01.07.2021

Nowy Napis Co Tydzień #107 / Recepcja Schulza w międzywojniu

Bruno Schulz w oczach współczesnych. Antologia tekstów krytycznych i publicystycznych z lat 1920–1939 to pierwsza pozycja, która otwiera serię Archiwum Schulzowskie wydawnictwa słowo/obraz terytoria. Przywołałem pełny tytuł (wraz z podtytułem), ponieważ nadrzędne sformułowanie może być mylące dla odbiorcy. Nie wynika z niego wprost, że chodzi o krytyków współczesnych Schulzowi, a nie o krytyków piszących obecnie. To niedopatrzenie dałoby się łatwo naprawić, dodając w tytule zaimek.

Na początek dość oczywiste stwierdzenie, które jest niezwykle istotne przy okazji tego typu publikacji. Recenzowana książka nie jest pozycją dla każdego. Jeśli ktoś nie jest zainteresowany pierwotną recepcją twórczości Schulza czy artystyczną atmosferą międzywojnia, powinien z tej lektury zrezygnować. Właściwy adres tej książki stanowią przede wszystkim schulzolodzy, literaturoznawcy, poloniści i studenci polonistyki, o czym świadczy również fakt, że antologia jest pokłosiem projektu finansowanego w ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki. Książka zaczyna się naukowym i gęstym wstępem Piotra Sitkiewicza, potem następuje część właściwa, w której umieszczono dwieście cztery pozycje omawiające twórczość bądź biografię Schulza, a kończy ją rozbudowany aparat naukowy, na który składają się: Bibliografia, Nota edytorska, Indeks osób, Indeks dzieł Brunona Schulza oraz Wykaz czasopism. Już na tym poziomie widać, że nie jest to łatwa lektura. Tym bardziej że Piotr Sitkiewicz otwarcie przyznaje w Nocie edytorskiej: 

Zrezygnowałem z opatrywania tekstów przypisami i innymi objaśnieniami, wychodząc z założenia, że głównym, a może i jedynym obowiązkiem tekstologa jest ustalenie właściwej postaci tekstu (a w tym przypadku nawet korpusu tekstów), a nie obarczanie go interpretacjami, które mają być efektem pracy filologa-interpretatoraBruno Schulz w oczach współczesnych. Antologia tekstów krytycznych i publicystycznych z lat 1920–1939, redakcja i wstęp: P. Sitkiewicz, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2021, s. 509.[1]. 

Tę decyzję zdaje się potwierdzać jeszcze jeden wybór edytora, który konsekwentnie przedrukowuje w antologii teksty pierwodruków, nawet jeśli autor w przyszłości poprawił swój tekst. Sitkiewicz tak tłumaczy swoją decyzję: 

Po prostu – recepcja odbywa się tu i teraz, w kontekście bieżących dyskusji, mód, sporów, na gorąco, bez dystansu i literaturoznawczego namysłu. Dlatego podawanie świadectw recepcji w formie zredagowanej czy ocenzurowanej po latach przez autora, który być może dystansuje się od swoich dawnych wypowiedzi, jest moim zdaniem pogwałceniem fundamentalnej zasady wydawania tego typu dokumentówTamże, s. 507.[2]. 

Przyznam, że tego typu postawa edytorska jest mi bliska. Badając pierwotny odbiór jakiegoś dzieła, należy bazować na wersji tekstu, która wówczas funkcjonowała. Dzięki temu można zbadać realną recepcję twórczości, a nie tylko wybrane tezy. Liczą się także interpretacje sfalsyfikowane, ponieważ to one dają najprawdziwszy wgląd w to jak byli czytani pisarze, w którą stronę szli krytycy. Ponadto pozwalają sprawdzić, jak zmienił się stosunek autora do własnego tekstu. Lektura książki nie należy jednak do najłatwiejszych – brak objaśnień nawet mało znanych nazwisk, kontekstów czy wątków znacząco ją utrudnia i może zniechęcać potencjalnie zainteresowanych tą tematyką odbiorców. 

