24.06.2021

Nowy Napis Co Tydzień #106 / Nitki [fragment „Dziennika”]

W czerwcach jest błysk szaleństwa, chodzenie po krawędzi, smaczek zlotów czarownic, rozgrzanych snów, białych nocy, zabobonnych rytuałów, bezczelnego, pełnego bezwstydnej namiętności bujnienia roślin w świeżej jeszcze, niezmęczonej zieleni.

Dlatego to mogło przytrafić się tylko w szóstym miesiącu roku, ten splot okoliczności, co jak mnożące się, osobne komórki łączą się i przeistaczają w nową całość.

Wiosną 1981 roku zaczynam staż w studenckim dwutygodniku „Nowy Medyk”. Im bliżej czerwca, tym bardziej rosła ekscytacja planowaną wizytą w Polsce Czesława Miłosza, rok wcześniej nagrodzonego Noblem. W przepaści, jaka odgradza nasze generacje, pochodzenie, udział w historycznych i intelektualnych doświadczeniach zaledwie dwie przesłanki mogą tkać cieniutką nitkę wijącą się przez dzieje do tej mazurskiej szosy rozdzielającej olbrzymie, ciemne, dostojne cielsko lasu, gdzie stanęliśmy twarzą w twarz.

Przesłanka numer jeden: na studiach wśród innych samizdatów przemycałam na Wydział Polonistyki Zniewolony umysł. Przesłanka numer dwa: Weronika Miłoszowa z Kunatów, matka Czesława, przybyła latem 1945 roku wraz z mężem i młodszym synem w grupie przesiedleńców i repatriantów z Litwy na Ziemie Odzyskane. Znalazła schronienie we wsi Drewnica na Żuławach i niedługo potem umarła na tyfus, którym zaraziła się, pielęgnując gospodynię, starą Niemkę. Pochowano ją w Sopocie, na tym samym wzgórzystym cmentarzu, na którym świerki, sosny, buki, klony i lipy pożywiają się sokami martwych, i na którym spocznie też pewnego dnia moja matka – Kresowianka z poniemieckiej kamienicy, w towarzystwie swojego nielubianego męża, co, zatrudniwszy się za młodu w objazdowym cyrku, fikał motocyklem w beczce śmierci.

A może z tymi dwoma łączy się również trzecia nitka, wysnuta z sierpniowych dni rosolenia w 1980 roku, gdy kolejką elektryczną łączącą Trójmiasto zawoziłam strajkującym gotowany przez matkę rosół i wdrapywałam się z termosami na mur okalający teren Stoczni, i kiedy patrzyłam, jak robotnicy wykopują dół pod krzyż, który miał upamiętnić ofiary masakry z grudnia 1970 roku; nitka oplatająca stojący dziś w tym miejscu pomnik słowami wiersza: „Który skrzywdziłeś człowieka prostego […]”, napisanego przez Miłosza dwie dekady wcześniej w Waszyngtonie, gdy zerwał już interesy z komunistycznym reżimem – skręcona z tak solidnej przędzy, wyposażona w taką dynamikę przyciągania, że przywiodła w ten punkt na ziemi i o tej samej godzinie dziewczynę o trochę rozczochranych włosach i rozsławionego noblistę.

Zatem odbywam staż w „Nowym Medyku” przy ulicy Oczki w Warszawie, naprzeciwko prosektorium, gdzie studenci medycyny zaglądają pod podszewkę ciał jak na drugą stronę luster i wielu wstrząsa ten tajony widok wnętrz, tak odmiennych od fasady.

– A może byśmy za nim pojechali? – w redakcyjnym pomieszczeniu P.U., fotograf, zapala papierosa, zaciąga się głęboko i przygląda wędrującemu pod sufit obłokowi dymu podobnemu do rozleniwionej meduzy. – Ja bym robił zdjęcia, ty byś pisała.

– Za kim? – odrywam się od jakiegoś tekstu, stukot klawiszy maszyn do pisania dziurawi gładź parnego powietrza.

– Za Miłoszem. 

Delegacji nie dostaniemy, to jasne, najwyżej świstek potwierdzający współpracę z mało ważną redakcją. P.U. kusi: ma fiacika sto dwadzieścia sześć, kumpli w kilku miastach na Miłoszowej trasie, co użyczą na noc kawałka podłogi, a jak nie, to przycupniemy w prywatnej kwaterze albo schronisku. Ważne, żeby wtopić się w otoczenie noblisty w Warszawie, gdzie mieszka jego brat z rodziną i gdzie zaplanowano spotkanie w Muzeum Literatury na Starym Mieście.

