04.05.2020

Telefon z dziekanatu

Rodzice z babcią siedzieli przed ekranem komputera i się przekrzykiwali, jak uwiecznić to, co widzą, bo nie znali żadnego sposobu na zapisywanie stron internetowych na dysku. 

Nie zapytali mnie, co wydawało się najprostszym wyjściem, po prostu wytłumaczyłbym tym ludziom jak krowie na pastwisku, ale to nie ja liczyłem się w tej sprawie, tylko to, co było na monitorze. 

A tam jak wół stało, że zostałem przyjęty na wydział matematyczno-historyczny i że nie trzeba będzie składać żadnych odwołań ani szukać poparcia. Ojciec z matką dawno byli na taką ewentualność przygotowani, i proszę – niepotrzebnie. Tyle wysiłku na marne. Babcia ze względu na wiek wypadła z układów towarzyskich, ale oni jeszcze, jak sami twierdzili, byli w pełni sił produkcyjnych i mieli całe menu działań. Mieli to we krwi. Jak chcieli lecieć, powiedzmy, do Londynu, to pierwsza myśl, która im przychodziła do głowy, dotyczyła oczywiście znajomych w liniach lotniczych i to, czy ci znajomi będą tak łaskawi, że załatwią bilet, a jeśli załatwią, to czy w połowie kabiny pasażerskiej, czy w ogonie. Podobno w ogonie jest najbezpieczniej, chociaż ja słyszałem coś akurat odwrotnego. Jeśli już znajdą kogoś w liniach, to przez nich poszukają dojścia do gościa, który zna numer telefonu do dyrekcji albo po prostu sam zechce interweniować. Interweniować w sprawie wyjazdu do Londynu, co można zrobić zwyczajnie, idąc na lotnisko. 

Tak samo było teraz. Gdybym nie został przyjęty na uniwersytet, na pewno odbyłaby się poważna narada, w czasie której by ustalono, kto z rodziców idzie do jednego pana znajomego, a kto do drugiego, do kogo zatelefonować, a do kogo zamejlować i tak dalej. Całe szczęście, że nie interweniowali przed decyzją, która okazała się pozytywna, boby wszystko popsuli, i prawdopodobnie tylko dlatego zostałem przyjęty, że przegapili moment, w którym należało dotrzeć do władz uczelni z jakąś flaszką dobrego koniaku albo talonem na bezpłatne naprawy w serwisie, a następnie załatwić przyjęcie z listy dodatkowej, mimo że właśnie w tym roku rektor zlikwidował tę listę, żeby się pozbyć natrętnych rodziców pracujących w rządzie i zasiadających w sejmie. 

Tych marchewek dla ludzi, którzy coś mogą ojciec miał jeszcze całkiem sporo. Były to boczne wejścia do zamkniętych funduszy inwestycyjnych, tanie wczasy w superfirmach turystycznych, zbiór adresów znanych chirurgów i wiele innych. Nie zestarzał się na tyle, żeby tego nie mieć. Dla mnie miał tylko kije. Nie, nie bił, ale tak się mówi. Kij mnożony przez marchewkę lub marchewka dzielona kijem. 

Był pewien, że słabo zdałem maturę, bo ja wszystko robię słabo i nie tak, jak on chce. Chciał, żebym jako przedmiot dodatkowy wziął angielski, a ja wybrałem historię. Przyznaję, że na złość, bo ojciec od dziecka niczego tak się nie bał, jak właśnie dziejów, a matka wiedziała jedynie, kiedy się odbyła bitwa pod Grunwaldem, ale wyszedłem na tym całkiem dobrze, bo z angielskim dawałem sobie radę tylko w grach, a z historii byłem nie do zagięcia. Myślałem, że ojciec się odczepi, ale nie dawał spokoju. „Na studia się przez to nie dostaniesz!”, wrzeszczał. Zatykałem tylko uszy, chowałem się w pokoju i robiłem porządki. Wchodziłem na jakieś czaty, brałem udział w jakichś forach, zapisywałem się na stronach z jakimś seksem, żeby tylko odjechać w jakiś inny świat. 

