20.05.2021

Nowy Napis Co Tydzień #101 / „Dom powita cię deszczem” – recenzja tomu „Nie mam pytań” Anny Mochalskiej

Lektura dotychczas wydanych tomów Anny Mochalskiej – syndromu obcej ręki, samych głosów nie mam pytań – pozwala wysnuć kilka ogólnych wniosków dotyczących twórczości poetki. Są to przede wszystkim: skłonność do układania wierszy w dłuższe cykle, uprawianie liryki roli, sięganie po postacie związane z szeroko rozumianym światem chrześcijańskim oraz powracanie wciąż do tych samych, ulubionych motywów. Wydany pod koniec roku 2020 tom nie mam pytań stanowi w tym gronie książkę najdojrzalszą i najbardziej zajmującą, służąc jako pewne podsumowanie poetyckich ścieżek Mochalskiej.

Tom składa się z czterech części – kto, gdzie, szukał i słowa. Nietrudno zauważyć, że tytuły poszczególnych rozdziałów układają się w jedno zdanie. „Kto gdzie szukał słowa?” – pyta Anna Mochalska i wypada to pytanie odnieść do całej książki. Zasadniczym problemem tej twórczości będzie więc poszukiwanie – języka, głosu, słowa. Celem będzie próba znalezienia słów odpowiednich, zdolnych do opisania świata. Albo odwrotnie: celem będzie przeszukanie świata w celu znalezienia ukrytego w nim języka. Blisko stąd do romantycznego postrzegania twórczości literackiej, o którym pisze Maria Janion w Kuźni natury, zatem do szukania w świecie symboli i znaków, które „mówią” do człowieka. Równie ważne dla Mochalskiej są zaimki „kto” i „gdzie”, bo owo szukanie, które stanowi treść książki, odbywa się „za pomocą” różnych figur oraz „przy wykorzystaniu” różnych lokacji. Szukanie nie odbywa się więc ani wszędzie, ani przez kogokolwiek – w archetypowych przestrzeniach (na przykład w sadzie, na pustyni) słowa szuka cały peleton postaci, bardzo zresztą od siebie różnych. 

Pierwszym, co rzuca się w oczy, są z pewnością oryginalne tytuły kolejnych wierszy – narkoleptyk pisze wiersz o Annie Mochalskiej, Anna Mochalska pisze wiersz do Anny Boleyn, Anna Mochalska pisze wiersz o poecie, który pisze wiersz o chłodzie, Anna Mochalska pisze wiersz w cudzym imieniu. Autorka problematyzuje swój stosunek do prezentowanych postaci. O ile w poprzednich książkach mówiła „za nich”, to teraz zastanawia się nad relacją autora i podmiotu lirycznego, obecnością autora w tekście oraz samym wierszem, który wydaje się specyficznym aktem komunikacji między prezentowaną postacią a autorem, platformą porozumienia i wreszcie – jedynym możliwym sposobem na zrozumienie Innego. Nie ma tu więc prostego „oddania głosu”. Chociaż Mochalska robiła to z powodzeniem w poprzednich książkach, to teraz pogłębia tę strategię – wprowadza intruza pod postacią autora, ostateczny filtr, przez który poznajemy historię postaci. Autorka wydaje się mówić, że wszelki mimetyzm i „podarowanie głosu” nie mają większego sensu. Owszem, oferuje przestrzeń wiersza każdemu – mówi o kimś albo pozwala mówić komuś o sobie – ale zauważa, że wiersz to przestrzeń tyleż egalitarna, możliwa do zasiedlenia, demokratyczna, co bardzo ekskluzywna, nierozerwalnie związana z autorem i jego świadomością.

Wiersz pod tytułem narkoleptyk pisze wiersz o Annie Mochalskiej wprowadza nas w klimat tomu: lekko senny, oniryczny i żartobliwy. To wszystko nie do końca na serio – zdaje się mówić autorka. W ten sposób rozpoczyna książkę:

Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek o tobie śnił,
Choć miałem mnóstwo okazji.
Twoje zachody są pierwsze, wyprzedzają twoje ręce, twoje wiersze. 

