24.06.2021

Nowy Napis Co Tydzień #106 / Epifania czy nawrócenie wspólnoty? Wokół książki Zbigniewa Stawrowskiego „Solidarność znaczy więź AD 2020”

Zbigniew Stawrowski posiada w polskim życiu intelektualnym wyjątkową pozycję. Pełni rolę, której chyba nikomu innemu poza nim nie przydzielono. Bardziej niż filozofem czy publicystą należałoby go określić mianem „świadka”. Jego pisarstwo waha się między osobistym wyznaniem a komentarzem do bieżących wydarzeń. Dlatego jego książki układają się – równolegle – w kolejne części autobiografii oraz intelektualną historię Polski ostatnich kilku dekad. Ta specyfika twórczości Stawrowskiego jest szczególnie widoczna w jego ostatniej publikacji – wydanej ponownie, znacznie poszerzonej antologii Solidarność znaczy więź AD 2020.

Składające się na nią teksty – powstające przez kilkadziesiąt lat, pojawiające się w różnych momentach i kontekstach – pozwalają chyba zaryzykować tezę, że mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju „Summy Stawrowskiego”. Podsumowania nie tylko myśli tego autora, ale również doświadczeń konkretnego człowieka. Fakt, że ów autobiograficzny kontekst wydaje się w żaden sposób niezamierzony, sprawia, iż osiągnięty efekt jest jeszcze mocniejszy. Tak jak najbardziej wiarygodne, najcenniejsze dla historyków wyznania to te, które padły mimochodem, były efektem szczerego impulsu, a nie powziętego z góry zamiaru. Impulsów, jakie złożyły się na Solidarność znaczy więź AD 2020, było kilkadziesiąt, a jednak wszystkie one układają się w dźwięki tej samej melodii. Wsłuchując się w nią, słyszymy wyraźnie trzy – pozostające ze sobą w ścisłym splocie i wzajemnej zależności – motywy: „Nawrócenie”, „Zdrada” oraz „Słabość”. Posłuchajmy więc.

Zapomniana przygoda

Momentem założycielskim dla filozofii Zbigniewa Stawrowskiego była pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do Polski. Clive Staples Lewis pisał w swojej autobiografii, że zanim nawróciły się jego dusza i umysł, proces ten wcześniej musiał dokonać się w wyobraźni – miejscu pierwszych tęsknot i odruchów, wciąż jeszcze nie do końca uświadomionych, pewnie niezbyt głębokich, i może właśnie dlatego tak ważnych, przesądzających o tym, co ma się wydarzyć w dalszej kolejności. Tak jak zdarzenia 1979 roku przesądziły o powstaniu „Solidarności”.

Przełom w wyobraźni – nie tylko młodego Stawrowskiego, ale całej wspólnoty – dokonał się za sprawą pojęcia „godności”, wokół którego toczyła się cała papieska pielgrzymka; przekonania o szczególnej, niepowtarzalnej wartości każdego człowieka. Przełom polegał na tym, że prawda – to, co ukryte, niewidoczne na pierwszy rzut oka – nie miała być odtąd sumą ustępstw i wstydliwych kompromisów z socjalistyczną rzeczywistością. Tam głębiej jest coś jeszcze, zapis jakiejś wielkiej historii, zapomnianej przygody, do uczestnictwa w której papież wzywał Polaków. Przecież nie same dzieje bierzmował on w czerwcu 1979 roku – to nie „obiektywne procesy historyczne”, tak dobrze znane z marksistowskiej wizji dziejów, stały się obiektem sakramentu dojrzałości. Nie na historię, ale jej aktorów „wylewał Ducha Świętego” Jan Paweł II. Musiało to być doświadczenie i przełom na skalę, której nie sposób sobie wyobrazić tym, którzy nie brali w tych wydarzeniach udziału.

Już nie zachwyca

I jest to zastrzeżenie, którego wobec metody i przesłania, jakie niesie ze sobą pisarstwo Zbigniewa Stawrowskiego, nie można pominąć. Pozostaje on filozofem-świadkiem z całym dobrodziejstwem inwentarza. Sam przecież pisze w pewnym momencie, że liczyło się nie tyle, „co” mówił papież, ale „jak” to robił. Po plecach ówczesnych słuchaczy przejść musiał dreszcz, jakiego późniejszym pokoleniom nie dane już było poczuć. Ci, którzy nie wysłuchali na żywo tamtych kazań i przemówień, którzy nie potrafią sobie wyobrazić towarzyszącego im klimatu, nie będą w stanie zrozumieć w pełni sformułowanego wówczas przesłania. I jest to źródło jednej z najgłębszych wyrw dzielących polskie społeczeństwo. Przepaści o charakterze – siłą rzeczy – pokoleniowym.

