17.06.2021

Nowy Napis Co Tydzień #105 / Kosmitka

– Tu wszystko żyje, ale żeby aż tak? Matki tu już nie potrzeba, i mnie też.

Wstał, przeszedł do pokoju, zgarnął ze stołu puste ampułki po zastrzykach, folie i waciki z krwią do reklamówki. Zawinął i wcisnął do kieszeni marynarki, wystawał tylko biały farfocel. W kuchni posprawdzał wszystko, wyłączył gaz w zaworze obok kuchenki, przez moment chciał otworzyć lodówkę, nawet ją uchylił, ale szybko zamknął, nie zaglądając do środka. Pozamykał okna. Przeszedł jeszcze raz najdłuższą drogę w mieszkaniu – od okna w pokoju, przez długość pokoju, do przedpokoju, przez długość przedpokoju do drzwi, nie widząc już niczego poza celem utorowania sobie przejścia wśród przedmiotów. Zamknął mieszkanie na dwa zamki i z chłodu klatki schodowej wyszedł na oślepiające światło ulicy, aż brakło tchu.

Mur domu, wzdłuż którego szedł, zaczął się już nagrzewać. Był początek kwietnia. Słońce miało największą siłę wybielania. W południe płowiały kolory. Z pęknięć tynku sypał się pył. Było za jasno i zbyt widocznie. Płasko. Trawa i krzewy, jeszcze przed wybuchem zwycięskiej zieleni, przegrywały z brudem miasta. Niewykształcone w pełni liście na drzewach nie zatrzymywały pyłu piasku rozsypywanego zimą. Z okna mieszkania matki drzewo było zieleńsze w swej stałej porze rozwoju. Chciał tylko przejść do swojego domu, ale niespodziewanie skręcił po niewielkim zachwianiu się na nogach, jakby wymknęły mu się pilnowane kroki w wyznaczonym kierunku. Przeszedł przez wąską osiedlową uliczkę, patrząc w dół i jeszcze wchodząc do sklepu w niewielkim pawilonie, nie wiedział, po co tam wchodzi. I jeszcze w środku przeszedł wąwozami między ścianami produktów, by wyjść z nich, nie wybierając żadnego, i stanął w kolejce przed stoiskiem z kasą, za którym wznosiły się ostatnie półki przed wyjściem ze sklepu. Miał jeszcze czas do namysłu, liczony dwoma osobami kupującymi przed nim. Czekał cierpliwie, rzucając spojrzenia w różne miejsca półek. Miał do wyboru wiele rzeczy, żadna nie była mu potrzebna, żadnej nie chciał. Nie mógł też już odejść, pragnął przypadku, na niego liczył, wszystko inne było do przewidzenia. Zachwycił się słowami usłyszanymi w sklepie: „Tak się namachałem, musiałem tutaj przyjść”.

Mężczyzna przed nim, o zdecydowanej, dużej twarzy, płacił i zabierał półlitrówkę wódki.

Kupił to samo.

Lepiej mu się wracało przez obsrywane spojrzeniami dwie uliczki, ze dwieście metrów, na tym samym osiedlu modernistycznych bloków z lat 30. XX wieku. Matka tu mieszkała od dzieciństwa z przerwą, wyrwą i nagłym końcem dzieciństwa w czasie wojny.

Ale to i nie tak. Mógł prześwietlać mury. Był. Pozostał. Posiadł czas matki. Dla niego przejście dwustu metrów przez osiedle nie było zwykłym odcinkiem.

Spotkał jedenastoletnią dziewczynkę z dorosłym szczupłym mężczyzną. Widział ich przed sobą albo po drugiej stronie. Mężczyzna obejmował dziecko, jego dłoń spoczywała na ramieniu dziewczynki. To była jego matka ze swoim ojcem.

Mógł opowiadać o tym, co zdarzało mu się zobaczyć na sąsiednich uliczkach.

Jeszcze raz, na odległość, w poszukiwaniu osób. Jak się traci żywe osoby i próbuje odzyskać ich czas.

Skąd ten pęd?

Jak za każdym razem rozpływa się ciało, znika i nie widać żadnego cyklu, tylko pustą obręcz.

A na krawędzi on w trakcie rozpadu.

Matka mu się rozpada.

Małżeństwo.

On sam.

Pozostaje córeczka.

Zwykłym cudem.

Są jeszcze dla siebie nieopowiedzeni.

Skarby natury.

Są jacy są.

Wzorcowi.

Przyspieszył. Na schodach otworzył butelkę. Trzasnęła odkręcana zakrętka. Z pogłosem. Przez piętra. Znak rozpoznawalny. Kręcił go ten dźwięk. Poprzerywany. Krótki. Ciągnący się po szkle. Zapowiadający haust i oddech. Tak też zrobił. Przed wejściem. Żeby wejść na luzie. Choć dom pusty. Tylko kot cukrzyk wyszedł z pokoju, usiadł i wpatrywał się, czytał z ruchów, zmieniał się w rozumiejącego wszystko kota. Dostał za to pachnącą saszetkę. Oboje byli zadowoleni, choć osobno.