Nie mogłem mu powiedzieć, skąd się wziął mój wybór, boby dostał zawału. Człowiek z tak krótką wyobraźnią nigdy nie pojmie, że można coś lubić, bo się lubi kogoś, kto lubi ciebie za to, że ty go lubisz, z powodu tego, czego ludzie zwykle nie lubią. Wyśmiałby mnie. Już go widziałem, jak mówi: „Jak ty będziesz miał trzydzieści, ona będzie miała pięćdziesiąt, ty debilu”, podczas gdy miałaby tylko trzydzieści siedem, choć to w ogóle nie miało znaczenia. Wszystko brał bardziej niż serio i podbechtywał matkę, która wobec tego by jęczała: „O, Boże, mój syn z taką klempą!” (nie „klępą”, bo jest kiepska z ortografii). To prawda, że historyczka, pani Lawendowska-Kaczorek, jest uderzająco piękna. Na jej widok można oszaleć. Nie bez powodu na wywiadówki chodził tylko ojciec. Chciał się na nią napatrzeć, rwał się do szkoły jak nigdy dawniej. „Co ty widzisz w tej marnej wychowawczyni”, zapytał pewnego razu, kiedy mu powiedziała, że z historii jestem najlepszy w klasie. „Przecież ona wam nawet nie powie, w której ręce trzyma się nóż, a w której widelec”. „A co powie?”, odparłem i tym go zgasiłem. Śliczna, niewysoka, szczupła, ale nie chuda jak nasze anorektyczki w klasie, nie musiała nic mówić. Wystarczyło, że była. Rysowałem jej profil setki razy, aż się nauczyłem, że dolną wargę lekko wysuwa do przodu, kiedy myśli, i marszczy czoło, kiedy jest wesoła, i śmieje się szeroko oczami. Ugryźć i zjeść uszko! „Powiem ci, co powie”, powiedziałem. „Powie: proszę siadać”. I tym go załatwiłem. Przestał się domyślać tego, czego nie powinien.

Tylko że szkoła była już za mną. Dostałem się na wydział matematyczno-historyczny właśnie dzięki punktom z przedmiotu dodatkowego, którego się nauczyłem dzięki pani Lewandowskiej-Kaczorek. To był powód do obrazy, ale też wszystko natychmiast w tych ludziach złagodniało, kiedy zobaczyli moje wyniki w Internecie, dokładnie i na ekranie. Agnieszce, siostrze, postawiali to za przykład: „Patrz i się ucz, ile to punktów zebrał nasz zuch!”.

No, zobaczymy, jaki prezent za to dostanę, pomyślałem. Wyrosłem na bohatera, mimo że jeszcze niedawno ojciec krzyczał do matki: „Ten dureń golenie zaczyna z włosem, kiedy należy zaczynać pod włos, tysiąc razy mu to mówiłem”. Dla niego jestem półgłówkiem. Zapomina, czyje noszę geny. O ile to w ogóle prawda. Czułem, że dostanę samochód. Należał mi się.

Kłócili się przed komputerem o sposób uwiecznienia strony internetowej ukazującej mój sukces, gdy zrozumiałem, że należy momentalnie wybyć. 

Trzasnąłem drzwiami i tyle mnie widzieli. Wysłałem do nich SMS-a, żeby przypadkiem nie poszli na policję i nie zgłosili mojego zaginięcia, spokojnie odczekałem dwa miesiące u kolegi na Mazurach do pierwszego października i w odpowiedniej chwili wróciłem do stolicy. Z niepokojem otwierałem drzwi mieszkania, ale na szczęście oni byli w pracy, a babcia spała. Tylko się przebrałem, zjadłem szynkę z lodówki i pojechałem na jedenastą na immatrykulację. Odebrałem z rąk dziekana kartę studencką ze zdjęciem i czipem i odwróciłem się do gęsto wypełnionej sali. Pomachałem tłumowi, a tłum, ku mojemu zdumieniu, pomachał do mnie. Krzyknąłem „Hej!”, tłum odpowiedział „Hej!”, ja „Hej!”, oni „Hej!”, „Heja!”, „Heja!”, „Witojcie!”, „Witojcie!”, tak krzyczeliśmy, ja jako didżej i wodzirej, oni jako dyskoteka, „Ko-om wos!”, „Ko-omy cie!”, „Góralu, czy ci nie żal?!”, „Góralu, wracaj do hal!”. Wszyscy stali, sztywne grono profesorskie w togach, biretach i łańcuchach też wstało, śpiewało całkiem ochoczo, stukając się łokciami. Zaśpiewałem „Gaudeamus igitur…!”, a sala ryknęła „Iuvenes dum sumus!”. Chór zgromadzony na galeryjce pewnie miał to zawyć na zakończenie imprezy, ale włączył się już teraz i było cudownie. Dopełniłem błazenady, ostentacyjnie całując brzeg sztandaru z orłem w koronie (ryk tłumu, znowu brawa i wrzawa), po czym usiadłem, żeby już jako ekspert oglądać, jak inni odbierają karty czipowe, a następnie wysłuchać wykładu inauguracyjnego o ciele liczbowym jako fakcie historycznym, czy coś w tym rodzaju, i wreszcie, kiedy zaczynało brakować powietrza, wymknąłem się z zatęchłej auli. 