Wrzucam do torby parę rzeczy, notatnik, taszczę ciężki jak diabli magnetofon kasetowy z mikrofonem.

I nastaje ten dzień – skwarny, nieprzejednany w duchocie. W niewielkich pomieszczeniach Muzeum Literatury ścieśniony, ociekający potem tłumek – mamy ze sobą plakietki z napisem PRASA, bez trudu dostajemy się do środka. Panuje tu uroczysty, onieśmielony lepki zgiełk – masywna postać Miłosza z krzaczastymi brwiami wyrasta z niego niby olbrzymie drzewo, donośny głos kontrastuje ze stąpającą na palcach, krążącą wokół czcią.

Pracownica Muzeum w oczach ma łzy. – Jak pani myśli – szepce mi do ucha, najwyraźniej przekonana, że należę do jego świty – czy możemy umieścić w naszych zbiorach szklankę, z której Mistrz pije wodę?

Rzeczywiście, pije, gorąco jest. Przytakuję, pani uśmiecha się z wdzięcznością i ściska mi rękę, jeszcze chwila, a ją pocałuje, więc przesuwam się dyskretnie w głąb.

Samochód, którym przemieszcza się Czesław Miłosz z krewnymi jest obszerny i szybki (nie pomnę marki). Nie odstępuje go auto M.B., fotoreportera oddelegowanego przez państwową agencję Interpress. – Panisko – kwituje, puszczając do mnie oko P.U. – Nawet kierowcę mu przydzielili.

Fiacik w mieście daje radę, w trasie – zawsze ostatni – goni tamtych. Jest jak uprzykrzona mucha, jak trzeci, wyblakły, najkrótszy cień, jak końcowy pogłos długiego echa. Zostaje jednak dostrzeżony przez bezpiekę – po śmierci Miłosza w 2004 roku w „Gazecie Wyborczej” ukażą się fragmenty raportu służb wywiadowczych z jego pierwszej podróży po Polsce ze wzmianką o fiacie sto dwadzieścia sześć, numer rejestracyjny taki a taki, którym porusza się fotograf i nieznana dziewczyna, prawdopodobnie dziennikarka. Niebawem przestajemy być niewidoczni w kręgu Miłosza. Andrzej, jego brat, kręci upamiętniający film, zagaduje, czy podzielę się swoim materiałem dla uszczegółowienia dokumentacji. Anthony, syn noblisty, uważny, skupiony, o łagodnej powierzchowności, miewa to samo, co ojciec, raptowne, spadające w mrok, smutne, do głębi znużone spojrzenie. Czasem wymykamy się z towarzyszących wizycie bankietów, biesiad i cocktaili i rozmawiamy o Polsce, jej nieprzeboleniach. O fenomenie tych dni z przyprawionymi skrzydłami, dni w powszechnym uniesieniu i jednoczącym rytmie przywołujących smak Sierpnia 1980 i pierwszą papieską pielgrzymkę. W Lublinie opowiadam mu o ekspedientce ze sklepu spożywczego, pod którym ustawiłam się w kolejce po bułkę i kefir (w tym czasie na KUL trwa uroczystość nadania Miłoszowi tytułu doktora honoris causa), pulchnej, ze srebrnym przednim zębem zgarniającym migoty światła jak okruchy ze stołu, która sięga pod ladę i triumfalnym gestem unosi podziemny tomik Wierszy wybranych. – Widzi pani, ja prosta baba jestem, ale co wypada mieć, wiem! – i śmieje się srebrnie, chytrze, ze wschodniopolską pogodą. Na ulicach mnóstwo ludzi, większość ostentacyjniez Miłoszem pod pachą, w dłoniach, omiatających się porozumiewawczym wzrokiem wspólnictwa.