Przeszedł przez pokój żony i córki, ciągnący się we wszystkich kierunkach, rozwleczony ubraniami, zabawkami, zaschłymi talerzykami, zgniecionymi chusteczkami na podłodze. Tu drogi przejść, przebiegnięć nie tworzyły żadnego schematu jak w mieszkaniu matki, choć tam i tu tak samo rzeczy zagęszczały się wokół łóżka. Przeszedł szybko, nie przyglądając się nowym szczegółom. Znał na pamięć dwa panujące porządki w domu: żony i swój własny w pokoju na końcu.

Zajął miejsce u siebie, przy biurku, tyłem do mieszkania, odwrócony do okna zaklejonego w dwóch trzecich folią mrożonego szkła. Zamiast bloku naprzeciwko widział równomiernie rozchodzące się światło, napływające do pokoju, oddech na szybie nie znikał nigdy. Ulica za oknem żyła głosami ludzi, które zmuszały go nieraz do wstania z miejsca i spojrzenia w dół przez trzecią część okna, wolnego od zasłon i filtrów. Rysunek muru, rzędów okien, pojawiających w nich postaci, migoczących wieczorem ścian, ekranów, przytłumiał kurz niemytego od dawna okna. Wokół siebie miał poukładane stosiki książek, pism, kartek, fotografii, przedmioty miały swoje miejsca na zawsze. Jeśli nie zapomniał, czego szuka, wiedział, który stosik rozrzucić na podłodze w poszukiwaniu fragmentu albo zdarzenia, czasem znajdował zupełnie coś innego.

Długo siedział nieruchomo.

Patrzył, nie widząc.

Jak teraz.

Od pewnego czasu.

Miał czas do godziny wyjścia do przedszkola po córkę.

Na samym początku liczenia – ogrom czasu.

Nie zdejmował butów. Postawił butelkę na biurku. Pił małymi łykami, z butelki, aż do odczucia pewności, że nie chce tu wrócić. Szybko pojawiło się sławne: „Pierdolę wszystko” – po cichu, spowolnione, bezimienne, uwalniające od zdarzeń przeszłych i przyszłych. Było cichutko i dobrze. A jeśli nie słyszał mechanicznego szczekania psa przywiązanego przed sklepem za oknem, to już naprawdę było dobrze.

Siedział.

Nie czuł ciężaru i bolał go zdrętwiały tyłek od przyciągania ziemskiego.

Wyłączyła się mowa. Za to była mowa ciała. Ukrwione narządy i stopy mrowiące bez krwi od skręcenia. Pogorszenie widzenia i nadwzroczność. Przytłumienie słuchu i selekcja dźwięków. Rozpłynięcie własnego zapachu i gęstnienie obcej kuchni z kratki wentylacyjnej. Parcie na pęcherz i zastój. Schodzenie bólu do odbytu. Potrzeba przejścia i zastygnięcie. Postanowienia i zanikanie.

Na końcu ruszył się, posunął do łazienki z więziennym okienkiem nad sedesem, wyszlamował się, odlał do dna, przelał się, oddał, uwolnił, umył, zrobił miejsce dla siebie. Wódka zaczęła go trawić. Poczuł lekkość brzegów.

Położył się gdziekolwiek.

Patrzył w sufit i w okno.

Wymazało się do czystego pola.

Bez niego.

Gdy otworzył oczy, nie poznawał przez moment, czy jest w mieszkaniu matki, czy u siebie. Pamiętał, że coś ma zrobić. Wzrok trafił na budzik, było po trzeciej, nie wiedział, czy już to zrobił, czy dopiero ma to w planach. Poderwał się, szukał, zbierał i dopiero w trakcie przypomniał sobie, że miał pójść po córkę do przedszkola. Był spóźniony godzinę. Sprzątał w biegu. Wziął cukierka. Zbiegł po schodach.

Od przedszkola dzieliło go ze trzysta metrów, w uliczce z boku, w dwóch trzecich drogi między mieszkaniami. Wąskie chodniki starego osiedla zmuszały do przejścia wzdłuż bloków, pod oknami, blisko nagrzanych, oślepiających od słońca murów. Chciał być gdzie indziej, mieć to już za sobą. Chciał pójść z dzieckiem w zieleń, w półcienie, bawić się w plenerze.

Córka zbiegła z pięterka. Była zwinna, lekkiej budowy. Jej ciało potrafiło więcej od innych dzieci, jak porównywał. Ale nie dlatego wpatrywał się w nią. Patrzył na córeczkę, tak jak patrzy się na niespodziewany pejzaż. Skąd ona się tu wzięła? Co tu robi? Jaki to ma z nim związek?

– Przyszedłeś później, dzieci poszły.

– Trochę.

– Nie masz nic słodkiego.

– Zaraz kupimy lody i pójdziemy do parku.

