczynając od moich ulic“, Paryż 1985, s. 46. [11].

Wiedza o „nędzach wygnania” pozwala uniknąć mitologii i łatwych pocieszeń. Jednakże ograniczenia, jakim poddany jest imigrant, pozwalają otworzyć własne obszary obserwacji, w którym miejsce centralne zajmuje próba zrozumienia (zinterpretowania) niekorzystnego obrotu losu. Istotne jest to, by zrozumieć własny przypadek, który wpisuje się w wielką wspólnotę wygnanych i wydziedziczonych, rozeznać się w narzuconej sytuacji. Punkt, w którym rozpoczyna się nowy etap życia na obczyźnie, musi być wyznaczony precyzyjnie. Podobnie język opisu, który na razie zdobyć się może na szkicowanie Ameryki – nawet bez subtelnej giętkiej kreski. Natomiast w późniejszych niż Wittlinowe wypowiedziach Wierzyńskiego, Miłosza i Hertza perspektywa poznawcza zostaje przesunięta „cokolwiek dalej”. Mianowicie przedmiotem namysłu staje się wrastanie w Amerykę oraz potrzeba wewnętrznej przemiany, otwarcie na wielość i różnorodność Nowego Świata jako warunek choćby względnego powodzenia.

Józef Wittlin opisywał redukcję doświadczeń, zwierzał się z niemożliwości poznawania Ameryki – w sytuacji wygnańczej. Wierzyński dysponuje już własnym oswojonym obszarem w trudnym do ogarnięcia wyobraźnią wielkim kraju. Prywatny odbiór i osobna wrażliwość w jego szkicowaniu Ameryki liczą się najbardziej. Wypadnie powrócić do zbioru Moja prywatna Ameryka. Opisy poety nie mają tutaj zakroju monumentalnego. Przeciwnie, prowadzone obserwacje skupiają się na detalach codzienności, a „małe zdarzenia” na amerykańskiej prowincji mają szczególną wartość. Co prawda Kazimierz Wierzyński nie stroni od aforystycznych uogólnień, ale jednak na pierwszym planie umieszcza opowieści o ludziach żywych, tu zamieszkałych, tych, którzy uciekają od sławy i wielkiego świata i tych, którzy osadzeni w życiu miasteczek co najwyżej mogą pretendować do miana lokalnych oryginałów. Metropolii poeta przeciwstawia prowincję, a opisywane miejsca, które swoją świetność mają już poza sobą, uległy degradacji, pogrążyły się w letargu, popadły w dekadencję. Smakowanie melancholii to jeden z ważnych walorów wypowiedzi eseistycznych Wierzyńskiego.

Sag Harbour na Long Island, nad Peconic Bay, owa „Wenecja dla ubogich”, trochę zapomniany zakątek Ameryki – z cmentarzem morskim dawnych wielorybników, jest właśnie miejscem przez Wierzyńskich upatrzonym (wymarzonym) do osiedlenia. Oddalenie oraz spokój byłyby tutaj czynnikami przesądzającymi o takim ekscentrycznym wyborze. Wynajęty 150-letni dom stał się stałym oparciem dla poety, który pisał o „obsesji dachu i ścian”Przytoczenie z wiersza „Dach i ściany“ z tomu „Tkanka ziemi“. K. Wierzyński, „Poezje zebrane“, Białystok 1994, t. II, s. 217. [12]. W Sag Harbor znów można było zamieszkać, niejako zaczynając po raz kolejny wszystko od nowa.

Zbiór Moja prywatna Ameryka można odczytywać jako apologię prowincji. W tej przestrzeni oddzielonej od zgiełku metropolii, zarazem wolnej od nerwicy przyśpieszonego życia, zachowały się dawne rytuały, obyczaje społeczne oraz reguły bytowania oparte na pracy rąk. Takie budowanie elementarnego (gospodarskiego i metafizycznego) ładu znane jest na przykład z wierszy Roberta Frosta. Poeta odczytuje zapisaną w architekturze Long Island historię zamieszkiwania. W omawianych szkicach znajdziemy rzeczowy, ale też nie pozbawiony zamiaru estetyzowania opis domu – reprezentującego typ tradycyjnego budownictwa. Oto szkic architektury miejscowej:

Budowle są z drzewa jak cała prowincjonalna Ameryka, kraj przebogaty w kamienie, których nie używa. Stoją proste i zwięzłe w szlachetnych proporcjach, wysoki gontowy dach nie ma okapów i spływa ze ścianami pokrytymi także gontem. Cały dom powleka od stóp do głów jednolita łuska, niby ścisła kora. […] Sufit podtrzymują olbrzymie, odsłonięte belki, poemat sam w sobieK. Wierzyński, „Wenecja dla ubogich“ [w:] tegoż, „Moja prywatna Ameryka…“, s. 204[13].

