22.07.2021

Nowy Napis Co Tydzień #110 / Elegancki minimalizm. „Nowy wybór wierszy” Ewy Lipskiej

Dokładnie 10 września 2020 roku ukazał się w wydawnictwie a5 autorski wybór wierszy Ewy Lipskiej. Minęło już nieco czasu od premiery, co pozwala spojrzeć na tę książkę w sposób zdystansowany, mniej emocjonalny, lepiej dostrzec wady i zalety publikacji.

Wydawca na swojej stronie internetowej oznajmia, że mamy do czynienia z twórczością „najwybitniejszej poetki piszącej dziś po polsku”. Z takimi generalizującymi określeniami można by polemizować, choć z pewnością Lipskiej udało się na przestrzeni lat stworzyć stosunkowo rozpoznawalny idiom. Nie tak dawno autorka otrzymała nagrodę Silesius za całokształt twórczości, nadal wydaje nowe książki, innymi słowy – jest ciągle obecna w świadomości czytelników i krytyków. Osobiście nie jestem zwolennikiem tej poetyki, ponieważ zbyt mocno kojarzy się z tym, co zrobiła Wisława Szymborska. Mimo to postanowiłem jednak pochylić się nad wierszami Lipskiej, zaciekawiony, co też ostatecznie wyłoni się z takiego międzypokoleniowego starcia.

Uważam, że w Polsce brakuje rozmów o literaturze, w których braliby udział ludzie wywodzący się z różnych środowisk, skłaniający się ku odmiennym strategiom twórczym, w różnym wieku. Już w momencie publikacji książki byłem przekonany, że głosu nie zabierze nikt z krytyków mojego pokolenia. I chyba rzeczywiście tak się stało (jeśli się mylę, proszę dać mi znać), dlatego sam pokusiłem się o skreślenie paru słów. W niniejszym szkicu, inaczej niż zazwyczaj, postanowiłem przyjrzeć się konkretnym tekstom, dokonać analizy „punktowej” w odróżnieniu od syntetyzujących rozpoznań.

Silną stroną wyboru są z pewnością wiersze minimalistyczne, w których poetka zaledwie kilkoma słowami potrafi oddać trafną myśl. Z minimalizmem na ogół mam problem, ponieważ to tylko… kilka słów. Ktoś mógłby zapytać: „czy to jeszcze jest poezja?” – sam czasami zadaję takie pytanie. U Lipskiej jednak lapidarność idzie w parze z poczuciem, że przecież nie można było tego powiedzieć inaczej. Choćby wiersz bez tytułu ze strony 131:

warto umrzeć
dla takiego wiersza
któremu
nie dowierza śmierć.

Paradoksalnie eleganckie (elegancko paradoksalne) zdanie rozpisane na cztery wersy, w których udało się pomieścić trzech bohaterów: autora, wiersz i śmierć; i walkę, jaka się między nimi rozgrywa. Mowa tutaj o poświęceniu dla sztuki, o nieśmiertelności poezji, „której nie dowierza śmierć”. Nie brzmi to nazbyt pompatycznie? Być może, ale czy każdy paradoks Lipskiej musi pobrzmiewać ironicznie? Panuje tutaj raczej ton powagi, a nie nadętej emfazy, dzięki czemu tekst się broni.

Innym interesującym wierszem spod znaku minimalizmu jest z pewnością Susza (strona 112):

Susza w mojej głowie jest tak wielka
że muszę uważać
aby pamięci
nie zaprószyć ogniem.

Poprowadzenie tekstu wyłącznie na jednym koncepcie bywa ryzykowne, ale tym razem się udało. Jeśli poprzedni wiersz dotyczył przede wszystkim osób przejawiających aspiracje artystyczne, to mocną stroną powyższego jest jego uniwersalność. Z pewnością wiele osób przeżywa rozterki podobne do rozterek bohatera/bohaterki Suszy – tylko po prostu używa przy opisaniu tych stanów innych słów. Warto wspomnieć tutaj również o umiejętnym zbalansowaniu tonacji: powaga bez zgrzytu koresponduje z delikatną autoironią podmiotu.

