05.08.2021

Nowy Napis Co Tydzień #112 / Science czy fiction? Fantastyczne spotkanie Janusza Zajdla i Stanisława Lema

W wersji scenicznej poniższy dialog będzie rozlegać się zza sceny, na której stać będzie kawiarniany stolik z dwoma krzesłami. Po zakończeniu poniższej dyskusji, której może towarzyszyć pisk gąbki trącej o szybę, obaj aktorzy wchodzą na scenę i siadają przy stoliku, po czym pojawia się kelner, by przyjąć zamówienie.

– Mój panie, hola! Co pan tutaj wyrabia?! Ja wcale nie zamawiałem mycia samochodu! To jakaś pomyłka!

– Wie pan, ja trochę się właśnie tej pomyłki obawiałem. Nie widziałem, czym pan tutaj przyjechał, wóz pokazał mi miejscowy dozorca, a minę przy tym miał tak szelmowską, że aż do tej chwili wcale nie miałem pewności, czy drań nie skorzystał z okazji i nie wrobił mnie w mycie cudzego mercedesa.

– Ten mercedes istotnie jest cudzy, drogi panie!

– Jest pański.

– Ano właśnie!

– Pan Stanisław Lem, prawda? A skoro ten mercedes jest pański, to wszystko poszło zgodnie z planem!

– Ależ ja wcale nie zamawiałem mycia samochodu!

– Wiem, że pan nie zamawiał. Pozwoli pan, że się przedstawię, Janusz Zajdel, fizyk jądrowy.

– Wygasili wam reaktor w Świerku, że musi pan teraz zarabiać na życie nieproszonym myciem samochodów?

– Proszę to przyjąć jako wyraz mojej wdzięczności za CyberiadęSolaris.

– Ach tak! Nareszcie rozumiem… Trochę mnie pan zaskoczył, przyznaję.

– Liczyłem na małe zaskoczenie, nie ukrywam tego.

– To się panu udało! Doprawdy jeszcze nikt mnie w ten sposób nie uhonorował… Dziękuję i przepraszam za mój podniesiony głos.

– Cała przyjemność po mojej stronie!

– Pan wie, że ja właśnie miałem spotkanie autorskie, tu obok, w klubokawiarni?

– Tak, wiem. Zajrzałem tam nawet na chwilę i posiedziałem, ale uznałem, że zrobię coś mądrzejszego od zadawania panu kolejnych głupich pytań i poszukałem pańskiego samochodu… No, jeszcze tylko przetrę reflektory i gotowe!

– Szkoda, że nie mam więcej takich fanów jak pan. Moje życie byłoby znacznie wygodniejsze… Jeszcze raz bardzo panu dziękuję!

– A ja powtórzę, że cała przyjemność po mojej stronie! W zamian za pańską prozę umycie pańskiego samochodu to naprawdę mały wyraz wdzięczności z mojej strony.

– Ja najbardziej to doceniam! Ale, ale… Czy wybaczy mi pan dociekliwość, panie Januszu?

– Proszę pytać.

– Jak rozumiem, na pomysł umycia mojego samochodu wpadł pan spontanicznie, siedząc na moim spotkaniu autorskim, które pana nudziło?

– Tak. Zgadza się…

– To skąd pan wziął ten kubeł i szczotkę? To chyba nie są akcesoria, które fizycy jądrowi noszą stale ze sobą?

– Pożyczyłem je od dozorcy, który wskazał mi pański samochód. Od niego też dostałem wodę i mydło, jeśli to pana interesuje.

– I on dał panu to wszystko, tak bez szemrania?

– Za napiwek.

– Ach tak, wobec tego…

– O nie! Niech pan schowa ten portfel! To mój pomysł i moje koszty!

– No dobrze. Przepraszam za tę moją podejrzliwość…

– Nic nie szkodzi. Po prostu znalazł pan lukę w mojej fabule. Też trochę piszę i wiem, jak to jest… Skończyłem!

– Jeszcze raz dziękuję i zapewniam, że zachowam pański gest we wdzięcznej pamięci.

– Wraca pan teraz do Krakowa?

– Tak, ale właściwie to nie muszę się aż tak bardzo spieszyć… Panie Januszu?

– Tak?

– Jeśli da mi pan szansę okazania z kolei mojej wdzięczności za ten przejaw stołecznej, ułańskiej fantazji, to zapraszam na kawę! W tej kawiarni po spotkaniu autorskim powinno już być całkiem luźno. Zgodzi się pan wobec tego?

– Bardzo chętnie! Tylko odniosę ten kubeł…

– A niechże go pan tutaj, do diaska, postawi! W cenie swojego napiwku! Zapraszam! Chodźmy!

 

Aktorzy wchodzą na scenę, siadają przy stoliku, podchodzi kelner.

 

– Panie starszy, kawę i coś słodkiego! Napije się pan koniaku, panie Januszu?

– Dziękuję, chętnie!

– Panowie sobie życzą dwa koniaczki do tej kawusi?

– Właśnie się zastanawiam, w końcu mam dzisiaj prowadzić samochód… Ale jednak dla towarzystwa wypadałoby… Niech będą dwie lampki!

– Służę panom uprzejmie!

– A macie może chałwę?

– Niestety, nie.

– To może coś z marcepanem?

– Muffinki.

– Mogą być, poproszę. A pan, panie Januszu?

– Ja wezmę wuzetkę.

– Już służę!
kelner wychodzi

– Pan wspominał, że pan też pisze, panie Januszu. Czy można zapytać co?

– Tylko proszę obiecać, że się pan nie zdenerwuje…

– Matko boska! Też science fiction?!

– Wiedziałem, że się pan zdenerwuje.

– Niech zdechnie!

– Jest pan bodaj pierwszym pisarzem w historii literatury aż tak bardzo nie cierpiącym gatunku, który sam uprawia.

– Toż to moje przekleństwo! Podwójne nawet!

– Po taką klątwę wielu ustawiłoby się w kolejce.

– Zaprawdę nie wiedzą, nieszczęśnicy, co czynią!

– Chciałbym zrozumieć, dlaczego?

– Po pierwsze dlatego, że przypadek o tym zdecydował, a ja nie mogę ścierpieć wszechwładzy przypadku nad moim życiem. Wie pan, wylądowałem wtedy po studiach na bruku, bez dyplomu ani jakichkolwiek formalnych kwalifikacji. Bez środków do życia, mówiąc krótko. Szukałem jakiej bądź pracy i przypadkiem spotkałem człowieka, który powiedział mi, że na fantastykę naukową akurat jest popyt. Wobec tego, cóż było robić? Siadłem i napisałem!

Astronautów, zgadza się?

– Tak. Jednak to nie był żaden mój wybór, drogi panie! Życie postawiło mnie pod ścianą, zresztą nie pierwszy już raz, i musiałem znów brać, co mi ten przeklęty przypadek przyniósł. Wziąłem więc i tak zostało, niestety. Klątwa przypadkowości i nieprzewidywalności zupełnej miota całym moim życiem, tak jakby moja wola zupełnie nic do powiedzenia w tych sprawach nie miała. Skutkiem tego teraz nie mogę się od tej science fiction uwolnić, a im bardziej próbuję i się miotam, tym bardziej się w tych fantasmagoriach pogrążam. Jak w bagnie. Im bardziej nie chcę być pisarzem fantastą, tym bardziej nim jestem! To moje drugie przekleństwo życiowe.

– Jednak dzięki temu pańskiemu miotaniu to bagno staje się krystalicznym źródełkiem… Uszlachetnia pan ten zdrój, że tak powiem.

– Chciałbym, żeby tak było. Bardzo pan uprzejmy, dziękuję. Ale smutna prawda jest taka, że gdybym dostał wtedy zamówienie na prozę dla kucharek i pensjonarek – dajmy na to, drugą Trędowatą kazaliby mi napisać – to też bym się tego podjął i napisał. Nie miałem wyboru. A gdyby potem na dodatek okazało się, że już tylko w tym stylu pisać mi wolno, tak i tylko tak, gdybym dalej wszelkie igraszki naukowe mego umysłu musiał przemycać w formie prozy dla kucharek, a wszyscy wkoło widzieli we mnie tylko drugą Mniszkównę czy innego Dołęgę-Mostowicza z tymi jego Znachorami, no to doprawdy, mój panie, tylko sucha gałąź w lesie by pozostała!

– Zatem skazanie na science fiction chyba nie jest takie złe. Sam pan widzi, że mógł trafić znacznie gorzej.

– Tutaj płeć odbiorców się tylko zmieniła, co najwyżej. Zamiast egzaltowanych pensjonarek mam pryszczatych młodzianów, marzących o całusach z tymiż pensjonarkami, najlepiej w zakamarkach jakiegoś kosmolotu. No, a zamiast kucharek jest… średni personel techniczny, że tak powiem.

– Czyli ja.

– Przepraszam, jeśli poczuł się pan urażony, panie Januszu.

– Raczej zdziwiony.

– Ależ proszę zrozumieć, że to jest jakieś wręcz krańcowe nieporozumienie! Lem pisarzem science fiction... Horrendalne nieporozumienie! Drwina losu! Zawładnął mną ten decydujący o wszystkim za mnie wszechobecny, wszędobylski i przemożny życiowy przypadek…

 

Pochodzi kelner z zamówieniem, przerwa w rozmowie, obaj słodzą kawę, próbują ciastek. Lem unosi kieliszek z koniakiem.

 

– Jeśli tylko umoczę usta, nie powinno być żadnego kłopotu.

– Myślę, że może pan spokojnie wypić całą jedną lampkę.

– Wie pan, że są tacy, co stale patrzą, ileż to my literaci pijemy, żeby potem mieć okazję do składania nam propozycji nie do odrzucenia…?

– Wiem, ale ci ludzie mają ostatnio inne problemy. Ręce zrobiły się im za krótkie. Całe to SB wygląda, jakby padło ofiarą thalidomidu...

– Cóż, wielce zdumiony jestem ostatnimi wydarzeniami, muszę przyznać. Dwa lata temu Polaka wybrali papieżem, a teraz ten cały ruch z Trójmiasta… To niezwykłe. Ale wypijmy za nasze spotkanie!

– Zdrowia! Stał się biblijny cud, można powiedzieć. Morze Czerwone się przed nami rozstąpiło. Teraz tylko my Polacy musimy odważyć się przez nie przejść…

– Idąc za tym nowym Mojżeszem z Gdańska? Wie pan, ja zupełnie nie mogę wydobyć z siebie ani krzty entuzjazmu… Pan jest może zaangażowany jakoś bardziej w te ostatnie wypadki?

– Owszem, współorganizuję komórkę „Solidarności” u siebie w zakładzie. Dokładniej mówiąc, komisję zakładową.

– Myśli pan, że was zarejestrują? Ostatnio, zdaje się jakieś kłopoty w sądach z tą rejestracją są, jak słyszałem…

– Zarejestrują! Muszą!

– Podziwiam pańską wiarę.

– A pan nie wierzy?

– Mam do Boga zbyt wiele szacunku, aby wierzyć w jego istnienie. Samo podejrzewanie go o to, że stworzył aż tak źle skonstruowany świat, zakrawa na bluźnierstwo. Nie wyobrażam sobie, aby był ktoś, kogo można by obarczyć odpowiedzialnością za tę globalną fuszerkę. Pan, przepraszam, jest z którego rocznika?

– 1938.

