12.08.2021

Nowy Napis Co Tydzień #113 / A przełomu pokoleniowego wciąż brak

„Lekceważący stosunek krytyków głównego nurtu literatury do fantastyki jest to coś, z czym każdy autor SF lub fantasy musi nauczyć się żyć. Z kolei wśród fantastów utarł się stereotyp krytyka głównonurtowego jako przygłupa, który chwali tylko to, czego nie rozumie. Lata obustronnej niechęci i ignorancji stworzyły błędne koło myślowych nawyków” Konrad T. Lewandowski, „Stary krytyk mocno śpi"

Duma i uprzedzenia

Jeśli chce się ulokować polską fantastyczną popliteraturę gatunkową (nazywaną także fantastyką gatunkową, popfantastyką, science fiction i SF) w pejzażu polskiej kultury literackiej, zacząć trzeba od podkreślenia faktu o podstawowym znaczeniu: jest ona zjawiskiem paraliterackim, do którego stosują się jego własne prawa. Jest też zjawiskiem kulturowym, a dokładnie: popkulturowym niesamodzielnym, ciągle tracącym teren na rzecz fantastyki innych mediów, wizualnych i elektronicznych. Choć wielu wielbicieli (fanów) nie zawraca sobie głów jej statusem ontologicznym i taka sytuacja całkiem im odpowiada, bezdyskusyjnym faktem jest i ten, że jako całość popliteratura fantastyczna cierpi z tego powodu (choć z przerwami) na manifestowany piórami jej twórców kompleks literatury nazywanej w środowisku głównonurtową lub „mainstreamem”. Sama o sobie tworzy taką narrację, że „mainstream” czyni ją ubogą krewną, pozbawioną należnego uznania mainstreamowych autorytetów oraz przywilejów w postaci sutych stypendiów, głośnych nagród i w ogóle intelektualnego celebrytyzmu, skazaną na oczekiwanie za murami pałacu sztuki, aż służba wyniesie jej odpadki z pańskiego stołu.

Piórami swych twórców popliteratura fantastyczna głośno protestuje przeciw temu, co traktuje jako lekceważenie. Najprostszą, oczywistą formą protestu jest udowadnianie szlachectwa „argumentum ad Lemum”. Ma on jednak ograniczoną skuteczność – jedna jaskółka wiosny nie uczyni, a i Lem o fantastyce naukowej wypowiadał się co najmniej z przekąsem. Poza tym, co ważniejsze, Lema dawno zakwalifikowano w mainstreamie jako pełnoprawnego pisarza, mającego ten kaprys, że od czasu do czasu zbaczał z jedynej właściwej ścieżki.

Dość to niekomfortowa sytuacja, z którą warto byłoby coś zrobić – uporządkować pole czy to ogólnoliterackie, z włączeniem w nie popfantastyki, przynajmniej w części jej niewątpliwie literackich manifestacji, czy własne, popliterackie. Z jakiś powodów nie udało się to aż do dziś, ani jedno, ani drugie.

*

Dawno, dawno temu pewien znakomity, cieszący się niekłamanym szacunkiem i wielkim autorytetem felietonista, krytyk oraz doskonały pisarz z tak zwanego potocznie: pokolenia „Fantastyki” (od nazwy miesięcznika „Fantastyka”, powstałego w 1982 roku) spróbował poszerzyć pole uprawianej przez siebie SF tak, by naruszało granicę między nim a domeną szacownej, wysokoartystycznej literatury mainstreamowej. Marek Oramus wspomina:

