22.08.2019

Nowy Napis Co Tydzień #011 / Pamiętacie Wiberga?

Stara kamienica w centrum, kiedyś luksus, teraz półruina. Mieszkania sześć. Otwarte, słaba żarówka w holu. Wykładzina wychodzona, wydarta do betonu. Bez wieszaka. Pchnął białe wysokie drzwi. Wszedł do pokoju. Nikogo. Mocne świetlówki. Sufit bardzo wysoko. Cztery duże zniszczone stoły. Przy jednym trzy stare wyściełane krzesła, każde z innego kompletu. Na stole przy oknie położył płaszcz i teczkę. Usiadł przy drugim, poplamionym atramentem, podrapanym scyzorykami. Podparł czoło i zamknął oczy.

Minęło pięć minut. Może pięćdziesiąt, jeśli drzemał. Pukanie. Chłopak dwudziestoletni, dziewczyna chyba trochę starsza, z plecaczkami, z torbami na laptopy.

– Dobry wieczór – powiedziała dziewczyna.

Chłopak zdjął szalik i kurtkę i rzucił na stół pod oknem.

– Czy tu będzie wieczór wspomnień o Dionizym Wibergu? – spytał. – Tak. Może być. To ja jestem Dionizy Wiberg. A od kogo wiadomość? Skąd wiecie?

Chłopak spojrzał na niego wrogo.

– Na co takie pytanie? W dwu gazetach było – powiedziała dziewczyna i rozejrzała się po pokoju. Tak czujnie, jakby spodziewała się, że trafiła do pułapki. Pociągnęła ku sobie jedno z krzeseł i siadła. Rozpięła zamek kurtki puchowej i zapachniało jej perfumami. Pomyślał, że są parą. Przyszli na jakiś wieczór wspomnień, bo było dla nich nieistotne, gdzie idą. Byle razem iść. Pan jest ojcem Julka – ogłosiła dziewczyna bez emocji. – Zapewne, jeśli tu nie ma jakiejś... jeśli Wiberg żyje i to pan. To nie można było przyjść do domu?

Zapadło milczenie. Poczuł, jak jest zmęczony. Przyglądał się im. Ładni oboje. Julek. Po co takie imię, niedzisiejsze. Juliusz Słowacki. Zero skojarzeń. Przypatrywali się mu. Siwy i łysy, to postarza pięćdziesięciolatka. Drobny, dżinsy, na szarym podkoszulku szara wiatrówka. Szczupła twarz z długim nochalem i dramatycznie wielkimi piwnymi oczyma. Grymas goryczy na wąskich wargach. Clown bez roboty.

– Głową w zatrzaśnięte drzwi – powiedział Wiberg. – Tak pewnie nie musiało być… Powtórzył to, co mówił do siebie w samolocie. W pociągu do Warszawy. Nieskładnie i za cicho mówił to, co już mówił sam sobie wiele razy. Julek, syn. Skąd mógł wiedzieć, że jest syn? Skąd mógł wiedzieć, skoro nie chciał wiedzieć? Nic, nic. Zatrzasnął drzwi, dosyć biedy. Była szansa wyjazdu, pojechał, nie oglądając się. Dosyć biedy.

– A Kasia? – spytał, bo tamci milczeli. Milczeli raczej wyczekująco niż obojętnie.

– Matka pojechała na narty. Z ojcem Martyny i z małą – odpowiedział syn. Niezbyt podobny. Julek. Juliusz. Syn.

– Nic nie chciałem wiedzieć – powiedział Wiberg. – Zatrzasnąłem drzwi i pojechałem.

Milczeli dalej i patrzyli na niego. Schował dłonie w rękawy, jakby zmarzł. A miał nadzieję, że przyjdzie ktoś z kolegów z Politechniki. Albo z Aeroklubu jaki modelarz.

Chciał spytać – a nie macie jej zdjęcia? – Nie pytał, bo czuł, że byłoby to głupsze niż wszystko, co zrobił dotąd po przyjeździe do Warszawy.

– A więc wszystko tak – powiedział, aby przerwać milczenie.