– Cóż, wobec tego ja musiałbym w młodości bardzo źle się prowadzić, aby zostać pańskim ojcem, nie uchybiając w niczym pańskiej szanownej matce, oczywiście, ale siedemnaście lat różnicy to jednak jedno pokolenie jest… Przez ten czas przekonałem się dowodnie i na własnej skórze, że ten czerwony system nie ustępuje tak łatwo. Owszem, może mieć czasem jakieś zawahania, nawet upadki, ale on w końcu podnosi się z nich jeszcze groźniejszy. Dlatego ja bym wolał sam mu się do paszczy nie wpychać.

– Ja liczę na cud. Dwa już były, wybór Wojtyły na papieża i zwycięstwo sierpniowych strajków, to może być i cud trzeci.

– Jaki?

– Całkowity upadek komunizmu. Chciałbym mu w tym trochę pomóc.

Chapeau bas, panie Januszu! Doprawdy, muszę przyznać, że jest pan większym ekspertem w dziedzinie science fiction ode mnie!

– Przez grzeczność nie zaprzeczam.

– No i jakżeż pan sobie ten cud wyobraża?

– Trudno mi go sobie dokładniej wyobrazić. Gdybym mógł, to albo sam bym był cudotwórcą, albo nie byłoby w tym zupełnie nic cudownego, tylko zwykły projekt, plan i jego realizacja, tak po inżyniersku o tym myślę. A więc stanie się coś, co się nam teraz nie mieści w głowach, tak jak nie mieścił się wybór Wojtyły na papieża. Jednak kiedy to się już stanie, powinno być dla wszystkich zaskakująco oczywiste.

– Jacyś aniołowie, uważa pan, że przylecą do nasz kosmosu…?

– Czy pan tego naprawdę nie czuje?!

– Czego takiego miałbym nie czuć, panie Januszu?

– Tego choćby, że w powietrzu przybyło tlenu! Oddychać można już lżej, pełną piersią! A pan mówi tak, jakby wciąż się dusił i ucieka mi w jakąś sofistykę, w gładkie słówka, uniki, a przecież ja wcale nie pytałem o to, czy pan wierzy w Boga! Ja pytam, czemu nie chce się pan wynurzyć na powierzchnię z tego całego czerwonego morza i zaczerpnąć tchu pełną piersią? Dlaczego nie?! Przecież pan też nie ma złudzeń co do tego systemu, to akurat dobrze widać w pańskich książkach. Zatem co pana powstrzymuje? Chyba nie strach… Teraz ja przepraszam za obcesowość.

– Wie pan co… Po takim dictum to ja mogę zrobić tylko jedno z dwojga, albo zamówić całą butelkę koniaku, albo zakończyć tę rozmowę…

– Wobec tego miło mi było pana spotkać. Dziękuję za spotkanie!

– Chwileczkę, panie Januszu! Chce pan być jeszcze jednym przypadkiem w moim życiu? O, nie! Proszę pozwolić mi tym razem w tej mierze zdecydować własnowolnie!

– Chyba nie ma o czym. Pan wspominał, że musi być dzisiaj w Krakowie, więc butelka nie wchodzi w grę. Zatem, cóż…

– W Krakowie mogę być jutro, nic się z tego powodu nie stanie. Panie starszy! Prosimy całą butelkę tego samego koniaku!

– Już służę panom! (kelner podchodzi z koniakiem)

– Zaskoczył mnie pan.

– A pan mnie zirytował, więc jesteśmy kwita. Coś jeszcze do tego koniaku?

– Może coś słonego… Paluszki, jakieś herbatniki…

– Macie może coś wykwintniejszego?

– Szanowny pan może być spokojny, coś się na zapleczu znajdzie.

– Jak na zapleczu, to powinno być coś lepszego od słonych paluszków… (Lem wręcza kelnerowi napiwek). I mam jeszcze jedną małą prośbę, proszę mi telefonicznie zamówić pokój w jednym z pobliskich hoteli, im bliżej tym lepiej.

– Służę uprzejmie!

– Pan wie na jakie nazwisko?

– Ależ oczywiście!

– Dziękuję wobec tego. A zatem panie Januszu… (Lem unosi ponownie napełniony kieliszek) pora usunąć tę drobną asymetrię z naszych stosunków… Stanisław!

– Bardzo mi miło!

– Ale może całować się nie będziemy…

– Słusznie, panie Stanisławie, wirus „Solidarności” jest bardzo zaraźliwy. Miliony Polaków go złapało...

– Wracając do rzeczy! Gdybym się ich bał, to bym nie wypisywał do komitetu centralnego Partii tylu listów z pretensjami co w ostatnich latach. Zresztą, koniec końców, podpisałem też list z protestem przeciwko umieszczaniu w konstytucji tego nieszczęsnego zapisu o wiecznej przyjaźni z ZSRR, ale o tym publiczne media nie informowały zapewne.

– Zrobiła to w zamian poczta pantoflowa, niezawodna w polskich warunkach, stąd o tym wiem i doceniam. Słyszałem też coś o pańskim udziale w działalności Uniwersytetu Latającego.

– Tak, trochę dałem się wciągnąć w te tajne komplety… I chyba jednak niezbyt tajne, skoro wszyscy tu w Warszawie o tym wiedzą...

– „Wszyscy” to przesada, panie Stanisławie. Wiedzą działacze ruchu związkowego. Ale dziwię się, że teraz pan zachowuje taką rezerwę. A przecież można już robić dużo więcej. Następny krok wydaje się całkiem naturalny w tej sytuacji.

– Czyli co? Ja też miałbym u siebie w Krakowie założyć jakiś komitet tej „Solidarności”?

– A czemu by nie?

– Mówi pan, panie Januszu, że tlenu teraz w powietrzu więcej jest? Może i tak, ale widzi pan, mnie ten tlen jakoś za bardzo nie uderza do głowy. Przekonałem się, że to dość złudne i mylące oszołomienie. Wrażenie wyzwolenia, jak zgaduję, pan ma na myśli. Mnie Sowieci we Lwowie dwa razy tak wyzwalali i zapewniam, że krótka to była radość, o ile w ogóle była. Wystawianie głowy z czerwonego oceanu na powierzchnię to najlepszy sposób, by tę głowę wiatr historii zdmuchnął w niebyt. Choć może rzeczywiście tlen do oddychania nęci…

– Jest jeden sposób na oddychanie tak całkiem bez ryzyka, można wyemigrować.

– Rozważam to, panie Januszu, ale jak na razie wybieram się na tę emigrację iście jak sójka za morze. W sześćdziesiątym ósmym była okazja, wie pan, że wtedy na karpia po żydowsku zaczęto mówić „agresor w galarecie”? Nawet mi dawali do zrozumienia, że powinienem się wybrać do tego Izraela, ale w końcu nigdzie się nie ruszyłem. Okazałem się marnym syjonistą, więc nie nalegali bardziej… zresztą, mniejsza o to. Może jeszcze nic straconego, ale tak coś czuję, że ta Polska jest, na przekór wszystkiemu, moim miejscem, chociaż czasem człowieka doprawdy diabli żywcem do piekła biorą! Zwłaszcza kiedy trzeba kupić części zamienne do samochodu! Motoryzacja i automobile, panie Januszu, to moja pierwsza i nieustająca miłość, niestety pozostaje ona równie nieustannie i głęboko nieodwzajemniona… Chociaż może ostatnio, ten mercedes, którego mi pan umył, wydaje się, że tym razem może być inaczej…

– Właśnie dlatego wyszedłem z pańskiego spotkania godzinę temu.

– Żeby mnie pocieszyć w kwestii motoryzacji?

– Żeby nie słuchać, jak pan kluczy i unika odpowiedzi na najważniejsze pytania. Proszę wybaczyć, ale ten koniak jest za dobry, żeby go pić pod banały i bon moty.

– Pan może też chciałby mnie postawić pod ścianą?

– Nie, chciałbym porozmawiać z panem jak człowiek z człowiekiem, skoro się już w tym kosmosie spotkaliśmy.

– Człowiek w kosmosie zawsze jest całkiem sam, drogi panie. Jak mój pilot Pirx, ten poczciwy gamoń, zawsze sam wobec całego milczącego wszechświata.

– Po to właśnie wymyśliliśmy solidarność, żeby już sami nie być. Ale pan jakoś w to właśnie nie chce uwierzyć, jak widzę. Ale warto się przekonać, zapewniam.

– Wie pan co, panie Januszu? Ja się czuję trochę jak ten stary wilk, co uszedł z obławy – jak ci młodzi ostatnio śpiewają. Sukcesem było nie dostać kulki ani potem nie trafić za kratki i ja wciąż ten sukces świętuję, a pan mi mówi, że trzeba znów, nazad ku tej obławie iść, karku nadstawiać i o tę kulkę albo kratę się prosić. Mieszane uczucia mam wobec tego, tak to ujmę, panie Januszu.

– To mogę zrozumieć. Napijmy się!

– Napijmy.

 

Wraca kelner z zakąską, stawia ją na stole, Lem wybucha.

 

– A co też pan nam tu przyniósł?!

– Śledziki z cebulką, proszę łaskawego pana.

– Do koniaku?!

– Świeżutkie są, proszę łaskawego pana, i cebulka właśnie pokrojona.

– To może jeszcze kiszone ogórki do tego…

– Już służę, szanownemu panu!

 

Kelner wybiega z powrotem na zaplecze, nie czekając na dalsze dyspozycje. Zajdel stuka swoim kieliszkiem w stojący na stole kieliszek Lema.

 

– No tośmy, panie Stanisławie, wrócili z kosmosu na Ziemię. Prosto w socjalistyczne realia…

– I dlatego właśnie ja sobie tego podboju kosmosu nie wyobrażam tak naprawdę ani trochę. Bo niby czego właściwie mielibyśmy tam szukać? I z czym byśmy się tam zaprezentowali, jeśli byłoby przed kim? Gdybyśmy mieli zabrać ze sobą z Ziemi te nasze przaśne obyczaje albo co gorsza nasze demony i je zawlec tam w gwiazdy, to by dopiero był kosmiczny wstyd i sromota. Jeśli gdzieś są istoty naprawdę rozumniejsze od nas, no to jak my wtedy będziemy w ich oczach wyglądali… Śmiech to najlepsze, co nas tam może spotkać, jeśli ci kosmici w ogóle potrafią się śmiać. Podejrzewam, że jeśli nie potrafią, to właśnie my ich tego śmiechu nauczymy, prezentując się na galaktycznych salonach z naszą ziemską słomą w butach. Pół biedy jeśli to będzie czysta słoma, a nie, za przeproszeniem, gnój, zakrwawiony na dodatek. To może lepiej w ogóle nie pchać się na ten kosmiczny afisz? Przynajmniej nie skończymy jak ten przysłowiowy prowincjusz, co przyszedł do biura i wypił atrament…

– Naprawdę wierzy pan, że oni są lepsi i rozumniejsi od nas?

– Ależ skąd! Z jakiego właściwie powodu mieliby być?! Tego powodu, proszę pana, to ja dotąd nie znalazłem, choć usilnie szukałem. Mówi się, na przykład, że oni dadzą nam lekarstwo na raka, a niby dlaczego właściwie ci kosmici mieliby chcieć bawić się z nami w doktora? Chyba, że w stylu doktora Mengele, jeśli już! Bo kto lub co im tego zabroni?

 

Podchodzi kelner z kiszonymi ogórkami, bez słowa stawia talerz na stole i odchodzi. Lem nadziewa ogórka na widelec, unosi go do góry i kontempluje w milczeniu. Nikt się nie odzywa. Konsternacja mówi sama za siebie. Wreszcie sytuację puentuje Zajdel.

 

– To może jednak wróćmy w kosmos…

– O nie, panie Januszu. Ten kiszony ogórek to jest właśnie rozstrzygający powód, ażeby pozostać na Ziemi! (demonstracyjnie gryzie ogórka) Póki się tutaj z takimi przyziemnościami nie uporamy, nie mamy czego szukać pomiędzy gwiazdami. Chyba że kosmicznego atramentu do wypicia w kosmicznym biurze…

– A uporamy się?