Co się tyczy Tadeusza Konwickiego, to w pewnym momencie miałem idee fixe, by traktować go jako częściowego przynajmniej fantastę. Mała Apokalipsa wydała mi się fantastyką socjologiczną jak obszył, a wzmacniały to przekonanie liczne odwołania do gwiazd, galaktyk, Wszechświata, kosmosu etc. Nadto fantastyczna wydawała mi się mgiełka oniryczna z Rojstów, czy chwyt z pojawieniem się starego reżysera w jednym z filmów, przetrząsającego biurko w poszukiwaniu jakiejś rzeczy. Film był wspomnieniem o krainie dzieciństwa, stary reżyser był w niej przybyszem przerzuconym z przyszłości. Kiedy zaproponowałem mu wywiad do „Fantastyki”, spojrzał ciężko spode łba jak ktoś, kto podejrzewa, że cwaniacy próbują nabrać starego wróbla – i z punktu odmówił. Może traktował siebie zbyt poważnie, a może wolał nie ryzykować? A może zwyczajnie mu się nie chciało gadać o niczym z jakimś mało ciekawym facetem? […] Pozostanie mi w pamięci skulony za stolikiem w Czytelniku, obok Holoubek i ze dwóch lub trzech innych, których pamięć nie zarejestrowała. Milczeli ponuro, jakby w ogóle nie było o czym mówićM. Oramus, Konwicki i Wnuk-Lipiński, http://www.galgut.eu/konwicki-i-wnuk-lipinski/ [dostęp: 5.07.2021].[1].

*

Nieco później, w 1993 roku Konrad T. Lewandowski, bardzo dobry pisarz i wnikliwy krytyk SF, kierowany podobnie szlachetnym zamiarem co najmniej zrównania fantastyki naukowej z nurtem głównym literatury, wziął się do sprawy systematycznie. Zebrał i opracował dane statystyczne, uzyskując wyniki zdaniem jego – i całego środowiska fanów SF – przełomowe, bo świadczące o ogromnej liczbie fantastycznonaukowych publikacji w latach osiemdziesiątych. Mówimy tu o liczbach znaczących: o ponad sześciuset opublikowanych opowiadaniach ponad dwustu pisarzy w ciągu dekady, a i metodologii nie da się nic zarzucić. Pewny, że dokonując tego „uchwycenia fenomenu socjologiczno-literackiego na gorącym uczynku”, złapał za nogi Pana Boga fantastyki i że ma dowody czarno na białym na wielkość literatury fantastycznej, wyposażony w mające go uwiarygodnić pismo przewodnie od „Fantastyki” oraz egzemplarze antologii Co większe muchy, Lewandowski ruszył w obchód wysokoliterackich, mainstreamowych instytucji akademickich, redakcji i wydawnictw, niosąc kaganek oświaty. Czyli zamierzając udowodnić mainstreamowi noszenie końskich okularów, widzenie tunelowe i wszystkie możliwe słabości, przez które krytycy głównego nurtu nie są w stanie dostrzec zjawiska pozagłównonurtowego wielkich rozmiarów i zareagować na nie oczywistym entuzjazmem.

Ale ziarno zasiane przez Lewandowskiego nie wzeszło. Czy przez to, że padło na jałową ziemię? A może dlatego, że rachityczne to było ziarenko, a siewcy nie pielęgnowali go odpowiednio, by dało plon obfity? Raczej to drugie. Kiedy dziś czyta się tę znakomitą analizę socjologicznoliteracką, opublikowaną w „Nowej Fantastyce” 7/1993, a zatytułowaną Stary krytyk mocno śpiTekst dostępny jest także tutaj: http://lapsuscalami.pl/2021/07/02/stary-krytyk-mocno-spi/ [dostęp: 5.07.2021].[2], uderza przede wszystkim życzliwość owych starych krytyków rzekomo mocno śpiących, ludzi w latach, okopanych na Akademiach i w redakcjach mających za sobą świetne kariery, a przed sobą kalendarz zabazgrany projektami dalszych badań. Lewandowski skrupulatnie rejestruje przejawy tej życzliwości.

O Matko Boska! Zaskoczyła mnie siła tego zjawiska. To nie jest żaden margines, ale żywa gałąź polskiej literatury [Lech Budrecki, współpracownik „Twórczości” i „Literatury”, kierownik literacki teatru „Ateneum”, były zastępca redaktora naczelnego „Literatury na Świecie”].

Jestem całkowicie zaskoczony. Nie uświadamiałem sobie siły i skali tego zjawiska. Otwiera mi pan oczy na obszar zupełnie przeze mnie nierozpoznany. Wycofuję swoje désintéressement jeśli chodzi o fantastykę […] Przeczytam tę antologię i jeśli mnie to zachwyci, zostanę waszym fanem i nie będziecie się mogli ode mnie opędzić! [Wacław Sadkowski, redaktor naczelny „Literatury na Świecie”].