Konkrety architektoniczne, przedstawione z podziwem i nawet z jakąś odmianą czułości, uobecniają mocną u Wierzyńskiego ideę zamieszkania. Co istotne, poeta, wrastając w prowincjonalną Amerykę, przejmuje rolę cicerone. Podczas lektury zbioru powstaje bowiem wrażenie, że jesteśmy w sposób nieśpieszny i uważny oprowadzani po Long Island. Przewodnik, jeśli nawet nie pochodzi z miejsca, o którym ze znawstwem opowiada, to jednak miał już sporo czasu na studia i spostrzeżenia. „Prywatna Ameryka” to również ‒ na niewielkim terytorium ‒ Ameryka oswojona, domowa. Kronika spraw lokalnych, przeszłych i obecnych, zderza się u Wierzyńskiego z mieszaninami obyczajowymi, studia przyrodnicze spotykają się z esejami o kulturze. Poeta interesuje się wszystkim – drzewami, ptakami, architekturą, osadnictwem polskim, kontaktami międzyludzkimi, sposobami świętowania, artystycznymi komunami, wielokulturowością odwiedzanych miejsc.

Wolność pisarza paradoksalnie w tym się przejawia, że nikt z solidnie stąpających po ziemi mieszkańców Sag Harbor (oraz innych miasteczek) nie interesuje się literaturą. Dlatego spotkanie znanego pisarza, inaczej niż w Nowym Jorku, nie zalicza się do ekscytujących przeżyć. Jak konstatuje Wierzyński: „Małomiasteczkowość zaszła tubylcom głęboko za skórę, literatura nic dla nich nie znaczy i cóż mogło kogo obchodzić, że między nimi znajduje się jeden Steinbeck więcej lub mniej”K. Wierzyński, „Steinbeck pije kawę“ [w:] tegoż, „Moja prywatna Ameryka…“, s. 221.[14]. Wskażmy tu na pół żartobliwy swobodny styl gawędy. W szkicu Wędrówki po ludziach w zdaniu o tolerancji Wierzyński przemyca swój wizerunek – pisarza zabłąkanego w prowincjonalnej Ameryce: „Otaczała nas życzliwa neutralność, może z domieszką zdziwienia, dlaczego w miasteczku, które zaznaczone jest tylko na bardzo dokładnych mapach, osiedliło się takie dziwadło, jak polski pisarz”Tamże, s. 209.[15]. Zdecydowanie należy podkreślić, że status odmieńca, który niepokoi swoją innością, ale również przyciąga uwagę, jest lepszy niż zmarginalizowane położenie wygnańca zamkniętego w szczelnym kręgu przeżywanych dramatów.

Pochwały prowincji i społeczności lokalnej, a także przyrody, która działa uspokajająco i regenerująco, nie wystarczają, nie są jedynym remedium na niedole emigracji, pisarz bowiem pragnie zamieszkać również w kulturze. Skrupulatnie zostają odnotowane zapisy literackie upamiętniające topografię miejscową. I tak Sag Harbor pochwalić się może wzmiankami u Melville’a i Jamesa Fenimore’a Coopera (Wenecja dla ubogich). Poetyckie opisy „przyjaciela drzew”, liryka kontemplującego krajobraz, amatorskie studia socjologiczne i historyczne Wierzyński dopełnia dyskursami krytyka literackiego i krytyka sztuki. Oto (dla przykładu) zwięzły opis malarstwa Pollocka: „malarstwo abstrakcyjne, obok założeń formalnych, […] ma w sobie jeszcze pewien sekret psychologiczny. Jest wyrazem epoki zachwianej, zbitej z tropu, wykolejonej z toru. Ale jednocześnie wyrazem natężonej uwagi i gorączkowej potrzeby poszukiwania”K. Wierzyński, „Jackson Pollock“ [w:] tegoż, „Moja prywatna Ameryka…“, s. 216. [16]. Przypomnijmy, że w Prywatnej Ameryce Kazimierz Wierzyński poświęca osobne szkice między innymi poezji Whitmana, twórczości Steibecka (pisarz, farmer i handyman jest obiektem prawdziwego podziwu), dramaturgii O’Neilla, książce Malcolma Brinnina o Dylanie Thomasie, sprawie Ezry Pounda, malarstwu Pollocka, rzeźbie Caldera i Nivoli.