To właśnie na tym polega – i polegać będzie z czasem coraz mocniej – problem z dziedzictwem Jana Pawła II. Problem, który książka Stawrowskiego bardzo dobrze oddaje. Z upływem czasu okazuje się bowiem, że doświadczenie papieskiej obecności stało się przede wszystkim przeżyciem i doznaniem. Tym, czego nie sposób powtórzyć ani przekazać, jeżeli nie doświadczyło się go na własnej skórze. Stawrowski, zgodnie z fenomenologiczną metodą „mistrza jego myślenia” Józefa Tischnera, buduje swoją refleksję na doświadczeniu źródłowym. Myślenie o Janie Pawle II bierze więc swój początek z gorących – w każdym sensie tego słowa – czerwcowych dni roku 1979. Nie jest to zarzut ani wobec myśli, ani wobec metody, na jakiej się ona opiera. Raczej próba zrozumienia jej ograniczeń. Dla pokolenia Stawrowskiego inne postawienie sprawy wydawałoby się zapewne absurdem, niepotrzebnym i szkodliwym „gaszeniem ducha” obecnego w papieskim przesłaniu. I to prawda – nie da się pomyśleć Jana Pawła II w polskiej historii, docenić jego roli, odcinając ją od emocji, jakie wzbudzał. Kluczem do tego elementu refleksji Zbigniewa Stawrowskiego – jak i w ogóle do tamtego fragmentu naszej historii – jest kategoria „nawrócenia”; wstrząs masowej konwersji, którą polskie społeczeństwo odczuło w 1979 roku, a ogłosiło światu i samemu sobie rok później.

Ssanie ku górze

O religijnym w swej istocie charakterze tej wspólnoty – pisze Stawrowski w tytułowym tekście Solidarność znaczy więź – najlepiej świadczy fakt, że czas „pierwszej Solidarności” był czasem masowych wręcz konwersji. Wówczas nawracali się, całkowicie odmieniając swoje życie, zarówno ateiści, jak i przykładni katolicy. (…) To czas, kiedy ludzie tacy, jacy są – słabi i zagubieni – poczuli, że mogą być lepsi, i świadomie tego zapragnęli. Doświadczenie niesamowitego „ssania ku górze”, jakiegoś wezwania, które woła nas, abyśmy przekraczali samych siebie.

Powyższy cytat – opis czy może raczej świadectwo nawrócenia – wydaje się osią, na której osadzona jest myśl autora Solidarność znaczy więź. Jego refleksja, na dobre i na złe, jest związana z tamtym doświadczeniem. Ono wyznacza horyzont ambicji, a jednocześnie jest miarą późniejszych porażek. Pozostałe bowiem dwa pojęcia z zaproponowanej przez mnie „triady Stawrowskiego” – kategorie zdrady i słabości – są cieniem, który nie padałby tak wyraźnie na dzieje naszej wspólnoty, gdyby czterdzieści lat temu nie rozbłysło nad nami tamto światło.

Wątek zdrady jest najgłębiej opisany (czy może raczej przeżyty – u filozofa-świadka te dwie aktywności zawsze idą ze sobą w parze) w kontekście postaci księdza Józefa Tischnera. Sam Stawrowski nie opisuje swojego doświadczenia tym słowem, nie pisze o zdradzie popełnionej przez autora Myślenia według wartości – jeżeli już, to raczej o pewnych niekonsekwencjach i pomyłkach. Możemy w tym przypadku mówić raczej o zawodzie niż zdradzie par excellence. Nie zmienia to jednak moim zdaniem faktu, że intelektualny zwrot Tischnera na przełomie lat 80. i 90. był elementem szerszego zjawiska – odejścia solidarnościowych elit od postawy służby w kierunku paternalizmu czy nawet pogardy względem wspólnoty politycznej. I jest to ewolucja zachowań i poglądów, dla której termin „zdrada” wydaje mi się najbardziej adekwatny.

Intelektualny mistrz i patron Stawrowskiego jest traktowany przez swojego ucznia z godną podziwu uczciwością. Bez odmawiania mu wielkości, a jednocześnie z pozbawioną znieczulenia wnikliwością co do popełnionych przez „duszpasterza Solidarności” błędów. Głównie tych, jakie przydarzyły mu się, gdy przekwalifikował się na duszpasterza Unii Demokratycznej i szeroko rozumianego środowiska „Gazety Wyborczej”. Ale rzecz dotyczy nie tyle niektórych niezbyt mądrych wypowiedzi Tischnera, jego przejściowego, antylustracyjnego zacietrzewienia. Miarą tamtej zdrady była wielkość postaci, która się jej dopuściła. Istotą problemu nie były publicystyczne potknięcia autora Filozofii dramatu, ale fakt, że nie potrafił on przeprowadzić – równoległej do tej systemowej – „transformacji” swojej myśli; że kontynuacją Etyki Solidarności nie stała się Etyka niepodległości, a zamiast niej pojawił się nieszczęsny „Homo sovieticus” – preludium do „chamofobii” III Rzeczpospolitej,  lęku elit przed wspólnotą, jakiej miały one służyć.

Zabierając głos w takich palących kwestiach społecznych jak na przykład ustawa dekomunizacyjna czy regulacje prawne dotyczące aborcji, Tischner argumentował niekiedy tak, jakby ich rozwiązaniem była wyłącznie ewangeliczna postawa miłosierdzia i przebaczenia, a problem sprawiedliwości i odpowiedzialności nie miał tu równie istotnego znaczenia.