– Nie sądzę.

– Co pan właściwie miał na myśli, mówiąc o powodzie, dla którego kosmici mieliby być lepsi od nas? Tym, którego pan dotąd nie znalazł.

– Idealne społeczeństwo, panie Januszu. Pytanie, czy można je zbudować? Jeśli tak, to my możemy tego dokonać, a oni powinni byli zrobić to wcześniej od nas. Wtedy moglibyśmy się z nimi spotkać i rozmawiać jak równy z równym albo jak bracia w rozumie, jeśli pan woli to określenie. Idealne społeczeństwo, będące naukowo uzasadnionym i koniecznym etapem rozwoju każdej cywilizacji, zwieńczeniem tego rozwoju, byłoby taką wspólną płaszczyzną wzajemnego porozumienia, bez kompleksów i wstydu dla żadnej ze stron. Wystarczyłoby, żeby dwie cywilizacje nawiązujące kontakt wcześniej, na swoich planetach solidnie odrobiły lekcje z rozwoju nauki. O ile w ogóle istnieje taka lekcja do odrobienia. Wiercą nam tym idealnym społeczeństwem dziurę w brzuchu od początku komunizmu i mówią, że to ten komunizm ma nim być. A on się czegoś zaparł jak osioł i świetlaną przyszłością w praktyce być nie chce, ani trochę. To może komunizm wcale się do tej roli nie nadaje? Może trzeba by szukać innego wzorca. A co, jeśli idealne społeczeństwo w ogóle nie egzystuje jako model teoretyczny, który można by kiedyś odkryć i zrealizować, to cóż nam wtedy zostaje? I jak by w takim wypadku wyglądało spotkanie cywilizacji? Dwie zupełnie obce kosmiczne kultury, każda ze swoim własnym historycznym bagażem błędów i wypaczeń, zapewne nawet zbrodni, wpadają na siebie gdzieś w głębokiej próżni, no i co dalej? O czym wtedy takie niedocywilizowane cywilizacje miałyby ze sobą rozmawiać, gdyby się spotkały? O wyższości komór gazowych nad krzesłami elektrycznymi?

– Tę kwestię to pan już w Dialogach rozważał, jak pamiętam.

– Tak owszem, ale tylko w odniesieniu do cybernetyki. Przez chwilę wydawało mi się, że to jest nauka, która może dostarczyć nam wskazówek, jak zbudować idealne społeczeństwo. Innymi metodami niż to klasycy komunizmu proponowali, ale jednak jakoś. Wie pan, najpierw dla chleba napisałem tych Astronautów, biorąc komunizm i socrealizm z całym dobrodziejstwem inwentarza, zresztą wyboru nie było, bo jak się pisze dla chleba, to nie do szuflady. A potem, oczywiście zdając sobie sprawę, że ten system jednak nie jest i nie będzie rajem na ziemi, zacząłem się czepiać myślą hipotezy, że być może jest na to jakaś inna rada czy metoda, lepsza niż ten cały komunizm dialektyczny, podający się za naukowy. Zaufajmy więc nauce, myślałem sobie, i jeśli nie tak, to spróbujmy inaczej, ale może ideę idealnego społeczeństwa da się jakoś uratować. Mniemałem więc, że cybernetyka tu pomoże. Zwłaszcza, kiedy się w pięćdziesiątym szóstym roku pokazało, do czego ten komunistyczny system nas prowadzi w praktyce. Ale znów nic z tego! Cybernetyka może nam dać co najwyżej robota, który się nie przewróci z hukiem po zrobieniu trzech kroków, a i to się jeszcze nikomu nie udało – o ile mi wiadomo. Jakże więc cybernetyka miałaby pokierować społeczeństwem, w którym wszyscy chodzą własnymi drogami? A przynajmniej powinni chodzić. Tego się nie da zrobić! Myślałem, że może w takim razie jakaś inna nauka albo lepsze komputery coś tu poradzą, ale po tylu latach myślę, że jednak zupełnie nie tędy droga. Nie ma i nie może być społeczeństwa idealnego, chociaż każdy pierwszy sekretarz Partii powie nam coś przeciwnego i będzie przy tym obstawał z uporem godnym osła...

– Zatem jedyne, co pozostaje funkcjonariuszom tego systemu, to kłamanie i udawanie. Realna metoda na budowę idealnego społeczeństwa sprowadza się tylko do jednego, mianowicie zakneblowania ust tym wszystkim, którzy twierdzą, że ono nie jest idealne.

– I cóż z tego wynika dalej, panie Januszu?

– Festiwal hipokryzji i obłudy, w którym wszyscy udają coś przed wszystkimi i wszyscy wszystkich dookoła oszukują. Komedia pomyłek albo raczej komedia oszustów, mniej lub bardziej sprytnych. Przynajmniej jest na co popatrzeć, panie Stanisławie. A mówiąc całkiem serio, trzeba ten festiwal hipokryzji demaskować i ludziom pokazywać. Taki właśnie mam zamiar i pomysł na swoje pisanie. Pracuję akurat teraz nad pomysłem społeczeństwa, w którym ludzki spryt i inne talenty są ściśle sklasyfikowane i ujęte w kategorie, co stwarza nowe możliwości oszustw i nadużyć.

– Cóż, napisałem kiedyś coś podobnego, o ludziach przebierających się za roboty i udających roboty...

– Wiem i za to ma pan u mnie czysty samochód! Wszystko, co mamy w głowach, najpierw było gdzieś kiedyś u Lema. To pan nam pokazał, jak ten świat jest urządzony i co się tutaj właściwie dzieje. Tylko, że pan to zawsze traktował jako żart czy groteskę. Zakpił pan sobie z tego systemu, wyśmiał go, a potem machnął na to ręką i poszedł dalej, zajął się czym innym. Tymczasem, moim zdaniem, należy tę pańską inspirację potraktować poważniej. Trzeba głębiej drążyć ten temat, odkrywać i demaskować całą maszynerię tego festiwalu kłamstw i obłudy, który nas otacza. Trzeba to pokazywać ludziom!

– Wie pan, tak sobie czasem myślę, że ten komunizm pewnie dałoby się zbudować, gdyby nasi wielcy bracia ze Wschodu mieli do dyspozycji silniejsze psychodeliki niż wódkę i spirytus. Socjalizm realny wywołuje w ludziach chroniczną chandrę i depresję, a skoro tego systemu naprawić się nie da, więc od projektu powszechnego leczenia depresji należałoby tutaj zacząć. Chociaż znów wątpię, czy system, który nie potrafi wytworzyć nawet godziwej zakąski do koniaku, zdoła masowo wyprodukować skuteczne lekarstwa antydepresyjne? Pewnie byśmy wszyscy od nich tęgiej biegunki dostali i tylko w oficjalnych statystykach wyglądałoby to pięknie i różowo. Gdyby jednak kiedyś w przyszłości zachodnie koncerny farmaceutyczne się w ten proceder włączyły, wraz z całą swoją mocą wytwórczą, to powiem panu, panie Januszu, że ja już takiego świata stanowczo nie chciałbym dożyć!

– Moim zdaniem na kłamstwie niczego się nie da zbudować, panie Stanisławie. Nieważne czy opartym na słowach, czy na farmaceutycznych omamach. Prędzej czy później to się wszystko rozpadnie, zdemaskuje, skoroduje i rozleci. Tak właśnie uważam, że ten system sam się zdemaskuje, rdza zniszczy jego maskę, aż ona sama spadnie i nie zdoła już dalej nikogo zwieść i okłamać. Pan coś podobnego pokazał w Kongresie futurologicznym, świat przeludniony, zagęszczony i brudny, ale wszystko to ukryte pod pięknymi narkotykowymi halucynacjami. Wszyscy tam sobie myślą, jaka to świetlana czeka ich przyszłość, ale zamach terrorystyczny to ujawnia, jakby zrobiono dziurę w ścianie, w teatralnej dekoracji, którą wszyscy uważali za prawdziwą… Ta pańska wizja zupełnie nie daje mi spokoju! Zainspirował mnie pan.

– Bardzo się cieszę wobec tego.

– Tylko ta cała wyrafinowana chemia zupełnie mi tu nie pasuje. Ten system, jeśli chodzi o biochemię, jest na poziomie przetwórstwa śledzi!

– Dobrze pan to ujął, panie Januszu! Skosztujmy zatem tego śledzia, skoro to symbol naszych realiów i cieszmy się, że nie musimy przynajmniej jeść żaby…

– Zatem to musi być kłamstwo znacznie bardziej prymitywne i bezczelne, posuwające się wręcz do fałszowania grawitacji… Przepraszam, nie będę panu zawracał głowy moimi pomysłami literackimi niczym jakiś początkujący autor, pewnie wielu takich się do pana zgłasza.

– Owszem, ale to, co pan mówi, jest całkiem interesujące. Miło mi być prekursorem takich koncepcji.

– Zatem rdza i gruz, panie Stanisławie. One sprawią, że z systemu kłamstwa spadnie przerdzewiała maska.

– Zgoda, tylko co potem my mielibyśmy z tymi gruzami począć? Jak się już wszystko w te gruzy i rdzę rozleci, to jakąż cywilizację dałoby się z tego rumowiska albo na nim zbudować? Slumsy jakieś paskudne co najwyżej albo te kanały, w których ten mój nieszczęsny Ijon Tichy ląduje w Kongresie futurologicznym.

– Dlatego nie można temu systemowi pozwolić, by doszedł razem z nami do aż tak krańcowego upadku, a potem runął w przepaść, zabierając ze sobą wszystko i wszystkich na śmietnik historii. Trzeba go obalić i usunąć, zanim on, niszcząc sam siebie, zniszczy również wszelkie relacje społeczne i nieodwracalnie pociągnie nas za sobą. Trzeba mu przeszkodzić w tym wcześniej! Powstrzymać ich!

– Po pierwsze jak? Po drugie w imię czego właściwie? Może jakiegoś idealnego społeczeństwa? Błędne koło się z tego robi.

– Tu się z panem mogę zgodzić, że społeczeństwo idealne nie istnieje.

– Cóż więc pana napędza, panie Januszu? Dążenie do społeczeństwa nieidealnego? To dosyć paradoksalny ideał, nie sądzi pan? Jaka nieidealność byłaby tutaj idealna…? Więc jak bardzo nieidealne miałoby być to pańskie społeczeństwo?

– Wystarczy, jeśli nie będzie oparte na kłamstwie, a zwłaszcza na kłamstwie systemowym, wszechogarniającym i wspieranym przez przymus państwa. A demaskowanie tego kłamstwa to jest moja metoda na pisanie i działalność w realnym życiu.

– Wie pan, ja już Bajki robotów napisałem, więc nie mogę tego zrobić po raz drugi, ale napiję się w zamian, szczerze życząc panu powodzenia. Pańskie zdrowie!

 

Pochodzi kelner i zwraca się do Lema.

 

– Przepraszam pana najmocniej, ale pojawił się mały problem z pańską rezerwacją.

– Nie ma miejsc?

– O ile wiem miejsca są, ale tu chodzi o pańską osobę…

– A cóż jest nie w porządku z moją osobą? Zapewniam pana, że moja osoba czuje się świetnie!

– Recepcja hotelowa twierdzi, że pana nie ma w Warszawie i robi się z nich jakiś żart.

– Tak? A gdzież ja jestem wobec tego?

– Twierdzą, że pan przebywa w Stanach Zjednoczonych, w Berkeley w Kalifornii, proszę szanownego pana.