Zjawisko to zasługuje na wnikliwą uwagę krytyki. Czyżby pokolenie lat sześćdziesiątych wypowiedziało się właśnie w tym gatunku i z tego powodu nie zostało dostrzeżone przez krytykę? […] Jeżeli fantastyka rzeczywiście zaczęła przejmować funkcje literatury ogólnej, to należałoby to nazwać nowym ruchem młodoliterackim. Jestem naprawdę bardzo rad, że otrzymałem tę antologię. [Andrzej Lam, kierownik Zakładu Literatury XX wieku na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego].

 Niektórzy rozmówcy owszem, zachowywali się wobec Lewandowskiego niechętnie, choć żaden nie zachował się obcesowo ani nawet nieuprzejmie. Ich uwagi były merytoryczne: że za boomem fantastycznonaukowym stoją czynniki pozaliterackie, stan wojenny z jego uwolnieniem wielkich ilości deficytowego do tej pory papieru, który trzeba było jakoś zagospodarować, więc zagospodarowywano go na ponad stutysięczny nakład miesięcznika „Fantastyka” i książki SF. Że usiłowano zastosować socjotechnikę zgodną ze słynną, jakże błędną diagnozą przypisywaną Stefanowi Olszowskiemu (sekretarzowi KC, między innymi), wyrażoną podobno mniej więcej tymi słowami: „niech się młodzież bawi w tę fantastykę, zamiast politykować i manifestować na ulicach” (w rzeczywistości młodzież robiła jedno i drugie). Helena Zaworska z „Gazety Wyborczej” zwróciła też uwagę na jeszcze jeden aspekt, który umknął Lewandowskiemu. Słowami: „Sama długość tej listy sprawia, że człowiekowi odechciewa się zajmować takim legionem” przypomniała dość konserwatywnemu w poglądach weteranowi walki z komuną, że ilość nie przechodzi w jakość.

*

Opisane tu dwa sposoby na zrównanie literatury popfantastycznej i wysokokulturowej mają jedną cechę wspólną: przedstawiciele środowiska popfantastycznego traktują mainstream jak równy sobie. Oramusa nie uraża zachowanie Konwickiego i jego stanowcza odmowa wywiadu – do końca traktuje swego rozmówcę z szacunkiem należnym pisarzowi, którego ceni bardzo wysoko. Lewandowski występuje w roli dyplomaty: zdobywa listy uwierzytelniające swojego mocarstwa i przedstawia je dyplomatom sąsiedniego mocarstwa. Niektórzy listy te przyjęli, inni nie, w sumie z jego wysiłków niewiele wynikło, ale Lewandowski ogranicza się do skrupulatnego opisu misji i tylko tytułem swego tekstu daje wyraz subiektywnej ocenie adwersarzy. Wygląda na to, że jeśli nawet między królestwem fantastyki naukowej a królestwem głównego nurtu literatury toczyła się wojna, była to najwyżej zimna wojna, choć mówić należy raczej o obustronnej splendid isolation.

Wyjaśnić może ją to, że lata osiemdziesiąte i część dziewięćdziesiątych XX wieku były czasem wielkości polskiej popfantastyki, więc uznanie mainstreamu nie było jej do niczego potrzebne. Mogło podnieść samoocenę twórców, fani też, jak każdy, lubią dowody uznania, zwłaszcza te płynące z zewnątrz ich „bańki”, ale to wszystko.

Gesty przyjaźni

Ale sytuacja nie była bynajmniej statyczna. Od owych dawnych czasów do dziś mainstream szedł na ustępstwa, nieczęste może, ale zawsze spektakularne. W 1997 roku Paszport „Polityki” otrzymał Andrzej Sapkowski, a jest on przecież pisarzem par excellence popfantastycznym i choć sławę przyniósł mu jej odrębny typ, fantasy, nie SF, pisywał i ją z dużymi sukcesami – najbardziej znaną branżową nagrodę im. Janusza A. Zajdla otrzymał w 1993 roku za fantastykę polityczną bliskiego zasięgu, opowiadanie W leju po bombie. W 2020 roku Nagrodę Nike otrzymał Radek Rak, i choć nie jest on typowym twórcą fantastyki gatunkowej, co najmniej czynnie uczestniczy w życiu fantastycznego fandomu, a w mainstreamie zaledwie bywa gościem. Sympatii dla fantastyki gatunkowej nie ukrywa Olga Tokarczuk – udzieliła ona nawet „Nowej Fantastyce” wywiadu, którego nie chciał dać jej poprzedniczce „Fantastyce” Tadeusz Konwicki. Wielkim uznaniem mainstreamu cieszy się popfantastyczny według wszelkich kryteriów popfantastyki Jacek Dukaj. Takie przykłady można mnożyć.