Dziecko było w oczach. Widział, jak oczy bliskie płaczu, nie zmieniając swojego wyrazu, zaczynają się uśmiechać. Wyraz tworzy się wokół. Minimalne znaki dzielą płacz od uśmiechu. Oczekiwanie czegoś dobrego było silniejsze. Twarz była najbardziej skomplikowanym obrazem uczuć, bo przez ledwo zauważalne napięcia i rozluźnienia skóry zmieniała się w sekundzie mowa twarzy. Twarz była do kochania, jak żadna inna część ciała.

– Na co się patrzysz?

– Nie patrzę.

– Przecież patrzysz.

– Skąd się tu wzięłaś?

– Tata.

– Co, tata?

– Mama mnie przyprowadziła.

– Ale skąd się tutaj wzięłaś?

– No, tata.

– Już dobrze, ubieraj się szybciej.

– To pomóż.

– A co robię?

– Nie widzę.

Ich rozmowy takie były. Odkąd córka zaczęła więcej mówić, w ich rozmowach wszystko było możliwe. Bawili się.

Nieraz widział zdziwienie na twarzach dorosłych słyszących ich zaczepne, luźne odzywki. Nie były to zmarnowane rozmowy – „Chodź, chodź, chodź, nie rób albo rób, bądź albo nie bądź”. Nie były to przekazywane po matkach i ojcach „nie wolno”, jak trzaśnięcie zamku karabinu i wystrzał w potylicę własnego dziecka. Trupek szedł dalej za rączkę, matka nawet nie wiedziała, że ciągnie trupka za rączkę w swoją stronę. Wydawało się, że wszystko ulegnie zapomnieniu, bo płacz i opór dziecka jest mocny, ale krótkotrwały. Bezwarunkowa potrzeba bliskości przysłoni zależność, dla dorosłego – nie do zniesienia.

Często córeczka go prowadziła, widział, że ona teraz lepiej od niego wie, dokąd mają dojść. Wiedział, że to się już nie powtórzy.

 – Idziemy kosmitko.

Wsunęła mu rękę w jego kieszeń. Drobne ramię uniosło się, by dłoń mogła odnaleźć w kieszeni jego rękę. Szli kawałek, trzymając się za ręce w ukryciu.

– Gdzie idziemy?

– Mówiłeś, że kupisz lody.

– Do którego sklepu?

– Do czerwonego. A jest pan czy pani?

– O tej godzinie pan. Kupisz sama?

– Ty kupisz.

– To wy się lubicie. Powiedz coś w końcu do niego.

– Ty kupisz.

Sklep nazywali po swojemu, był czerwony. Kto sprzedaje, poznawali po zaparkowanym samochodzie, szli tam, gdzie ktoś ich lubił. Zamiast mówić, czekali. Ale to pięcioletnia córka powiedziała mu w drodze nie wiadomo skąd i dlaczego – „Bez mówienia się nie przeżyje”.

– Skąd o tym wiesz?

– Wiem.

Ścisnął jej dłoń, nie wiedząc jak mocno.

– Auu, boli.

– Babcię pogotowie zabrało do szpitala.

– Boisz się?

– Z tobą nie.

Pan w sklepie nachylił się przez ladę. Podał dłoń dziewczynce, spytał o przedszkole, a ona uśmiechała się, patrząc na niego bez słowa. Jeszcze raz nie wymówiła ani jednego słowa. Wyszli z lodami. Przez ulicę do parku. Za ścianę półcienia.

– Babcia lubi lody?

– Lubi.

– To jej zawieź.

– Nie wiem, czy można.

– Zawieź i już.

Córka nie lubiła jeść, idąc, więc usiedli na pierwszej napotkanej ławce. Światło migotało przez gęstą zieleń po drugiej stronie alejki.

– Nie muszę – powiedział, wypuścił słowo z oddechem.

– Co nie musisz?

– Nie muszę jutro nigdzie iść, robić zakupy, sprzątać, wychodzić, nic nie muszę.

– Musisz przyjść po mnie.

Końcówka lodów spływała po palcach, skapywała na ogrodniczki.

– Zobacz.

– To co?

– Będziesz się lepić.

– Też chcesz? – śmiejąc się, straszyła go lodami.

– Nie, nie, nie – przesuwał się na koniec ławki, ona za nim. Resztka lodów wylądowała na ziemi. Pachniało wanilią.

Biegli na plac zabaw. Nie dobiegli do otwartej furtki. Córka przeciskała się między żerdziami ogrodzenia, on przeczołgiwał się dołem. Zatrzymali się na końcu placu przy najwyższej zjeżdżalni. Usiadł na ławce.

Córka wołała z góry:

– Tata, dlaczego usiadłeś?

– Zaraz.

– Zjedź do piachu.

– A co robię?

– To zjedziesz?

– Nie możesz trochę poczekać?

Córka znikała i pojawiała się. Wołała niewidoczna zza kolorowych ścianek:

– Tata! Zobacz.

– Widziałem.