Poszedłem do Jacka, aby zobaczyć jego nową dziewczynę. Ostrzegał mnie e-mailowo, żebym się nie wystraszył, bo podobno ją znam, więc byłem mocno napięty.

Długo nie mogłem złapać tchu, co było do mnie niepodobne. Szedłem jednak do typowego prymitywa jako – tym razem – student Rzeczpospolitej, nie mogłem tego uważać za tradycyjne odwiedziny w celu odbycia sesji komputerowej. Zwykle szoruję do przodu bez zastanowienia, a tu taka blokada: jak pogodzić nagłe rozstanie z kastą graczy z przejściem do kasty inteligentów? Jakoś to trzeba było zaznaczyć, dać do zrozumienia, żeby było jasne: oto nastała nowa epoka. No, i ta nowa dziewczyna, którą rzekomo miałem znać. Kogo poderwał, Luśkę, Mariettę, Kaśkę, Iwonę, może inną, którą miałem na rozkładzie, a której już nie pamiętałem? Jacek to imponer, lubi pokazać, co to nie on, a pomysły miewa, trzeba przyznać, świetne. Nie mogłem więc demonstrować wsi, a żadne dobre rozwiązanie nie przychodziło mi do głowy.

Zanim wszedłem, wypaliłem ze trzy papierosy i miałem zacząć czwartego, kiedy wreszcie wpadłem na pomysł, jak sobie dać z tym radę. Zostawiłem sobie zgasłego pecika w kąciku ust. Był to sposób na luz à la Hłasko, bardzo terapeutyczny i odprężający. Dopiero wtedy z miną zblazowanego naukowca wparowałem, jak to student, ze słuchawkami na szyi, z laptopem pod pachą, kiwając się na boki na znak, że jestem całkowicie spokojny o siebie i cały ten bajzlowaty świat. Było jasne, że Jacek, nieuk i troglodyta, nie mógł mi niczym zaimponować, co najwyżej tym, że miał świetne rozeznanie w cenach akcji z giełdowego segmentu dużych firm. „Słowacki też grał na giełdzie”, powiedział kiedyś. No, rzeczywiście, grał, i to nieźle. Za coś musiał drukować te swoje kawałki. Palił też cygara i opium, i co z tego? Więc to tylko mogło mnie zaskoczyć, że na przykład dziewczyna jest na przykład córką na przykład jakiegoś znanego na przykład maklera albo matką jamnika z uszami przykręcanymi na przykład na śruby. 

Wszedłem, odrzuciłem grzywę do tyłu, spojrzałem i oczom nie wierzyłem. Boże święty, Agnieszka w całej krasie! Moja siostra z tym palantem! Wczepiona obiema rękami w jego kudły niczym nietoperz, przytulona piersiami do jego pleców, niech ją szlag trafi, włos rozpuszczony, guziki bluzki porozpinane, spódnica oczywiście, bo spodnie by zawadzały, a powiedziała jak do obcego:

– Proszę, siadaj.

Ten się wyrwał z objęć, że niby mu nie zależy na niej, a ma szacunek dla mnie. Wszystko udawane. Fajny koleś do pogadania i giercowania, ale zakłamany ziomal też. Agnieszka z jakimś zakrętem w głowie patrzyła na mnie zezowato, bo pierwszy raz ją zobaczyłem w niedwuznacznie płciowej pozycji i czuła się nieswojo. Coś chciała głupio powiedzieć, ale to zamarło na jej ustach w dziwnym grymasie. Coś w rodzaju „Nie mów ludziom dorosłym” albo podobna bzdura. Nisko mnie oceniasz, siostruniu, pomyślałem i nawet w myślach nie dodałem komentarza. Jej sprawa, od wczoraj na tym świecie nie jest. Trochę może roztrzepana, skrzek jej się czasem myli z krzykiem, ale w sumie potrafi być lojalna, więc dlaczego ja miałbym nie być? Tymczasem niedoszły absolwent szkoły fryzjerskiej, Jacek, zagaił następująco:

– Masz ochotę na Iron Maiden, Judas Priest czy Black Sabbath?

– Co to jest ten majden sabat? – zapytałem złośliwie, bo nie znoszę metalu.

– Daj spokój – powiedziała Aga, ale nie wiadomo do kogo. Do niego, ponieważ zaproponował mi badziewie, czy do mnie, ponieważ jako gość wybrzydzam? Pewnie do siebie, bo trzęsła się jak osika. Jeszcze jest czysta, pomyślałem. Gdybym przyszedł godzinę później, byłoby dużo gorzej. Oj, chyba chciała pokazać, że już jest gotowa decydować za innych.

– To może Ibiza Dreams, mam tego trochę, możemy sobie posłuchać – mruknął niepewnie Jacek.