Jednak moim ulubionym tekstem w kategorii „krótko i w punkt” pozostaje Chodzi o to (strona 107):

Chodzi o to
by wiedzieć
czy z ust wydobywają się jeszcze
słowa słowa słowa
czy tylko kamienna fontanna
z której zsuwa się liść.

Na plan pierwszy wysuwa się aluzja. Któż tego cytatu nie zna? Zagadnięty przez Poloniusza w bibliotece: „Książę, co czytasz?”, Hamlet odpowiedział: „Słowa, słowa, słowa”. Do Hamleta dotarło wtedy, że wiedza, którą czerpie z książek, to jedynie słowa bez treści. W momencie odkrycia przez bohatera dysonansu, w którym się znajduje, czyli w przepaści między zamiarem i czynem, zaczyna się tragedia. A więc wychodzi na to, że „słowa” nie są alternatywą wobec „kamiennej fontanny”, choć po pierwszej lekturze tak mogłoby się wydawać. Oba rozwiązania są skazane na porażkę. Fatalistyczne przesłanie, prawda? Za to jak elegancko zostało rozpisane na poszczególne wersy. Gratulacje.

Minimalistyczne są także prozy poetyckie zawarte w tomach Droga pani Schubert (2012) oraz Miłość, droga pani Schubert (2013). Być może właśnie krótkie utwory najdobitniej wskazują na siłę pisarstwa Lipskiej, która przy dłuższych formach wypada nieco słabiej, bardziej przewidywalnie, natomiast w zwięzłych pozostaje zaskakująco niejednoznaczna. W tym momencie warto chyba zacytować Testament (strona 166):

Droga Pani Schubert, piszę do pani z Amsterdamu,
gdzie dostałem stypendium na napisanie
testamentu. Naszą miłość zapisałem Przeszłości,
którą, jak zawsze, odkładamy na Przyszłość.
Wyrwałem ją ze snu. Wschodziły jaskółki.
Niebo było zbędne.

„Stypendium na napisanie testamentu” to oczywiście kpina z różnorakich grantów twórczych. W sformułowaniach tego typu świetnie widać ironiczne zacięcie Lipskiej. Później robi się nieco mniej śmiesznie. Podmiot wiersza zdaje się pytać, dlaczego tak często próbujemy wymazać przeszłość z naszej teraźniejszości, a jeśli nawet jej nie wymazujemy, to myśl o niej ciągle odsuwamy na bok, na później. Nie udziela odpowiedzi być może dlatego, że mogłaby wydać się nazbyt banalna.

Intrygujące są dwa ostatnie zdania: „Wschodziły jaskółki. Niebo było zbędne”. Podejrzewam, że chodzi o uwypuklenie cielesnego wymiaru miłości (choć mogę się mylić), o wyparcie sfery sacrum na rzecz przyrody. Moją wątpliwość budzi też nadawca tego niby-listu. Jak łatwo zauważyć, wiersz, mimo pozornej prostoty, uruchamia kilka interpretacyjnych łamigłówek, które zapewne celowo zostały tak zawoalowane. Dzięki podobnym zabiegom tekst zyskuje na niejednoznaczności, a tym samym – na jakości literackiej. Intrygująca wizja wyłania się z kolejnego „listu”, zatytułowanego Pomiędzy (strona 183):

Droga Pani Schubert, zastanawiam się, gdzie zamieszkamy Potem.
Potem, czyli tam, gdzie przedtem stała fabryka, która produkowała
życie pozagrobowe. Będzie to pomiędzy tym, czego nie zrobiliśmy
i czego nie zrobimy potem.

