06.06.2019

Tradycja, ironia i głębsze znaczenie

1.

Zbigniew Herbert objawił się publiczności w licznej gromadzie poetów: od rzekomych jednak rówieśników różniło go niemal wszystko. Kiedy oni pysznili się pogardą dla przeszłości, on składał jej ostentacyjny hołd: fascynację brzydotą zastępował odwołaniem do pięknej konwencji; rozwichrzeniu jednostkowości przeciwstawiał dystans do samego siebie; miast jadowitej groteski posługiwał się wieloznaczną ironią. Tym samym odcinał się od pokolenia, z którym mu wypadało debiutować. Nic dziwnego; wcale do niego nie należał.

Herberta spostrzeżono naprawdę w 1955 roku: pisał jednak wcześniej i wszystko wskazuje, że uważał się za strażnika grobów, za dziecko porażki. W Życiorysie – oczywiście własnym – powiada, że bity, gnębiony i poniżany poeta stał się w czasie okupacji „zupełnie innym chłopcem” niż poczciwy sztubak z II A, który rył na szkolnej ławce imię ukochanej między łacińskimi słówkami; i że po wyzwoleniu, które przyjął „ponownym płaczem wstydu” –

nieprędko zgodził się na życie
przybierał wartki strumień zdarzeń
on stał w pustkowiu i zawodził
szukał pamiątek po ruinach
modlił się imionami zmarłych
poezja córką jest pamięci
(Życiorys, HPG)

Odzywały się więc u Herberta – mimo całej różnicy wypowiedzi – tony zgoła różewiczowskie. Zapatrzenie w kataklizm wzmagała jeszcze radykalna odmowa, którą odpowiadał propozycjom kulturalnym czasów stalinowskich. Pokusy stalinizmu odganiał nienawistnym szyderstwemMiędzy innymi – w Ornamentatorach, złośliwym pamflecie na Gałczyńskiego, i w Jak nas wprowadzono, parodycznym obrazie opieki nad młodymi pisarzami.[1]„ja mały ptaszek znam swą wartość znam” – ćwierkał, sprzeciwiając się pieśni, której „strach dyktuje słowo” [Mały ptaszek, HPG]. Tymczasem bęben przyszłości, „dyktator muzyk rozgromionych”, zapowiadał mu już nadejście społeczeństwa, gdzie

i jedna myśl i słowo jedno
[…]
nareszcie idzie ludzkość cała
nareszcie każdy trafił w krok
[…]
zejdziemy nisko do czeluści
do pustych piekieł oraz wyżej
nieba sprawdzamy nieprawdziwość
i wyzwolony od przestrachów
w piasek się zmieni cały pochód […]
(Pieśń o bębnie, HPG)

Z postawą płaczka rozpaczającego na wojennym pobojowisku, biadającego nad przeszłością dziecinną, ale uczciwą, złączyło się przeczucie katastrofy ostatecznej: przekonanie, że zbliżamy się do kresu kultury, do zaniku jednostkowości, do państwa nihilizmu, które – ociosawszy ludzi w jednakowe kukły – doświadczalnie sprawdzi bezsiłę wartości, aby rozpaść się ostatecznie w nicość.

Hermesa, psa i gwiazdę dzieli od Struny światła ogromna różnica, chociaż ukazał się zaledwie rok później, w 1957 roku. Dlaczego, nie wiem. Możliwe, że dopiero tam znalazły się wiersze „prawdziwego” Herberta, odrzucone uprzednio przez ostrożnych redaktorów; możliwe także, że ośmielenie wyobraźni było po prostu następstwem zwykłego poczucia wolności. Proszę zważyć, w jak osobliwym znalazł się poeta położeniu! Żadnej już szansy dla siebie nie widział: skulony nad grobami, jeśli podnosił wzrok, to po to tylko, aby się upewnić, że na chmurach palec Boży nie przestaje pisać manetekelfares„Policzone, zważone, podzielone” – odniesienie do przepowiedni na ścianie pałacu babilońskiego podczas wydanej przez Baltazara uczty, która zwiastowała szybki upadek państwa i śmierć władcy, Dn 5, 25 [przyp. red.].[2]. Cały był zatem zwrócony do przeszłości. Sam się skazywał, przekreślał, odsyłając do kojącej iluzji sztuki, która zdawała się ostatnim przywilejem ludzi spóźnionych, zagubionych wśród barbarzyńców:

nie tego czekałem nie to nie jest młodość
stać z głową w bandażach i ręce przyciskać
i mówić głupie serce przestrzelony ptaku
zostań tu na urwisku jest w zielonej skrzynce
groszek pachnący i kwiaty nasturcji
[…]
sypie się tynk na pokład na pokład balkonu
(Balkony, HPG)

Tymczasem do balkonu, do urwiska, gdzie „wygnany arkadyjczyk” wypatrywał zagłady „tonących okrętów” – podpłynęła łódź, ofiarując poecie podróż, jeśli nie radosną, to przynajmniej swobodną. Aby tę możliwość pochwycić, Herbert musiał nadać swej poezji nową zupełnie równowagę. Dotychczas był po prostu Kasandrą: kim mógłby stać się obecnie, nie zdradzając przeszłości, ale także – nie ośmieszając się wobec współczesnych? Dylemat ten łatwiej zrozumieć, jeśli umieści się Herberta we właściwej grupie pokoleniowej. Chociaż nieco młodszy, stał on w jednym szeregu z Baczyńskim, Różewiczem, Borowskim, z porażonymi wojennym gromem wychowankami dwudziestolecia. Wczesna młodość jawiła mu się równie idyllicznie co poecie niemożliwych sielanek (myślę o Różewiczu) i lirykowi magicznych fantasmagorii (Baczyńskiemu). Wszyscy oni przeżyli kryzys kultury nie w bibliotece, ale na ulicy, uciekając przed łapanką, w lesie, ginąc z ręki bliźniego i zabijając bliźniego, w obozie, wykręcając się od gazu… I wszyscy też musieli – z powodzeniem lub nie – pokonać w sobie pojęcie o człowieku, pojęcie o kulturze, przyjęte z poręczenia księdza prefekta i profesora łaciny.