Środowisko fantastyki tymczasem trwało do niedawna okopane na swoich pozycjach niczym upojone niegdysiejszą wielkością, jakby milcząco przyznawało rację „doktrynie Grzędowicza” (bestselerowego, bardzo cenionego twórcy popfantastyki), którą streścić można tak: „Chłopak z getta nie powinien wpychać się do Gentelmens Club albo studenckiej korporacji, jeżeli go tam nie chcą” (całość tekstu tutaj).

A potem przyszedł Rok Lema i sypnął kamieniami obrazy.

*

Kamieniem obrazy numer jeden okazały się obchody stulecia urodzin Lema i ustanowienie roku 2021 jego rokiem. Mniejsza z tym, że uchwała sejmowa wyraźnie mówi o science fictionTreść uchwały: https://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WMP20200001181/O/M20201181.pdf [dostęp: 5.07.2021].[3]. Mniejsza z tym, że we wrześniowym, krakowskim „Kongresie Futurologicznym 2021” wezmą udział nie tylko znawcy z godnymi, naukowymi tytułami jak profesor Stanisław Bereś, ale też przedstawiciele środowiska fanowskiego, pisarze SF i krytycy branżowi. Ważne, że w informacjach medialnych głównego nurtu nie powtarza się co zdanie tłustym drukiem: „Lem – pisarz SF”, bo Lem jest nasz, tylko nasz i to nie jest nasze ostatnie słowo!

Kamieniem obrazy numer dwa, większym nawet od tego pierwszego, stał się zaś Bogu ducha winny Międzynarodowy Festiwal Literatury im. Josepha Conrada (jedyne, co Conrad ma wspólnego z fantastyką to tłumaczenie The Heart of Darkness Jacka Dukaja) obywający się pod hasłem „Natura przyszłości”. Fandom najwyraźniej nie zechciał zapoznać się ze znaczeniem, jakie tym dwóm niewinnym słowom nadali organizatorzy, choć w dostępnym w Internecie festiwalowym magazynie znaleźliby dowody czarno na białym, że dyskurs, jaki proponują, pasuje do fantastyki naukowej jak smoking do walonek. To przecież nieważne, ważne, że w nazwie jest „przyszłość”, a polskich pisarzy SF nie zaproszono jako gości, choć „mamy Lema”, a Lem jest nasz, tylko nasz i to nie jest nasze ostatnie słowo! Tu chyba warto wspomnieć, że stosunek Lema do ekologii i patriarchalny charakter jego twórczości, niemal pozbawionej postaci kobiecych, chętnie się przemilcza, by nie narażać reputacji wieszcza.

*

Po trzecie i najważniejsze: dzisiejszym wojownikom o równouprawnienie science fiction w głowie nie postało, by wzorem Marka Oramusa zwrócić się do organizatorów inkryminowanych wydarzeń z prośbą o wywiad dla „Nowej Fantastyki”. W głowie im też nie postało, by wzorem Lewandowskiego przedstawić im rodzaj katalogu polskiej fantastyki przyszłościowej, nowoczesnej, ekologicznej i genderowej, uzasadniającego pytanie: dlaczego nas brak? Nie, wojnę wszczęto w mediach społecznościowych (Facebook i YouTube) z okazjonalnymi wycieczkami do mediów, zwykle jednak w pojęciu mainstreamu mało opiniotwórczych, takich jak będący tematem niewybrednych żartów portal lubimyczytac.plhttps://lubimyczytac.pl/kolejnego-lema-moze-nie-byc [dostęp: 7.07.2021].[4]. Była też publikacja w „Polityce”, tygodniku, który z natury rzeczy ani nie zmieni istniejących faktów literackich, ani nie stworzy nowych tekstami żyjącymi tydzieńhttps://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1966760,1,festiwale-literackie-fantastyka-non-grata.read [dostęp 9.08.2021][5].