Również na poziomie ingerowania w teksty Sitkiewicz pozostaje bardzo ostrożny, dokonuje jedynie koniecznych zmian (należy pamiętać, że część utworów pochodzi sprzed reformy ortografii, co w połączeniu z przedrukiem oryginałów mogłoby stanowić niemały kłopot dla współczesnego czytelnika). W Nocie edytorskiej czytamy:

Z tego też powodu milcząco poprawiłem wszystkie ewidentne pomyłki dotyczące ortografii czy pisowni, nie ingerowałem jednak w składnię, gramatykę, podział na akapity i długość zdań. […] Dzięki temu publikowane teksty zachowują własną specyfikę, pozbywając się jednocześnie utrudniających lekturę zniekształceń i osobliwości, niewpływających jednak na interpretacjęTamże, s. 508.[3].

Pora na omówienie właściwej zawartości antologii, czyli zebranych tekstów. Jest to zbiór potężny, a zarazem – jak przyznaje sam Sitkiewicz – w dużej mierze otwarty, ponieważ wciąż pojawiają się nowe znaleziska schulzologów. Obszerność antologii wynika w dużej mierze z przyjętego przez redaktora kryterium wyboru. Aby tekst znalazł się w tym korpusie, wystarczyło, by padło w nim nazwisko Schulza „w jakimkolwiek kontekście”Tamże, s. 505.[4]. Dzieło Sitkiewicza stanowi więc rodzaj summy schulzologii, opiera się bowiem na kilku dostępnych bibliografiach czy pracach poświęconych pisarzowi. Zawiera zarówno literaturoznawcze, obszerne studia Artura Sandauera, jak i teksty mniej znane, nieodkryte, prawie niefunkcjonujące w naukowym dyskursie. Z drugiej strony nie brakuje także zwięzłych notatek prasowych, z pozoru mało istotnych, a z pewnością trudnych do odkopania. Ta publikacja oprócz źródła wiedzy o Schulzu stanowi również obszerną syntezę polskiego międzywojnia – pełno tu przecież tekstów, gdzie o autorze Sklepów cynamonowychwspomina się jedynie w drugim, a często i nawet piątym szeregu (jak na przykład w szkicu Leca). 

Recenzowana pozycja to książka, która jest raczej kopalnią kontekstów, przestrzenią do odkrywania tego, co w danym momencie nas interesuje, czasem kierująca nas w stronę, której zupełnie się nie spodziewaliśmy. Należy do niej po prostu wracać w razie (raczej naukowej) potrzeby. Dlatego pozwolę sobie omówić tylko dwa momenty lektury, które wywarły na mnie największe wrażenie. Resztę warto odkryć samemu.

Zacznę od wrażenia najmocniejszego, chodzi mianowicie o to, co zostało zapisane w ostatniej pozycji zbioru, czyli w nekrologu Schulza opublikowanym na łamach „Sztuki i Narodu”. „POZWOLILIŚMY ZGINĄĆ CZŁOWIEKOWI”Tamże, s. 492.[5] – czytamy wstrząsające słowa, ogłoszone w nacjonalistycznym i imperialnym czasopiśmie (w którego teksach programowych pojawiały się nawet wątki antysemickie). Ten nekrolog pozwala dostrzec w Schulzu nie tylko Żyda czy Polaka, malarza albo artystę, ale przede wszystkim ofiarę wojny. Prostota opisu, ale zarazem wzięcie odpowiedzialności cywilnej za śmierć swojego człowieka, wywarła na mnie wielkie wrażenie. W połączeniu ze Wstępem – gdzie Sitkiewicz arcytrafnie stwierdza, że zarówno prawica, jak i lewica oczekiwała od Schulza literatury zaangażowanej, walczącej o „lepsze jutro”Tamże, s. 17.[6] – pokazuje, że już wówczas autor Sanatorium pod Klepsydrą był pisarzem narodowym. Tymczasem drohobycki prozaik nie dał zwieść się żadnej ideologii: „Ostatecznie więc okazało się, że odniósł zwycięstwo – obroniła go jego uniwersalna sztuka, wolna od wszelkich pozaartystycznych, zwłaszcza ideologicznych naleciałości”Tamże.[7] – przyznaje autor antologii. Schulz stał się moralnym zwycięzcą, poległ, ale zachował własną tożsamość, własną „republikę marzeń”.