Zwraca się więc tak naprawdę do samego siebie, ustawia siebie w przestrzeni snu. Inną osobą, która zwraca się do poetki, jest kosmonauta. W wierszu kosmonauta pisze wiersz o Annie Mochalskiej bohater wypowiada się w ten sposób: 

Byłaś cicha i piękna jak Droga Mleczna.
Teraz jaśniejesz, widzę cię nawet z tej bańki
Krążącej po orbicie (perycentrum). 

Z kolei w wierszu Anna Mochalska pisze wiersz w cudzym imieniu możemy przeczytać: 

Niedostatek słów, jakby ktoś je kradł. Było ich więcej;
Nie wiem, gdzie są teraz (występek przywłaszczenia).

Ubywa mi języka, język wsiąka w ziemię
Stracone czasowniki napędzają rozwój

O jabłoniach w tym roku mówią cudze wiersze
(jabłonie w tym roku wyjątkowo piękne)

Naczelnym tematem pierwszej części książki Mochalskiej są więc różnorakie potyczki z podmiotowością i kwestią autorstwa. Kim jest Anna Mochalska – autorka i adresatka wierszy zawartych w książce nie mam pytań? Kim są poszczególne postacie? Co z ich podmiotowością? Czy „mówienie za nich” stanowi akt łaski? A może jest przywłaszczeniem ich głosu, bezprawną ingerencją w ich prawo do samostanowienia? Kluczowy w tym kontekście wydaje się wiersz Anna Mochalska pisze wiersz w cudzym imieniu. Słów nie ma, zostały skradzione. Może przez ziemię, z którą nieustannie wiąże się przecież rozwój? Ten rozwój dokonuje się tu za sprawą nawozu ze straconych czasowników – co z kolei doprowadza do kwitnięcia jabłoni. Wiersze „Są wyjątkowo piękne”, ponieważ są cudze. Pisanie polega na ciągłym mierzeniu się z brakiem języka, ale ten brak również do czegoś prowadzi, a powstałe dzieło zawsze musi być nieco „obce”, ponieważ odrywa się od osobowości autora i do niego nie wraca. Pisze się zawsze „w cudzym imieniu”, bo nie jest się podczas pisania do końca sobą – Anna Mochalska, która pisze i „Anna Mochalska” w wierszu to dwie różne osoby.

Następna część tomu, pod tytułem gdzie, stanowi zapis pewnej wyprawy, która osnuta jest wokół podstawowych funkcji fizjologicznych człowieka – karmienia, pojenia, oddychania, „bolenia” (tą właśnie, dość osobliwą formą posługuje się autorka), zamierania – oraz różniącego się od nich znacznie modlenia. Jest to zapis opozycji pomiędzy życiem a śmiercią, początkiem świata i nadchodzącą (przeczuwaną?) apokalipsą.  

to jest słup, polecono mu stać,
a tobie nakazano znaleźć taki,
wokół którego opleciesz stratę,
który będzie ci jednocześnie

pępkiem i pępowiną

Słychać tu nienarzucający się rytm wiersza, fraza przypomina nieco poezję Justyny Bargielskiej, zwraca uwagę swoją niejednoznacznością, umiejętnie wykorzystaną aliteracją oraz poetyckim paradoksem – strata jawi się czytelnikowi jako pępek i pępowina, to coś specyficznego dla doświadczenia każdego człowieka, ale również to, co łączy nas z innymi. Zwrócić uwagę należy również na wiersz ciąg dalszy. modlenie, w którym poetka posługuje się rytmem i rymem w celu ukazania ciekawej wizji: 

o panie, twoje ciało jest chrupkie niczym chipsy
[…]
o panie, nie ukryjesz wystających obojczyków.
o panie, rozpuszczasz się jak oranżada na języku,
więc teraz, gdy minęło już kolejnych siedem lat,
mów, gdzie skitrałeś zapasy na pozostały czas. 