Z tak zwanej inby i z tych tekstów wyłania się obraz środowiska fantastyki cierpiącego na toddler tantrums, dziecięce napady złości występujące, gdy dziecko wobec obojętność dorosłych usiłuje skupić na sobie ich uwagę: krzyczy, tupie i wymachuje rączkami. Tak też, z pobłażaniem mądrego rodzica, potraktował te pretensje Festiwal Conrada i zareagował odpowiednio – jak spokojny, mądry rodzichttp://conradfestival.pl/a/1782,odpowiedz-na-petycje-w-sprawie-obecnosci-polskich-pisarek-i-pisarzy-sf-na-festiwalu-conrada [dostęp 8.08.2021].[6].

Co się stało, że w wyjątkowo jej sprzyjającej sytuacji rynkowej – w kategorii powodzenia u czytelników fantastyka naukowa ustępuje dziś tylko kryminałowi, ale jemu zawsze ustępowała – środowisko fantastyki naukowej popadło w takie poczucie krzywdy, że zaatakowało mainstream gwałtownie… i na oślep? Na to pytanie, sygnalizujące istnienie interesującego fenomenu z dziedziny socjologii kultury i popkultury, odpowiedź może dać tylko przyjrzenie się dokładniej funkcjonowaniu polskiej fantastyki naukowej w szerszym kontekście życia literackiego.

Zaczyna się od Lema, a kończy tak, jak kończy

Polska fantastyka naukowa zaistniała po drugiej wojnie światowej Trylogią kosmiczną Krzysztofa Borunia i Andrzeja Trepki, której pierwszy tom, Zagubiona przyszłość, ukazał się w formie książkowej w 1954 roku. Był to klasyczny kicz napisanym według podręcznika sowieckiego agitatora, do dziś budzącym ciepłe uczucia wielbicieli kiczu. W tym samym czasie pojawiły się jednak także dwie powieści Stanisława Lema: Astronauci z 1951 roku i Obłok Magellana z 1955 roku. Jak w przypadku „dzieła” Borunia i Trepki, tak i w obu powieściach Lema prymitywny szkielet fantastyki w klasycznej postaci kosmicznych wypraw międzyplanetarnych udekorowany został lepkim ad nauseam lukrem propagandy, ale powieści Lema zawierają też znaczącą, łatwo rozpoznawalną nadmiarowość literacką, świadczącą o wielkim talencie pisarza u progu kariery, a z czasem stającą się jego znakiem firmowym. W Astronautach jest to opis tragedii podczas wyprawy na Kanczendzongę, w Obłoku Magellana – biegu maratońskiego, oba subiektywne, przedstawione w relacjach bohaterów i ich charakteryzujące, może i patetyczne, lecz budzące czytelniczy dreszcz nawet dziś. Lem od samego początku bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę fantastyce naukowej.

Dzięki tym literackim walorom, a także powodzeniu przekładów i sławie osiągniętej w mitycznej (wówczas) Ameryce, Lem na lata zdominował sposób rozumienia fantastyki naukowej jako literatury według każdego rozumienia tego słowa, lecz mającej ważniejszy od literackiego, nieliteracki obowiązek niesienia idei – na przykład poznawania nieznanego czy przepowiadania przyszłości. Bywało nawet, że owa literacka nadmiarowość stawała w niejakiej sprzeczności z niesieniem idei i fandom fantastyczny gubił się w lekturze, czego dobrym przykładem jest napisany na fali odwilży (wydanie 1958) Eden. Mimo znaczącego tytułu fandom w swej masie przeoczył wstrząsający, choć w obawie przed cenzurą maskowany tajemniczością obcej cywilizacji, opis funkcjonowania obozów Archipelagu Gułag.

Jakość literacka, wysublimowanie intelektualne i sam ogrom twórczości Lema skutecznie zepchnęły na margines jemu współczesnych, choćby mu nawet literacko dorównywali, jak szczególnie aktywny w dekadzie 1965–1975 znany polski informatyk Konrad Fiałkowski czy geniusz-samouk Adam Wiśniewski-Snerg (Robot, 1973; Według łotra, 1978). Polska fantastyka naukowa całego późniejszego okresu nie tylko czuła się w obowiązku dorównywać literaturze wysokiego poziomu, ale też nie miała swojego pokolenia założycielskiego. Nie poznawała sztuki polemik, sporów i walki idei – jej założycielem był jeden pisarz, tak dominujący, że na pokolenie nie zostawił miejsca.