To znaczy: pokonać – albo pogłębić! – tradycję chrześcijańską i śródziemnomorską, oswojoną, uproszczoną przez szkołę i środowisko, przykrojoną na narodową miarę, często prowincjonalną, niemal zawsze bezpiecznie powierzchowną: albowiem strażnikiem tej tradycji był, co tu gadać, profesor Pimko… Pamiętamy wszyscy sarkazmy Różewicza, tak przykre i dokuczliwe, jakby za wojenne cierpienia nie zbrodniarzy winił, ale humanistów, co nie umieli barbarzyństwu zapobiec. Podobnie, ba! – głębiej jeszcze u Borowskiego, który (przynajmniej w pewnym momencie) wszelką troskę moralną czy intelektualną utożsamił z aktualnymi żądaniami polityki: jeśli okoliczności – zdawał się mówić – tak łatwo pokonują pryncypia jak w obozie koncentracyjnym, należy spokojnie posłać zasady na emeryturę i zająć się zmienianiem okoliczności, które, chociaż zewnętrzne, w końcu i wewnętrznego człowieka ukształtują. I nawet u Baczyńskiego można prześledzić proces równoległy: tyle że nie doprowadził on do odrzucenia, ale do oczyszczenia tradycji. Poeta czuł się mianowicie słaby, naiwny, grzeszny, zbrukany; nie tylko on osobiście; całe pokolenie – mówił wysublimowanymi symbolami – nie znalazło się na moralnej wysokości zadania, jakie narzuciła mu historia. Musi więc odszukać religijne racje własnej ofiary, sięgnąć wyżej, niż każe czy pozwala zbiorowa samoobrona… i zgodzić się na unicestwienie, które wyrówna metafizyczny rachunekMuszę odwołać się tutaj do własnej interpretacji ewolucji twórczości Baczyńskiego [w:] Pamięć anioła, „Życie Literackie” 1961, nr 36.[3].

Niczego podobnego u Herberta nie ma. Rozwiązał on bowiem kryzys wartości odwrotnie niż rówieśnicy (czy poprzednicy): w tym zresztą oryginalność poezji, która sprzeciwiła się ogranej rozpaczy i łatwemu zagubieniu. Małe słówko „a zatem” sygnalizuje wybór, dokonany wbrew epoce – i wbrew własnym skłonnościom, żałobnym czy katastroficznym:

o czym mówiło pięciu
w nocy przed egzekucją
o snach proroczych
o przygodzie w burdelu
o częściach samochodu
o morskiej podróży
o tym, że jak miał piki
nie trzeba było zaczynać
o tym, że wódka najlepsza
po winie boli głowa
o dziewczynach
owocach
o życiu
a zatem można
używać w poezji imion greckich pasterzy
można kusić się o utrwalenie barwy porannego nieba
pisać o miłości
a także
jeszcze raz
ze śmiertelną powagą
ofiarować zdradzonemu światu
różę
(Pięciu, HPG)

To „a zatem” jest doprawdy dźwignią, która poezję Herberta odwróciła od pogrobnego katastrofizmuSpostrzegł go pierwszy Kazimierz Wyka w Składnikach świetlnej struny [w:] tegoż, Rzecz wyobraźni, Warszawa 1959, s. 243–244.[4] i nadała jej swobodną wieloznaczność. Można podziwiać energię, która kazała Herbertowi pisać – wbrew sobie samemu: już na początku zdołał on wymusić na sobie psychiczny zwrot, zadać gwałt duszy. Nie okazał czytelnikom uczuć, które były mu niejako przyrodzone, ale tych uczuć – przezwyciężenie. Odtąd wszystko, co napisał, było już świadectwem ambiwalencji, wewnętrznego sporu między „potężnym, miłującym aniołem Schizofrenii” i „bladym, złośliwym aniołem Ironii” (Wariatka [HPG]). Prowadziła go bowiem niepohamowana miłość do przeszłości, do dzieciństwa, do wartości, które w sobie przechował: miłość ta okazała się jednak „schizofreniczna”, oderwana od rzeczywistości, jawnie ze światem skłócona. Zadaniem ironii stało się więc przypasowanie poety do świata… lub świata do poety: jej anioł, zmęczony i zapewne chorowity, jak zwykle intelektualiści, musiał być także złośliwy, skoro swą działalność zwracał nieuchronnie przeciwko namiętnościom pisarza.

Jeśli teraz Pięciu porównać choćby z wierszami Różewicza, odsłoni się osobliwość wyboru Herberta: liryk Niepokoju – za nim zaś, jak jeden mąż, turpiści, mizerabiliści, doloryści – mniemał, że oświęcimski kat Hoess nie tyle rozstrzelał (to byłoby pół biedy), ile raz na zawsze ośmieszył Amyntasa; róża zaś skojarzyła mu się nieodwołalnie z „imieniem umarłej dziewczyny”, nie z kwiatem. U Herberta przeciwnie: cała tradycja – razem ze swymi najbardziej drażniącymi składnikami, jak ostentacyjnym ukochaniem antyku – wychodzi z doświadczenia wojny zwycięsko. Grupa Laokoona budzi w Różewiczu śmiech: rzeźba współczesna musiałaby chyba posłużyć się nie marmurem, ale ludzkimi wnętrznościami, aby prawdziwie wyrazić cierpienie. Tymczasem u Herberta właśnie Nike najlepiej wypowiada ogólnoludzką wartość wojennego poświęcenia: pragnęłaby ocalić chłopca, idącego „długą koleiną / wojennego wozu”, ale – dobrze rozumiejąc konieczność śmierci „z cierpkim obolem ojczyzny / pod drętwym językiem” – postanawia w końcu:

pozostać w pozycji
której nauczyli ją rzeźbiarze
wstydząc się bardzo tej chwili wzruszenia
(Nike która się waha, SŚ)

Jak widać, dla Herberta właśnie konwencja najdoskonalej chwyta prawdę życia. Jest w Nike to samo iunctim, które z przedśmiertnych rozmów skazańców kazało wyprowadzić prawo poety do „utrwalania barwy porannego nieba”. Brzmi ono niemal prowokacyjnie w kraju, który nadmiarem martyrologii zwykł usprawiedliwiać chaos – także literacki. Co więcej, efekt estetyczny zależy u Herberta od poskromienia osobistej ekspresji: właśnie wahająca się Nike będzie „najpiękniejsza”, ponieważ wierność konwencji zdołała objąć także – chęć wyzwolenia i zburzenia konwencji.