– Zrozum, nie chcę żadnego klepania po gitarach. Miałeś mnie zapoznać z dziewczyną, zapoznałeś i lecę dalej. Co jeszcze?

– Nie, no, chyba nie trafiłem. Jesteś wpieniony?

– Źle z tobą, czy co?

– Przepraszam, nie chciałem, żeby tak wyszło.

– Nic nie wyszło, kolego. Jedni się kochają, drudzy świętują, i tyle. Po prostu żenua. Nie lepiej było od razu powiedzieć? 

Stał przede mną jak uczeń przy tablicy z dwumianem Newtona. Za trudne jak dla niego. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to duże „E”, które tam jest i z którym nie wiadomo, co robić.

– Śmieszne, no nie? – dodałem. – Możesz zrobić piwo, a nawet dwa, nie kryguj się tak. Chyba masz lodówkę?

Przesadziłem i on to wyczuł. Jeszcze przed chwilą ruchy miał nerwowe, marionetkowe, ale teraz nagle spowolniał. Wróciła podwórkowa pewność siebie. Nie miałem prawa go obrażać, to się mści. Jeszcze moment i byłby mnie walnął w ryj. Jednak po starej przyjaźni się opanował i nie chciał rozróby przy dziewczynie, która w dodatku była moją siostrą. To dopiero byłoby śmieszne, splunęłaby na niego i poszła. Tego by nie chciał. 

– Jak chcesz, to se weź – odparł, usiadł na wersalce i wziął Agę za rękę, a ona drugą ręką sięgnęła do półki, gdzie stała wieża, i nacisnęła guzik. Z głośników lunął Ian Van Dahl, Castles In The Sky, aż mnie skręciło. Straszna rąbanka, bardziej do drgania niż do słuchania. Na stole zatrzęsły się szklanki.

Im się to podobało, przytulili się do siebie, a ja, rozparty w krześle wpijającym się w pośladki, miałem chwilę na zastanowienie. Wsadziłem do uszu słuchawki, żeby zmniejszyć huk, ale mądrzejsze myśli nie nadchodziły, tylko takie: niech się nim pobawi, w końcu i tak szybko go wymieni na coś ciekawszego, kiedy tylko zacznie umierać z nudów. Wiecznie o Simsach i bara-bara rozmawiać się nie da, a on tylko to potrafi. To jest chłopak od strzałek i spacji na klawiaturze. Ciekawe, co będzie, jak Aga go zagadnie, czy chciałby zobaczyć Bloomsday w Dublinie. Joyce to jej obsesja, od kiedy dorwała się do mojego egzemplarza „Ulissesa”. Facet albo zacznie kombinować nowelki o Skywalkerzei przy tym fałszować, jak to on, albo skręci na Lenina w Poroninie i bohaterstwo Stalingradu, jak to jego tatuś. Chyba że rzeczywiście zależało jej tylko na bara-bara, a do tego nie trzeba żadnej mądrości. Wtedy tak, niech się parzy w oparach wydzielanych przez głośniki.

Zaczęli ruszać ustami, więc gadali, i musiałem zdjąć słuchawki, żeby pochwycić przynajmniej sylaby. Usłyszałem niewiele więcej, ale przynajmniej spowodowałem, że przestali się porozumiewać dźwiękiem. Trącali się za to wymownie. 

– Od kiedy jesteście razem? – zapytałem, żeby przełamać skrępowanie. Denerwowały mnie te nachalne pieszczoty.

– Od kiedy zwiałeś z domu – odparła Agnieszka i wykrzywiła się złośliwie. 

– A miałem z nimi siedzieć całe lato?

– Nie mówię, że miałeś, tylko od kiedy jesteśmy razem.

– To był twój pomysł, żeby mnie zaskoczyć?

– SMS-a wysłał Jacek, a ja tylko tyle, żeby z tego tekstu wywalił moje imię. Nie chciałam, żeby się popisywał.

– Fakt, popisywałem się – wtrącił Jacek.

– Nie pytam, kto wysłał SMS-a.

– No to nie pytaj. O co ci chodzi. Mówię, że Jacek, i tyle.

– Nie zwiałem. Wyjechałem, żeby mieć spokój. To chyba wolno. Nie wiedziałem, że się znacie.

– Gdybyś nie zwiał, tobyśmy się nie znali. A tak, to się znamy, prawda, Jacuniu? – i przytuliła się, gładząc go po nieogolonej brodzie. Musiało ją to podniecać, bo po chwili zaczęła go tam całować. Nagle przerwała te czynności, przeciągnęła się i powiedziała całkiem serio – nie masz pojęcia, co się działo, dostali kota.