Drzwi otworzyły się raz jeszcze, weszła Kasia. Nie, nie Kasia, kobieta podobna do Kasi, ale wyższa. Ona też miała plecaczek i torbę z laptopem. Zdjęła czarną czapkę narciarską i starą futrzaną kurtkę, jaką miewali lotnicy na czarno-białych filmach. Masa sprzączek i kieszeni. Rzuciła swoje rzeczy obok kurtki Julka. Została w czarnej sukience z czerwonym paskiem. Ciemnowłosa.

– Już się zaczął wieczór wspomnień? – spytała.

 Cześć, ciotka Tulka – powiedziała dziewczyna.

– Chcesz krzesło? – spytał chłopak.

– Siedź sobie, junior – powiedziała kobieta. – Wiesz, że lubię siedzieć na stole.

Dopchnęła biodrem najmniejszy stół do ściany i usiadła na nim.

– To ojciec Julka – powiedziała do niej dziewczyna.

– Przecież poznaję – powiedziała ciotka Tulka i zmachała nogami w buciorach z czarnego futra. – Nic się nie zmienił. Powiedział wam, dlaczego uciekł?

– Powiedział, że zatrzasnął drzwi. A teraz wali w te drzwi głową – odpowiedziała dziewczyna.

Siedziały dość daleko od siebie i ta wymiana zdań miała w sobie coś teatralnego. Chyba je to bawiło.

– To jego styl – podjęła ciotka. – Ale jeśli to jest wieczór wspomnień, prosimy o szczegóły, panie Dionizy. O rozwinięte zdania złożone. Czy musimy mówić mu „panie Dionizy”? Nie ma tu nikogo poza rodziną. Kasia mówiła do ciebie Joni.

Dopiero teraz pokojarzył, kim była ciotka Tulka. Na którejś randce poszli z Kasią na lodowisko w pobliżu. Tor Stegny – tak się nazywało. W jakimiś tanecznym kawałku wjechała między nich dziewczynka w czapce udającej kocią głowę. Pajacyk, rumiana buźka, wesołe ślepka, nogi jak patyczki. Zakręciła się, trzymając się kaptura Kasi. Odfrunęła.

– Moja siostra – powiedziała Kasia za odjeżdżającą kociczką. – Rodzice dali jej imię Wistulla. Zgłupieli ekologicznie i przez to.

Mała znikła w kolorowym tłumie łyżwiarzy. Wistulla – Tulka.

Może widział ją jeszcze kiedy? Nie pamięta.

– Opowiadaj Joni – przynagliła Tulka. – Gdzie cię diabli ponieśli, jak uciekłeś od Kaśki? Studia rzuciłeś, roku nie zaliczyłeś?

Niewiele wtedy brakowało do zaliczenia drugiego roku na wydziale lotniczym Politechniki. Pojechał. A był taki czas, że właśnie niejeden wracał do Polski nagle wyciągniętej z brzucha niedźwiedzia. Wydobytej cudem i solidarnością. On wyjechał. Najpierw jednak dowiedział się w lotniczym ośrodku medycznym we Wrocławiu, że nie będzie mógł być pilotem. Nawet szybowcowym. Zła spirometria, częściowy daltonizm, a jako gwóźdź do trumny wrodzona wada błędnika. Nie dostał ani pierwszej, ani drugiej, ani trzeciej klasy zdrowia. Nie dostał szansy na kolejne badanie za rok. To go wpakowało w taki dół, że na spotkaniu z Kasią zachował się jak obojętny śląski cham. Zostawił ją zapłakaną w kawiarni „Gwiazdeczka” z rachunkiem do zapłacenia. A potem dowiedział się, że Kasia zaprosiła na studniówkę francuskiego studenta, który przyjechał na staż do jej ojca.

Wrócił do akademika, przyniósł po parę piw dla każdego z kumpli w pokoju. Powiedział, że zarządza wieczorek zapoznawczo-pożegnalny. Bo nie po to przyjechał z Tarnowskich Gór do Warszawy, żeby mu tu gówniara życiem rządziła. Wyjął z dna walizki list od Harveya Gallo, zaproszenie, bilet lotniczy. Ktoś go przecież gdzieś chce.