Ale – jak każdemu – i Lemowi przyszło zawiesić pióro na kołku, co nastąpiło dopiero w 1986 roku, po publikacji powieści pod wiele mówiącym tytułem Fiasko. Otworzył tym miejsce dla pisarzy młodszych, skupionych wokół Janusza A. Zajdla, który wprawdzie debiutował jeszcze w 1966 roku, ale gros jego twórczości trafiło na rynek w latach 1980–1985. Dla grona pisarzy i/lub krytyków, którzy w 1982 roku stworzyli miesięcznik „Fantastyka”, to on oraz sławny tłumacz i redaktor Lech Jęczmyk byli niekwestionowanymi autorytetami wręcz ojcowskimi, rodzajem father figures. Za ich pośrednictwem Marek Oramus, Edmund Wnuk-Lipiński, Maciej Parowski – by wymienić tylko najbardziej znanych – przejęli wywodzące się od Lema przekonanie, że fantastyka jest literaturą osobną, literaturą z misją, a jako misję pozaliteracką wybrali dla siebie walkę z komuną.

*

Czy można mówić tu już o przemianie pokoleniowej? Nie. Pokolenie „Fantastyki” nie wystąpiło przecież przeciw poprzednikom i nie wyznaczyło sobie nowych horyzontów. Żyło komfortowo w cieniu Lema, piastując wizję „jedynej właściwej fantastyki”, a to, co inne, a więc niewłaściwe, tępiło w sposób bezwzględny. Debiut powieściowy Parowskiego z 1981 roku pod tytułem Twarzą ku ziemi – refleksyjna, ściszona opowieść o treściach, jak należało, antykomunistycznych, ale swą poetyką odwołująca się bardziej do Kafki niż Lema czy uwielbianego w środowisku 1984 Orwella – skrytykowany został w tymże środowisku tak okrutnie za odbieganie od normy, że Parowski nie ośmielił się kontynuować pisarskiej kariery, do której wrócił dopiero znakomitą Burzą. Ucieczką z Warszawy w 2010 roku. Z kolei wierny władzom PRL, otwarcie je popierający Bohdan Petecki wypchnięty został poza fandom, nad czym skrycie bolał do śmierci. Wszyscy czytali jego przygodową popfantastykę, ale nikt nie śmiał przyznać się do tego głośno. Ironią losu jest, nawiasem mówiąc, że to on najszybciej dogadałby się z organizatorami Festiwalu Conrada, bo jako pierwszy na tak wielką skalę powieścią Tylko cisza z 1974 roku poruszył tematykę ekologiczną, proponując zaiste niezwykły, globalny sposób oczyszczenia Ziemi przez usunięcie z niej ludzi, przynajmniej czasowo.

Petecki zmarł zapomniany w 2011 roku.

Tak więc zamiast o pokoleniu „Fantastyki”, należy raczej mówić o „grupie trzymającej fantastykę”, co w 1982 roku usankcjonowane zostało powstaniem miesięcznika „Fantastyka”. Z nim grupa ta zyskała przemożny wpływ na kształt publikowanej w Polsce popfantastyki, a przede wszystkim na debiuty.