Ostatecznie żadne wielkie wartości nie zostaną w liryce Herberta naruszone. Ani upodlenie wojny, ani nadchodzące barbarzyństwo nie zmieniają w niczym przekonań czy obowiązków poety. Bywa nawet, że Herbert uskarża się na… własną niezłomność; instrument, którym rozporządza, przypomina mu nie tyle lirę, ile drewnianą kołatkę bakałarza:

uderzam w deskę
a ona podpowiada
suchy poemat moralisty
tak – tak
nie – nie
(Kołatka, HPG)

Gdzie indziej całkiem banalnie stawia znak równania między wartościami moralnymi a estetycznymi:

nie o wieniec kamienny Troi prosimy Cię Panie
nie o pióropusz sławy białe kobiety i złoto
lecz jeśli możesz przywróć splamionym twarzom dobroć
i włóż prostotę do rąk tak jak włożyłeś żelazo –
(Fragment, SP)

Z taką modlitwą zwraca się Herbert do „Srebrnołukiego”, do Apollina, któremu tak niesympatyczną rolę wyznaczył w znanym wierszu o Marsjaszu…

Cechą piękna – piękna się ten poeta bynajmniej nie wstydzi… – pozostaje bezinteresowność. Dowolny przedmiot, choćby krzesło zobaczone wewnętrznym okiem artysty, stanie się:

piękne i bezużyteczne
jak katedra w puszczy
połóż na krześle
zmiętą serwetę
dodaj do idei porządku
ideę przygody
[…]
niech ma oblicze rzeczy ostatecznych
(Studium przedmiotu, SP)

Nigdzie jednak liryzm Herberta nie bucha silniej niż wtedy, kiedy mowa o ojczyźnie. Odzywa się wtedy niespodziewanie – tonacja romantyczna, ta właśnie, którą poeta poznał w mitycznej II A, w szczęśliwym kraju młodości, kiedy uczucia były jednoznaczne… Nigdzie też lepiej nie widać, jak nietknięte pozostały dla Herberta dogmaty duchowe dawnego porządku:

helleńska rzymska średniowieczna
indyjska elżbietańska włoska
francuska nade wszystko chyba
trochę weimarska i wersalska
tyle dźwigamy naszych ojczyzn
na jednym grzbiecie jednej ziemi
lecz ta jedyna której strzeże
liczba najbardziej pojedyncza
jest tutaj gdzie cię wdepczą w grunt
lub szpadlem który hardo dzwoni
tęsknocie zrobią spory dół
(Odpowiedź, HPG)

2.

Jakkolwiek byłby Herbert niezłomny, nie może – i nawet nie chce – zaprzeczać, że między odziedziczonymi normami a praktyką życia powstała zupełna nieprzystawalność. Poznać to nawet we wspomnianych Pięciu. Poeta pragnie tam:

jeszcze raz
ze śmiertelną powagą
ofiarować zdradzonemu światu
różę
(Pięciu, HPG)

Gdyby nie podejrzewał, że jego gest uznać mogą widzowie za błazeński, szyderczy czy parodyczny – nie podkreślałby Herbert, że ofiaruje różę „ze śmiertelną powagą”… Sygnalizuje w ten sposób osobliwą wiedzę: zaznacza z góry, że wie, iż wygląda anachronicznie; niemniej jednak mniema, że postępuje słusznie. Dolicza niejako własną śmieszność do obrazu, który proponuje czytelnikowi… Tym samym wszakże udowadnia, że (przynajmniej intelektualnie) góruje nad przeciwnikami, nad tymi, którzy róże wyrzucili na śmietnik historii. Jest to oczywiście chwyt ironiczny. I rzeczywiście – w poezji Herberta ironia jest środkiem, który pozwala zneutralizować nieprzystawalność norm do rzeczywistości, ideałów do doświadczenia, tradycji do aktualności.

Jakże to jednak osiągnąć? I przeciwko czemu – czy komu – zwrócić ostrze delikatnego szyderstwa? Nie przeciwko wartościom: trzeba je przecie ocalić. Nie przeciw rzeczywistości: z rzeczywistością wygrać niepodobna; im zresztą nikczemniejsza, tym bardziej grubiańska, nieprzenikalna, niepodatna ironii. Ironia zwrócić się musi przeciw miejscu mediacji, przeciwko człowiekowi, w którym spotykają się prawo i fakt: a więc przeciwko samemu poecie lub ściślej – bohaterowi lirycznemu. On to właśnie stanie się komiczny, lecz komizmem szczególnym; śmieszność uzyska bowiem moc odkupującą; bohater liryczny poświęci niejako swą godność czy powagę, aby mogły zatriumfować (albo przynajmniej ocaleć) wartości. Pokazując, jak straszliwie do nich nie dorasta, ukaże – niczym zakochany pajac – wielkość swego przywiązania i, na ostatek, trwałość ideału, któremu tak niedołężnie służy.

Rozmowa bohatera z własnym sumieniem, przedstawiona w Głosie wewnętrznym, musi (zwłaszcza w recytacji) wywołać gromki śmiech:

mój głos wewnętrzny
niczego nie doradza
niczego nie odradza
[…]
udaję że traktuję go na równi
że mi na nim zależy
czasami nawet
staram się z nim rozmawiać
wiesz wczoraj odmówiłem
nie robiłem tego nigdy
teraz też nie będę
– glu – glu […]
(Głos wewnętrzny, SP)

Sokratejski dajmonion – pomyśli naiwny słuchacz – odpowiada współczesnemu człowiekowi bezsilną czkawką: zapewne słuszność ma poeta, powiadając, że „nie jest mi na nic potrzebny”. Lecz naprawdę jest odwrotnie: chociaż żadnych wyraźnych poleceń bohater od swego sumienia nie otrzymuje, postępuje przecież tak, aby nie złamać prawa moralnego: „nie robiłem tego nigdy / teraz też nie będę”. Pryncypia bynajmniej nie zniknęły, zmieniły tylko – jeśli tak wolno powiedzieć – miejsce zamieszkania. Człowiek dzisiejszy odbiera „głos wewnętrzny” z niepokojącymi zakłóceniami: nie ulega wszakże wątpliwości, że zasady – trwają i nie przestają bądź działać, bądź przynajmniej budzić w bohaterze nostalgię. Przecież to on sam do siebie mówi: „glu – glu”! Tym gorzej dla niego, tym lepiej dla moralnej tradycji ludzkości, której współczujemy: w jakże marnego wcieliła się przedstawiciela!Podobnie w najlepszych wierszach poświęconych problemom moralnym, w Trenie Fortynbrasa [SP], Do moich kości [SP], Szufladzie [SP], Kołatce [HPG].[5]

Subtelniejsza ironia w Monie Lizie, której interpretacja musi uwzględnić uczuciową ambiwalencję poety. Dotarł on – przez kolczaste druty granic i śmiertelne doświadczenie wojny – do arcydzieła Leonarda, tyleż wielkiego, co osławionego:

– do ciebie
Jeruzalem w ramach
[…]
no i jestem
przyjść mieli wszyscy
jestem sam
kiedy już
nie mógł głową ruszać
powiedział
jak to się skończy
pojadę do Paryża
(Mona Liza, SP)

Herbert celowo przeciwstawia niedbałe, zaledwie gramatyczne refleksje i wspomnienia bohatera – wyrafinowanie abstrakcyjnemu opisowi Mony Lizy:

jakby z soczewek zbudowana
na tle wklęsłego krajobrazu
[…]
tylko jej regularny uśmiech
głowa wahadło nieruchome
[…]
jej puste ciała woluminy
są osadzone na diamentach