– Jak Kasia mnie nie chciała – powiedział Dionizy Wiberg – jak zaprosiła na studniówkę tego brodatego żabojada, to ja sobie przypomniałem, że mnie ktoś chce.

– Może nie było tak? – spytała ciotka Tulka. – Nawet jej nie pozwoliłeś powiedzieć…

– Zawsze mogła mi powiedzieć, co chciała – uciął. – Ona była warszawska panna, a ja hanys z Tarnowskich Gór. Nie byłem jej potrzebny, a ktoś był, co mnie wołał. Kiedy zdobyłem złoto w Zagrzebiu na mistrzostwach modelarskich za model samolociku Piper Cub, przyszedł facio, który miał największą w Kalifornii wypożyczalnię prawdziwych Piperów. Kupił mój model za prawdziwe dolary, to było tyle, ile mój ojciec przez kwartał zarabiał jako nauczyciel zawodu ciesielskiego w szkole sztygarów. Taki był kurs złotego, osiemdziesiąty siódmy rok. I od tego czasu korespondowaliśmy z Harveyem, to mi poprawiało angielski. On zresztą dzwonił do mnie, że ma dla mnie robotę. To też mi poprawiało angielski, ale myślałem sobie – najpierw dyplom na Politechnice i licencja w Aeroklubie. Szczeniackie marzenia. Pożegnałem chłopaków z akademika i „fru!” Ameryka jak w kinie. Była robota na lotnisku, skończyłem studia, odkupiłem warsztaty od wspólnika. A tu wszystko było jasne. Była u maturzystek gimnazjum Żmichowskiej moda chodzić ze studentem. Ci z Politechniki mieli więcej punktów. Jakoś pasowałem Kaśce. A potem – czego miałem szukać? „Fru!”

– Marne wszystko, co pan mówisz. Ty, Joni, po prostu… po prostu… – próbowała podsumować Tulka.

– Po prostu, to się zdaje, jak się patrzy z daleka – odpowiedział Dionizy Wiberg. – Tam nie ma zmiłuj. Więcej szło na dno, niż tego… Miałem trzydzieści siedem samolotów, wypożyczałem. Była setka miejsc w hangarach dla „kustomerów”.

– Dla klientów – poprawił Julek. I dodał: – Dla klientów, tato.

– Dobry jesteś, Jul – powiedziała dziewczyna, która z nim przyszła. – Już masz nowego tatę. Zabierze cię do Stanów.

– Nie potrzebuję – mruknął Jul, gapiąc się w czarne okno.

– Widzisz, Joni… A może mówić: widzi pan, panie Wiberg? – kontynuowała dziewczyna, która przyszła z Julkiem. – Widzi pan, Jul ma już ojca. Mój tata jako ratunkowy wdowiec ożenił się z Kasią. Wziął pannę z dzieckiem, żeby na ulicy Morszyńskiej nie było skandalu. Ten skandal to pańskie dzieło, Dionizy Wiberg – rzuciła ostro z pretensją. – Marko, mój ojciec chciał mieć syna, a miał tylko córkę. Teraz ma Julka i dwie córki, bo się im urodziła mała. Z tym że ja jestem na przyczepkę. Gotuję im czasem obiady.

– Przeważnie ja gotuję – odezwała się siedząca na stole ciemnowłosa Tulka. – A ty w kółko risotto.

– Wszyscy lubią. A szarlotkę jak zrobię, to ty wtrusiasz połowę – odcięła się dziewczyna.

– Ale to nie jest wieczór wspomnień o szarlotce Martyny – podjęła Tulka. Czuło się, że jest mocna i dlatego pewna siebie. – Mów pan, Joni. Możesz po angielsku, możesz po śląsku jako hanys.

Zapadła cisza. Miał syna. Nie padli sobie w ramiona. Żadnych łez, żadnych pocałunków. Co ma z tym robić, że wszystkie walki jego życia okazały się niczym? Był ojcem, który przegrał, uciekł, nie sprawdził się. I co? Będą tak milczeć naprzeciw siebie?