– Ale teraz! – zjeżdżała bokiem, tyłem, na brzuchu. Wybierała cele i sposoby. Wdrapywała się z powrotem po błyszczącej zjeżdżalni, osuwała się i szła dalej, w górę. Z dołu rzucała piaskiem, był w powietrzu, uderzał o zjeżdżalnię, spływał, usypywała się górka.

Zdjęła buty, rzuciła w jego stronę.

– Pytałaś, czy możesz?

– Mogę.

Była chmurą, pulsowaniem, sylwetką z kresek kierunków ruchu rąk, nóg, fałd i zagięć na ubraniu, nieustannie zmieniającym swój kształt ciałem. Na belkach szczeblach, progach, wiszącym na łańcuchu mostku szukała nowych sposobów ich pokonywania.

– No, tata! Siedzisz!

– Siedzę.

– Chodź.

– Patrzę.

– Zobacz, proszę – zwisając na swoich silnych ramionkach dziewczynki, schodziła szczebel po szczeblu w dół z pochylonej nad ziemią drabiny.

Wydawał się sobie za ciężki w butach by stanąć na piasku, przechodzący w tle dorośli byli wielcy w stosunku do trawy i kwiatów.

Córka miała odpowiedni wzrost, wąski kształt, zdolność zmieniania swojego kształtu w jednej chwili i należała do otaczającego świata w górze, w dole i na poziomie oczu. Była ruchem, ciałem uwolnionym od płci, wchodziła w przestrzeń jak inna przestrzeń, bez oporu sztywnej konstrukcji, była dziecięcym ciałem, w którym jest zanurzony świat, nie wychodzi z niego, nie przebija, nie boli.

Patrzył na córkę i nie oceniał, nie porównywał, nie pamiętał, nie planował, nie chciał ani chciał, nie marzył i nie pragnął. Patrzenie na córkę dawało mu przyjemność. Otaczający córkę świat „nie był resztą”. Dziecko było wszędzie, przechodziło przez prześwity, przerwy, odstępy, przez ścianki nad ściankami. Przemieniało się, wyrastało na piachu i zagrzebywało się w kurzu.

– Musisz w moją stronę kurzyć?

– Muszę. To się rusz.

– Nie. To ja też muszę.

W krzakach Święty od dzieci się uśmiechał. Miał grabie i czesał trawę tylko w jednym miejscu. Udawał, trawa mu zwisała. Przysłuchiwał się im z cienia. Spodnie o wiele za duże i koszulka maskowały go, jakby stał w poruszającym się krzaku. Był wystarczająco blisko, by ich słyszeć, po drugiej stronie piachu, w zielonym pasie, siedział tam wcześniej albo dopiero się zjawił. Miał wyraźnie zadowoloną twarz, nawet promienną jak na robotę, którą miał wykonywać, ale nie wykonywał. Stał i patrzył na nich, a właściwie na dziewczynkę. Reszta była na linii jego spojrzenia na końcu, tak się poukładało w jednej chwili.

Zobaczyli się i uśmiechnęli do siebie. Wyczuł Świętego jak zwierzę, praca nie miała nic wspólnego z jego życiem poza zarobkiem na przeżycie. Chciał, żeby wszyscy się od niego odpierdolili i pozwolili mu żyć, jak chce. Był dzieckiem, ale wszyscy brali go za dorosłego.

– No, tata, czemu jesteś taki?

– Już idę.

– Mówisz tak tylko.

Jeszcze zdążył zobaczyć, jak człowiek z grabiami wyrywa się ze znieruchomienia, bierze się za grabienie z nadmierną siłą i po chwili zwalnia, prawie przystaje, przesuwa grabie po trawie w jednym miejscu, a więc wykonuje pracę bez znaczenia i sensu, przeciw sobie, zatrudniony do końca życia. Pijany i z papierosem. A taki nie był. Matka takiego go nie urodziła. Był jasny, mokry i śliski zanim został przytulony.

– Dzieci w robocie.

– Co powiedziałeś, tata?

– Nic. Już idę. – ruszył za słowami w stronę zjeżdżalni, drabinek, ścianek, mostków. Córka już była przy huśtawkach. Pobiegł za nią. Pomógł rozhuśtać. Krzyczała:

 – Już! Tata, już! – zawsze krzyczała i chciała więcej, chciała się jednocześnie bać i czuć bezpiecznie. Oboje na huśtawkach, córka w powietrzu, on na rozjeżdżających się nogach na piachu. Dziewczynka skakała z wysoka daleko, zawsze była odważniejsza od rówieśniczek, ale teraz przeleciała przez środek błękitu na żółty piasek. Zaznaczył odległość linią. On wywoływał imiona dziewczynek, córka skakała za nieobecne dziewczynki. Przyglądał się konkursowi, rysował linie, aż położyli się w piaskownicy po ostatnim skoku, krzycząc:

– Wygrałam!

– Wygrałem!

– Ja wygrałam!

– Nie syp!

– Będę!

– Będziesz górą!

– Babką! – śmiał się.

Poprowadziła go dalej. Wszędzie biegł za nią. Czekał na ten moment. Przebiegli bez trzymanki po mostku z wiszących, złączonych łańcuchami belek. Córka wróciła i skakała, rozkołysując na wszystkie strony mostek.