Nigdzie nie zostaje powiedziane, że obraz nie jest arcydziełem. Przeciwnie: stanowi doskonały artystyczny przedmiot, owoc najwyższej intelektualnej spekulacji. Bełkotliwa mowa przybysza zdradza zresztą, że czuje się głęboko wzruszony, że pragnąłby nawiązać z Moną Lizą intymny kontakt, godzien wieloletniego oczekiwania. Jest jednak najwyraźniej przestraszony obcością arcydzieła, zupełnie nieprzystającego do jego osobistych doświadczeń:

tłusta i niezbyt ładna Włoszka
na suche skały włos rozpuszcza
[…]
między czarnymi jej plecami
a pierwszym drzewem mego życia
miecz leży
wytopiona przepaść

Byłoby wielką naiwnością powiedzieć, że Herbert pokpiwa z renesansowego malarstwa, z klasycznej piękności Giocondy. Przemawia przez niego frustracja, nie zaś niechęć, smutek obcości, nie pewność siebie. Zapewne, ironia gryzie już obie strony, przegadany obraz i ogłupiałego turystę. Lecz najtrafniej byłoby podpisać wiersz tytułem książki Herberta: i tym razem przed wrotami ogrodu minionych piękności stanął – północny barbarzyńcaKwestie sztuki, piękna, twórczości dyskutuje – w analogicznym duchu – szczególnie wiele wierszy: w Hermesie – Wybrańcy gwiazd, Chciałbym opisać, Przypowieść, Niepoprawni, Pokój umeblowany; w Studium przedmiotu – Pudełko zwane wyobraźnią, Pisanie, Objawienie i tak dalej.[6].

Po moralności i pięknie – religia. Ostatnia prośba matki:

nie mogła już głową ruszać
skinęła bym się nachylił
– masz tu dwieście złotych
dołóż resztę
i zamów Mszę Gregoriańską
[…]
chciała Mszę
no i ma
(Ostatnia prośba, SP)

Tymczasem jednak msza – odprawiana w nieznośnym upale – nie może w obecnych wzbudzić żadnych duchowych poruszeń: bohater zapomina słów modlitwy, zagapia się w wosk, co ścieka ze świec na ołtarzu, poci się i czeka końca:

może
ten ksiądz
zrobi za nas
to czego my nie możemy zrobić
może on się choć trochę wzniesie

Ale nie wznosi… Łatwo sobie wyobrazić, co mniej delikatne pióro zrobiłoby z równie jaskrawych przeciwstawień. Herbert nie pozwala nam jednak zapomnieć, że bohater spełnia ostatnie życzenie matki: i nie tyle daremność obrzędu (nic o nim nie mówi), ile duchowa słabość uczestników budzi w nim zawstydzenie. Wartości religijne ironia Herberta ujmuje szczególnie ambiwalentnie. Nadkrusza wszystko, co jawi się jako dogmat, przepis, reguła, wszystko, co radość chwili, dar łaski, poryw serca, niepojęte miłosierdzie zastępuje bezosobową, abstrakcyjną sprawiedliwością. ,,Lepiej być skrzypieniem podłogi – powiada nawet Herbert – niż przeraźliwie przezroczystą doskonałością” (Żeby tylko nie anioł [SP]). Na poły pogańskie szczęście istnienia zwycięża z reguły wszelkie metafizyczne machiny…Podobnie brzmią w Hermesie – U wrót doliny, Nefertiti, Ciernie i róże, Co robią nasi umarli, Siódmy anioł; w Studium – Mysz kościelna, Diabeł i tak dalej.[7] Zarazem jednak religia jest w świecie Herberta zdecydowanie obecna. Co więcej, zdaje się on żałować czasów, kiedy on sam – i wraz z nim cała społeczność – umiał wierzyć naiwnie. Jeśli więc nawet wartości, jakie niosła religia dzieciństwa, okazują się istotnie przebrzmiałe, nieprzystawalne, zachowują zawsze i piękno, i dostojeństwo. Postawa rozczarowanego tradycjonalisty, który tęskni do metafizycznej prostoty, właściwej owemu „dawniej”, kiedy dalej było do końca świata, do rozsypania wszelkich pewników…

Panoramę można by skończyć obrazem poety. Jakiż on – jeśli wierzyć początkowi Przypowieści – niepoważny, ba! – pokraczny nawet:

poeta naśladuje głosy ptaków
wyciąga długą szyję
a wystająca grdyka
jest jak palec niezgrabny na skrzydle melodii
(Przypowieść, HPG)

Ale w ośmieszaniu siebie i sobie podobnych Herbert jest właściwie niewyczerpany. Poeta to naiwny chłopczyk w krótkich portkach, którym manipulują cyniczni, doświadczeni panowie. To komiczny cyklop, co we własnym pojęciu góry porusza, naprawdę zaś przesypuje w palcach piasek. Bezdennie zadufany, mniema, że „bez pomocy teologów” – „zgłębi tajemnicę istnienia”. Jest ptakiem, owszem, ale skarlałym: niczym kogut, wierzy, że przyspiesza wschód słońca; zaś nad napisanym wierszem zanosi się kurzym gdakaniem…

Liryczny poryw budzi więc w Herbercie spontaniczne szyderstwo: gwiazdy nawet wzdrygają się na myśl, że mogłyby zostać ziemią poetówMożna by powiedzieć, że – drwiąc z poety – Herbert chciałby immunizować poezję na działanie ironii. Przykłady zaczerpnąłem z wierszy: Pisanie [SP], Jak nas wprowadzono [HPG], Przypowieść [HPG], Kura [HPG], Wybrańcy gwiazd [HPG].[8]. Tymczasem w zakończeniu wspomnianej Przypowieści:

czym byłby świat
gdyby nie napełniała go
nieustanna krzątanina poety
wśród ptaków i kamieni

Także więc i tutaj podziałał znany mechanizm: Herbert po to poniża nosiciela wartości, aby wywyższyć wartość, po to wyszydza zastosowanie prawa, aby samo prawo ocalić. Poezja kompromituje poetów, religia wiernych, ojczyzna patriotów, piękno estetów, moralność – wszystkich: ironia jest nie tyle poczuciem niewystarczalności ludzkiego pożądania, ile zemstą ideału na zjadaczach chleba.

3.