– No, mów dalej – powiedziałem, bo urwała. Wiedziałem, że zrobiła to dla efektu, ale zniecierpliwienie wzięło górę. Po co te ceregiele? Nie może powiedzieć wszystkiego i wprost? – Nie chcesz, to nie mów – dodałem.

– Nie chcę, bo z tobą jak zwykle nie ma rozmowy. 

– O czym wy w ogóle gadacie? – mruknął Jacek i przyciszył wzmacniacz. Ciekawski był, niewątpliwie.

– O tym i owym – powiedziałem. – Chodzi o to – ciągnąłem, głęboko patrząc mu w oczy – że wyszło na jaw, że ludzie z Jedi wcale nie mają nadmiaru midichlorianów tylko zwykłe subarachnoidy i nie pochodzą z Tythonu. 

– Co ty gadasz? Subarachnoidy? Z jakiej to gry? – zapytał.

– Powtarzam za prasą amerykańską, ja się na tym nie znam. Jakieś błędne tłumaczenie, czy coś takiego, z biblii Coryskantu.

– Jak zwykle, polscy tłumacze filmów i gier. Hołota.

– Nie polscy, amerykańscy, przecież mówię.

W oczach Agi widziałem iskierki wesołości, ale zachowałem powagę. W końcu to ja się z nią lepiej znałem, od jakichś siedemnastu lat, niż on, od jakichś dwóch miesięcy. Już się zapowiadała całkowita porażka faceta, gdy jednak się połapał, że to jakieś jaja.

– Dobra, przejdź na fale Dunaju – powiedział, żeby uciąć ten temat. Nie był pewien, że go robię w konia, ale mimo wszystko zachował ostrożność. – Od kiedy się znamy? Dokładnie od siódmego lipca, kiedy wasz stary wparował tu do mnie z obstawą i pytał, gdzie można cię znaleźć. A obstawą była Gusia.

– Nie mów „Gusia” – zapiszczała Aga.

– Nie mówię, tak tylko powiedziałem, że ty byłaś.

– No to nie mów.

– I jak się dowiedział, że nic nie wiem, to poszli, a Gusia potem wróciła, i tak się znamy. Wszystko. Co jeszcze?

– No nic – wzruszyłem ramionami. – I co, chodził tak od Annasza do Kajfasza?

– Dokładnie.

– I co się dowiedział?

– Nic. Że jesteś w Piecach nad jeziorem Sasek Wielki siedemnaście kilometrów długości koło Szczytna stacja benzynowa osiem kilometrów sklep spożywczy kilometr karta wędkarska sklep wędkarski Szczytno grób Krzysztofa Klenczona pomnik Henryka Sienkiewicza w miejscu gdzie doszło do tragedii Juranda i Jagusi historyczne inne zabytki – powiedziała Aga. – Ale z tego nic nie wynikało i nie wiem, od kogo to wiedział. Ja za to miałam święty spokój.

– Aha, wiedział, że jestem w Piecach.

– Jeszcze się upewniał. I byłeś.

– Byłem.

– A nie byłeś?

– Nie no, byłem. Co jeszcze wie?

– Zapytaj go.

– Widzisz – powiedziałem do Jacka – u nas każdy jest śledzony. Ojciec nawet wie, kiedy i ile razy.

– My?

– Wy, przecież nie ja. On wie wszystko. 

– Nieprawda – Agnieszka zerwała się z wersalki i zaczęła nerwowo chodzić po pokoju. – Nie słuchaj tego idioty, starzy nic nie wiedzą.

– Mówiłaś, że to jest poza podejrzeniem – warknął wściekły Jacek.

– Bo jest.

– Nie chcę, żeby w razie czego wyszło na to, że jestem ojcem któregoś twojego dzieciaka. Zrobionego na jakiejś imprezie w pijanym widzie. Nie wiedziałem, że jestem dzień i noc śledzony. A może ty im wszystko mówisz, a tu udajesz nie wiadomo kogo?

– Jacek! O czym ty gadasz? Co w ciebie wstąpiło? – krzyknęła Aga i zaczęła się rzucać po dywanie, jakby dostała padaczki. – Dzieciaka? Obrażasz mnie tym chamstwem!

– Ty umiesz zrobić dzieciaka? – zapytałem niewinnie.

Jacek był tak oszołomiony, że zdaje się nie dosłyszał pytania, a może je źle zrozumiał. 

– Ty robisz pode mnie – wystękał wreszcie – jakieś podchody? Agata, pytam cię o coś!

– No tak, ja jestem dla ciebie Agata – odparła z taką stanowczością, że już czułem w powietrzu szybkie pożegnanie. – Wezwij na pomoc jeszcze Zosię, Małgosię i prosię.

– Gusia, zrozum – próbował jeszcze ratować sytuację, ale Agnieszka zaczęła zbierać swoje rzeczy.