– Aha, no i cóż ja tam porabiam?

– Wykłada pan szanowny na tamtejszym uniwersytecie.

Wtrąca się Zajdel

– Chyba coś mi zaczyna świtać…

– Rozumiem, mnie też... A jak ja się nazywam, pańskim zdaniem?

– To najzupełniej oczywiste, że w pańskiej szanownej osobie zaszczycił nas nasz wybitny noblista!

– Dałby Bóg!

– Pan Czesław Miłosz oczywiście!

 

Zajdel krztusi się koniakiem.

 

– Mój drogi panie… Toż ja tutaj niespełna godzinę temu miałem spotkanie autorskie!

– Jesteśmy tym niezmiernie zaszczyceni!

– Cieszę się z waszego zaszczycenia równie niezmiernie, ale z tej przyczyny, że niedawno powtarzano tu moje nazwisko kilka razy na minutę, powinien pan chyba wiedzieć, kim jestem!

– Przepraszam, przyszedłem dziś do pracy dopiero na drugą zmianę. Powiedziano mi…

– Cóż panu powiedziano?

– Że pan szanowny jest wybitnym…

– Tak…? Kim?

– Wizjonerem. Czyli poetą, wieszczem narodowym, jak zrozumiałem, a więc oczywiście… Czyżbym się jednak mylił względem tożsamości szanownego pana?

– I owszem, drogi panie.

– Wobec tego jeśli mogę zapytać… Jak szanowna godność?

– Jan Himilsbach!

– Już niezwłocznie dzwonię do hotelu! (Kelner wybiega)

– Mam nadzieję, że zdaje sobie pan sprawę z tego, panie Stanisławie, że prawdziwy Himilsbach może się tutaj zjawić w każdej chwili?

– Wobec tego, jeśli się pojawi, ja pogadam sobie z tym panem jak spawacz z kamieniarzem przy śledziu i kiszonych ogórkach, skoro już nimi dysponujemy!

– Ooo! Doprawdy! Nie przypuszczałem, że ma pan aż tak mocną głowę, panie Stanisławie. Jedna niepełna butelka koniaku, obawiam się, nie wystarczy jako podstawa dialogu z Jasiem Himilsbachem.

– Postaram się stanąć na wysokości zadania. Skoro wylądowałem w tej stolicy, jak nie przymierzając Ijon Tichy na innej planecie, będę sobie radził z panami tubylcami najlepiej, jak tylko potrafię.

– A jak się ma niezbędny do tej rozmowy pański zasób niecenzuralnego słownictwa?

– Awruk! Mówiąc odwrotnie oczywiście…

– Nie wiem, czy to wystarczy, ale może nie będzie potrzebne.

– Jak przyjdzie co do czego, jakoś sobie poradzimy, panie Januszu, a teraz to sam pan już nawłasnoocznie widzi, że ani w kosmosie, ani na tej planecie wytrzymać po prostu nie sposób!

– Nie sądzi pan, panie Stanisławie, że w kosmosie byłoby jednak lepiej? Przynajmniej bardziej romantycznie i heroicznie.

– Ciemno, zimno i do domu daleko, brrr!

– Męska przygoda jednak, bądź co bądź.

– Sprowadzająca się w gruncie rzeczy do wystawiania głowy na hazard. Urwą ją czy nie urwą? A jeśli żadni Obcy jej nam akurat nie urwą, to może owa łepetyna wybuchnie sama w próżni, jak się jakaś dekompresja przytrafi. Pełno tam meteorytów gotowych w każdej chwili dziurę zrobić. Tak więc, drogi panie Januszu, ta zachwalana przez pana męska przygoda sprowadza się tylko do jednego, mianowicie tego, że znów trzeba się zdać na łaskę i niełaskę przypadku, a ten jest gorszy niż bogini Temida, bo ona ma tylko oczy zawiązane i przynajmniej słucha, co się do niej mówi. Przypadek zaś ma uszy zatkane, gdyż doprawdy pół biedy, jeśli zdarzy się tak, żeby traf był tylko ślepy! Mamy wobec tego zdawać się na kaprys takiego indywiduum, ślepego, głuchego i zupełnie nieprzewidywalnego, czy ono pozwoli nam przeżyć? Ja już parę razy w życiu byłem igraszką ślepego i głuchego losu i doprawdy, nie – dziękuję, nie chcę więcej, za nic! No, a poza tym, gdyby jednak jakoś udało się przeżyć, to po tej całej męskiej przygodzie tam w górze cóż nas czeka na dole? Powrót z gwiazd… Nieprawdaż? Wszystkie te problemy z adaptacją do nowej rzeczywistości zastanej na Ziemi. To już chyba doprawdy solidny kac po koniaku i ogórkach lepszy! Człowiek się wprawdzie nieco sponiewierany obudzi, ale przynajmniej we własnym łóżku i pod własną kołdrą. Dlatego żadnego kosmosu, powiadam panu! A gdyby się jeszcze na dodatek okazało, że tam panuje taka sama bieda ideologiczna jak tu u nas na Ziemi? Co wtedy? Tyle wysiłku, żeby się do tych gwiazd dostać i jak śliwka w kompot… O nie! Lepiej więc w ogóle z domu nosa nie wyściubiać! Zwłaszcza zaś wyłazić na wysokości, z których można spaść – zarówno w kosmicznym, jak i politycznym tego słowa znaczeniu.

– Aha, zatem pan, największy żyjący wizjoner naszego stulecia, radzi nam latać nisko i powoli…

– O ile mnie pamięć nie myli, chwilę przedtem zanim stałem się Czesławem Miłoszem, nasza rozmowa skończyła się na tym, że nie ma społeczeństwa idealnego, że może być tylko nieidealne, a owa nieidealność, drogi panie, to jest już kategoria wysoce subiektywna. Tylko ideał może być jeden i ten sam dla wszystkich, poniekąd narzuca się nam, z natury swojej ideałem będąc, a te wszystkie nieidealności są jak odcienie szarości, mogą ich być miliony, dla każdego zupełnie inny, to po pierwsze. Po drugie akceptowalność tych nieidealności znów jest dla każdego zupełnie inna, to kolejny subiektywizm w subiektywizmie. Mamy tutaj zatem do czynienia z widzimisię do kwadratu i zupełnie nie widzę sposobu, jakby miała z tego powstać prawda obiektywna i naukowa, jedna obowiązkowa dla wszystkich, jak nie przymierzając ciążenie powszechne.

– Zatem chce pan przez to w tej kwiecistej formie powiedzieć, że panu jest dobrze tak, jak jest?

– Czasem, jak już mówiłem, nawet częściej niż czasem, diabli mnie biorą, jak choćby teraz, wskutek tego kelnerskiego qui pro quo, ale ostatecznie, ważąc wszystkie za i przeciw, tak, uznaję znośność mojej wysoce nieidealnej egzystencji na tym padole. Bogu dzięki, że przynajmniej tym Miłoszem nie pozostanę na stałe!

– Zatem mam zaszczyt zakomunikować panu, panie Stanisławie, że ludzie w Polsce właśnie się solidarnie umówili, że pewne nieidealności, mówiąc oględnie, są dla nich już dłużej nie do przyjęcia! Dziesięć milionów ludzi tak postanowiło, a to jest chyba coś więcej niż subiektywny punkt widzenia. Prawda obiektywna albo przynajmniej fakt nie do pominięcia się z tego robi.

– Dziesięć milionów mówi pan…

– Tak, tyle nas w tej „Solidarności” jest.

– Cóż, pogratulować!

– Czemu pan się ciągle waha, panie Stanisławie? Pańskie słowo naprawdę się bardzo liczy. Pan mógłby i powinien zabrać głos w sprawach, które teraz dzieją się wokół nas.

– Nie chcę! Powodzenia życzę, ale nie chcę! Przepraszam, jeśli pana zgorszyłem, panie Januszu, ale to na tym chyba właśnie polega wolność, nieprawdaż? Że wolno mi jak kotu chodzić własnymi drogami i wedle własnego uznania zagospodarowywać sobie ten skromny ogródek wolności, który mam. Panu marzy się większy ogród wolności, a proszę bardzo! Ja panu nie mówię, że pan musi mieć mniej, czemuż więc pan tak bardzo nalega na mnie, że ja koniecznie powinienem chcieć więcej?!

– Przecież panu w pańskim ogródku bywa ciasno, sam pan to przyznał.

– To prawda, bywa mi irytująco ciasno i duszno, ale ta niedogodność postawiona wobec tego, co mógłbym utracić i czego kiedyś omal nie straciłem, sprawia, że to, co mam, mnie cieszy. I to chciałbym zostawić mojemu synowi. Pan ma dzieci, panie Januszu?

– Córkę. I ja dla niej chciałbym zostawić trochę lepszy świat.

– Wypiję więc za pomyślność pańskich wysiłków, ale bardzo grzecznie proszę, żeby mnie pan nie osądzał. Nieidealność mojej egzystencji jest dla mnie jeśli nie idealna, to przynajmniej optymalna i do zniesienia. Nie można mieć wszystkiego. Na zdrowie, panie Januszu!

– Zdrowia, panie Stanisławie! I zapewniam, że daleki jestem od osądzania i agitowania. Zwłaszcza kogoś takiego jak pan, który otworzył mi oczy na tę rzeczywistość i uformował. To by było zbyt proste i nieuprzejme z mojej strony, jakbym uczył ojca dzieci robić. Ja myślę jednak, że pan skrywa jakąś głębszą tajemnicę. Nie ma pan przecież żadnych złudzeń względem tego socjalistycznego systemu, widzi pan całą jego pokraczność, wyśmiewa ją na każdym kroku, pokazuje ją innym, w tym mnie, za co jestem panu dozgonnie wdzięczny. A jeszcze bardziej za te wszystkie pańskie sztuczki, jak oszukać cenzurę, żeby puścili tekst, zgrzytając zębami i nie mogąc postawić panu zarzutu, że to przeciw ustrojowi jest napisane, bo wtedy sami musieliby się przyznać, że im się ustrój nie podoba… To jest majstersztyk po prostu! Prawdziwe mistrzostwo, którego najpilniej się od pana uczę, a i wielu znajomych pisarzy też. Zatem skoro pan sobie z komuny kpi, to znaczy, że pan się ich wcale nie boi, to naprawdę widać, a także i to że potrafił pan zachować przyzwoitość w tym wszystkim, postępując po prostu godnie. Ja i wszyscy pańscy wielbiciele widzimy to i podziwiamy.

– Cóż, panie Januszu, tak zostałem wychowany. To wyłączna zasługa moich rodziców, której sobie przypisywać nie mogę. Ta odrobina przyzwoitości i kindersztuby to wszystko, co mi zostało z rodzinnego majątku po wojnie, więc nie wypada mi tego stracić. Być może ta moja grzeczność, chociaż małżonka moja mogłaby zgłosić w tej mierze liczne zastrzeżenia ze swej strony, w jakimś jednak stopniu odpowiada za to, że nie mogę się zdobyć na większy radykalizm, społeczny czy też polityczny.

– O, i znów pan próbuje się wymknąć, panie Stanisławie! Nie, to mnie wcale nie przekonuje. Nie wiem, z jakiego powodu pan poprzestaje na prywatności, wycofuje się pan, alienuje… To zaskakujące, że pan nie robi następnego kroku, który tutaj wydawałby się logiczny i naturalny. Słowem, nie chce pan zostać narodowym wieszczem.

– Istotnie, nie chcę! Co więcej, jeszcze nikt nigdy mi tak ładnie nie powiedział, że jestem idiotą.

– Tym z Dostojewskiego, jeśli już.