Umiejętności poetyckie Herberta odznaczają się przede wszystkim dyskrecją. Nie grozi mu ani metaphoritis, ani rozpusta skojarzeń. Jego obrazowanie słucha nakazów rozsądku. Nawet opisać je trudno: wierszom Herberta brak bowiem – przynajmniej w powierzchniowej warstwie stylu – wyrazistych, rzucających się w oczy wyróżników. Dlatego też „Herbert jest poetą – jak pisał Kwiatkowski – przy którego lekturze pogodzą się Bieńkowski i Słonimski, docent filologii klasycznej i bywalec młodzieżowej kawiarni, uczeń Ignacego Chrzanowskiego i uczeń Kazimierza Wyki”J. Kwiatkowski Imiona prostoty [w:] tegoż, Klucze do wyobraźni, Warszawa 1964, s. 266.[9]. Jego sekrety leżą wprawdzie na wierzchu, ale – powleczone ochronnym kolorem tradycji, mylącym zresztą i złudnym – umykają spostrzegawczości czytelników niczym list w noweli Poego.

Najłatwiej zapewne uchwycić systematyczne zmiany tonacji. Zwykły opis wodnego zwierzątka, chwilami przyrodniczo dokładny, chwilami z cicha pęk żartobliwy:

nie jest duży
koń wodny
najwyżej
trzy cale
i pół
mocny pancerz chroni
jego istotę
przewód pokarmowy
narządy rozrodcze
węzeł cerebralny
(Koń wodny, SP)

– kończy się patetycznie napiętym pytaniem, którego daremność odsyła myśl ludzką do niepojętej przygodności istnienia:

katedry koni wodnych
cyrki akwedukty
gdzie się zapadły
albo kiedy wzejdą
kto udowodni konieczność
kto przyjmie istnienie

Powaga i szyderstwo, współczucie i obojętność, konwencjonalny przymus ducha i nagła niecierpliwość ciała wymieniają się czasem – niemalże bluźnierczo:

po deszczu gwiazd
na łące popiołów
zebrali się wszyscy pod strażą aniołów
z ocalałego wzgórza
można objąć wzrokiem
całe beczące stado dwunogów
(U wrót doliny, HPG)Równie brutalnie – we wspomnianej Ostatniej prośbie.[10]

Zbawione baranki okazują się „beczącymi dwunogami”: okazują komu? Kwiatkowski spostrzegł, że poemat o dolinie Jozafata opowiada Herbert – tonem sprawozdawcy sportowego:

ale dość tych rozważań
przenieśmy się wzrokiem
do gardła doliny
[…]
aniołowie stróże są bezwzględni
i trzeba przyznać mają ciężką robotę

Jest w liryce Herberta – mówiąc medycznym terminem – uczuciowa labilność. Napięcie wznosi się i niespodziewanie, jakby bez powodu, opada; serce podchodzi do gardła, lecz wzruszenie kończy się wzruszeniem ramion; radosnym okrzykom odpowiadają momenty zaledwie zrozumiałej dysforii. Tej chwiejności nie można oczywiście ograniczyć do świadomości ironii. Całą poezję Herberta rozdziera opozycja między Arkadią cnoty i piękna oraz Apokalipsą współczesności: pogodnemu szczęściu humanistycznej mądrości (raz epikurejskiej, raz moralistycznej) sprzeciwiają się niezmiernie często majaki, natręctwa i urojenia lękowe. „Podminowana jest rodzinna ziemia…”. Nie przypadkiem rywalem Apollina nie jest dla Herberta Dionizos, jak zazwyczaj bywało, ale obdarty ze skóry Marsjasz: jego to los nie przestaje nawiedzać podświadomości poety. Zazwyczaj jednak lęk zostaje wysublimowany w ironię, zaś dokuczliwa chwiejność uczuć – uspokojona kontrapunktem lirycznych tonacji. Także ta poezja jest świadectwem zwycięstwa nad własną niemocą.

Wahaniom tonacji odpowiadają zawsze określone przesunięcia formalne. Pełnym okresom, wspartym często o retoryczne wyliczenie, przeciwstawiają się gramatyczne niedokładności, wypowiedzi urwane i niepełne:

między czarnymi jej plecami
które są jakby księżyc w chmurze
a pierwszym drzewem okolicy
jest wielka próżnia piany światła
no i jestem
czasem było
czasem wydawało się
nie warto wspominać
(Mona Liza, SP)

Jednolitemu językowi aluzji religijnych (albo, gdzie indziej, tradycyjnych inwokacji poetyckich) – rzuca bezceremonialne wyzwanie bezładna proza codzienności, pozbawiona jakiejkolwiek wartości wzruszeniowej. Po lirycznym objawieniu, kiedy:

ziemia stanęła
niebo stanęło
moja nieruchomość
była prawie doskonała
zadzwonił listonosz
musiałem wylać brudną wodę
nastawić herbatę
(Objawienie, SP)

Pamiętać należy, że obie tonacje wiersza przeplatają się aż do końca bynajmniej nie ironicznego:

zapatrzony
w serce rzeczy
martwą gwiazdę
czarną kroplę nieskończoności

Zgodne to z ogólną tendencją tej twórczości, która poezji przyznaje zwykle przewagę nad prozą, pięknu nad codziennością, mądrości nad cynizmem.

Podobnie jak retorykę zastępuje styl konwersacyjny, zaś mowę symboliczną i opatrzoną gwarancją poetyczności – wypowiedź czysto prozaiczna, tak świadoma anachronizacja pośpiesznie burzy możliwość iluzji i prowadzi do ironicznego wniosku:

Jonasz syn Amathi
uciekając od niebezpiecznej misji
wsiadł na okręt jadący
z Joppen do Tharsys
potem były rzeczy wiadome
wiatr wielki burza
załoga wyrzuca Jonasza w głębokości
morze staje od burzenia swego
(Jonasz, SP)

Pomieszanie cytatów biblijnych ze skrótami narracji brzmi szczególnie zgryźliwie i nonszalancko: a przecież nigdzie nie widać wyraźniej, że ironia Herberta zwraca się – wymienionymi chwytami – przeciwko współczesności, bowiem:

współczesny Jonasz
[…]
postępuje chytrzej
niż biblijny kolega

– ucieka od nakazu Bożego, osiedla się z dala od Niniwy i handluje bydłem i antykami. Kiedy jednak – zamożny zapewne i szano­wany – umiera w szpitalu, sam nie wie, kim był… i poezji, mądrości pozostanie na wieki nieużyteczny:

balsam przypowieści
nie ima się jego ciała

Wszystkie te – niewinne na pozór – igraszki, modulacje lirycznych tonacji, przeskoki od stylów wysokich do niskich… oznaczają zawsze zmiany poziomu wiedzy o rzeczach. To właśnie, co można by żartobliwie nazwać wahaniem potencjału wiedzy o świecie, podnosi zabawę do godności ironii, ładuje poezję Herberta szczególną mądrością. Rozumienie bowiem ludzi i świata nie jest niczym innym jak umiejętnością patrzenia cudzymi oczami; zaś sądzenie sprawiedliwe i roztropne – zdolnością wznoszenia się na coraz to wyższe piętra wiadomości, nie zapominając wszakże o niczym, co ugrzęzło niżej. Że te wędrówki czy oscylacje niosą w sobie zarówno sentyment (przynajmniej zaś współczucie), jak trzeźwość oceny (złączoną zwykle z nagłym uczuciowym chłodem) – dowodem poetyckie prozy Herberta, poświęcone wyobraźni dziecinnej. Znać tam chęć powrotu do naiwności, ucieczkę od dojrzałości nawet; w rozkoszowaniu się zaburzeniami logiki czuć niekiedy niepokojącą artystycznie słodyczkę. Wszystko jednak kończy się zawsze złośliwościami, rozczarowaniami, w których właśnie wyraża się przyrost wiedzy o świecie. Jest tak, jakby – pisząc wiersz – bohater nagle mądrzał czy doroślał:

