17.06.2021

Nowy Napis Co Tydzień #105 / POP-POEZJA

Sprzedajność (sprzedawalność) i użyteczność to kategorie, które wyznaczają kryteria dzisiejszej sztuki. Kiedyś elitarna dama, pożądany gość na salonach, dzisiaj trafia na place miast, do knajp i sklepów – wszędzie tam, gdzie ludzie nastawieni są na wielkie żarcie. Współczesny neofita hipermarketycznego labiryntu spoziera mimochodem na dzieła Słowackiego leżące jak sardynki na półce, w pobliżu bielizny damskiej, koszul, abażurów, lampek nocnych. Smakowita dziewczyna z obnażonym brzuszkiem spogląda z ukosa na księgę w bordowej, twardej oprawie, gładzi od niechcenia złocone litery – potem rzuca ją jak niepotrzebny łach i zaczyna grzebać w biustonoszach. Co za prymitywna małpa. Nie chciało jej się nawet otworzyć dzieła wieszcza, a teraz znika raz po raz w przymierzalni.

Może to błąd właścicieli hipermarketu, którzy nie rozumieją, że czytanie jest dzisiaj czymś bardziej wstydliwym niż publiczne przymierzanie biustonoszy. A jakby im zasugerować, żeby postawili jednoosobowe czytelnie, gdzie spragnieni intymności czytelnicy mogliby się zamknąć i czytać sobie do woli… Mój pomysł chyba nie przejdzie.

O wiele łatwiej byłoby lansować kołnierzyki Słowackiego, niż przekonać biznesmenów do promocji Króla Ducha czy chociażby Beniowskiego, chyba że zabrzmiałoby to tak:

 Chodzi mi o to, aby język giętki
dopieszczał towaru wartości zbawienne.
Czasem był jak peniuar leciutki i miękki
A czasem szorstki jako papier ścierny.

 

Przepraszam cię, drogi Julku, nie mam wcale zamiaru wylewać goryczy na papier z powodu niedoceniania literatury wysokiej, chciałbym raczej zastanowić się nad racją bytu literatury niskiej. Co za niebezpieczne rozróżnienie: wysoki i niski. Po co niektórych nabawiać kompleksów i zmuszać do kupowania butów na koturnach? A ileż razy sprzeczano się, a nawet dawano sobie po mordach za to, co wysokie, a co niskie. Może by podejść do tego inaczej, przecież istnieje już zakotwiczone w świadomości, użyteczne pojęcie pop-kultury, czyli kultury adresowanej do mas. Może taką literaturę, a w szczególności poezję, nazwać pop-poezją i oceniać inaczej.

Żyjemy w czasach wzmożonego poezjowania i wierszykowania, co słusznie kojarzy się z niegdysiejszym ulubionym zajęciem gospodyń domowych – szydełkowaniem. Taki poeta siedzi sobie i patrzy, a co zobaczy, zapisuje, byle do rymu i jak najwięcej. A jak nie uda się do rymu, to może w stylu tego, co jest aktualnie na topie, haiku albo czegoś tam jeszcze, co pachnie nowością albo trąci myszką. Znam nawet jednego, który tak się zagalopował, że w krótkim czasie wydał kilkanaście książek własnym nakładem i uważa się za niedocenionego mistrza. Chełpi się publicznie, że jest autorem ponad tysiąca wierszy. Jednak od czasu naszej ostatniej rozmowy, znając jego płodność, myślę, że kończy już drugi tysiąc. Inny, po przeciwnej stronie rozwierszykowanego nieba; setna woda po znakomitym skądinąd Adamie Asnyku, pisze teksty archaiczne, jakby pomyliły mu się stulecia – wtórne i banalne; nadające się co najwyżej na targ, gdzie przysłowiowy ryż, mydło i powidło.

Wchodzę na polecany mi portal internetowy i tam w pięknie wyeksponowanym dziale kultura wdzięczy się strona poety, gdzie banał goni banał, schemat podpiera się schematem, a od grubych kresek robi się mdło. Ten cukierkowy autor uważa się za maga słowa…

Trochę się zagalopowałem. Czy ja mam prawo tak kategorycznie krytykować piszących, którzy mają dobre samopoczucie i równie dobrze im się pisze? Przecież pisanie wierszy nie jest zabronione. Jak się coś napisze, od razu robi się lżej, a gdyby to wydrukować, choćby na własny koszt… Tutaj zaczynają się, popularnie mówiąc, schody, bo pisać można wszystko, gdy ma się łatwość pisania, ale po co to drukować i wmawiać czytelnikom, że łatwe i przyjemne jest poezją? Uważam, że w obronie poezji należałoby nazwać rzeczy po imieniu i określić to, co jest poezją, a co tylko jej cieniem.