Taka odkrywana Ameryka, sąsiedzka i prowincjonalna, przeciwstawiana „apokaliptycznemu” Nowemu Jorkowi, urządzona została na ludzką miarę i co ważniejsze, o czym przeczytamy w zakończeniu szkicu Nivola, w melting pot mieszają się różne esencje kulturowe starej Europy. Wierzyński przyjechał do Stanów w roku 1941, Moja prywatna Ameryka ukazała się w roku 1966. Spojrzenie więc ewoluowało, przyrastał zasób wiedzy, wyobraźnia przestawiała się na inne tory. Okres wyrzeczeń i ciężkich prób emigranta kończy się, jak codą, wyznaniem miłości do wybranego miejsca, nie do całej Ameryki. To zdanie pragnąłbym opatrzyć szczególnym akcentem: „często jeździliśmy na Long Island, która z biegiem czasu stała się naszą najulubieńszą Ameryką”K. Wierzyński, „Kasztan zwany Dewajtisem“ [w:] tegoż, „Moja prywatna Ameryka…“, s. 192[17]. Na to potrzeba lat ‒ od niepewności i dystansu poeta przechodzi do pochwały wybranego skrawka Ameryki.

Równoległa z rozważaniami Kazimierza Wierzyńskiego jest refleksja Aleksandra Hertza. Kameralizacja rozległego kraju pomaga w rozwoju uczuć. Prywatna Ameryka jest tutaj wilegiaturą i zarazem miejscem pracy. Ponadto z konkretnego, dobrze rozpoznanego miejsca dogodniej obserwuje się większą całość – historii i społeczeństwa kraju, jak też własnej biografii. Tak może powiedzieć człowiek na powrót zakorzeniony:

Stałem się jednym z przeszło dwustumilionowej gromady ludzkiej, której każdy uczestnik mówi o sobie: „I am American”. I ma prawo tak mówić.

I stopniowo wrastałem w rzeczywistość amerykańską. Poznałem język, obyczaje, tradycje tego kraju. Poznałem jego literaturę. Poznałem jego wkład w tych dziedzinach myśli, które są mi szczególnie bliskie. Piszę to w małej wiosce w Nowej Anglii, w stanie New Hampshire. Ta wioska stała się cząstką mojej rzeczywistości, punktem wyjściowym dla moich ważnych doświadczeń. Wiem, że kiedyś bywał tu Hawthorne, i to ma dla mnie wzruszającą wymowę. Pasjonują mnie opowieści o przeszłości tego zakątka Stanów Zjednoczonych. Interesują mnie podania i legendy miejscoweA. Hertz, „Wyznania…“, s. 142. [18].

Przez lata wzrastało wtajemniczenie w kulturę amerykańską, kontakt z miejscem wyznacza doświadczenie duchowe, wybranej przestrzeni patronuje wielki pisarz amerykański, a opowieści cudze przyjęte zostają jako własne. Dokonuje się zmiana w zakresie tożsamości, gdyż w rozwijającym się procesie nałożona zastaje kolejna warstwa – amerykańska, wzbogacająca osobowość uczonego i pisarza.

Inna jest jeszcze sytuacja twórcy, który szkicowanie Ameryki rozpoczyna z innego punktu czasowego, także odmiennego rodzaju okoliczności decydują o tym, że poznawanie Ameryki okaże się ograniczone. Chciałbym w tym miejscu przywołać przypadek Aleksandra Wata, który w roku 1963 znalazł się w Berkeley. Polski pisarz zaproszony został przez The Center for Slavic and East European Studies, powody zaś były dwa: poratowanie zdrowia oraz pomoc finansowa umożliwiająca swobodną pracę pisarskąZob. C. Miłosz, „Przedmowa“ do: A. Wat, „Mój wiek. Pamiętnik mówiony“, Londyn 1981, cz. I, s. 10–13. [19]. Z przelotnych obserwacji Wata pełny obraz Ameryki nie mógł się wyłonić. Na przeszkodzie stały przede wszystkim choroba bólowa, niemożliwość podejmowania długich podróży, życie w zamkniętym środowisku uniwersyteckim. Już w pierwszym zapisie z Berkeley samo pragnienie metamorfozy przesłania próby systematycznego zapisu: „tu przywitała mnie zmiana i pora przychylniejsza nad tę, którą mieliśmy dotychczas”A. Wat, „Dziennik bez samogłosek“, Londyn 1986, s. 92. [20]. Pisarz określa od razu metodę, żeby przezwyciężyć impas literackiego słowa, które powinno trafnie uchwycić doznania nowego miejsca: „Nie potrafię pisać teraz o pierwszych wrażeniach, może fragmentami jak w «nowej powieści», przeplatając bieżący czas z przypomnieniem, aktualizowaniem”Tamże. [21]. Zatem w relacjach Aleksandra Wata dominują fragmentaryczność i zmieszanie czasowo-przestrzenne.