Zapowiadało się ciekawie, więc całkowicie ucichłem i zacząłem się wsłuchiwać w upojne techno, które nadal żywcem leciało z głośników: „Twen’y, twen’y – twen’y, twen’y”, wyjec rytmicznie śpiewał swoją „Dwudziestkę”, bas walił na tonie G-dur i gitara wtrącała z przesteru Gisy, wszystko prymitywnie na dwóch nutach, ale aż się chciało w tych zgrzytach kołysać biodrami. 

Zafalowałem rękami nad sobą, miało być pięknie, gdy wtem poczułem na piersi, że wibruje komórka. Boże, w takim momencie! Kto mnie ściga? Z oczywistą niechęcią otworzyłem drzwi i wyszedłem na klatkę schodową. Wcisnąłem klawisz z zieloną ikoną słuchawki. Stało się, ktoś się do mnie dodzwonił, a ja to zaakceptowałem.

– Słucham.

Z drugiej strony odezwał się głos starszej kobiety. Mogła mieć nie mniej niż czterdzieści. 

– Czy pan daleko jest od uniwersytetu?

– Nie, a o co chodzi?

– Dzwonię z dziekanatu w imieniu pana dziekana. Czy mógłby pan z nim teraz rozmawiać?

Z dziekanatu. Koniec. Nie jestem na studiach. Nastąpiła pomyłka. Wywalili mnie za numer na immatrykulacji. Nastąpiła eksmatrykulacja. Miałem za mało punktów z historii. Wykryli, że ściągnąłem wzór napisany pod skarpetką. Było zbyt podejrzane, że jako jedyny w okręgu warszawskim bezbłędnie rozwiązałem ósme zadanie z matmy. Ale to tylko wzór. Inni też mieli wzór i nie rozwiązali, a ja rozwiązałem. Doniósł Kawczyński, siedział koło mnie i widział. Tylko trzech miało na maturze sto procent z matmy. Tamtych nie znam, nie wiem, z której są szkoły. Nikogo nie znam. To tylko przypadek, że rozwiązałem, tak mi się napisało. Nie, mogę powtórzyć, dajcie mi coś trudniejszego. Pokażę, jak się rozwiązuje. To jest proste. Miałem dobrego nauczyciela. Kawczyńskiego nie znam. Znam Kawczyńskiego, ale nie tak dobrze. 

Zakręciło się w głowie.

– Słucham. Proszę.

– Musiałby pan przyjechać, to poważna sprawa.

– Muszę przyjechać, tak, rzeczywiście.

– Mógłby pan zaraz? 

– Mogę – powiedziałem. A miałem powiedzieć, że nie mogę.

– Pan dziekan czeka – i złowrogo trzasnęło w słuchawce. 

Była druga po południu, poczułem zwijający wnętrzności głód, od żołądka do gardła, świder nieprzytomnego głodu. Tamci nie mieli nic w lodówce, to młoda para, zszedłem więc po schodach, trzymając się mocno poręczy. 

Kiedy się zbliżałem do budynku, czułem przez podeszwy każdy kamyk. Nienawidziłem tej uczelni, wybranej zresztą przez przypadek, drogą losowania. Mogłem się zgłosić na inny wydział albo w innym mieście i miałbym teraz spokój. Tam, gdzie do tej pory szukali chętnych na studia, a nie tu, gdzie było sześć osób na jedno miejsce. Co za niefart. Tak to jest z losowaniem, nie masz żadnych szans. A ojciec doradzał to, doradzał tamto i jak zwykle miał rację. 

Chyba mi zależało, bo wyjąłem z kieszeni wymięty krawat i zatrzymałem się przy rosłym drzewie, żeby go wyprasować. Przeciągnąłem lewą stroną po korze, prawa się nieco wygładziła, ale nerwowo manipulując przy kołnierzu, oberwałem guzik. Pal to sześć, schowałem krawat, będę bez krawata. Po co mi krawat? Wyjąłem krawat i wrzuciłem do kosza na śmieci. Będziesz śmieciarzem, zapowiadał ojciec. Tak jest, taki sam zawód jak każdy inny.

Sekretarka dziekanatu ponuro spojrzała na zegarek. A więc się opóźniałem, jej zdaniem. 

– To ja – powiedziałem.

– Tak, słucham – odparła.

– Pani do mnie dzwoniła?

– A, to pan. Dobrze, pokój trzysta osiem. Pan profesor już jest wolny.