Niedźwiedzie dzielą się na brunatne i białe oraz łapy, głowę i tułów. Mordy mają dobre, a oczka małe. One lubią bardzo łakomstwo […] Dzieci, które kochają Kubusia Puchatka, dałyby im wszystko, ale po lesie chodzi myśliwy i celuje z fuzji między tych dwoje małych oczu (Niedźwiedzie, HPG).

Można teraz podsumować. Zmiany tonacji (do których sprowadzają się wszystkie archaizacje, anachronizmy, prozaizmy i tak dalej) oraz wahania wiedzy o świecie (bohater wiersza, na początku naiwny, okazuje się w finale mędrcem albo odwrotnie) – składają się wspólnie na manipulowanie podmiotem lirycznym, manipulowanie, które jest naczelnym chwytem Herberta i zarazem przesłanką formalną zaborczej ironii. Patrzy on zawsze na podmiot liryczny z pewnej odległości. Tak bardzo, że można by wręcz mówić o systematycznym rozszczepianiu wypowiadającego wiersz głosu na podmiot i na bohatera lirycznego… i to nie tylko tam, gdzie Herbert jawnie buduje lirykę roli. Z reguły podmiot liryczny kompromituje bohatera: podmiot jest bowiem mądrzejszy, przynależny do świata wiecznych wartości; bohater natomiast, jeżeli nie jawnie głupszy, to na pewno słaby, zaślepiony, bezradny; oczywiste, że bytuje on w świecie codziennej praktyki. Manipulacje Herberta przypominają zabawy z lornetką. Podmiot obserwuje bohatera: im bardziej go sobie przybliża (aż do utożsamienia niekiedy), tym bywa wyrozumialszy, podatniejszy wzruszeniom, bardziej uczuciowy i kapryśny. Im bardziej zaś oddala (aż do granicy rozszczepiania na różne osoby), tym też okazuje się surowszy, bardziej drwiący, szyderczy, wymagający. Pamiętać jednak należy, że rozróżnienie, które przeprowadziłem, sam Herbert zawsze skrywa: pragnie on utrzymać czytelnika w przekonaniu, że podmiot i bohater liryczny są doskonale tożsami: oscylacje nie są niczym innym, jak labilnym właśnie „nurtem uczucia” jednorodnego niby poety.

W wierszu o szufladzie (mowa o tej szufladzie, gdzie poeta niezłomnie składał swe utwory w latach stalinizmu) znać bardzo wyraźnie manipulacje Herberta: podmiot zbliża się do bohatera, aby się znowu odeń oddalić, przy czym jednak nie można mieć wątpliwości, że idzie o tę samą rzeczywistą osobę:

szuflado liro utracona
a jeszcze tyle wygrać mogłem
bębniąc palcami w puste dno
i taka dobra była rozpacz
więc jakże trudno jest się rozstać
z pożywnym bólem bez nadziei
pukam do ciebie otwórz przebacz
nie mogłem dłużej milczeć sprzedać
musiałem kamień mej niezgody
taka jest wolność trzeba znowu
wymyślać i obalać bogów
gdy już się z pieśnią zmaga cezar
a teraz szumi pusta muszla
o morzach które w piasek uszły
o burzy ściętej w kryształ soli
zanim szuflada przyjmie ciało
taki to mój nieskładny pacierz
do czterech desek moralności
(Szuflada, SP)

Godne uwagi, jak sprawiedliwie porozdzielał Herbert argumenty: tak dalece, że moralność skojarzył ze śmiercią, szufladę zaś z trumną…

Że opozycja podmiotu i bohatera uwarunkowana jest poziomem wiedzy, dowodzi króciuteńki Guzik:

Najładniejsze bajki są o tym, że byliśmy mali. Ja lubię najbardziej tę, jak to raz połknąłem kościany guzik. Mama wtedy płakała (Guzik, HPG).

Nikt nie podejrzewa, że w tych trzech zdaniach dokonał się zabieg nader okrutny: podmiot liryczny włamał się do podświadomości swego bohatera. Tylko on bowiem zdał sobie sprawę, że najmilszymi bajkami (=wspomnieniami) z dzieciństwa są opowieści o chwilach, kiedy mały człowiek wyłamuje się spod opieki rodziców, przestaje tworzyć jedność z matką, której tym samym zadaje ból.

Można by również powiedzieć, że Herbert wpisuje w lirykę toutcourt [fr. krótko mówiąc] – lirykę roli: ta ostatnia stanowi w każdym razie zrozumiałe uwieńczenie technik ironiiNa granicy liryki roli stoi chociażby Bajka ruska [HPG], gdzie najokrutniej potraktował Herbert wyimaginowanego bajczarza, relacjonującego najstraszniejsze okropności z całkiem naturalną dobrodusznością.[11]. W Powrocie prokonsula rozważania rzymskiego urzędnika, którego do powrotu nakłania nostalgia, w Afryce zaś trzyma najzwyklejszy strach przed Cezarem – w najmniejszym stopniu nie przekonują o szczęśliwym zakończeniu całej sprawy:

mam naprawdę nadzieję, że jakoś to się ułoży
(Powrót konsula, SP)

– powiada prokonsul, o którym dobrze rozumiemy, że zginie albo zostanie łajdakiem, o ile naprawdę zdecyduje się kiedyś powrócić. I tutaj mowa poetycka, silniej zmetaforyzowana, służy uczuciom prawdziwym, zaś chwiejność wypowiedzi (,,aporia”) sygnalizuje złą wiarę swoim prozaicznym tokiem:

postanowiłem wrócić jutro lub pojutrze
nie mogę żyć wśród winnic wszystko tu nie moje
drzewa są bez korzeni domy bez fundamentów
deszcz szklany kwiaty pachną woskiem
o puste niebo kołacze suchy obłok
więc wrócę jutro pojutrze w każdym razie wrócę
(Tren prokonsula, SP)

Komedią złej wiary jest również Tren Fortynbrasa. Fortynbras niewątpliwie wierzy własnym słowom, kiedy mówi do martwego Hamleta:

wybrałeś część łatwiejszą efektowny sztych
lecz czymże jest śmierć bohaterska wobec wiecznego czuwania
z zimnym jabłkiem w dłoni na wysokim krześle
z widokiem na mrowisko i tarczę zegara
(Tren Fortynbrasa, SP)

Zdradza go jednak grubiaństwo duchowe, cyniczna pogarda (,,mrowisko”!) i bezsilny gniew na trupa, gniew, który na próżno usiłuje ukryć: żadne interpretacje (nawet Mencwela, który z Trenu uczynił motto nader znamiennych artykułów) nie przesłonią w Fortynbrasie zwykłego świntucha. Liryka roli jest z reguły liryką demaskacji: ironia przerasta już w szyderstwo, bohater jest zbyt daleko od poety, aby nie budził zwyczajnego gniewu, zwyczajnego śmiechu.