Rozszerzenie horyzontu, czyli spojrzenie na ocean i zwiedzanie San Francisco to pierwsze punkty w amerykańskim programie pisarza. Jednakże sztucznie wydzielona przestrzeń ludzi uniwersytetu zagradza dostęp do „prawdziwego życia”. Tego rodzaju poszukiwania autentyku Wat łączy z zaciekawieniem artystycznym i refleksją o pisaniu, ale też zauważyć należy, iż migawkowe obrazy w jego opowieści diarystycznej odznaczają się szybkim rytmem zmiany kadrów, nasyceniem sensualnością, naturalistyczną pasją demaskacji, drastycznym wysłowieniem. Opisywany ulewny deszcz, jak gdyby zmywa złudzenia. Podziw i rozczarowanie nawzajem się przenikają. Weźmy dwie konkluzje z interesującego nas fragmentu Dziennika bez samogłosek. „Inna Ameryka” to świat tępej pogoni za pieniądzem, tanich knajp, włóczęgów, nędzy i prostytucji:  

Wczoraj oglądałem inną Amerykę […]: moje, nasze, słodkie życie zaczęło mi się wydawać słodyczką mdłą i sztuczną, symulancką, gdy już ukryto po uniwersytecku wszystkie jady i zło. […] Berkeley jest nieautentyczne i to wyczuł mój instynkt pisarza wbrew świadomości […]. I zapewne dlatego nie mogłem dotąd i nie miałem ochoty pisać tu mego pamiętniczka? Murzyni, ubodzy starcy, wykolejona młodzież, ludzie surowi w biznesie. A jednak Amica America. Rozczarowania idą wszędzie za nami, to nasz cieńTamże, s. 97, 98. [22].

Fragmentaryczność kompensowana intensywnością przeżycia to kolejny literacki sposób portretowania Ameryki. W tym przeglądzie pominąłem relacje reportażowe, epistolograficzne, powieściowe i tak ważne zapisy poetyckie, które zapewne wzbogaciłyby szkic o szkicowaniu Ameryki o inne jeszcze rodzaje namysłu, o inne reguły przedstawienia. Zapewne ważna byłaby „geografia punktów widzenia”Zwrócił mi na to uwagę w dyskusji profesor Jerzy Jarzębski.[23], bo przecież nie jest obojętne, w jakim miejscu rozległego kraju piszący prowadzą swoje obserwacje. Kryterium polityczne wskazałoby kolejne zróżnicowania, sympatie i antypatie, pochwały i krytyki. W poznawaniu i oswajaniu przez polskich pisarzy emigracyjnych terytorium Stanów Zjednoczonych, tworzenie prywatnych enklaw oraz kameralizacja przestrzeni (ludzkie prowincje przeciwstawiane są nieludzkim metropoliom) łączy się z tymi wątkami autobiografii i tymi doświadczeniami twórczymi, które wykraczają poza nostalgiczne rozpamiętywania żalu, dywagacje o okrutnej historii, programy dla wspólnoty, diagnozy zbiorowych cierpień. W spotkaniu z przestrzenią Ameryki, z pluralizmem postaw, z tyglem kulturowych inspiracji pisarz odzyskuje swoją podmiotowość oraz swobodę twórczą.

 

Bibliografia:

A. Hertz, Wyznania starego człowieka, Londyn 1979, s. 140.

C. Miłosz, Widzenia na Zatoką San Francisco, Kraków 2000.

C. Miłosz, Szukanie ojczyzny, Kraków 1992.

A. Wat, Dziennik bez samogłosek, oprac. K. Rutkowski, Londyn 1986.

K. Wierzyński, Moja prywatna Ameryka [w:] tegoż, Poezja i proza, Kraków 1981, t. II.

J. Wittlin, Orfeusz w piekle XX wieku, posłowie J. Zieliński, Kraków 2000.

*

A. Fiut, Wrastanie w Amerykę [w:] tegoż, Spotkania z Innym, Kraków 2006.

W. Ligęza, Twórczość Józefa Wittlina w okresie nowojorskim [w:] tegoż, Jaśniejsze strony katastrofy. Szkice o twórczości poetów emigracyjnych, Kraków 2001.

J. Olejniczak, Emigracje. Szkice – studia – sylwetki, Katowice 1999.

A. Rydz, Emigracyjne domy Kazimierza Wierzyńskiego [w:] Literatura utracona, poszukiwana czy odzyskana. Wokół problemów emigracji, red. Z. Andres i J. Wolski, Rzeszów 2003.  

B. Tarnowska, Geografia poetycka w powojennej twórczości Czesława Miłosza, Olsztyn 1996.

J. Święch, Homo exul, czyli przygody nowoczesności oraz Literatura wygnańców [w:] tegoż, Nowoczesność. Szkice o literaturze polskiej XX wieku, Warszawa 2006.

W. Wyskiel, Strategie emigrantów: Lechoń – Wierzyński - Wittlin [w:] tegoż, Kręgi wygnania. Jan Lechoń na obczyźnie, Kraków [1993].

 

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Ligęza, Szkicowanie Ameryki Północnej (w utworach polskich emigrantów), Czytelnia, nowynapis.eu, 2020

Przypisy

    Powiązane artykuły