– Pamiętam domy na Morszyńskiej – przyznał Wiberg. – Wasz dom na Okrężnej. Ładny park po drugiej stronie, stare drzewa za fosą. Ja miałem większy dom, ale nikt mi obiadów nie gotował w South Carolina, tam. Przyjechała jedna Polka z Internetu, nie wytrzymała ze mną. Pojechała.

– To nie dużo masz wspomnień, panie Dionizy Wiberg – powiedziała  Tulka i uśmiechnęła się. Może nawet nie był to złośliwy uśmiech. – Ale coś jest. Bałam się, że nic nie będzie, że o Dionizym Wibergu wszyscy zapomnieli. A ja go pamiętałam. Pamiętałam, jak moja siostra Kasia… żeście się z Kasią zgubili. I pomyślałam, że w Internecie coś powinno być o Wibergu. Już jest. Zamówiłam taką stroniczkę u sąsiada. Znasz go, Julek, u Cypka Bezmiarki.

Mówiła to i już nie siedziała na stole. Wyjęła z plecaka notebook i włączyła.

– Klikam, wklepuję Dionizy Wiberg i patrz pan.

Postawiła przed nim tablet, wróciła na swój stół. Na ekranie pojawiły się mapki. Sadyba, Czerniaków, Siekierki w Powstaniu Warszawskim.

Wyjął okulary z wewnętrznej kieszeni wiatrówki.

– Gdzie? – spytał zdezorientowany. Czuł, jak jest głupio. Julek wstał z krzesła i stanął z tyłu za Wibergiem.

– Kliknij na „samolot powstańczy” – powiedziała ciotka Tula.

Wiberg zawahał się z wyciągniętą ręką. Julek pochylił się i dotknął klawiatury. Pojawił się obrazek – samolot RWD-8 w wersji hydroplanu na tafli jeziora. Wiberg przypomniał sobie Jeziorko Czerniakowskie. Chodzili z Kaśką przez trzciny, pod nogami czasem chlupało czarne błoto.

Artykuł internetowy opowiadał o jakimś innym Dionizym Wibergu. Pseudonim „Ptaszkowski”. Podporucznik, pilot z pułku „Baszta”. We wrześniu 1939 nie wyruszył z Okęcia razem ze swoją eskadrą treningową Pierwszego Pułku Lotniczego, był w szpitalu, chorował na zapalenie płuc. Do konspiracji wciągnął go młodszy brat, Jeremi, pseudonim „Magnat”, harcerz, uczeń gimnazjum imienia księcia Józefa Poniatowskiego. Dionizy z bratem brali udział w akcji odnajdywania składów broni ukrytej we wrześniu. Całe linijki o zmianach organizacyjnych, dowódcach. W końcu też o tym, że w na polecenie harcmistrza Ludwika Bergera, pseudonim „Goliat”, Wiberg-Ptaszkowski odnalazł pod Siedlcami wrak samolotu RWD-8, który w lipcu 1939 roku lądował przymusowo i rozbił się – już na ziemi. Wrak trzymali chłopi w dwu stodołach we wsi Dmochy-Kamień. Udało się przewieźć go w częściach do Warszawy jesienią 1940 roku. Kadłub, silnik i skrzydła ukryto w stajniach należących niegdyś do browaru Haberbusch-Schiele, a odkupionych przez właściciela gospodarstwa ogrodniczego na Siekierkach, ojca dwu młodych konspiratorów, Jana Wiberga. Obszerne stajnie i wozownie przylegały do bunkra, w którym składowano lód z jeziorka. Za polskich czasów lód razem z piwem rozwożono do restauracji platformami zaprzężonymi w ciężkie perszerony…

– Pogięło cię chyba, ciotka Tulka – jęknął Julek. – Haberbusch miał wozownie i stajnie na Ochocie, nie tu u nas! Tylko bunkier na lód stoi. No i z tym samolotem powstańczym to nic. Nie było nic takiego.