*

Monopol „Fantastyki” zaczęli z czasem kontestować autorzy, którzy nie mieścili się w redakcyjnych ramach ideowych zakładających konieczny związek SF z życiem bieżącym i jej obowiązek walki o idee. Pokolenie Tfurcuf, czyli nazywających tak kpiąco samych siebie członków nie do końca sformalizowanego kręgu autorów w latach 80., testujących dopiero swe umiejętności na warsztatach pisarskich nastolatków i dwudziestolatków, też trudno uznać za pokolenie literackie, choć jako takie przedstawiał je Maciej Parowski w swej roli wziętego, przenikliwego, a także dysponującego ostrym piórem krytyka fantastyki. Ich bunt bowiem nie miał charakteru artystycznego, nawet na skalę SF, a tylko praktyczny. Tfurcuf: Rafała Ziemkiewicza, Jarosława Grzędowicza, Feliksa W. Kresa, Jacka Piekarę, Tomasza Kołodziejczaka i innych należy w istocie uznać raczej za grupę sytuacyjną (funkcjonalną) typu Skamander. Ci bardzo wówczas młodzi ludzie, którzy walczyli z komuną kamieniami na ulicach, gdy grupa „Fantastyki” brała od tejże komuny duże pensje i honoraria za jej zwalczanie piórem z komfortowego fotela, fantastykę chcieli pisać na wzór zachodni: fachowo, z doskonałą znajomością rzemiosła, ale rozrywkową i uwolnioną od ciężaru serwitutów ideologicznych. Chcieli zostać dobrymi, zawodowymi pisarzami, tymczasem nie mieli gdzie publikować i skąd brać pieniędzy na życie. Istnieli na marginesie Imperium „Fantastyki” niczym Rzymianie bez obywatelstwa rzymskiego. Wyżywali się w niskonakładowych pisemkach fanowskich (fanzinach), niepłacących lub płacących grosze, sfrustrowani, rozdyskutowani i głodni sukcesu wyrażającego się w brzęczącym ekwiwalencie popularności i powodzenia. Był to jedyny okres, gdy wewnątrz fantastycznej społeczności toczyły się ostre spory, choć brakowało w nich początkowo równości stron: jedna, grupa „Fantastyki”, dysponowała trybuną w postaci miesięcznika o ponad stutysięcznym nakładzie, ta druga – tylko własnym głosem z ulicy.

Ale grupa Tfurców, jak się okazało, była skazana na sukces. Przyszedł on do nich wraz z przełomem 1989 roku. Nagle wszystko było wolno, z dnia na dzień zniesiono przydziały papieru, przestała istnieć znienawidzona wszechwładna MysiaChodzi o ulicę Mysią w Warszawie, przy której mieścił się centralny urząd cenzury PRL, czyli Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk – przyp. red.[7]. Już w 1990 roku Tfurcy pod przewodnictwem Rafała Ziemkiewicza powołali do życia swój własny miesięcznik „Fenix” i „grupa trzymająca fantastykę” nagle przestała ją trzymać. W sporach z nią dysponujący wreszcie własną trybuną Tfurcy zaczęli przeważać szalę na stronę popfantastyki, przede wszystkim rozrywkowej. Potoczyły się wartko dyskusje literacko-fantastyczne, udokumentowane antologią Co większe muchy (1992), a młodzi pisarze nareszcie mieli możliwość publikacji, póki byli jeszcze młodzi. Było gdzie wyrobić sobie nazwisko.

I właśnie to wyrobienie nazwiska okazało się najważniejsze.

Koniec lat 90. zeszłego wieku i początek wieku XXI zdławił dyskusje i boleśnie zawiódł aspiracje Tfurcuf – tak boleśnie, że ich nieformalny przywódca Rafał Ziemkiewicz w ogóle przestał pisać fantastykę naukową. Dwa wielkie kryzysy książkowe, spadek nakładów spowodowany nadprodukcją przekładów, z którymi trudno było konkurować, bankructwa małych wydawnictw i koniec „Fenixa” znów skazały młodych pisarzy na biedę i bezrobocie – pisanie do szuflady. To samo stało się udziałem wielu zupełnie nowych na rynku, aspirujących talentów różnego kalibru, pisarzy, którzy raptem odkryli, że nie mogą dobić się drugiej książki, choć pierwsza stwarzała wielkie nadzieje. Tym pisarzom, a przede wszystkim pisarkom, bo to wówczas po formę popfantastyki sięgnęła grupa utalentowanych młodych kobiet, wypadałoby poświęcić osobny tekst; owym twórcom (i twórczyniom), którzy nie zdążyli wyrobić sobie wówczas nazwiska, więc do dziś walczą o to, by nie wypaść z popfantastycznego obiegu.