4.

Ironia służy wartościom. Zapewne. Ale przeraża również ironistę. Budzi w nim lęk przed karą:

i tylko nas przeciwko którym
ojcowie kościoła pisaliby broszury

contra academicos
tylko nas spotka los straszny
płomień i lament
bowiem przyjąwszy chrzest ziemi
zbyt mężni byliśmy w niepewności
(Chrzest, HPG)

Ironista drży, ponieważ zobaczył samego siebie – ironicznie: jako intelektualistę, który zatracił umiejętność osądu i działania, rozlubowawszy się w zestawianiu przeciwstawnych racji. Ale ukarać mogą nie tylko wartości. Ironistom wygraża historia, ponieważ attyckiej soli bywało najwięcej w epokach schyłku. Tym samym katastrofizm, wygnany drzwiami, zagląda znowu przez okno. Ironia zwraca się tak w końcu – przeciw samej sobie, nie tylko przeciw ironiście. Dlaczego, inne pytanie. Posłuchajmy przynajmniej poety: kartki wyjętej Z mitologii:

Naprzód był bóg nocy i burzy, czarny bałwan bez oczu, przed którym skakali nadzy i umazani krwią. Potem w czasach republiki było wielu bogów z żonami, dziećmi, trzeszczącymi łóżkami i bezpiecznie eksplodującym piorunem. W końcu już tylko zabobonni neurastenicy nosili w kieszeni mały posążek z soli, przedstawiający boga ironii. Nie było wówczas większego boga.

Wtedy przyszli barbarzyńcy. Oni też bardzo cenili bożka ironii. Tłukli go obcasami i wsypywali do potraw (Z mitologii, SP).

Tak więc katastrofizm, wygnany przed dwudziestu laty, wraca znowu do poezji Herberta… i to głównymi drzwiami:

Ogromny chłód wieje od Longobardów
[…]
Wyprostowani idą z północy bezsenni
Prawie ślepi kobiety nad ogniskami kołyszą czerwone dzieci
Ogromny chłód wieje od Longobardów
Cień ich trawę przeplata kiedy zlatują w dolinę
Krzycząc swoje przeciągłe nothingnothingnothing
(Longobardowie, N)

Cóż można przeciwstawić zawołaniu nicości? „Przeciągłemu nothingnothingnothing”, kwintesencji barbarzyńskiego nihilizmu? Postać Pana Cogito, dzięki któremu liryka roli sięgnie doprawdy najwyższego mistrzostwa.

Powołując do istnienia zmyślonego bohatera wypowiedzi, którego opisuje i któremu często oddaje głos, Herbert może jawniej zmierzyć się ze światem, który go otacza. Zarazem jednak umieszcza się w historii, odsłaniając własną słabość i ograniczenie. Pan Cogito jest zatem – wśród postaci Herberta – najbardziej heroiczny i najboleśniej ułomny. Przestaje kryć się za dostojeństwo tradycji, choćby literackiej: zobaczony z dystansu, staje się jednym z nas, przechodniów końca wieku. Jego lewa noga

zbyt kochająca życie
żeby się narażać
prawa
szlachetnie sztywna
drwiąca z niebezpieczeństwa
(O dwu nogach Pana Cogito, PC)

Jego przepaść nie jest pascalowska: mógłby ją zasypać, ale nie chce, w tym jego śmieszność i godność… Jego ból – „nie do dna”. Gra z nim, pragnąc:

stworzyć z materii cierpienia
rzecz albo osobę
(Pan Cogito rozmyśla o cierpieniu, PC)

Jego rozważania kręcą się w kółko, rzadko tylko dochodzą do „rwącej rzeki cudzych myśli” (Pan Cogito a ruch myśli [PC]). Muzę ma kuchenną, codzienność mieszczańską, gusta pospolite. Nawet sny ma szare:

gdyby choć raz mi się przyśnił czerwony kubrak kata
lub naszyjnik królowej byłbym wdzięczny snom
(Pan Cogito biada nad małością snów, PC)

Słowem, Panu Cogito daleko do wielkości. A przecie on właśnie – mimo czy dzięki swej zwykłości – jest najpełniej człowiekiem. Żaden z niego Prometeusz: ale cóż zostało dzisiaj półbogowi prócz wypchanego orła i „dziękczynnego listu tyrana Kaukazu, któremu dzięki wynalazkowi Prometeusza udało się spalić zbuntowane miasto” [Stary Prometeusz, PC]. Nie łudzi się skutecznością działania, pragnie tylko dać świadectwo. Bawi się w cudaczną „grę Kropotkin” [Gra Pana Cogito, PC], gdzie – odtwarzając ucieczkę rosyjskiego anarchisty z więzienia – rezerwuje sobie rolę „pośrednika wolności”, choćby konia, uwożącego karetę uciekiniera. Tej wolności sam nie odważyłby się użyć w społeczeństwie, za dobrze wie, jak prędko rewolucjonista zmienia się w tyrana… Żaden też z niego filozof. Opowiada przecie, że kiedy Bóg objawił się Spinozie, to nie jako intellectusarchetypus, ale jako przyjaciel prostaczków, który radził mędrcowi zadbać o zmęczony wzrok i podupadły dom. Pana Cogito nie kusi także sztuka „zziajanych alchemików halucynacji” [Pan Cogito o magii, PC], której „krzyk wymyka się formie” [Pan Cogito a pop, PC] ku radości właścicieli nowych gałęzi przemysłu… i frustracji podstarzałych poetów, na próżno chcących podlizać się młodości. Ceni to tylko, co proste, dostępne oku, ręce i zrozumieniu; czuje jednak dobrze, jak bardzo jest anachroniczny. Czyżby zamieszkał już w przeszłości? Owszem, ogarnięty troską, poradziłby się najchętniej mądrego rabina z dziecinnego Bracławia; ale nie zostało mu „ani jednego cienia z domu mego […] ani też żadnej rzeczy która nasza jest” [Pan Cogito myśli o powrocie do rodzinnego miasta, PC]. Przeszłość Pana Cogito jest jednak nie tyle historią, ile powszechnością naturalnego ładu, naruszonego przez współczesność. Jego rodzina jest rodziną archetypową. Chociaż opuszczony, ojca rozpoznaje w Bogu, matkę w Ziemi, dzięki siostrze odkrywa różnicę, principium individuationis [łac. zasada jednostkowienia], dzięki towarzyszce życia – niezdolność porozumienia, najbardziej niepokonalne z wyobcowań… „Współudział z Bogiem w określaniu prawdy i dobra, oddalenie od centrum życia i wieczne nienasycenie, wynikające z poznania utraconych możliwości – powiada słusznie Ryszard Przybylski – to konsekwencje wychowania Pana Cogito w archetypicznej rodzinie”R. Przybylski, Między cierpieniem a formą [w:] Poznawanie Herberta, wybór i wstęp A. Franaszek, Kraków 1998.[12].