Filozofia dramatu Tischnera nie dojrzała do polityczności. A jak żadna inna była ona do tego powołana. Mogła się stać podstawą polityki, która, nie tonąc w morzu moralizatorskich banałów, byłaby jednocześnie podatna na prawa etycznej grawitacji. Tischner nie doprowadził swojego projektu do końca. Zdrada Tischnera polegałaby więc nie na tym, co zrobił czy napisał, ale na zaniechaniu. Zbyt wczesnym odebraniu sobie prawa głosu w sprawach najważniejszych. A Stawrowski, pisząc o jego błędach i potknięciach, nie tyle prowadzi na sobie intelektualną psychoanalizę, morduje ideowego ojca, co stara się dokończyć rozpoczęte przez niego dzieło. Bo jak inaczej można wytłumaczyć fakt, że uczeń filozofa dramatu został filozofem polityki?

Ton poświęconego wolnej Polsce pisarstwa najlepiej oddaje tytuł jednej z wcześniejszych jego książek – Budowanie na piasku. Nie mówiąc o tym wprost, Stawrowski – filozof polityki głównym przedmiotem swojego zainteresowania uczynił słabość. Ale rozumie on ją inaczej niż choćby Artur Wołek, autor książki Słabe państwo. Zazwyczaj poszukiwania źródeł impossybilizmu naszej wspólnoty politycznej rozpoczyna się od poziomu instytucjonalnego – braku „państwowego fachu” w ręku budujących III Rzeczpospolitą polityków. W książce Wielki Zwrot Dariusz Gawin opisuje chwilę, w której nowo wybrani do kontraktowego Sejmu posłowie Solidarności mieli się podzielić miejscami w parlamentarnych komisjach. Niemal wszyscy chcieli się zajmować prawami człowieka, nie było natomiast nikogo chętnego do prac w komisji konstytucyjnej. To jednak nie zbytnie skupienie się na godności jednostki i sferze etyki – jak sugerowałaby anegdota Gawina – było grzechem pierworodnym III Rzeczypospolitej.

Z wizji przedstawionej przez Stawrowskiego wynikałoby raczej coś dokładnie odwrotnego. Piaskiem, wadliwym podłożem nowego państwa, nie był brak praktycznych umiejętności, państwowotwórczego instynktu, ale swego rodzaju polityczna amoralność. Nieumiejętność przełożenia doświadczenia i wiedzy uzyskanej w gorące letnie dni 1979 i 1980 roku na płaszczyznę polityki.

Etyka i polityka

Dzień powszedni komunizmu to wszechobecna polityka – pisze Stawrowski – to jasno określony wróg, którego należy bezwzględnie zwalczać – wróg zarówno zewnętrzny, jak i wewnętrzny. Ruch „Solidarności” opierał się –w kontraście do komunizmu – na poczuciu, że można być razem, nie będąc przeciw nikomu, i że więź ta może łączyć ze sobą miliony. (…) Budowana przez nią więź była zjawiskiem radykalnie i programowo niepolitycznym.

Moralny charakter wspólnoty mógł się więc narodzić tylko jako sprzeciw wobec polityczności jako takiej. Być może właśnie to sprawiło, że doświadczenie Solidarności okazało się tak kompletnie nieprzetłumaczalne na język wolnej Polski. Że po przeżyciu wielkiego nawrócenia mogły nastąpić tylko nie mniejsze – zdrada i słabość. Może więc spróbujmy zacząć wszystko od początku – książka Zbigniewa Stawrowskiego do podjęcia takiej próby wydaje się wyraźnie zachęcać. A więc na to, co wydarzyło się przeszło czterdzieści lat temu, popatrzmy nie jak na nawrócenie, tylko epifanię – przebłysk, znak z innego świata, wyznaczenie kierunku. Nie jak na nawrócenie w sensie ścisłym, tak jak pojmuje się je w zachodnim chrześcijaństwie – ale jak na długi, powolny i żmudny proces. Wspinaczka na siedmiopiętrową górę, budowa wewnętrznej twierdzy. Coś, co się nie tyle wydarza, ale trwa. Nie nawrócenie, ale nawracanie się – użycie aspektu niedokonanego jest tutaj kluczowe. Epifania wspólnoty okazała się nieprzekładalna na język politycznej wolności. Może lepiej powiedzie się nie temu, co jest przebłyskiem, impulsem, znakiem czasu, ale rozłożoną na lata pracą? I wtedy owocami nawrócenia okazać się mogą już nie zdrada i słabość, lecz wierność i siła.

Bo jeżeli nie – zostaje nam już tylko pogodzenie się z trwałą i ścisłą separacją moralności od polityki; pułapka, z której pisarstwo Zbigniewa Stawrowskiego próbuje nas uwolnić.

Zbigniew Stawrowski, Solidarność znaczy więź A.D. 2020, Warszawa: PIW 2021.

okładka

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Jan Maciejewski, Epifania czy nawrócenie wspólnoty? Wokół książki Zbigniewa Stawrowskiego „Solidarność znaczy więź AD 2020”, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 106

Przypisy

    Powiązane artykuły