Kiedy wszedłem, profesor nie wyglądał na profesora. Nie rozpoznałem w nim dziekana, który mi wręczał kartę studencką. Siedział rozparty w obrotowym fotelu i trzymał w ręku ramkę fotograficzną. Uśmiechał się do zdjęć, które pojawiały się na ekranie. Był tym tak pochłonięty, że ledwie małym palcem prawej ręki wskazał, gdzie mam się usadowić. Fryzurę miał jak młody Einstein, a brodę jak stary Marks. Nos za to zgrabny i brwi normalne. Jednym ruchem założył marynarkę. Naukowcy mają w tym wprawę.

– Zdjęcia z konferencji w Lille – powiedział tubalnym głosem. – To jest profesor Chardon – i pokazał mi fotkę w ramce. Na tle długo ciągnących się w górę schodów stał maleńki człowieczek, którego rysów nie podobna było rozpoznać, więc uwierzyłem na słowo. Profesor Chardon. – Będzie naszym gościem w październiku.

– Bardzo się cieszę.

– A właśnie – dziekan nagle odłożył ramkę – przyjeżdża osiemnastego.

– Ach tak.

– No, jest jeszcze trochę czasu, ze wszystkim zdążymy. Zna pan francuski?

– Słabo.

 Ça vous plaît ici?

 Très bien, merci.

 Cela me suffit – powiedział, że to mu wystarczy, więc już wiedziałem, że jest dużo lepiej, niż się spodziewałem. – Jak pan wie, a może pan jeszcze nie wie, każdy kurs ma starostę i dwóch zastępców starosty, słowem radę roku. Są to z jednej strony reprezentanci roku, którzy występują w imieniu studentów, z drugiej łącznicy między władzami wydziału, a nawet uczelni, a studentami. Regulamin da panu pani Wanda, a ja chciałbym tylko pana zapytać, czy zgodzi się pan, żeby opiekunka roku, pani magister Siemaszko podała pana kandydaturę na starostę. Wybory będą pojutrze.

– Dlaczego mnie?

– To nie jest tylko moja propozycja. Wszystko odbywa się demokratycznie.

– Tak, ale czyja?

– Trudno powiedzieć. Po immatrykulacji rozmawialiśmy o panu, zwrócił pan na siebie uwagę, miał pan bardzo dobre oceny, spodobał się pan swoim kolegom. Kilka osób zaproponowało, jakoś tak powiem, więc pomyślałem, żeby to panu zaproponować. Zgadza się pan?

Nie mogłem mu powiedzieć, że i tak będę miał co robić, że jestem kompletnie zaskoczony, że dzisiaj mam same niespodzianki i to już zaczyna mnie wnerwiać, a poza tym że to jest moim zdaniem wrabianie kogoś w funkcję, o której nigdy nie myślał, której nie chciał, której się boi i którą ma gdzieś, bo się napatrzył na ojca, który ma wyłącznie same funkcje, od prezesa koła łowieckiego po sekretarza stowarzyszenia absolwentów szkoły i dyrektora zakładu, nie powiem, że dla obłąkanych, ale wiadomo. 

– To jest funkcja trochę, bardzo niewiele, wymagająca obecności na radach wydziału, ale także honorowa, niektórzy uważają, że prestiżowa. 

– Pomaga w egzaminach?

– Nie pomaga.

– To dobrze.

– No, dziękuję – wstał i wyciągnął do mnie rękę. Nie znosił, bestia, sprzeciwu. – Gdyby miał pan jakieś pytania, proszę do pani Wandy. 

– Czy obecność na radach wydziału jest obowiązkowa?

– Wszystko powie panu pani Wanda. Bardzo się cieszę, że będziemy współpracować – uśmiechnął się od ucha do ucha.

Wstałem.

– A jeżeli nie zostanę wybrany?

– Zostanie pan.

– Aha.

– Do widzenia.

– Do widzenia, panie dziekanie.

– Może kiedyś pan będzie dziekanem. Nie życzę panu, to bardzo obciążająca funkcja, ale może?

– Dziękuję.

Żałowałem, że wyrzuciłem krawat, kosztował pięćdziesiąt złotych. Może jest jeszcze w koszu? Na pewno da się wyprać. Nie pamiętałem, którędy wchodziłem do gmachu, teraz szedłem jakąś inną drogą. Usiłowałem sobie przypomnieć, który to był kosz, a po drodze stało ich z dziesięć. Zajrzałem do każdego i nie znalazłem. Diabli wzięli. Ktoś już musiał grzebać w śmieciach, krawat nie mógł tak w ciągu kilku minut rozpłynąć się w powietrzu. Stałem bezradny. Wokół pustka, żadnego człowieka, choćby śmieciarza. Ja jako starosta roku. 

Nie pozostawało nic innego, jak ruszyć do domu. Zerwać z siebie pancerz granatowego garnituru i przyoblec się w coś normalnego, w sweter dziergany na australijskiej farmie i chińskie dżinsy z fabrycznie wykonanymi dziurami na kolanach. Kolana polskie. 