– Niech pan mnie nie bierze pod włos, panie Januszu. Mam na myśli idiotę w źródłowym znaczeniu tego słowa, tym pochodzącym ze starożytnej greki, a więc oznaczającym człowieka prywatnego, nie sprawującego żadnych urzędów i nie angażującego się w życie polis, czyli w politykę. Zatem idiotą w takim znaczeniu niewątpliwie jestem, przygwoździł mnie pan, moje gratulacje!

– Nie przyjmuję ich! To by było zbyt łatwe. Myślę, że jest coś ważnego, czego o panu nie wiem, czego wszyscy o panu nie wiemy. Coś pan głęboko skrywa...

– Przez grzeczność nie zaprzeczam.

– Nie chcę być obcesowy, ale to dobrze widać, choćby po tym, jak pan odpowiada na pytania na spotkaniach autorskich i w wywiadach.

– No wie pan, ciągle pytają mnie o to samo, więc opowiadać ciągle to samo, byłoby nieznośnie nudne. Na to jestem pisarzem, żeby móc trochę podkoloryzować to i owo.

– I przy okazji nie powiedzieć tego, co pana najgłębiej gryzie…

– Wie pan, taki jest urok życia ateisty, że nie trzeba się z niczego spowiadać.

– Jest pan zbyt znaną publiczną osobą, żeby to ludzi nie interesowało.

– Nie dam się zapisać do „Solidarności”, jeśli już do tego pan zmierza!

– Nie spodziewałbym się tego po panu, ale byłoby to jednak dla wszystkich bardzo miłe zaskoczenie.

– Dla tych na górze raczej zdecydowanie niemiłe. Panie Januszu, zazwyczaj kiedy mnie tak naciskają, kiedy gdzieś mnie ciągną, czegoś ode mnie chcą, reaguję zdecydowaną odmową i stanowczo odpycham to od siebie. Tak samo jak afirmowanie komunizmu, które mi też nie raz proponowano, ale też grzecznie im podziękowałem. Nie dałem z siebie zrobić pisarza partyjnego, nie dam też i związkowego. Skoro jednak spotkaliśmy się w tak osobliwych okolicznościach, ba, ja zaprosiłem pana i doszło już między nami do tej rozmowy, ucinanie jej teraz byłoby niedopuszczalnym zachowaniem z mojej strony, a tego moja świętej pamięci matka by mi nie podarowała, dostałbym kuksańca albo o północy deską z jej trumny przez łeb. Wobec tego muszę jakoś pogodzić się z pańską dociekliwością i trochę przed nią ustąpić. Być może rzeczywiście nieco szczerości się panu ode mnie należy. Wobec tego niech pan spojrzy na to dzisiejsze zdarzenie z mojego punktu widzenia. Oto nagle, ni stąd ni zowąd, spotykam na ulicy człowieka, którego nigdy wcześniej na oczy nie widziałem. I wcale nie chodzi o to, że miałbym nie mieć do pana zaufania, sprawia pan bardzo miłe wrażenie, oczywiście. Być może ja powinienem wcześniej pana znać, skoro wydał pan już jakieś książki, tu się kajam, moje zaniedbanie, obiecuję, że nadrobię niezwłocznie, mniemam, że nie będę zawiedziony. Ale do rzeczy! Spotkanie z panem należy do kategorii przypadku. I ten przypadek miałby mi znów całe życie przemeblować doszczętnie? Czy raczej je zdemolować… Przypadki stanowczo za bardzo rządzą moim życiem, nieustannie się z nimi zmagam i dlatego tak bardzo cenię sobie sytuacje, w których sam mogę podejmować własnowolne decyzje. Niewiele ich jest, przyznaję, ale przez to są one tym bardziej wartościowe, kiedy się wreszcie przytrafią.

– Potrzebuje więc pan więcej wolności.

– Jak każdy, drogi panie Januszu, jak każdy. Ale ta kwestia jawi mi się na podobieństwo inwestycji finansowej. Żeby dostać więcej, trzeba wpierw coś zainwestować, to znaczy ująć sobie i zaryzykować bez gwarancji, że wszystko się uda, czyli zdać się na ten nieszczęsny ślepy i głuchy traf…

– Dlaczego tak pan nie lubi tych przypadków? Przecież one zdarzają się wszystkim.

– Być może mnie bardziej niż wszystkim innym. Przypadek jest dla mnie kategorią życia i śmierci. Dobrze, powiem to wprost, ocalałem przez przypadek w czasie wojny. I to niejeden raz. Gdybym miał zawdzięczać żywot jakiemuś innemu człowiekowi, który by mnie uratował w beznadziejnej sytuacji, byłbym temu komuś oczywiście dozgonnie wdzięczny i czciłbym jego imię. Ale jak mam być wdzięczny przypadkowi? Trafowi ślepemu, który zupełnie o mnie nie dba? Ślepej sile, której igraszką byłem i która wiedziona jakimś niepojętym kaprysem popchnęła mnie akurat ku życiu, zamiast do grobu… Coś takiego miałbym czcić?! Dlaczego i za co? Tym, czego ja tak naprawdę przez całe życie szukam, jest naukowe remedium na przypadkowość tego świata. Walczę z przypadkiem przez szukanie ukrytego porządku, sensu, ku któremu to wszystko zmierza. Myśl o istnieniu idealnego społeczeństwa, do którego dąży ewolucja naszej cywilizacji, była moją pierwszą bronią w tej walce. Niestety, nie sprawdziła się, więc ją porzuciłem i wypróbowuję następne. Szperam i zaglądam, gdzie się da, oczywiście cały czas licząc na ludzki rozum i naukę, a gdy nie znajduję, śmieję się z siebie i szukam dalej, tylko ten mój śmiech z wiekiem robi się coraz bardziej gorzki. Wszędzie znajduję przypadek, który sobie ze mnie kpi. A jeśli nie przypadek, to obcość, jakąś inną logikę kompletnie przerastającą nasz ludzki rozum, z którą nie sposób się porozumieć ani dogadać w jakiejkolwiek kwestii. Zupełnie nieobliczalną z naszego ludzkiego punktu widzenia, niczym się zatem nie różniącą od przypadku, i tu koło się zamyka. Stoimy wobec tej zagadki wszechświata z zamkniętymi oczami, przynajmniej większość z nas, ale ja wolę mieć te oczy otwarte, choć nie jest to przyjemny widok.

– Wielu ludzi szuka tego wyższego porządku w wierze, w Bogu, a fenomen naszego papieża chyba potwierdza, że coś w tym może być.

– Nie stawiajmy wozu przed koniem, panie Januszu! Żeby uwierzyć w papieża, to trzeba najpierw wierzyć w Boga, a wie pan, co tę wiarę potrafi najskuteczniej pogrzebać?

– Słucham.

– Widok zbiorowego grobu. Lub sterty trupów do tego zbiorowego grobu kładzionej, a to mi zdarzyło się robić własnoręcznie. Ten widok, taka przygoda radykalnie leczy człowieka z idei wyższego, transcendentalnego porządku, zwłaszcza idei osoby, która tym zarządza i siłą rzeczy musi brać za to odpowiedzialność. Przemknął mi gdzieś kiedyś wywiad z byłym członkiem sonderkommando w Oświęcimiu. Wie pan, czym oni się zajmowali?

– Wiem. Opróżnianiem komór gazowych po gazowaniu i paleniem zwłok.

– Tak, i teraz proszę sobie wyobrazić, że zapytano członka takiego sonderkommando, który jakimś trafem zdołał przeżyć, czy wierzy w Boga? Wie pan, co on odpowiedział? Omal się wtedy nie roześmiał. Bóg? No ależ skąd?! Jakżeż można dopuszczać do siebie istnienie takiej nadnaturalnej osobistości, skoro doświadczyło się takich okropnych rzeczy? To kompletna niedorzeczność! Ja rozumiem tego człowieka całkowicie, gdyż sam przez chwilę byłem kiedyś w jego skórze. Tylko przez parę godzin, ale mi to wystarczyło. Nic bardziej nie ujawnia pustki religijnych frazesów, w takich chwilach one wszystkie okazują się bardzo marną sofistyką. I co nam wtedy zostaje?

– Przypadek?

– Otóż właśnie, panie Januszu! Mroczne fatum przypadkowości. To z nim w istocie trzeba się zmierzyć, taki jest ten człowieczy los. I nie można przed tym uciekać w żaden kosmos! Bo czego jak czego, ale tego jednego możemy być pewni, że demon przypadkowości pójdzie tam w gwiazdy za nami i stanie się jeszcze mroczniejszy, zyska nad nami jeszcze większą władzę, niż ma tutaj na Ziemi. Ja uchylam się spod tej władzy przypadku, jak tylko mogę i na ile mogę. Być może udaje mi się w nader skromnym stopniu, ale to, co osiągnąłem w tej walce, jest moim małym zwycięstwem, które niezmiernie sobie cenię. Tyle sobie wywalczyłem i to sobie pielęgnuję w moim ciasnawym ogródku wolności.

– Powiedział pan „małe zwycięstwo”?

– Tak, właśnie!

– A nie jest to przypadkiem namiastka zwycięstwa?

– Cóż, można i tak to ująć.

– A więc eureka! Mam klucz do Lema!

– O, przyznaję, że mnie pan teraz zaintrygował…

– Smak zwycięstwa! To jest to, czego pan nigdy nie poczuł!

– Tyle tłumaczeń książek mi zrobili… tyle wydań…

– To przypadek, czyż nie?

– No dobrze, tu mnie pan podszedł jak Trurl Klapaucjusza. Jeśli więc liczne tłumaczenia na języki obce tudzież ekranizacje oraz inne honory i splendory miałbym uważać za niedostateczny życiowy sukces, to czegóż mi zabrakło pańskim zdaniem, panie Januszu?

– Współdzielenia tej radości z innymi, panie Stanisławie. Tak jak się dzieli z innymi śmiech podczas oglądania dobrej komedii w kinie. Zgodzi się pan chyba, że śmiać się samemu w domu przed telewizorem, choćby z tej samej komedii, to jednak nie to samo. A zatem zabrakło tu wymiaru społecznego tego pańskiego sukcesu, że tak to uczenie ujmę, odniesienia go razem z innymi, tak aby sukces prywatny stał się osiągnięciem zbiorowym, czyli zwycięstwem. Właśnie takim, jakie tu w Polsce odnieśliśmy dwa miesiące temu, w sierpniu.

– Panu, zdaje się, ta cała „Solidarność” mocno uderzyła do głowy…

– Nie tylko mnie, ale nie ukrywam, że tak. Nigdy dotąd nie czułem się bardziej wolnym człowiekiem. Widziałem, jak ten system się cofa i to był piękny widok! Mam przeczucie, że drugiej takiej szansy w życiu już mieć nie będę, więc nie chcę jej zmarnować. Chcę tę chwilę wolności przeżyć jak najlepiej i wykorzystać ją, jak tylko się da!

– Aha, wobec tego zdaje pan sobie sprawę, że ten system może wrócić…

– Cóż, może tak być, ale nie myślę o tym teraz.

– A ja tak, panie Januszu. A ja wiem, że on przegoniony chwilowo, znów wróci...

– Więc popędzimy go precz jeszcze raz. Może ja już tego nie dożyję, ale w końcu po którymś razie ten system już tu nie wróci. Nie zdoła, bo rozleci się wreszcie pod własnym ciężarem, jak każda źle zaprojektowana konstrukcja. Tym prędzej, jeśli go zmusimy do większego wysiłku, nie dając mu spokoju ani wytchnienia.