Czekał, aż coś się nagle zerwie, zepsuje, zniszczy. Uwolni formę.

Znajdzie się wytłumaczenie niszczenia, utraty, stracenia zdrowia, oddania życia. Wymyślił wyjaśnienia nie do przyjęcia. Dla niego nadzieja. Połączyć. Niech nic nie pójdzie na zmarnowanie, żadne przeżycie i udział niechciany. To jest możliwe, tylko jak to wytrzymać?

Patrzył na sześcioletnią córkę, jak jej ciało jest w całkowitej zgodzie z wyrazem oczu, jak praca kostek i mięśni jest zabawą figur i ruchy nie przecinają przestrzeni, tylko są jej przedłużeniem.

To kosmitka, która chce się razem bawić i trzymać jego ręki, chce, by był uczestnikiem i widzem, chce dorównać nieznanemu światu dorosłych i przewyższyć go na swoich drabinkach, na swoim placu.

Nic nie można zepsuć w tym obrazku.

Plac zabaw jest światem.

Przeszkody do wyboru.

Ciało się bawi w pokonywaniu.

Niepokonanie niczym nie grozi.

Nie ma wymyślania bez próbowania tego ciałem.

Bezruch jest rozpaczą trzymanego siłą dziecka w oddali.

Upadki nie tak bolesne, jak widać.

Wszystko dobrze się kończy na miękkim piachu.

Patrzył na córkę, była ruchem i twarzą przestrzeni. Nie zestarzeje się, nie będzie chorowała, nie będzie można jej tak skrzywdzić. Chciał, żeby nie przestała się bawić. Będzie kochana, jest wszystkim i wszędzie.

To, czego nigdy nie powiedział, bo było za łatwe, teraz nadciągało bez żadnych pytań:

– Kocham – powiedział, jakby strzelił sobie w głowę.

Tym jednym słowem wszystko zaczynało się i kończyło. Nie oczekiwał czegoś podobnego wcześniej. To był koniec nadziei i pragnień. To było tutaj. Było bawiącym się ciałem. Było dzieckiem. Jego córką kosmitką. To miało trwać. Cel bez końca. Wiedział, że plac zabaw córki się nie powtórzy i nie powinni z niego wychodzić. Żeby nie stracić życia. Później dzieci uważające się za dorosłych zmienią zabawę w lęk przed zabawą, odkryją przyjemność w pomiataniu innymi.

– Biegniemy do bazy! – zawołał.

– Dobrze!

Pobiegli przez plac aż do kępy wysokich krzaków. W masie zieleni, po przejściu zielonym tunelem, w niezarośniętym wnętrzu leżały kamienie. Córka kiedyś go tu przyprowadziła, pokazała bazę, jaką w ukryciu miała z dziewczynkami. Wiedział o bazie, którą kilkoma wrzuconymi w krzaki kamieniami zbudowali chłopcy. Wprowadzili tam kiedyś dziewczynki. Później córka z koleżankami zajęły bazę. Chłopcy byli w mniejszości albo byli mniej hałaśliwi, ale kiedy zjawiał się jeden głośny, sam potrafił poprowadzić kilkoro dziewczynek. Byli siebie ciekawi, lecz szybko się sobą nudzili. Na obrzeżach kępy mamusie stały nad sikającymi dziećmi. Nie wchodziły do środka. Patrzyły tylko na różowe ciałka i siusiaki swoich dzieci.

Teraz poczuł zapach ziemi i chłód w popołudniowym, gorącym słońcu oraz wilgoć suchej wiosny. Córeczka pokazywała mu drugie, tajne wyjście. Nie chciało mu się wychodzić na światło.

Oszczane krzaki dzieciństwa. Bez wstydu. Nawet drzewa bujniej rosną. Gdzieś u zarania ciało tylko pachnie. Mniej składników. Prościej. Dziecko kocha ruch. Oddycha przez cienką skórę. Wysiłek się ulatnia. W dorosłych zalega wstyd i psuje się prostota ich pragnień. Wytwarzają przez to tyle smrodu. Źle się ułożyło. Źle, że musimy tłumić ruch, żeby się nie poranić, nie pozabijać. Wiedział, że to tak działa. On nie. On patrzył za dzieckiem, które szuka natychmiastowej przyjemności. Potrafi samo się bawić, jak artysta. Potrzebuje tylko obecności, wie, że jest słabe.

– Tata, idziesz?

– Idę, idę.

Wyszedł z bazy. Rozgarniając gałęzie wypadł z wilgotnej kępy i od razu natrafił na mamusię pochylną nad różowym dzieckiem. Chciał się cofnąć, ale było za późno. Mamusia z przerażenia uklękła. Nie mógł wyjść ani w jedną, ani w druga stronę. Widział siebie jej oczami. Uśmiechał się do nich. To dopiero było przerażające. Przyciągnęła do siebie dziecko. – Co tu robisz?! Ty chuju, zawołam policję! – wyjęła z torebki telefon.