Pan Cogito opowiada się zawsze przeciw doktrynie, systemowi i tłumowi. Dlatego także wybiera w poezji przezroczystość semantyczną: „jest to właściwość znaku polegająca na tym, że w czasie używania go uwaga jest skierowana na przedmiot i sam znak nie zatrzymuje na sobie uwagi.[…] Słowa powinny być szybą”Czym byłby świat… Rozmowa ze Zbigniewem Herbertem, rozm. H. Murza-Stankiewicz, „Wiadomości” 1972, nr 20.[13]. Ale przecie żaden znak nie jest naprawdę przezroczysty. Jeśli zdaje się prowadzić wprost do rzeczy, to dlatego, że został mocno zakotwiczony w takiej tradycji, która nabrała mocy uniwersalnej. Dlatego Herbert często odnawia utarte zwroty, bawi się paradoksalnie prostym przeciwstawieniem. Nie ma – powiada – czystszego źródła melancholii niż brudne przedmieścia. Poeta „w pewnym wieku” [Pan Cogito a poeta w pewnym wieku, PC] nie jest pierwszej młodości i zarazem – żyje w stuleciu o nieokreślonym, podejrzanie nowym obliczu. Jeśli Herberta interesują nogi Pana Cogito, to także dlatego, że mówi się po polsku o człowieku trzeźwym, iż stąpa „dwoma nogami” [O dwu nogach Pana Cogito, PC] po ziemi. Pospolite figury stylistyczne bierze Herbert w cudzysłów: „tak zwany kielich goryczy” [Pan Cogito rozmyśla o cierpieniu, PC], „błękitna krew / księcia anarchistów” [Gra Pa­na Cogito, PC], „nieruchomy jak pomnik / na jednej nodze” [Pan Co­gito myśli o powrocie do rodzinnego miasta, PC]. Lubi omówienie, metonimię i litotes. „Mała kosmologia z wypalonej gliny” [Pan Cogito spotyka w Luwrze posążek Wielkiej Matki, PC] – mówi o świętym posążku, zaś o topielcu to tylko, że jego myśli „błąkają się bezradnie pod lodem” [Georg Heym – przygoda prawie metafizyczna, PC]. Jego przenośnie bywają często poglądowe i oczywiste, bardziej pomyślane niż zobaczone. Myszy biegają „na podłodze głowy” [Codzienność duszy, PC], domy przedmieścia mają „podkrążone okna” i „nigdy nie były w teatrze” [Domy przedmieścia, PC]. Bawi się animizacją, zapewnia, że wewnętrzna przepaść „dojrzeje / i będzie poważna” [Przepaść Pana Cogito, PC], jeśli ją umiejętnie karmić. Albo ucieleśnia porównanie: kiedy Pan Cogito dochodzi do stanu, że czysta myśl „jest jak woda”:

marszczy się nagle woda
i fala przynosi
blaszane puszki
drewno
kępkę czyichś włosów
(Pan Cogito a myśl czysta, PC)

Wszystko to środki słabe, które nie chcą zdumieć ani olśnić czytelnika. Wypełniają one natomiast tkaninę wiersza bardzo równomiernie, aby umysł pracował regularnie i nie przeskakiwał od znudzenia do zachwycenia. Herbert bardziej ufa rozumowaniu niż obrazowaniu, zaś rozwój wiersza jest dla niego przede wszystkim postępem refleksji, której znaczenie odsłania się dopiero po zakończeniu lektury, kiedy na jawny sens nałoży się ukierunkowanie ironii. Wszędzie więc Herbert – zgodnie z poglądami Pana Cogito, który nie lubił ani halucynacji, ani sofistyfikacji… – pracuje wbrew współczesnym tendencjom poetyckim, zwłaszcza kontynentalnym. Jeśli szukać mu nauczycieli, to najprędzej – Czesława Miłosza, który już w 1947 roku zalecał poetom rehabilitację refleksji i swobodne manipulowanie różnorakimi idiomami. Na pewno też Herbert podpisałby się pod jego niewesołym wyznaniem:

Wolno nam było odzywać się skrzekiem karłów i demonów
Ale czyste i dostojne słowa były zakazane
Pod tak surową karą, że kto jedno z nich śmiał wymówić
Już sam uważał się za zgubionego
(Zadanie, GWSIKZ)

Do tych „czystych i dostojnych” słów docierał Herbert przez ironię… Nie przypadkiem w Panu Cogito mniej tej attyckiej soli niż dawniej. Więcej za to sarkazmu, czasem gniewnego, czasem zrezygnowanego, a także patosu, zwykle przygaszonego: Herbert nie przestał przecie unikać jaskrawych środków i mocnych uderzeń, którymi zachwyca się profanum vulgus.

Pan Cogito nie chce mieszkać w historii. Ale nie zna innego mieszkania. Skazany na cielesność, ba! – dumny ze swej ludzkiej zwykłości, nie może już uciec do nieba czystej poezji, bezosobowej prawdy, idealnego dobra. Jest przecie istotą z krwi i kości, osobą, nie – znakiem… W Utyce, gdzie:

świątynię wolności
zamieniono na pchli targ
senat obraduje nad tym
jak nie być senatem
obywatele
nie chcą się bronić
uczęszczają na przyspieszone kursy
padania na kolana
[…]
poza tym jak zwykle
handel i kopulacja
(Pan Cogito o postawie wyprostowanej, PC)

– nie pozostaje mu nic innego niż heroizm. Chce umrzeć, stojąc, nie czekając ani wspomnienia, ani nagrody:

powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy
bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
[…]
idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek
do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda
obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów
Bądź wierny Idź

(Przesłanie Pana Cogito, PC)

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Jan Błoński, Tradycja, ironia i głębsze znaczenie, Nowy Napis, 2019

Przypisy