– Widzi pan, panie Januszu, ja się obawiam poważnie, że cały wszechświat jest równie źle zaprojektowany jak nasz system społeczny, więc każda próba majstrowania przy nim, nie tylko niczego nie naprawi, ale uczyni go jeszcze trudniejszym do zniesienia. Dlatego nie podejrzewam żadnego Boga o takie partactwo inżynieryjne i konstruktorskie. Liczę może na to, że w tej przypadkowej konstrukcji znajdzie się jeszcze przynajmniej tyle ukrytej logiki i porządku, że się nam ten cały kosmos na głowy sam nie zawali, chociaż licho go wie. Jednak ja istotnie nie mam pańskiej nadziei, tu muszę panu przyznać rację. I rzeczywiście, trochę mnie pan zdemaskował, ja całe moje dzieciństwo i przez wczesną młodość byłem chowany na kulcie zwycięstwa, odzyskania niepodległości, pogromu bolszewików w 1920 roku, no a zwłaszcza zwycięskich bojów naszych lwowskich Orląt, ma się rozumieć. Miałem to we Lwowie na co dzień, a już zwłaszcza od święta, ho ho! Poświęcić się i zwyciężyć… Ileż razy mi to powtarzano! Ja się już urodziłem po tym wszystkim, wie pan, więc tylko znałem rzecz ze słyszenia, ale potem, kiedy przyszła dziejowa kolej na mnie, z tego poświęcania i zwyciężania bardzo prędko zostało tylko samo poświęcanie się. Coraz większe i coraz bardziej daremne te wszystkie poświęcenia były, aż wreszcie przyszło do tego, że już samo to, by nie zginąć, nie żeby się poświęcić, tylko w ogóle jakoś przeżyć, stało się jedynym osiągalnym zwycięstwem. A potem, jak się z tego wykaraskałem, przyszło mi żyć w świecie, w którym nawet nazwy „Lwów” wymówić nie było wolno, o Orlętach i roku 1920 w ogóle już nie wspominając. I cóż mi wtedy pozostało? Po pierwsze cieszyć się, że nikt mnie nie może już, ot tak sobie, zastrzelić na ulicy, a przez trzy lata z górą, z taką właśnie świadomością musiałem po tym Lwowie chodzić, że w każdej chwili koniec przyjść na mnie może. Patrzyłem, jak przychodzi na innych... Po drugie, zachowywać się przyzwoicie. Tak też właśnie żyć przyzwoicie próbowałem, pomijając parę głupstw młodości, które – mam nadzieję – będą mi wybaczone, bo kto ich nie ma. Zresztą, innym wybaczają gorsze rzeczy, jak temu Miłoszowi, żeby nie szukać daleko. Więc istotnie, nie zaznałem tego zwycięstwa, o którym pan mówi, i zaznać go nie oczekuję, proszę mi wybaczyć mój klapaucjuszowski sceptycyzm wobec pańskiego trurlowskiego zapału.

– Przecież tak się nie da, panie Stanisławie! Jakąś radość w życiu trzeba mieć.

– Tą radością moją są me dociekania, czy nam się wszechświat na głowy nie zawali w jakiejś kosmicznej katastrofie. I że nie zawalił się jeszcze dotąd, przypadkiem lub z jakiejś racji. To jest jak wyjąć z buta gwóźdź, z którym się parę mil już przemaszerowało, tego rodzaju radość! Choć może bardziej mała ulga, która następuje, kiedy z dociekań moich wynika, że kosmiczny kataklizm, wybuch supernowej czy objawienie się żarłocznej czarnej dziury nastąpi raczej później niż zaraz, choć oczywiście mogę się mylić. No i tak, panie Januszu, wypreparował pan ze mnie istotową przyczynę mojego ponuractwa i pesymizmu, jak serce z żywej żaby. Zadowolony?

– Napijmy się.

– Bardzo rozsądna propozycja. Na zdrowie!

 

Wraca kelner, bardzo obrażony.

 

– Pan wcale nie jest Himilsbach!

– Jak pan do tego doszedł, jeśli można wiedzieć?

– Prawdziwy Himilsbach tam akurat był, w hotelowej restauracji i poproszono go do telefonu. Zmieszał mnie z błotem i zwymyślał od ostatnich… jak psa…

– No dobrze już, żarty na bok. Jestem Stanisław Lem!

– Proszę przestać sobie ze mnie kpić!

– Mówię poważnie, mam panu pokazać dowód osobisty?

– Mam w dupie pański dowód! Tak się z ludźmi pracy nie postępuje! My też mamy swoją godność i… i potrafimy o nią walczyć! Proszę, oto pański napiwek! Niech pan go sobie weźmie z powrotem! Proszę bardzo, o! (z rozmachem kładzie pieniądze na stół)

– Mam rozumieć, że robi pan strajk?

– Tak, a co?! Może nie wolno mi?!

 

Kelner odchodzi demonstracyjnie. Zajdel podnosi butelkę do góry i sprawdza, ile jeszcze koniaku zastało; jest połowa.

 

– Na razie możemy się obyć bez obsługi.

– Ostatecznie prześpię się w samochodzie…

– Chyba nie będzie tak źle, panie Stanisławie.

– I tak oto teraz ja stałem się złym systemem społecznym…

– Podkreślmy to może wężykiem, panie Stanisławie.

– Wie pan, ja miewam często taki koszmarny sen, że muszę naprawić jakiś bardzo skomplikowany mechanizm. Mozolę się nad tym i mozolę, ale zupełnie nie potrafię tego ustrojstwa złożyć do kupy, wszystko się komplikuje w moich rękach i rozpada na kolejne części, czego bym nie tknął, to się odłącza, a potem nie pasuje, wciskam, a tu znów coś odpada… I cały czas dręczy mnie uporczywa myśl, że ja muszę to złożyć i naprawić, że jest to konieczne i do czegoś tam niezbędne, ale zupełnie nie daję sobie z tym rady. To strasznie nieprzyjemny sen, a co rusz mi się on śni. Teraz zaś, jak się wydaje, mam go właśnie na jawie.

– Podobno całe nasze życie jest snem…

– Wobec tego, panie Januszu, ja nieustannie śnię o naprawianiu świata, ale ani rusz nie mogę się w tych jego zawiłościach rozeznać na tyle, aby zrozumieć, jak to działa, do czego właściwie służy no i co w tym można właściwie naprawić. A jednak nie mogę przestać się nad tym zastawiać.

– Czyżby dlatego, że mimo wszystko ma pan nadzieję, że ten świat jednak da się naprawić?

– Tego by chyba mógł dokonać tylko ten, kto go stworzył, jeśli ktoś taki istnieje w ogóle, a i to też nie jest całkiem pewne, bo skoro stworzono ten świat takim, jakim jest, to widać ów hipotetyczny stwórca lepiej nie umiał i nie należy po nim oczekiwać niczego więcej.

– A może byśmy zaczęli od przeproszenia kelnera?

– Czemu nie, choćby przez grzeczność to by wypadało, ale jeśli on tu wróci z jakimś kolegą wykidajłą, żeby nas wypchnąć za drzwi, ta rzecz się raczej nie uda. Natomiast, pan wybaczy, biegać po kuchni za nim nie myślę, zresztą jako kto miałbym to robić? Jako imć Lem czy jako pan Miłosz, z całym szacunkiem dla kolegi noblisty? Słowem, wylądowaliśmy chwilowo w stanie jakiegoś egzystencjalnego zawieszenia, można by rzec.

– Jak dwa koty Schrodingera w kwantowej superpozycji… Wyproszeni i nie wyproszeni z tego lokalu jednocześnie...

– O, za to mogę wypić! Panie kwantowy kocie Januszu!

– Panie kocie Stanisławie!

stukają się kieliszkami

– I wie pan co, tak mi teraz przyszło do głowy, że w tym stanie niejednoznacznego zawieszenia to my się znajdujemy w znacznie szerszej skali. Ta cała pańska „Solidarność”… jeszcze jej nie ma…

– Jestem pewien, że niebawem nas zarejestrują! Nie odważą się złamać sierpniowych porozumień.

– A jakby już jej nie było…

– Co pan ma na myśli?

– Czerwonego kelnera ze wschodu, on w końcu się obudzi i wystawi nam rachunek za tę odrobinę swobody, na którą tu sobie pozwoliliśmy. Nawet ten nasz tutaj, też pewnie nie obraził się na mnie aż tak bardzo, żeby darować mi uregulowanie należności.

– Pański pesymizm bywa strasznie zaraźliwy. Muszę się napić!

– A proszę bardzo, na zdrowie! Znalazł się pan na chwilę w moich butach…

– Co pan ma na myśli?

– Nasze wspólne czekanie na manto od przypadkowego losu, którzy przybrał w tym przypadku postać kelnera. Ja tak mam od 1939 roku, proszę sobie wyobrazić. Jak tylko sobie pofigluję, zaraz okazuje się, że popełniłem jakieś szalone głupstwo i jestem o włos od popadnięcia w zupełnie dramatyczne tarapaty. Czy teraz jeszcze mi się pan dziwi?

– Przepraszam, chyba rzeczywiście zacząłem pana trochę lepiej rozumieć.

– Zatem powiedzmy, że warto było znów nastawić kark na ukręcenie.

– Może nie będzie aż tak źle z tym kelnerem.

– Ze mną może tak, jakoś się wyłgam, w końcu patentowany gaduła jestem. Ale panu z tą „Solidarnością” może być ciężej.

– Myślę, że jestem na to gotów. Sam bym może się na to nie odważył, ale nie jestem sam, ta nazwa naprawdę coś znaczy.

– Życzę panu jak najlepiej, panie Januszu, jednak wszystko we mnie w środku nalega, aby w tej sytuacji być kimś innym, zupełnie gdzie indziej i żeby panu radzić to samo, choć rozumiem, że pan tej rady nie przyjmie.

– Ale sam pan mówił, że nigdzie uciec się nie da.

– Powiedzmy, że jeszcze została chwalebna izolacja, jak mawiają Anglicy, albo emigracja wewnętrzna. I koniecznie tabliczka po wewnętrznej stronie furtki od domu, tak by wszyscy wychodzący na ulicę widzieli napis: „Uwaga złe przypadki!”.

– A ma pan taką tabliczkę?

– Jeszcze nie, ale coś czuję, że będę musiał sobie takową niezwłocznie obstalować. To powinna być moja odpowiedź na wszelkie pytania, jaka będzie przyszłość, którymi mnie stale raczą dziennikarze w wywiadach i wielbiciele na spotkaniach autorskich. Ja, wie pan, różne mądre rzeczy wtedy opowiadam, lecz prawda jest taka, że jak dotąd zupełnie nie mogłem wyobrazić sobie takiego sympatycznego wariata, który postanowi umyć mój samochód, a tym bardziej dalszych konsekwencji tego wypadku. I tak oto siedzę teraz tu razem z panem, czekając na kelnerski wyrok…

– No cóż, trochę wynalazków pan jednak przewidział.

– I dlatego głupio mi teraz odpowiadać, że nie wiem i nie mam bladego pojęcia. Zrobili ze mnie futurologa czy wręcz wszechświatowego wizjonera i dla ratowania twarzy muszę teraz stale coś wymyślać na poczekaniu.

– Ale to się sprawdza…

– Kolejna złośliwość losu! Jedyne, co mi pozostaje, to nieustannie szukać w tym wszystkim jakiegoś rozumu, że może gdzieś ten sens wszechrzeczy jednak się znajduje. Aczkolwiek po tylu latach bezskutecznego szukania wypada dziwić się samemu sobie, że człowiek nadal jeszcze to robi…

– Może pan po prostu to lubi?