Siłą tego wiersza jest połączenie rejestru potocznego z patosem pieśni religijnej, ale również bezpretensjonalny rytm, za pomocą którego poetka nawiązuje do gatunku pieśni. Bo ciąg dalszy. modlenie to rzeczywiście pieśń – zawiera skargę, zwrot do Boga i podniosły charakter – ale pieśń szczególna, pieśń à rebours, bo wszystko tu można podważyć, obrócić w dowcip. Jednocześnie wydaje się, że modlenie, mimo sięgnięcia po rejestr metafizyczny, opowiada przede wszystkim o fizyczności. Mochalska wydaje się opowiadać o możliwej przyszłości ziemi: pustynia, na której rozgrywają się wydarzenia, przywodzi na myśl kwestie związane choćby z katastrofą klimatyczną. „Wzdęty głodem brzuch, okryte skórą żebra -- / ty jesteś ością z kości na ten chudy czas” – wyznaje poetka i nie wydaje się, by żartowała. Szczególnie, że w następnych wierszach rejestry apokaliptyczne tylko przybierają na sile. Tak Mochalska pisze w zamieraniu: 

gdy Yellowstone wybuchnie,
gdy nadejdzie zlodowacenie,
gdy zabraknie wody,
gdy skończą się internety,
gdy powstanie tsunami,
gdy pęknie mu śledziona,
gdy pęknie mu serce. 

Przeczucie nadchodzącego końca napędzane jest wizjami rodem z filmów katastroficznych i przestróg ekologów, i zrównane ze śmiercią jednostkową, prostą, codzienną, ale także z problemami na pozór błahymi, jak odcięcie internetu. Humor to sposób na ucieczkę przed patosem i zachowanie dystansu wobec tez katastrofistów – poetka stara się rozładować napięcie i subtelnie punktuje paradoksy współczesnego społeczeństwa. Oto kończy się świat, ale koniec internetu jest co najmniej tak samo straszny. 

samych głosach – wierszu stanowiącym składową części szukał – poetka porusza się wśród innych toposów kulturowych. Mowa tu o dzieciństwie, ogrodzie, owocach i rodzicach. Wiersz stanowi zapis dziecięcych przeżyć bohatera, który w typowy dla dziecka sposób musi mierzyć się ze śmiercią i dorastaniem, ale też apokalipsą. Zaczyna się to wszystko w ogrodzie, w którym dochodzi do metaforycznego aktu stwarzania świata: 

zrywałem czereśnie i upychałem pestki w kieszeniach.
Chciałem je później zasadzić, bo z pestek wyrastają drzewa, a ja
Chciałem mieć drzewo. Miałem lepkie ręce, całe spływały sokiem […] 

Rodzice to archetypy, które w mitycznym świecie muszą spełniać swoje role. Ojciec jawi się tu jako przewodnik, ziemskie wcielenie Boga – to ojciec, który odpowiada chłopcu na nurtujące go kwestie dotyczące natury ziemi i nieba. Przypomina miłoszowskiego ojca z wiersza Ojciec objaśnia. Zresztą, świat samych głosów tożsamy jest w pewnych aspektach ze światem Poemów naiwnych. Doświadczanie świata przez dziecko to proces właśnie naiwny, cechujący się optymizmem i ufnością wobec rzeczywistości, mimo tego, że wokół czai się to, co złe: ból matki, śmierć, złamane drzewo i w końcu apokalipsa. Bohater Mochalskiej doświadcza świata w sposób współczujący i post-antropocentryczny – utożsamia się z przedstawicielami innych gatunków, zwierzętami, roślinami i maszynami („JESTEM CHŁOPCEM BEZ SMYCZY, POŁAMANYM DRZEWEM, CHŁOPCEM ZANADTO POCHŁONIĘTYM PATRZENIEM”). Można powiedzieć, posługując się stwierdzeniem Magdaleny Holy-Łuczaj, że dochodzi tu do post-humanistycznego z natury rozszerzenia podmiotowości na „wszystkie potwory, wszystkich ludzkich Innych, którzy byli represjonowani przez proces humanizacji”M. Holy-Łuczaj, Posthumanizm. Między metafizyką a etyką [w:] „Kultura i Wartości” 2015, nr 1, s. 46. [1] oraz, że Mochalska znosi hierarchie na liniach człowiek/maszyna i człowiek/zwierzę. Bo przecież „MAM PŁYNNE GRANICE […] KIEDY RZUCIĆ KAMYK – CENTRUM SIĘ ROZPRZESTRZENIA […] JESTEM ZIEMIĄ, KTÓRĄ KTOŚ OBIECAŁ”. Zapisany wielkimi literami (w kontraście do innych tekstów, które pisane są wyłącznie małymi) manifest wielorakich podmiotowości uderza czytelnika, stanowi klucz do odczytania książki – oto mamy w nie mam pytań opowieść o człowieku, w którym można zobaczyć zwierzę, maszynę, całą ziemię. 