– Powinno być, mieli samochody, czołg zdobyli – odparła Tulka. Mówiła do siostrzeńca, ale jej ciemne oczy szukały spojrzenia Dionizego. – To ten twój kumpel Bezmiarka wykombinował. Ja tylko zamówiłam, żeby cokolwiek było o wspaniałym lotniku Wibergu Dionizym. Na dzisiejszą okazję.

Wiberg Dionizy rozejrzał się zdezorientowany. Zobaczył, że przyrodnia siostra Julka, Martyna, też zagląda w ekran swojego notebooka. I podnosi brwi z ironiczną dezaprobatą.

– Ale tu jest tak, jakby były te stajnie – ciągnął rozsierdzony Julek, stukając palcem w ekran. – Jakby był naprawdę jakiś powstańczy samolot, jakiś Wiberg. Młodzi ludzie otwierają Internet, chcą o powstaniu, a tu kłamstwa. Pogięło was! Smrodu narobicie, skasujcie to!

– To Bezmiarka, kumpel twój przecież. Razem jesteście w grupie rekonstrukcyjnej. Widziałam was w tym cyrku na 1 sierpnia, narobiłam zdjęć. Pokazałabym ci, Joni. Hełmy, panterki, opaski. Obwieszeni bronią, mapniki, lornetki, manierki. Jakby powstańcy tyle mieli różnych szmajserów, pogonili by kota Niemcom. A  w powstaniu oni mieli jednego pistolca na pięciu. I nie jest to gorsze kłamstwo? Wiesz Joni, jakie oni robią przedstawienia? Dymy, petardy. Niewyżyci pirotechnicznie.

– Ty ciotka, jak zawsze… zgaga jesteś – Julek już nie próbował się bronić. – Niech pan przewinie w dół… niech ojciec… co tam dalej Bezmiarka wymodził. On zdawał na archeologię, z takim aparatem jeździ na pola walk i szuka żelaza. Z wykrywaczem…

Dionizy zajrzał głębiej w mistyfikację sąsiada Bezmiarki. Było o tym, jak dopiero zimą 1943 roku Dionizy Wiberg spotkał w Celestynowie swojego przełożonego z eskadry treningowej, majora Kurdziela. Tamten pamiętał, że przed wojną Dionizy składał w Inspektoracie prośbę o przeniesienie do Pucka do Dywizjonu Morskiego albo do Eskadry Rzecznej Flotylli Pińskiej. Ze swoimi przełożonymi uzgodnił, że samolot przechowywany na Sadybie zostanie zrekonstruowany, przystosowany do startu z Jeziorka Czerniakowskiego i uzbrojony. Do uzbrojenia nigdy nie doszło, ale latem 1944 roku samolot był gotów – tyle że w częściach. Największym kłopotem były pływaki. Zdecydowano się na pływaki o konstrukcji drewnianej, mogła je wykonać wytwórnia mebli na Mokotowie, która w swoim czasie robiła pływaki dla wodolotów R XII-bis z fabryki w Lublinie. Tyle że forma i wyważenie pływaków wymagało skomplikowanych obliczeń, musiały być dostosowane do charakterystyki dynamicznej samolotu. Żaden RWD-8 nie miał wersji wodnosamolotu. Nie było możliwości prób w tunelu aerodynamicznym. Po miesiącach poszukiwań udało się znaleźć matematyka, który współpracował z konstruktorami fabryki Plage-Laśkiewicz. Ukrywający się w Biłgoraju Fajwel Bełzki został przerzucony do Warszawy, pływaki zostały wykonane według jego projektów. Przewieziono je na Sadybę wozami gospodarstwa ogrodniczego, które zaopatrywało także posterunki niemieckie na Mokotowie i na Służewcu.

W powstaniu Dionizy Wiberg „porucznik Ptaszkowski” w składzie kompanii „K” Pułku Baszta wziął udział w nieudanym ataku na posterunki niemieckie na terenie torów Wyścigów Konnych na Służewcu. Natarcie załamało się, dowódca, major „Majster” (Józef Hoffman), usiłując uratować resztki oddziału, poprowadził go do Lasów Kabackich, potem do Lasów Chojnowskich. Większości kompanii udało się wrócić na teren walk przez Wilanów 25 i 26 sierpnia. Potem oddział brał udział w zdobyciu klasztoru Nazaretanek na Czerniakowskiej. Lekko ranny w bark Ptaszkowski-Wiberg na polecenie dowódcy pozostał w Lasach Chojnowskich z zadaniem doprowadzenia na Sadybę stacjonujących w leśnych bunkrach małych grup partyzanckich.