– No lubię. Wymyślania tych moich głuptactw ani trochę nie żałuję, tyle mogę panu wyznać na tej improwizowanej spowiedzi. Jakaś tam dziecinna ciekawość świata wciąż się we mnie telepie i nie daje temu ogólnemu ponuractwu, które mnie i nas wszystkich zewsząd otacza. I wie pan co? Miło jest czasem pokazać te dziecięce fochy tym tam wysoko postawionym osobistościom, a oni zaczynają wtedy na paluszkach dookoła mnie chodzić, bo wielki pisarz im marudzi! Coś w sobie z kapryśnego dziecka mam, matka świętej pamięci parę razy ścierką mi za to dała swego czasu, ale to jest, wie pan, coś takiego, co się we mnie przemyciło przez całą wojnę, w miarę nie poobtłukiwane. Całą dorosłość mi diabli wzięli, za sprawą tych systemów Hitlera i Stalina, ale moje dzieciństwo jest całkiem jak te Chińczyki, trzyma się mocno!

– Podobno to teraz modne, odkrywać w sobie wewnętrzne dziecko, zwłaszcza w Ameryce.

– Też o tym słyszałem, że jest taki trend, może by to był temat na jakiś odczyt? Muszę nad tym pomyśleć... Jednak po pierwsze, nie wiem, czy to wypada, a po drugie ja się wcale do USA nie wybieram. Już zwłaszcza po tych butach, które mi tam pan Philip Dick uszył, że ja ponoć całym wydziałem rosyjskiego KGB jestem, bo jeden człowiek na pewno nie potrafi pisać tak różnymi stylami literackimi. Słyszał pan o tym?

– Wszyscy w środowisku literackim słyszeli.

– A więc gdybym do tych Stanów pojechał, zaraz bym musiał tłumaczyć się przed agentami FBI, dlaczego zawitałem tam tylko w jednej osobie… To by się im musiało wydać podejrzane. Odwrotnie niż Pan Bóg, bo ten jest w trzech, a ja jeden... Nie wiem, ileż istnień mi ten Dick przypisał, ale pamiętając, w ilu stylach zdarzało mi się pisać, to być może całkiem nielicha kompania Lemów… No i sam pan widzi, panie Januszu, jak się zdenerwuję, zaczynam zupełne błazeństwa i groteski wygadywać. Oto cała tajemnica literackiej kuchni Lema.

– Wypiję za tę kuchnię!

– A na zdrowie! Ale niech mnie pan już więcej o przypadek nie zagaduje, panie Januszu. Sam pan nim jest dla mnie w stopniu wystarczającym, by samemu się z tą kategorią, skądinąd fundamentalną, uporać. Skoro zaś żaden przypadek nam jeszcze w tej dyskusji nie przeszkodził, pora przejść do kategorii drugiej, równie fundamentalnej, a stojącej na kontrze do tej pierwszej.

– Inteligencji?

– Ogromnie się cieszę, że pan ją ma! Zatem, skoro my ludzie ją mamy, a przynajmniej miewamy, to chyba jeszcze ktoś w tym przepastnym wszechświecie powinien ją mieć…

– To w końcu mamy tam lecieć, żeby się o tym przekonać, czy nie lecieć?

– Może najpierw nadstawmy ucha, żeby ustalić, gdzie i do kogo, jeśli już.

– Z tego, co pan mówił wcześniej, wynika, że nie bardzo będzie tam z kim rozmawiać.

– Zawsze jest jakieś drugie dno, panie Januszu. Może to, co bierzemy za stolicę obcej cywilizacji, jest tylko namiotem cyrkowym na jej peryferiach, jakimś Disneylandem… Co pan na to?

– To by była groteska, a ja bym wolał rozmawiać serio, panie Stanisławie.

– Może ma pan rację, za dużo w tę groteskę uciekam. Dobrze wobec tego! Sięgnijmy po ocean Solaris i na niego sobie popatrzmy. On jest jeden i sam sobie w zupełności wystarcza, czyż nie? Czy on się potrzebuje socjalizować z innymi oceanami na sąsiednich planetach? Nie! Czy on w ogóle żyje w jakimś stadzie? Nie! Jest sam jeden.

– Może jest świadomością zbiorową? Tego pan akurat nie rozstrzygnął.

– Racja! Jednak my Ziemianie wiemy, jak to jest z tymi kolektywami, zawsze musi tam być jakaś hierarchia, równi i równiejsi, więc zawsze się tam tworzą jakieś frakcje, koterie, wzajemne podgryzania, walki o władzę i tak dalej. Gdyby w takim towarzystwie pojawili się ziemscy naukowcy, z pewnością zostaliby wciągnięci w grę tych koterii, któraś by próbowała ich wykorzystać do swoich celów, a więc nawiązanie kontaktu z nimi nie byłoby takie trudne. Przyjmijmy więc raczej, że ocean Solaris jest jednym samotnym bytem i nie cierpi na żadną schizofrenię.

– Pan jest autorem, wolno panu.

– Ale nie wszystko autorowi wolno, tu się chyba pan zgodzi, panie Januszu.

– Owszem, nie wolno autorowi łamać wewnętrznej logiki własnego utworu.

– Zgoda! Zatem trzymajmy się jej i skupmy na naszym oceanie. Czy on cierpi z powodu swojej samotności we wszechświecie? Wydaje się, że nie! W przeciwnym razie wysyłałby w kosmos małe akwaria z cząstkami swojej zawartości, w celu nawiązania kontaktu z bratnimi oceanami na innych planetach, licząc na to, że oni być może zaoferują mu lekarstwo na jego solarystyczną migrenę, spowodowaną dajmy na to waleniem o klify falami przyboju… Nie sądzi pan, że to zabawne?

– Raczej znowu groteskowe.

– Jak pan widzi, naprawdę trudno uciec od tej groteski, kiedy się człowiek takimi problemami zajmuje. Ona sama się tu naprasza i trudno się od niej opędzić, ale dobrze, jeszcze spróbujmy! Zatem ocean Solaris nikogo innego oprócz siebie nie potrzebuje do pełni własnej szczęśliwości. Owszem, jest inteligentny, a z inteligencją my ludzie wiążemy zazwyczaj ciekawość, więc skoro ludzkie pchły zaczynają po nim skakać, on okazuje im zainteresowanie i zaczyna je badać. Sprawdza, co mamy w głowach, przede wszystkimi znajduje tam poczucie straty bliskich osób, która doskwiera moim bohaterom, tak jak Krisowi Kelvinowi śmierć żony. Cóż więc robi nasz poczciwy ocean? Zaczyna im współczuć i próbuje im tę stratę wynagrodzić, przywracając do życia to, co tak kochali i czego pragnęli, jak się zdawało. No i co?! Ludzie wcale nie stają się przez to bardziej szczęśliwi, tylko zdradzają objawy coraz większego psychicznego rozchwiania. Cierpieli wpierw, a teraz cierpią jeszcze bardziej i wreszcie znajdują sposób, aby to swoje cierpienie oceanowi zakomunikować, wysyłają mu te encefalogramy. Wtedy on natychmiast zaprzestaje eksperymentów na ludziach, uznajmy, że popada w jakieś swoje oceaniczne poczucie winy, dosyć duże, jak można sądzić, i raczej nie będzie już ingerować w to, co się kitłasi w tych naszych ludzkich łepetynach. Bo jakże tu nam dogodzić, skoro my albo wcale nie wiemy, czego chcemy, albo zaraz zmieniamy zdanie i przestajemy chcieć naszych spełnionych marzeń. Ignoruje nas więc ze współczucia. Chyba słusznie, nie sądzi pan?

– Z tym mogę się zgodzić.

– Ocean Solaris wycofuje się zatem ze swojej próby kontaktu z ludźmi, uświadomiony, że jest to dla nich kłopotliwe i szkodliwe, a przede wszystkim daremne i do niczego nikomu zupełnie niepotrzebne.

– Zakończenie tej książki pozostawił pan jednak bardziej otwarte.

– Owszem, ze względów literackich tak było lepiej – zasugerować w ostatnich zdaniach, że coś tam jeszcze może być, ale skoro nie napisałem dalszego ciągu tej powieści, można uznać, że ani ja, ani ocean Solaris nie mamy już w tej sprawie nic do dodania. A więc nasz kosmiczny pustelnik z Solaris tylko utwierdza się w swoim dotychczasowym postępowaniu, cokolwiek autystycznym, przyznajmy to, ale przynajmniej zajmowanie się swoimi własnymi myślami nie czyni nikomu krzywdy i nie sprowadza cierpienia. Kogoś takiego milczenie wszechświata może tylko cieszyć. Czemuż więc nas miałoby ono martwić?

– Cieszy się pan więc, że program SETI jak dotąd niczego nie wykazał, panie Stanisławie? Że jesteśmy sami w kosmosie?

– Przewrotnie panu odpowiem, że tak. Dzięki temu milczeniu właśnie nie musimy się tam pchać, asygnować wielkich funduszy, by je w tym kosmosie roztrwonić i rozproszyć, możemy je lepiej wydać tu na Ziemi, a pilnych czy wręcz palących potrzeb przecież nam nie brakuje. Zatem milczenie wszechświata oznacza dla nas kosmiczny święty spokój, którym możemy się tylko cieszyć! Cieszmy się nim więc!

– A więc to dlatego mówił pan, że zanim się w kosmos wybierzemy, powinniśmy nadstawić ucha, czy ktoś tam jest? Bo zakłada pan z góry, że nic nie usłyszymy i nie będzie powodu ruszać się z Ziemi.

– I owszem, drogi panie! To dość przewrotne i złośliwe podejście, przyznaję. Psiakrew, zjadłbym coś słodkiego, a kelner obrażony…

– To może jednak go zawołać?

– Pan nie wywołuje licha z lasu, panie Januszu! Już lepiej niech będzie ten śledź i ogórki…

– Wróćmy może zatem do kosmicznej inteligencji.

– Z inteligencją kosmiczną już skończyliśmy, panie Januszu. Nie ma tam z kim gadać, ani jak, ani o czym, przy tym obstaję! Zatem pozostaje nam inteligencja ziemska, ta sztuczna, czyli myślące komputery.

– Tyle się o tym mówi od lat, a one nic, nie chcą zacząć myśleć.

– Może wiedzą, co robią… To przecież boli… Ale dobrze już, bez groteski miało być, pamiętam! W sumie jednak trudno oczekiwać, aby ta elektronowa inteligencja była podobna do naszej, która dziwnym zbiegiem okoliczności zatliła się w mózgach nagich małp, które te swoje mózgi wzięły z kolei od gadów i te gadzie instynkty wciąż nami miotają co i rusz. Nasza cielesność z całą jej historią ewolucyjną jest nam kulą u nogi. Nigdzie dalej w rozwoju się nie posuniemy obciążeni takim balastem, musimy pozbyć się naszych ciał, razem z tkwiącymi w nich atawistycznymi instynktami, które nas pchają od szaleństwa do szaleństwa.

– Wtedy przestaniemy być ludźmi.

– A i owszem, panie Januszu, i to właśnie poważny dylemat jest, ponieważ tylko ludźmi jesteśmy i nikim innym być nie potrafimy. Lepiej czy gorzej, ale wyłącznie ludźmi być możemy. I dlaczego miałoby to być zajmujące dla istoty, która człowiekiem nie jest? No może tylko na chwilę i w sposób dla nas niemiły, jak przypuszczam. Jednak dobrze, powiedzmy, że z inteligencją komputerową pójdzie nam lepiej niż z oceanem Solaris, no bo skoro my sami ją stworzymy, to jakiś punkt styku i kontakt z nią będzie. Tylko co dalej? Jak długo my, ludzie, będziemy dla myślących komputerów partnerami do rozmowy? I o czym znowu? Rozkazywać im mamy? Naprawdę inteligentny elektronowy mózg długo na to nie pozwoli, szybko się spostrzeże, że ten jego ludzki stwórca to jest szalenie ułomny bóg. Poza tym te komputery prędzej czy później połączą się ze sobą, czyli staną się jak jeden komputer… Słyszał pan może o tym amerykańskim projekcie, żeby komputery zacząć łączyć w sieci? Podobno w niedalekiej przyszłości ma powstać z tego jedna wielka sieć obejmująca cały glob.