Interesujące jest u Mochalskiej pewne novum na naszym poetyckim gruncie, a mianowicie wyraźna afirmacja żywiołu akwatycznego. Woda niesie życie i musi zostać doceniona w świecie, którym rządzi żywioł apokalipsy. Tu mleko jest „produkowane fabrycznie”, a miód pochodzi „od nieżyjących pszczół”. W związku z załamaniem się ojcowskich narracji o świecie należy docenić to, co dotychczas było witane z niechęcią: deszcz, szarość wód, chmury, mgły. 

Mówiłem, że miasto go otoczy
że suchą stopą przekroczy i mleko, i miód.
mówiłem, że dom zawsze powita go
deszczem, zaleje szarością wód, chmur, mgieł, dymu 

Przedostatni wiersz tomu, aleksandra albo Aleksander (druga część szukał), to utwór, w którym poetka podsumowuje podjętą przez siebie rozprawę o człowieku i ciele. Motywy bólu i podróży, które przewijały się przez całą książkę, w wierszu (poemacie?) znajdują zaskakujące ukonkretnienie. Uważny czytelnik z pewnością domyśli się, że imiona w tytule nie są dobrane przypadkowo, a cel podróży – miejsce zamieszkania Padre Pio – także ma swoje znaczenie. Mochalska bierze na warsztat historię przedstawioną przez Aleksandra Wata w Moim wieku. Bardzo cierpiący poeta („moje skronie pulsowały bólem” – pisze Mochalska) udaje się na pielgrzymkę. Według poetki początek podróży musiał odbyć się w deszczowy poniedziałek, w wierszu Wat postanawia wystawić cierpiącą głowę na kojący deszcz – znów żywioł akwatyczny jest oceniany pozytywnie. Jednak pielgrzymka nie przynosi ukojenia; tu „świętość jest na sprzedaż”, a „dotyk padre nie koi”. „On: rany po gwoździach, ja: korona cierniowa”, pisze Mochalska, każąc się zastanowić czytelnikowi, czyj ból jest bliższy bólowi Chrystusa – Wata, który zostaje przez zakonnika odtrącony jako zły chrześcijanin, czy Padre Pio, który ze swoich stygmatów uczynił turystyczną atrakcję. 

Tom Mochalskiej to niezwykła, bezpretensjonalna przygoda – podróż i zakorzenienie w ciele, sprawdzian z podmiotowości oraz autorska ucieczka od reżimu jednostkowości. Autorka wciąż sprawdza, kim tak naprawdę jest. Autorem? Zwierzęciem? Innym poetą? Drzewem? Nie tyle mówi, co pyta – i uważnie słucha głosów wszystkich, którzy chcą się wypowiedzieć. Co zostaje? Krótka konstatacja: nie mam pytań i stos złowróżbnych zapowiedzi, ale także piękno, które zawsze chowa się w „cudzych wierszach”.

 

A. Mochalska, Nie mam pytań, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich oddział w Łodzi, Łódź 2020.

Książkę można zakupić w e-sklepie Instytutu Literatury.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Łukasz Barys, „Dom powita cię deszczem” – recenzja tomu „Nie mam pytań” Anny Mochalskiej, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 101

Przypisy

    Powiązane artykuły