Dowodząc niewielką ilością źle uzbrojonych żołnierzy, Ptaszkowski dotarł do rodzinnego domu na ulicy Goraszewskiej, gdzie udało mu się doczekać nadejścia patroli pułku „Waligóra”. Dalej działał w składzie tego pułku, którego dowódcą był daleki kuzyn jego matki, pułkownik „Waligóra” czyli Adam Remigiusz Grocholski, przedtem szef „Wachlarza”. Przez łączniczkę „Wichnę” Ptaszkowski skontaktował się z dowódcą, meldując, że samolot mógłby wystartować, wykonując jakieś zadania rozpoznawcze, transportowe albo bojowe. Dzień później, 2 września, załamała się obrona Sadyby. Od tej pory tylko grupki powstańców ukrywały się w pojedynczych obiektach. Młodszy brat Dionizego, Jeremi albo „Magnat”, przedostał się już wtedy do Śródmieścia kanałami, a po wojnie mieszkał poza Polską.

Przed samą kapitulacją Mokotowa Ptaszkowski-Wiberg zdołał zobaczyć się z ciężko rannym „Waligórą” i uzyskać od niego zezwolenie na wyprowadzenie samolotu z rejonu walk. Samolot miał umieszczone na kadłubie niemieckie znaki rozpoznawcze, co nie dawało zresztą żadnej gwarancji, bo nad Warszawą operowały już wtedy samoloty sowieckie. Dwukrotnie bombardowały one okolice placu Bernardyńskiego i klasztoru na Służewcu.

W nocy z 26 na 27 września Wiberg na platformie toczonej przez swoich żołnierzy (konie dawno były zjedzone) przewiózł samolot w częściach pod drewniany most na Jeziorku Czerniakowskim. Most stał na przedłużeniu ulicy Goraszewskiej, Nie tam, gdzie nowy, betonowy. Potem przy pomocy znajomych mechaników samochodowych zmontował go i napełnił zbiorniki paliwem przechowywanym do tej pory w „lodowym bunkrze” browaru Haberbusch-Schiele. O świcie, w porannych mgłach samolot wystartował z jeziorka. Za sterami siedział Wiberg, w kokpicie poza nim była nieznana z nazwiska dziewczyna, zapewne narzeczona pilota. Według relacji Jerzego Mitury, mechanika, który miał warsztat samochodowy na ulicy Okrężnej, jeszcze w roku 1947 paliwo w zbiornikach pozwalało na przelecenie 180 do 250 kilometrów. Czy lotnikowi udało się przebić przez pierścień ognia, niemiecką i sowiecką obronę przeciwlotniczą? Na ten temat nie ma nic, ani w polskich, ani w niemieckich źródłach historycznych. Ani słowa także w relacjach czy wspomnieniach uczestników walk i świadków. Nie jest jednak wykluczone, że natrafimy jeszcze na źródła rozwiązujące zagadkę losów Dionizego Wiberga i jedynego lotu „powstańczych sił powietrznych”.

– Po co pani to zrobiła? – spytał Dionizy Wiberg.

– Jaka pani? Byliśmy na ty, Joni. Tylko ciebie tak fascynowała Kasia, że już nic nie pamiętasz.

– Może. Kiedy to było… Ale po co?

– Ciotka tak zawsze – odezwała się Martyna znad swojego kremowej barwy notebooka. – Teatr robi z życia, bo nudne życie „singluje”. Tylko teraz jakoś wrednie wypadło wobec pana. Że pan gorszy. W porównaniu z bohaterem, co jak ptaszek wyfrunął z powstania. Prawdziwy Ptaszkowski.