W Łomży kładziemy się na trawie, która pachnie żyzną zielenią i mieszaniną kwitnących ziół, a wybujała pozwala ufryzować się wiatrowi w omaszczone słonecznym blaskiem fale. Nie znajdziesz takiej w Kalifornii, mówi Tony (tak zwraca się do niego otoczenie), bo szybko wypala ją żar. Inteligencji też nie doszukasz się w takiej skali jak w Polsce, chociaż dwa totalitaryzmy zadbały, by ją wytępić. Grupki intelektualistów koncentrują się na amerykańskich uniwersytetach, ale inteligencja jako warstwa społeczna, obejmująca również lekarzy, prawników, inżynierów, artystów, a nawet rolników – samouków, oczytanych, rozumnych, która z potrzeby duszy słucha sonat Beethovena i przekazuje potomkom te skłonności w genach, to zjawisko zrodzone w Europie Wschodniej i tak naprawdę obecne tylko na Starym Kontynencie. W komunizmie szukali azylu w skarbnicach literatury i wszelakiej sztuki, zaganiali wyobraźnię i umysł w rejony metafizyczne, ale azyl przeciekał: musieli gdzieś pracować, wykarmić rodziny, tkwić na smyczy zniewalającego systemu – więc wielu piło na umór, a niemało na śmierć.

Rozprawialiśmy tak, leżąc wieczorem na plecach na trawie w Łomży, i też sączyliśmy wino, które pomagało posklejać ułomki naszych oddzielnych światów, wiążące w całostki postny oddech kalifornijskiej pustyni z soczystymi grudami polsko-litewsko-ukraińskiej gleby i zastanawiam się, czy Tony’ego, urodzonego w Waszyngtonie, wychowywanego w Szwajcarii i Paryżu, osiedlonego w Ameryce, w którym płynie po matce i ojcu szlachecka polska krew, uwiera drzazga bezkorzenności.

Krótki, wątły cień fiacika sto dwadzieścia sześć wlokący się uporczywie za noblistą nieuchronnie dostrzega i on sam. Bywa, że jego samochód, tracąc nas na dłużej z pola widzenia, czeka na poboczu szosy. Prostujemy wtedy kości, śmiejemy się z żartów, które dawno rozpierzchły się w leśnych szelestach. Czesław Miłosz śmiech ma tubalny, pełny, w rozdźwięku z owymi nagłymi wejrzeniami w głąb czegoś, co zdaje się błąkać obrzeżami rozpaczy. Na jednym z takich postojów P.U. rzuca niby od niechcenia: – Ale to byłaby bomba! Ta dziewczyna – wskazuje na mnie – na rękach noblisty!

I już na tych rękach jestem – jakby chwyciło mnie stare, mocne drzewo. Błysk fleszy. P.U. i M.B., ten z państwowej agencji, pstrykają w szalonym tempie, w eterycznej ciszy rozgrzanego igliwia i smolistego ciepła asfaltu. (Jeszcze przed stanem wojennym jedyną kopię owego czarno-białego zdjęcia wysłałam na pamiątkę do Berkeley w przekonaniu, że bez trudu pozyskam inne od fotoreporterów. Obydwaj świetnie ten incydent pamiętali, lecz P.U. wyemigrował do Australii i nie miał pojęcia, co stało się z kliszą, tak samo drugi. Niewykluczone, że określone elementy zdarzeń – choć znajdują się w ich polu magnetycznym – upodobniają się do swobodnych, hasających źrebięco elektronów, przynależnych chwili istniejącej wyłącznie w czasie teraźniejszym).

Innym razem udaje mi się przeprowadzić z nim krótki wywiad – ukaże się na pierwszej stronie zdumionych czytelników pisemka „Nowy Medyk”. Pytam o genezę wiersza „Który skrzywdziłeś człowieka prostego / Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając […]” zaledwie dwa dni przed tym, jak spotkamy się pod pomnikiem upamiętniającym zamordowanych w 1970 roku, a Wałęsa rozbawi Miłosza tekstem: „Za to, co pan tu napisał, to ja siedziałem”.

Po drodze, w Sopocie (noblista jest w tym czasie na wzgórzystym, zalesionym cmentarzu przy grobie Weroniki, swojej matki) wpadam z impetem do rodzinnego mieszkania w poniemieckiej kamienicy, od której zaczęła się moja ucieczka do Warszawy: miasta niezliczonych wylotów ulic. – Jezusie święty, Maryjo! – wykrzykuje moja matka. Ojca nie ma, pewnie jeszcze w robocie. – A ty tu skąd?!

Śpieszę się, chwytam tylko kawałek chleba, twaróg, wodę i wracam do fiacika. Matka wygląda przez ukrzyżowane okno z drewnianymi framugami – takie, jakie miały wszystkie poniemieckie kamienice – nieporadnie macha ręką.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Elżbieta Isakiewicz, Nitki [fragment „Dziennika”], „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 106

Przypisy

    Powiązane artykuły

    Loading...