– Mam tu dziecko – słabo powiedział.

– Dziecko?! – Trzymała telefon jak pistolet.

Dziecko sikało do jej torebki. Ruszył przed siebie. Został fałszywie rozpoznany. Gówno znaczyły jego myśli, a co dopiero słowa.

– Pierdol się, babo.

Odszedł spokojnie, nawet zwolnił, pozwalał zdarzeniom wygasać. Niech jeszcze długo kobieta widzi jego spokojny krok, jak się na końcu łączy z córeczką, idą razem za rękę. Nie widać ogrodzenia przysłoniętego krzewami, pojedynczymi młodymi drzewami i resztkami starodrzewia.

– To teraz, gdzie? – zapytał.

– Co ta pani chciała od ciebie?

– Myślała, że jestem pupą.

– Tata, co ty mówisz? – śmiała się.

– Dupa i tyle.

– Tata! – Śmiała się głośno, długo. Śmiali się razem.

Lubił śmiech córki, nie był piskliwy, dziecięcy, był od razu głęboki, z brzucha, współbrzmiały w nim różne wysokości. Śmiech rozpoczynający się mocnym akordem, niepowstrzymany, z odchodzącym echem. Z takim śmiechem była dla niego jedyna. To było zjawisko. Czas wypełnił akord śmiechu dziecka. Bez celu, zamiaru, niekryjący niczego, niezdradzający, odbierany z ufnością jak żadne słowo, wyczerpywał temat.

Przed śmiechem były słowa, po śmiechu niczego nie brakowało.

Córka miała śmiech żony, który pamiętał sprzed ich małżeństwa, zanim urodziła się córka.

Śmiech córki był podobny, pojawiał się jak rodzaj pogody, powietrza, rozpływającego się kształtu.

Dziecko było małym instrumentem unoszącego się nad nimi śmiechu. Nie wiedział, że na to czekał, nigdy czegoś podobnego nie słyszał, tak jak teraz. Ten śmiech przechodził przez dziecko, był niezależny, silny i mocny, miał swój rytm. Wybrzmiewał w izolacji od minionego zdarzenia, choć dawno zanikał. Tylko on pozostał po zdarzeniu, był spoza czasu, dawał niepojęte poczucie bezpieczeństwa, roztapiał kształty wolno rosnącego krzaku, mamusi zamienionej w twierdzę dla swojego dziecka.

Wchodząc przypadkiem, zobaczył jak za chwilę zniszczą ten plac zabaw dorośli. Krzak ukrywa przed dorosłymi odkrywaną nagość dzieci, mamusia pod krzakiem pożąda w zadbanych palcach wiecznego ciałka dziecka.

Ze śmiechu córki dowiadywał się w jednej chwili, że jeśli nie zabawność, to pozostanie męka podejrzeń.

– Do bramy, szybko, uciekamy! – parsknął śmiechem.

Pobiegli, trzymając się za ręce.

– Tata, tata! – wołała, utrzymując równowagę tylko dzięki jego mocnej ręce.

Dopiero poza placem, na asfaltowej alejce kończącej się daleko ulicą, zwolnili. Teraz poprowadziła go córka.

Nierówni, pokrzywieni, zgięci, śmiali się ze swoich kroków. Trzy do przodu, jeden w bok, dwa do tyłu i znów trzy do przodu. Wymyślali kombinacje. Cieszyły go rozbawione spojrzenia ludzi, którzy dostrzegali ich wygłupy, choć nie zapamiętywał obojętnie rzucanych w ich kierunku spojrzeń, tak jakby ci ludzie odchodzili w niepamięć, a on nigdy ich nie spotkał, nigdy ich nie było.

Pewność bycia razem w zabawie sprowadzała lepsze myśli o sobie, możliwe tylko z dzieckiem, które o nic go nie obwiniało. Na niczym mu tak bardzo nie zależało, jak na otrzymaniu szansy w najsłabszej chwili. Bez córki byłby teraz fragmentem, rozwalonym i wdeptanym. Już widział siebie z pomalowaną, zaschniętą kulką bez ust, do kopnięcia, do odbicia. Chciał się zobaczyć inaczej i dostał w zabawie z córką swój nowy portret.

– Tata… telefon.

Nie słyszał. Szukał po kieszeniach. Po długości wyświetlonego imienia rozpoznał żonę.

– To mama? – Dziecko chciało we wszystkim uczestniczyć.

– Pewnie tak.

Nie pomylili się. Pora dnia podpowiadała. Nigdzie się nie spieszyli. Nie byli głodni.

Przystanął i słuchał.

– Może byś spytała! – krzyknął do telefonu i ruszył, chciał odejść od córki. – O nic! Już idziemy.

Córka pobiegła do krzewów z białymi kulkami.

Potknął się. Kopnął z rozmachem gałąź z alejki w krzaki.

– Tata, zobacz, tata, strzelaj – rzucała pod nogi kulki i razem je deptali, ciesząc się z każdego udanego pęknięcia z trzaskiem.