– A to mnie akurat gówno obchodzi – warknął Dionizy. Zabrali jego nazwisko i wzbierała w nim wściekłość. – Kto bohater, kto gorszy. W Ameryce to się nie liczy. Ale wy tutaj szopkę robicie, blagę. Ja przecież spotykałem w Stanach ludzi z powstania. Oni mówili o nim jak o świętości. Odmawiali swoje barykady, steny i „pseuda” jak pacierze. Musi być prawda. Jak się ma pamiętać, musi być prawda. W końcu to wasze miasto.

– Spoko, ojciec – odezwał się Juliusz. – Zaraz dzwonię do tego gostka, do Bezmiarki. On to wycofa. Jak nie wycofa, to mu spuszczę taki… Wycofa, ojciec.

Julek dotknął ramienia Dionizego. Dionizy poczuł dotknięcie ręki syna. Syn próbował chyba obronić go. Pomóc?

– Cypek wycofa – powtórzył. – Jeśli już kasę wziął od ciotki, to mu teraz ganz egal.

– Czekaj, Jul – wtrąciła się znowu Martyna. – Czekaj, nie dzwoń! Ten twój Cyprian Bezmiarka zrobił dobrą robotę. To ładna historia. A ty chcesz niszczyć. Jakbyś freski z tynku obijał. Nie wiem, panie Wiberg, co się lepiej pamięta: prawdę czy ładne historyjki. Porucznik Ptaszkowski porwał narzeczoną w niebo płomieni nad konającą stolicą… Przecież to jak mit.

Dionizy Wiberg poczuł znowu zmęczenie. Usłyszał nazwy ulic – Morszyńska, dom był obok na Okrężnej. Goraszewska, Zielona, Jeziorna. I był most na jeziorku, patrzyli z Kaśką na księżyc nad jeziorkiem. Z tego mostu patrzyli, wiatr szumiał w trzcinach. Wyrzucił to wszystko ze swojej amerykańskiej głowy. Myślał, że na zawsze. Wrócił, aby pochować matkę w Tarnowskich Górach i myślał, że teraz jest ostatni z rodziny, że nikogo. A tu kłótnia rodzinna. W Warszawie kłótnia o Warszawę chyba… o honor lotnika.

Ktoś zapukał delikatnie, zakaszlał i skrzypnęły drzwi.

– Przepraszam, trudno było znaleźć… – powiedział bardzo stary wysoki pan podpierający się parasolem. – O Wibergu wspomnienia, prawda?

– A pan też z rodziny? – spytała Tulka. – Wzięła od starego parasol i płaszcz z bobrowym kołnierzem, podsunęła mu krzesło opuszczone przez Julka.

– Nie, z Politechniki. Feliks Bełzki – przedstawił się przybysz i pocałował Tulkę w rękę.

Dopiero w tej chwili przypomniało się Dionizemu. Wykładowca z analizy matematycznej. Postrach, profesor Bełzki. Została mu ta sama siwa grzywa zasłaniająca uszy i kark. Podszedł do profesora.

– Oczywiście, pamiętam – powiedział stary matematyk. Zawsze opowiadałem profesorowi Pogorzelskiemu o studencie ze Śląska, który mi znalazł błąd w dowodzie dotyczącym przestrzeni Hilberta. Był taki Wiberg – i tak dalej… Co się z panem działo, jak pan uciekł ze studiów? Już pan tu wszystko opowiedział?

– A czy pan był podczas wojny w Biłgoraju? – spytała nagle ciotka Tulka.

Zdziwiony profesor odwrócił się do niej z krzesłem.

– Tak, do lata czterdziestego trzeciego. Skąd pani wie?

– Przecież w Internecie jest wszystko – powiedziała Tulka do profesora, ale jej ciemne oczy znowu szukały szarych oczu Dionizego. – Wszystko prócz przyszłości.

 

Opowiadanie pochodzi z tomu opowiadań Przebierańcy i przechodnie, powstałego ze wsparciem systemu stypendiów twórczych Biura Kultury Miasta Stołecznego Warszawy.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Piotr Wojciechowski, Pamiętacie Wiberga?, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 11

Przypisy

    Powiązane artykuły