Poezja idzie swoja ścieżką od tysiącleci, jest królową sztuk związaną z filozofią i religią. Podobnie jak swoje wielkie siostry-inspiratorki, poszukuje tajemnicy, chce dotrzeć do źródła i zadaje nam współuczestnikom swoistej językowej liturgii pytania o to, co w nas jeszcze żywo i „niezniszczalnie trwa”.

Każdy człowiek rodzi się raz, co gwarantuje jego niepowtarzalność, a kiedy jest poetą, to staje się posiadaczem własnego słowa. Można go poznać po jego własnym języku, choć nietrudno dostrzec w nim odległe wpływy innych poetów. Odnosi się wrażenie, jakby prowadził z nimi dialog dotykający spraw nieulegających zmianie: jak miłość, odpowiedzialność, uczciwość, szlachetność, szacunek (niekoniecznie ekonomiczny), zbrodnia, sumienie, potrzeba porozumienia, kompromis, kategoryczność w sprawach pryncypialnych. Poezja pyta, zadziwiona obrotem rzeczy; poezja ostrzega, kwestionuje absurd krzepiony nicością. Trwa na gruncie prawd niepodważalnych, których pominięcie prowadzi do zakłócenia harmonii i upadku. Przecież „nie zabijaj” znaczy „nie zabijaj” – rośliny, zwierzęcia, myśli, uczuć, człowieka. Bez wyjątku.

Poeta raz jeszcze odkrywa i uaktywnia własne sumienie, które poddaje się rakowi współczesnego relatywizmu. Jak łatwo dziś wszystko uzasadnić i w razie potrzeby unicestwić. To może nazywać się jihad, czy jakiś inny rodzaj wendetty, rozrachunku, sądu, samosądu. Dlatego powinnością poezji jest nieustanne poszukiwanie źródła, które potwierdza człowieka jako istotę rozumną, współczująca, zdolną do poświęcenia i kompromisu. Poeta z tradycji platońskiej, homeryckiej czy innych to osoba natchniona, wierząca w sprawczą siłę dobytego z trudem słowa. Być poetą to jakby ustanowić jednoosobowy zakon i kierować się własnymi regułami, które, o dziwo, okazują się uniwersalne i służą wspólnemu dobru.

Poeta poprzez język i jego metamorfozę wyraża pytanie o sens, początek i perspektywę ludzkiego świata. Poezja nie jest magią, jak wydaje się niektórym poetyckim pirotechnikom czy specjalistom od poetyckiej ikebany. Ona jest próbą powrotu do świątyni – wtajemniczeniem w niewidzialne, walką o wartości, które wątleją w pościgu za władzą, pieniądzem i łatwo dostępnymi a mocnymi wrażeniami. Poeta to ktoś, kto wierzy w sprawczą siłę słowa, w jego moc pokrzepiającą – by nie zbydlęcieć, zachować ludzką twarz i trzeźwość umysłu, czystość uczuć. To ktoś taki jak Norwid umierający w przytułku, jak nieznana jeszcze, nieżyjąca od kilku lat Marianna Bocian, jak znany dzięki jednemu krytykowi Miron Białoszewski czy laureat nagrody Nobla Czesław Miłosz, którego niektórzy rodacy chętnie wyrzuciliby z krakowskiego grobu. Poezja, o której mówię, nie ułatwia życia, ale je utrudnia – i to jest sztuka.

Kto tego nie rozumie, musi ograniczyć się do poezji rozrywkowej i nie byłoby w tym niczego złego, gdyby wyraźnie określić ten rodzaj działalności pisarskiej jako „pop-poezję”, czyli uproszczone, posiłkujące się sprawdzonymi schematami poezjowanie dla mas. Niepozbawione uroku, lecz wyzute z ambicji oryginalnego, kulturotwórczego dzieła sztuki.

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Szczęsny Wroński, POP-POEZJA, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 105

Przypisy