Drugim istotnym dla mnie tekstem – ze zgoła innych powodów – jest Jedna dziwna książka zupełnie zapomnianej już Kornelii Grafowej. Ten krótki szkic, opublikowany na łamach lwowskiej „Chwili”, ukazuje Schulza jako twórcę syntezy dwóch kultur: polskości i żydowskości, ich cudownego spotkania, wymieszania w tyglu. Sygnalizuje to już samo miejsce publikacji, któremu warto poświęcić chwilę uwagi. „Chwila” była to międzywojenna gazeta o profilu syjonistycznym, a więc – mówiąc metaforycznie – tekst z drugiej strony barykady, o zupełnie odmiennych korzeniach ideologicznych od tych, które dały podwalinę „Sztuce i Narodowi”. Dodatkowo atutem szkicu Grafowej jest jego wsobność, omawianie tego, co osobiste, intymne i szczere. Uniwersalne treści zostają przeczytane przez pryzmat ludzkiego doświadczenia. Autorka powiązuje również literaturę Schulza z jego dziełami plastycznymi, wskazując na paralelizm sztuk. Oto skromny wybór z tej recenzji:

Spotkałam się dziś, wśród zimowej zawieruchy, z książką wykwitłą z nadmiaru wydarzeń sierpniowych, z przeżyć tego miesiąca, który nie jest już latem, a nie dosięgnął jeszcze jesieni, z okresu, w którym przyroda buntuje się przeciw grożącej jej zewsząd śmierci i manifestuje w bujnych, okazałych formach swą dojrzałość. […] Sprawy i rzeczy obyte, otarte z wszelkiego uroku świeżości, pęcznieją sokami nowej treści. Dźwięk dobrze znanego wyrazu nabrzmiewa nowym znaczeniem. Nie należy szukać treści w tej przedziwnej książceTamże, s. 125 i 127.[8]. 

Choćby dla odszukania takich fragmentów – stworzonych przez niestety zapomniane nazwiska – warto sięgnąć po tę pozycję. Mnie po prostu takie uprawianie krytyki bardzo się podoba.

Zupełnie na uboczu chciałbym poruszyć jeszcze jedną, może mniej istotną kwestię. Książka jest bardzo nieporęczna, praca z nią jest dosyć trudna. Twarda oprawa w połączeniu z ponad pięciuset stronnicami nie ułatwia lektury. Warto, aby wydawnictwo przemyślało tę kwestię przy wydawaniu kolejnych pozycji Archiwum Schulzowskiego. Może warto zmniejszyć format książki albo zrezygnować z twardej oprawy?

Kończąc, należy pochwalić i docenić ogromną pracę wykonaną przez Piotra Sitkiewicza w ramach tego karkołomnego projektu. Redaktor, który oprócz potężnej, edytorskiej roboty, napisał również niezwykle istotny wstęp do tomu zatytułowany: Dyskursywizowanie Brunona Schulza. Tekst ten stanowi rodzaj mapy zawierającej przegląd omówionych pokrótce, najważniejszych kontekstów, w jakich można umieścić międzywojenną recepcję twórczości Schulza. To duża wartość dodana, skromny rozmiar tej rozprawki oraz jej słuszna skrótowość w żaden sposób nie ograniczają jednak lektury, nie narzucają własnej wizji twórczości geniusza z Drohobycza. 

 

Bruno Schulz w oczach współczesnych. Antologia tekstów krytycznych i publicystycznych z lat 1920–1939, redakcja i wstęp: P. Sitkiewicz, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2021.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Dariusz Żółtowski, Recepcja Schulza w międzywojniu, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 107

Przypisy

    Powiązane artykuły