Aga z ładnie zaplecionym warkoczem, ubrana w spodnie i koszulę wysoko zapiętą pod samą brodę siedziała już przy swoim biurku i odrabiała lekcje. Na razie przeglądała Internet, ale wkrótce będzie odrabiała, na pewno. Wszystko wróciło do normy. Grzeczna dziewczynka. Nie drgnęła na mój widok, bo to nie było miejsce na żadne reakcje. Wszystkiego się dowiem za miesiąc albo dwa, gdzieś na dyskotece, kiedy ktoś naćpany nachyli mi się do ucha i opowie, przekrzykując didżeja, co wie o mnie i mojej rodzinie, ile zarabiają, ile wydają i kto z kim śpi. W kuchni wlałem do talerza rosół, dodałem dwie łyżki sklejonego w bryłę makaronu, wsadziłem do mikrofalówki i po chwili na stojąco wstępnie zaspokoiłem fizjologiczną potrzebę mojego organizmu. Ładując zupę do przewodu pokarmowego, czekałem tylko na ojca. Matka, jak zwykle o tej porze, spała na kozetce przed migającym telewizorem. Włączyłem laptop, sprawdziłem pocztę, nic nie było, wyłączyłem. 

Nagle drzwi – łup! Wchodzi z gazetą pod pachą, z wypchaną teczką i miną pana wszechświata. Znowu – łup! Drzwi zatrzaśnięte jak brama piekieł. Zobaczył mnie, a jeszcze nie zdążyłem wyskoczyć z garnituru, i zawołał od progu:

– O, dobrze ci w krawacie! Jak tam wręczanie indeksów?

Słowem, krawat miałem na sobie.

– Nie wręczali. Nie ma indeksów, to jest wiek dwudziesty pierwszy.

Niezrażony zawołał znowu, budząc przy tym mamę, Bogu ducha winną:

– Wyczytywali z listy?

– A jak mieli wyczytywać?

– Kto wyczytywał?

– Nie znam człowieka.

– A wykład inauguracyjny?

– Czterdzieści osiem minut, a miało być czterdzieści pięć.

Już nie zapytał, o czym ten wykład. Czuł, że opór jest i że nawet rośnie.

– Kiedy pierwsze zajęcia?

– Nie wiem, sprawdzę w Internecie.

– Nie jesteś zainteresowany studiami?

– Jestem.

– To o co chodzi?

– O nic. Zrobili mnie starostą.

– Brawo! I nic nie mówisz?

– Tak, nie mówię.

– Mój syn starostą! – powiedział z miną zwycięzcy, zdjął okulary i wyjął chusteczkę. Tradycyjnie zaczął maskować zadowolenie czyszczeniem szkieł. – Czy to nie jest powód do radości?

Podszedł do mnie i wyciągnął dłoń, ale ja swoją cofnąłem, schowałem rękę za siebie. Jak zwykle był nieszczerze zdziwiony, fałszywie zdumiony, wpatrywał się we mnie z miną nieszczęśliwie oskarżonego. Takiego go znałem od zawsze. 

– Znowu musiałeś się wtrącić? Znalazłeś dojście nawet do dziekana? Ile to kosztowało? – powiedziałem spokojnie, rzeczowo. 

– Przestań – usłyszałem z tyłu podniesiony szept.

To Aga. Miała łzy w oczach, pociągnęła nosem. Ojciec, zdezorientowany, zakręcił się wokół własnej osi i wszedł do łazienki. 

– Na dzisiaj dosyć – powiedziała tym swoim syczącym głosem i wróciła do biurka, sączyć jad przez Internet. Otarła powieki z krokodylich łez. Tyle płaczu o nic.

Rzeczywiście, powinienem był się opanować. Przemyśleć i się uspokoić. Zaplanować precyzyjne sprawdzenie, w jaki sposób ojciec wpłynął na to, że zostałem starostą. I dlaczego to zrobił, co nim kierowało. Jedno byłem w stanie przewidzieć: to zadanie będzie bardzo trudne, kto wie, czy w ogóle wykonalne. Nieprzyjazny dom, nieprzyjazny świat, nie było łatwo liczyć na czyjąkolwiek współpracę. Matka zadała przykre pytanie:

– A rosół sobie zrobiłeś?

Babcia nie wychylała nosa z drugiego pokoju, nie widziała, nie słyszała i ni w pięć, ni w dziewięć zaczęła się śmiać. To chore.

 

Pierwodruk: kwartalnik literacki „Migotania Przejaśnienia” 2010, nr 1.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Piotr Müldner-Nieckowski, Telefon z dziekanatu, Nowy Napis, 2020

Przypisy

    Powiązane artykuły