– Wiesz, że depczemy śnieguliczkę?

– Nie, tata.

– Śnieguliczka, poważnie.

– A co mama mówiła?

– Pytała, dlaczego nas nie ma.

Gęsty park się kończył, alejka wychodziła na jasną ulicę, zaczynało się stare osiedle. Wchodzili w uliczkę. Było mu coraz trudniej. Dziewczynka chciała jeszcze razem z nim przeskakiwać popękane płyty chodnika. Kończył zabawę, chęć słabła, odpływała siła na najbliższe przewidywalne czynności, godziny. Zaczynał widzieć nadchodzące dni, miesiące, tak jak je sobie wyobrażał. Zabawa z córką potrzebowała ich dwoje, szczęśliwych, ze swoimi pomysłami, kłótniami o nic, rezerwą sił na jedną chwilę. Podchodząc pod dom, zbliżał się do przeszłości. Dziecko jeszcze próbowało go wciągnąć w wygłupy, ciągnięcie za sobą jednej nogi. Nawet był blisko zagrania powykręcanego tatusia i wybuchł krótkim śmiechem, ale zaraz przygasł jak przyduszony.

– Już mi się nie chce – odpowiedział na wszystkie zaczepki córki. Przytrzymywała go za rękę, nie chciała wracać, był jeszcze wielki trawnik przed wejściem, zagłębienie w ziemi na wielką kałużę, mogli się jeszcze pobawić.

Ścisnął mocniej jej rękę, żeby być bliżej, nie był już dla niej, pasował do dorosłych, miał niezrozumiałe plany i myśli.

Na schodach córka zatrzymała się przed nim i powiedziała:

– Tata, teraz.

Nie było końca zabawy.

Objął ją całą, zamknął w ramionach i opierając na swoim kolanie, podrzucał w górę o kilka schodów. Dziewczynka, wyciągając jak najdalej nóżki do przodu, uderzała głośno bucikami o posadzkę. Przeskakiwała, jak nieraz, w jego rękach schody, piętra.

– Na trzy! Na dwa! – wołała mocnym, śmiejącym się głosem.

– Nie dam rady.

Słyszał rytm uderzeń bucikami, śmiech córki, a po chwili wspólny. Była pokusa wchodzenia inaczej, zamiana drogi w zabawę, oderwanie od zadań, pragnienie nowego początku, wszystkiego, co przedłużało powrót. Przystanęli na półpiętrze.

*

W taki sam dzień. Podobny. Siedział na worku z suchymi liśćmi pozbieranymi pod lipami w parku, dla okrycia róż na zimę, hodowanych przez ojca na działce. Działka była kawałkiem ziemi z altaną za parkiem. Worek był płócienny, parciany, szorstki, pachniał kurzem. Siedział na worku okrakiem i jechał na starym wózku. Wózek pchał albo ciągnął ojciec. Teraz miał przed oczami ojca. Z parku wydostali się na ulicę. Rozjeżdżali przechodniów. Worek, kilka worków wystających w poprzek z wózka zagradzało drogę. Siedział na samym wierzchołku. Król podróżowania. Kochany syn ojca. Król i parobek na workach. Widział z wysoka i to było najważniejsze, ta możliwość zmiany widzenia, którą dawał ojciec. Przenosił go i sadzał na ramionach, na wózku, podnosił wysoko i usadawiał w niedostępnym dla niego miejscu. Tylko z ojcem na wysokościach, jak dorosły, tylko jeszcze wyżej i bezpiecznie. Widział głowę ojca na równi ze swoją, blisko zapachu skóry pod włosami, gęstych włosów przeczesywanych dłonią. Z ojcem wtedy. Ponad innymi. Wysoko z ojcem. I wtedy z kieszeni ojca odezwał się dzwonek budzika, długo i głośno dzwonił wysokim, matowym dźwiękiem. Ojciec puścił wózek, nerwowo sięgnął do kieszeni i próbował uciszyć budzik, nie wyjmując go. Nie udawało się, więc wyjął go z kieszeni i przed samym końcem alarmu, gdy zaczynał już terkotać, znalazł przycisk i unieruchomił mechanizm. Nagle urwał się dźwięk dzwonka. Chował szybko stalowy budzik z powrotem, roztrzęsiony, jakby nie wiadomo, co się stało. Wtedy, w zrozumiały dla chłopca sposób, chciał ukryć zdarzenie ze wstydu przed innymi. W jednym momencie z króla przy ojcu, na równi, a nawet ponad, zmienił się w chłopca siedzącego na połatanych workach, przestraszonego i pełnego wstydu. Poczuł się jeszcze mniejszy, a wszyscy innym zobaczyli, jaki jest mały i nieznaczący, a jego ojciec tak samo przestraszony, nieporadny i głupi. Wstydził się, jak nigdy wcześniej, nie pamiętał, żeby kiedykolwiek aż tak bardzo. Zabawa w jazdę na poduchach z królem ojcem, tak blisko, wysoko, głowa przy głowie, patrząc na równi z dorosłymi, w królewskim pojeździe między wszystkimi. Było bezpiecznie, bo z ojcem, który był wszystkim. Wielki i potężny, z gęstymi włosami, z zapachem przy skórze, synkowi swojemu podarował wszystko to, co zniknęło w jednej chwili, zapadło się ze wstydem ojca z powodu budzika dzwoniącego w kieszeni marynarki, żeby nie spóźnić się do pracy. Zepsuł. Zepsute. Zepsuty. Zepsuta zabawa. Ojciec się zdradził. Był dorosły. Nie miał śmiałości zabawy na oczach świata, a świata było za mało na ich zabawę. Jak głupio zrezygnował ze wspólnej zabawy! Strącił synka w suche liście. A mogli dalej się bawić, dzwoniąc dzwonkami, budząc przechodniów do zabawy, tylko po to, by się przemieniać, żeby na świecie nie brakło tej jedynej zabawy. Nie wiedzą już dorośli, jak dokonywać przemian, jak śmiechu z tych przemian najbardziej im brakuje.