Tę małą prozę standardowo rozpoczyna zwrot enigmatycznej persony do równie enigmatycznej Pani Schubert. Refleksji zostaje poddane to, co „potem”, które definiowane jest poprzez „mieszkanie” – słowo o biblijnym rodowodzie („W moim domu jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział” – J 14,2). Aluzję biblijną sprawnie przełamuje ironiczny koncept fabryki, wzbogacony o aliterację: potem – tam – przedtem (w następnym zdaniu: tym). Wizja zaświatów okazuje się dość przewrotna, bowiem zostaje pożeniona ze stanami potencjalności, ukrywa się „pomiędzy tym, czego nie zrobiliśmy i czego nie zrobimy potem”. Przyznać trzeba, że w zaledwie trzech zdaniach Lipska osiągnęła piękny efekt, który mógłby nie zadziałać przy dłuższym tekście. Zwróciła na to uwagę Justyna Sobolewska, pisząc o Sefer – pierwszej powieści poetki: „Szkoda tylko, że ta ciekawa próba innej narracji o demonach przeszłości zamienia się w ciąg porównań i cytatów prześcigających się w atrakcyjności. To tak, jakby w chórze każdy chciał być solistą”Patrz „Polityka” 25/2009 (2710), s. 50.[1].

Oczywiście nie jest tak, że dykcja Lipskiej wybrzmiewa najlepiej wyłącznie w minimalizmie. Znane są jej nieco dłuższe formy, które robią niemałe wrażenie – choćby wiersz Zawdzięczam życiu. Każde słowo ma tu swoją wagę, dlatego postanowiłem przytoczyć go w całości:

Zawdzięczam życiu
że pochylało się nade mną.
Dmuchało na łyżeczkę słońca
kiedy połykałam lato.
Inne dzieci z krzykiem podpalały latawce.


Kiedy umierałam żyło za mnie.
Kiedy żyłam umierało za mnie.

Zawdzięczam życiu
że kochała się we mnie miłość.
Do dzisiaj mnie zadziwia zenit ptaka
spadającego w afekcie do naszej rozmowy.

I ten wiersz pod górę
w którym za dużo cukru.
Lub za mało muzyki sfer.

Wyczuwalny jest z pewnością głos doświadczonej osoby, zdającej relację – sobie i innym –z „dziejów życia”. Ciekawe, że krakowska poetka, nawet gdy pisze wiersz z rysem autobiograficznym, „przystraja” go w szaty historyczne. Tak jakby to, co osobiste, musiało spleść się z czymś ponadjednostkowym, uniwersalnym, aby z tego splotu czytelnik mógł wynieść jak najwięcej dla siebie. Być może w tym właśnie punkcie Lipska pozostaje pod wpływem Nowej Fali, która postawie otwartej prywatności chyba nigdy nie była szczególnie oddana. Czuć tę nieufność wobec intymności w ostatnich słowach: „I ten wiersz pod górę,/w którym za dużo cukru”. Powaga po raz kolejny zostaje przełamana tonem autoironicznym, z korzyścią dla wydźwięku całości.

Cóż, do miodu zawsze warto dodać łyżkę dziegciu, i właśnie teraz, gdy zbliżam się do zakończenia szkicu, jest ku temu najlepsza okazja. Wydaje mi się, że Lipska czasem zbyt mocno dowierza konceptualności wiersza. Chodzi mniej więcej o to, że gdy poetka bierze na warsztat jakiś temat (np. pisząc o Keatsie czy choćby o tak niepozornym przedmiocie jak klamka), to kurczowo się go trzyma, zamiast nieco poluźnić ramy własnego konceptu. Innymi słowy – czytelnik może odczuć pewien rodzaj znużenia, wywołany przewidywalnością poprowadzenia wiersza w prostej linii od – do. Oczywiście mój zarzut nie jest potężnego kalibru, ponieważ na ogół pisarstwo Lipskiej mi odpowiada, ba – jestem w stanie zrozumieć uznanie, jakim darzy się krakowską poetkę w środowisku, a nawet poza nim. Po prostu wolę teksty bardziej rozgałęzione, mniej linearne. Na szczęście w niemałym dorobku Ewy Lipskiej znaleźć można sporo właśnie tak zapętlonych liryków. Szkoda tylko, że krytyka literacka w Polsce z reguły albo chwali, albo przemilcza, zamiast próbować wskazać dobre i nie tyle złe, co po prostu nieco gorsze, strony danego pisarstwa.

Ewa Lipska, Nowy wybór wierszy, Kraków: Wydawnictwo a5, 2020.

okładka

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Piotr Jemioło, Elegancki minimalizm. „Nowy wybór wierszy” Ewy Lipskiej, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 110

Przypisy

    Powiązane artykuły