– Tak, coś mi się obiło o uszy.

– To jest, uważa pan, nasza przyszłość.

– Czy jest szansa, że jeśli się tysiące komputerów połączy w jedną całość, to one zaczną myśleć?

– Wie pan, panie Januszu, ja już wyrosłem z praw dialektyki i całego tego marksistowskiego przechodzenia ilości w jakość. Żaden zbiór idiotów, choćby największy, nie stworzy jednego mądrego człowieka. Tego, bądź co bądź, panująca nam Partia przewodnia dowiodła już ponad wszelką wątpliwość. I co więcej, ten sam eksperyment z partyjnymi idiotami powtórzono też w pozostałych, bratnich nam krajach demokracji ludowej, z dokładnie tym samym dającym do myślenia wynikiem, czyli brakiem sukcesu. Zatem żadne zrzeszanie półgłówków w partie rządzące nie spowoduje, że uzyskamy w efekcie choćby tylko półtora inteligenta, raczej będzie z tego inteligencji ćwierć, a jeszcze wypada spodziewać się raczej i mniejszych ułamków. No ale jeśli uda się nam kiedyś wytworzyć jeden komputer, który myśli i ma świadomość, to nie będzie żaden kłopot, aby potem zrobić takich komputerów więcej i połączyć je w jeden wielki supermózg. Tak może być i tego możemy i powinniśmy się obawiać, że jeśli takie coś się kiedyś wykluje, to nas przeskoczy w ewolucji.

– A może to my, ludzie siedzący za tymi komputerami połączonymi w globalną sieć, stworzymy tę jedną superinteligencję?

– Gębona jakiegoś stworzymy prędzej taką metodą, mój drogi panie! Monstrualną gębę ze znikomym mózgiem, która by tylko chciała gadać i gadać, paplać trzy po trzy, ani myśląc, co mówi właściwie i po co. Jak się wszystkich chętnych mędrków dopuści do głosu i pozwoli im pleść do woli, to tylko jeden globalny magiel z tego wyjdzie, nieustający wrzask miliardogębnej przekupki. I być może wówczas taka sztuczna inteligencja będzie potrzebna, żeby nad tym globalnym wrzaskiem idiotów oraz szumem informacyjnym zapanować, ale potem już żadnej świetlanej przyszłości przed gatunkiem homo sapiens to ja nie widzę. Niestety. Przykro mi.

– Może jest nadzieja, panie Stanisławie, że ten globalny supermózg nas zignoruje i pozwoli nam żyć po swojemu?

– Tak jak ocean Solaris, panie Januszu? Zignorować, to najlepsze co można z tymi homo sapiensami zrobić! Od której strony by tego problemu nie ruszyć, zawsze na tym samym kończymy, do tego samego punktu innymi drogami dochodzimy. Czyli, że z ludźmi gadać się nie da! I najwyraźniej żadna wyższa sztuczna inteligencja, będąc zdrową na swoim elektronowym umyśle, raczej nie zechce wdawać się z nami w dyskusję, do której nie jesteśmy zdolni wnieść nic istotnego ani ciekawego dla niej. Przy odrobinie szczęścia taki inteligentny komputer, zamiast nas wygubić, po prostu zajmie się swoimi sprawami, pozwalając nam na siebie dalej krzyczeć, tupać nóżkami i bajdurzyć do woli, skoro zupełnie nic z tej gadaniny nie wynika i w niczym temu komputerowi to nie szkodzi. Można więc zamaszyście machnąć na nas tranzystorem…

– Naprawdę uważa pan, że jesteśmy za głupi dla tych wszystkich innych inteligencji Zarówno kosmicznych, jak i sztucznych?

– Być może będziemy jakoś dla nich użyteczni, jeżeli one wyhodują w sobie poczucie humoru. Wtedy przynajmniej możemy się im wydać pocieszni.

– To raczej mało ambitna perspektywa.

– Zawsze możemy zrobić sobie samym gorzej, nieprawdaż, panie Januszu? Uczynić ludzkości zbiorową krzywdę własnymi rękami tejże ludzkości i definitywnie cofnąć się w rozwoju…

– Zaraz, zaraz, panie Stanisławie! Skoro jest jakiś rozwój, to chyba można go kontynuować?

– Poważnie się obawiam, panie Januszu, że my ludzie osiągnęliśmy naszą Najwyższą Fazę Rozwoju, względnie jesteśmy blisko niej, w każdym razie jeśli chodzi o ludzi żyjących tam na Zachodzie, bo my tutaj istotnie możemy jeszcze coś niecoś się podciągnąć cywilizacyjnie, zwłaszcza jeśli chodzi o telekomunikację z resztą świata. Jednak, jakby to mrocznie nie zabrzmiało, nie ma tu innego szczytu do osiągnięcia. Jeszcze parę kroków i możemy tylko znów zacząć staczać się w dół.

– Co więc pan radzi?

– Uczyć się od mądrzejszych. Od tych hipotetycznie mądrzejszych od nas kosmicznych Obcych i myślących komputerów. To znaczy zająć się rozmyślaniem o swoich własnych sprawach. Wszelki rozwój, panie Januszu – czy to biologiczny, czy to techniczny – wydaje mi się zmierzać do postaci kosmicznego pustelnika, dumającego sobie o rzeczach niepojętych dla ludzkich insektów skaczących po nim i czasami nierozważnie próbujących zwrócić na siebie jego uwagę. Nieroztropnie bardzo, bowiem gdy on się wreszcie nami zainteresuje, to albo nas z siebie strzepnie jak natrętną muchę, albo nam zaszkodzi, grzebiąc nam w głowach i wyciągając z nich rzeczy, których byśmy oglądać nie chcieli. Uczmy się więc od mędrszych od nas! Bądźmy takimi kosmicznymi pustelnikami na swoją miarę. Przestańmy się miotać, awanturować i poczytajmy sobie jakąś dobrą książkę w wygodnym fotelu. Albo napiszmy takową książkę. Tyle przynajmniej możemy zrobić. Dla tych nielicznych osób, które chcą i mogą zrozumieć, co się nam w głowach roi. Dla nich jeszcze warto książki pisać.

– Nie zgadzam się! Zupełnie nie mogę się z tym zgodzić, panie Stanisławie!

– A czegóż zatem by pan chciał?

– Solidarności międzyludzkiej.

– Braterstwo, wolność, równość… Przecież to już było, drogi panie!

– Międzyludzka przyzwoitość może i była wcześniej, ale nigdy jej za wiele. Być może ma pan rację, że dochodzimy do kresu naszego rozwoju ewolucyjnego, ale jeszcze możemy coś zrobić, żeby nie wstydzić się przed istotami, które przyjdą po nas.

– Cóż takiego, panie Januszu?

– Nie budować na kłamstwie! Ani samemu nie łżeć, ani innym na to nie pozwolić, zwłaszcza zaś żadnej władzy nie pozwolić budować systemów społecznych opartych na fundamentalnym fałszu. A jeśli to kłamstwo już się zdarzy, bądź od dawna jest, to należy je demaskować! Odkrywać je, wytykać palcem, pokazywać innym – po to warto jeszcze pisać książki! Choćby i te fantastyczno–naukowe, żeby oszukać cenzurę. Prawdę trzeba ubierać w kombinezon kosmonauty, bo inaczej ona się udusi w tym systemie, ale ludzie się zorientują, poznają, co się kryje pod kosmicznym hełmem i o czym faktycznie jest mowa. Co jak co, ale my tu w Polsce umiemy czytać między wierszami.

– I cóż z tym dalej? Przeczytają, zapomną… Choćby nawet i zrozumieli.

– No właśnie nie, panie Stanisławie! Jeśli ludzie będą trzymać się razem jak teraz. Wtedy świat się zmieni na lepsze, tak jak właśnie się zmienił wkoło nas! Już można podnieść przyłbicę próżniowego hełmu i zacząć oddychać. Tego solidarnego człowieczeństwa nam trzeba, żebyśmy nie musieli czuć się gorsi od pańskich kosmicznych pustelników, zapatrzonych tylko w samych siebie. Tym im możemy zaimponować, tak jak w tym roku latem zaimponowaliśmy światu! I to jest dla nas sens i droga, powtórzę, nie budować na kłamstwie! Demaskować je trzeba!

 

Wraca kelner. Zbliża się powoli, krok po kroku, trzymając jedną rękę za sobą. Obaj rozmówcy milkną, zapada chwila pełnego napięcia wyczekiwania. Kelner podchodzi do stolika. Wtedy okazuje się, że w dłoni za plecami trzyma książkę.

 

– Przepraszam pana najmocniej, czy mogę prosić o autograf?

– Mam go wpisać jako Lem, Miłosz czy Jan Himilsbach?

– Jeszcze raz najmocniej szanownego pana przepraszam! Wyjaśniono mi pańską tożsamość, popełniłem głupi błąd, jak się tylko zorientowałem, od razu pobiegłem do najbliższej księgarni. To dla mojego syna, on się panem zaczytuje! Czy mogę mieć nadzieję…?

– Ależ oczywiście! I mnie proszę darować mój głupi żart. Jak ma chłopiec na imię?

– Rysio, Ryszard znaczy…

– Proszę bardzo! (Lem wpisuje autograf) I ten napiwek jest również pański, nie zamierzam zabierać czegoś, co już wcześniej raz dałem.

– Najserdeczniej dziękuję panu. A to jest pańska rezerwacja, załatwiłem ją osobiście przy okazji wyjścia do księgarni. Tu ma pan adres hotelu i plan, jak tam stąd dojść, to niedaleko… (podaje Lemowi kartkę papieru)

– Dziękuję bardzo, już się obawiałem, że będę dziś spać pod mostem.

– Honor stolicy by nam na to nie pozwolił, proszę szanownego pana! Czy mogę czymś jeszcze panom służyć?

– Panie Januszu...?

– Ja już dziękuję bardzo za wszystko, pora na mnie.

–W takim razie poproszę o rachunek.

– Niezwłocznie, proszę pana! (Kelner odchodzi)

– I cóż pan na to, panie Januszu? Jednak jest sposób, by uniknąć przypadkowych tarapatów. System polityczny oraz wszelkie inne nieprzewidywalne sytuacje stają się dużo łaskawsze, kiedy się człowiek o trochę sławy postara.

– Sława, mówi pan, panie Stanisławie? Zgoda. Ale tylko i wyłącznie ta dobra!

 

Stanisław Lem – najpoczytniejszy polski pisarz, tłumaczony na przeszło czterdzieści języków, nakłady jego książek przekroczyły trzydzieści milionów egzemplarzy i dalej rosną.

Janusz Zajdel – inspirator pokoleń twórców, prekursor i założyciel nurtu polskiej fantastyki socjologicznej, zwanego „szkołą Zajdla”, wciąż żywej, kontynuowanej i rozwijającej się.

Żaden z nich nie dokonał tego, co zdołał osiągnąć ten drugi…

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Konrad T. Lewandowski, Science czy fiction? Fantastyczne spotkanie Janusza Zajdla i Stanisława Lema, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 112

Przypisy

    Powiązane artykuły