– O, mamo.

Tata.

Tam wtedy.

Z tobą byłem silny i śmiały.

W zabawie między dorosłymi.

Na workach z czymkolwiek.

Nawet psy mogły za nami biec, szczekając.

Miałeś gęste włosy.

A ja na wysokości twojej głowy.

W zapachu twojej skóry pod włosami.

Jesienią na ciepłych workach w pobliżu domu.

W królestwie, przy tobie.

Przygotowany do życia.

Zanim nie zepsułeś.

Głupi dzwonek budzika w kieszeni cię przeraził.

Takiego dużego, silnego tatę.

Zrobiło się głupio i wstyd.

Zdradziłeś zabawę.

Zostawiłeś mnie na workach.

Skończyłeś zabawę.

Zrobiłeś nam poważne miny.

Zamiast się śmiać.

Do dzisiaj.

Przed ostatnim odcinkiem do drzwi, na przeszklonym półpiętrze, przed oknem biegnącym przez wszystkie piętra, objął córkę obiema rękami. Miał ją przed sobą, stała bucikami na jego butach. W dole, w kwadracie, na zrytej przez parkujące samochody ziemi wysychała wielka, zajmująca pół podwórza kałuża z resztkami błękitu.

– Dlaczego musi tam być? – córka patrzyła na ciemną taflę wody.

– Co?

– Twój zeszyt?

– Jaki zeszyt?

– Wrzuciłeś do jeziorka.

– Co ty mówisz?

– Wyrzuciłeś przez okno.

– Ja?

– Chciałeś przeczytać, mama nie chciała, zeszyt wyrzuciłeś przez okno.

– Kiedy? Nie.

– Kłóciliście się wczoraj.

– Nie.

Obrócił córkę twarzą do siebie, patrzył w jej oczy, poprzez nią próbował przejrzeć granatową powierzchnię jeziorka, zobaczyć ślady, przekonać się, przypomnieć, odkryć znalezisko. Pewny, że nic takiego nie mogło się zdarzyć, zapomniał, co wczoraj robił. Znikł cały cykl dni z powtarzanymi codziennie czynnościami. Powtarzalność zamieniła się w pustkę. Niczego nie mógł sobie przypomnieć z ostatnich dni. Wysiłek wydobywania pamięci prowadził jak tunel. Na końcu niczego nie było. Panicznie bał się pustych miejsc w pamięci. W zamian mogło być wszystko. Zgodził się na wariant wyrzuconego zeszytu. Odpowiadało to zmęczeniu, z którym przegrywał. Prowadził walkę z chęcią ucieczki codziennie i nie potrafił rzucić jakiejś daty – swój wiek, kiedy podaruje sobie swobodę i dowolność pamięci, będzie mógł nie pamiętać, co wczoraj robił i co ma jutro zrobić. Nie będzie uciekał i nie ucieknie od wszystkiego, o czym musi pamiętać. W jeziorku córki zobaczył coś białego. Choć białym nazywał do tej pory poplamione, to teraz w plamie kałuży z góry dojrzał niezatapialną biel. Kartkę, nie kartkę, ocierający się o maź lodowiec. Lśniącą powierzchnię przebijającą się przez chropowatość błotnistej wody. Nie mógł powstrzymać się od nazwania obrazu. Bez przemyśleń i wyboru, bo całe niezaistniałe zdarzenie z niechcianym, wyrzuconym z domu zeszytem znalazło swój obraz, i był on dla niego wyrazem jego pragnienia, zrozumienia i odpoczynku zarazem. Sierota na lodowcu. Chłód czoła. W słońcu. Granatowa poświata. Nawet to, co się nie zdarzyło, powtórzy się. I wszystko razem. Będzie spoczywać obok, blisko, nieruchomo. W zeszycie.

Opowiadania Grzegorza Strumyka zostały zakupione w ramach programu „Tarcza dla literatów”.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Grzegorz Strumyk, Kosmitka, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 105

Przypisy

    Powiązane artykuły