*

Gdy powstałe w 2001 roku wydawnictwo Fabryka Słów, w pełni profesjonalne także w tym sensie, że nastawione na zysk, nie misję, zauważyło lukę rynkową i przewidziało nawrót popularności polskiej fantastyki gatunkowej, sięgnęło przede wszystkim po tych, którzy ten sukces mogli zapewnić z największym prawdopodobieństwem: niegdysiejszych Tfurcuf, pisarzy pamiętanych, „z nazwiskami”. I pisarze ci zapewnili mu sukces. W Fabryce Słów pozycję wyraźnie dominującą zajmują dziś właśnie oni, dźwigający już na karku szósty krzyżyk: Jarosław Grzędowicz, Feliks W. Kres, Tomasz Kołodziejczak, Jacek Komuda, by wymienić tylko tych najbardziej znanych. Wyłącznie oni mogą liczyć na sprzedanie wszystkiego, co napiszą i na dobrze opłacane wznowienia. To Tfurcy, z niepokojem czekający, aż zza bliskiego już zakrętu życia wyłoni się ich trzecia młodość, są dziś „grupą trzymającą fantastykę”.

W normalnej sytuacji, zgodnie z prawami życia literackiego, już przed kilku laty z odmętów wyłoniliby się młodzi pisarze głodni sukcesów, jakimi byli niegdyś Tfurcy, wszczęliby kampanię taką, jak ich kampania przeciw „Fantastyce” z dawnych lat, i wreszcie mielibyśmy zdrowy bunt, soczysty przełom pokoleniowy. Sytuacja niewątpliwie do niego dojrzała i jest komu się buntować, bo to pokolenie, któremu kryzysy książki przerwały kariery obiecujące sławę, chwałę i znaczące pieniądze, są dziś w sytuacji Tfurców z czasów potęgi „Fantastyki”: mogą „się wydać”, zamiast fanzinów mają Internet, Internet stoi przed nimi otworem… lecz co z tego? Dziś wydać książkę – powieść albo zbiór opowiadań – nie jest sztuką, nawet wydać „w papierze”. Sztuką jest sprzedać to, co się wydało tak, by wyciąg z konta okazał skutki tej sprzedaży.

I bunt istotnie ma miejsce, ale czy jest on zdrowy i soczysty?

Strategie przetrwania

Nie mogąc konkurować na rynku książki fantastycznej, „nowe pokolenie” – zwane czasami „młodym” lub „nowym fandomem”, ale w gruncie rzeczy niemające nawet swej nazwy – stosuje różne strategie. Część jego przedstawicieli odchodzi od fantastyki, zwracając się najczęściej ku kryminałowi – to ich określa się mianem „postfantastów”. Część usiłuje stosować klasyczne metody walki o własny kawałek popfantastycznego pola literackiego – przykładem jest Harda Horda, grupa funkcjonalna dobrych i bardzo dobrych pisarek, dobijających się, na razie z miernym skutkiem, swego miejsca na rynku. Ale strategią najwyraźniej widoczną jest ta z konieczności pozaliteracka: wystąpienie przeciw starym, przeciw „dziadersom” z pozycji demograficzno-społeczno-kulturowych. Zaletą młodych, przynajmniej w ich oczach, stała się sama młodość, do której dodano kwestie światopoglądowe: feminizm, gender, cokolwiek da się użyć jako poręczna broń, zaś wadą „dziadersów” – sama ich starość, starczy konserwatyzm i patriarchalna opresja, bo tak się akurat złożyło, że kobiet jest wśród nich bardzo niewiele.

Częścią tej strategii pozaliterackiej, potencjalnie bardziej skuteczną, jest także obecne „uderzenie w mainstream”. Dzisiejsi pisarze sukcesu nadal, jak w młodości, niezbyt się mainstreamem interesują, bo nie jest im potrzebny do odniesienia sukcesu – już go odnieśli. A tymczasem jest kim uderzać, bo wśród młodych pisarzy obu płci nie brakuje talentów literackich – i to ich można by mainstreamowi pokazać, uzyskać jego świadectwo jakości, odbierając w ten sposób „dziadersom” choć trochę zajmowanego przez nich pola literackiego. W ten sposób wreszcie argument „ad Lemum”, właściwie użyty, nabrałby dodatkowych sensów jako odwołanie do tradycji szanowanego „ojca założyciela” i patrona – a już na pewno w Roku Lema. Plany Oramusa i Lewandowskiego można by spróbować zrealizować ponownie, choć – paradoksalnie – przeciw nim. Okazja jest po temu idealna. A tymczasem przełomu pokoleniowego jak nie było, tak nie ma.

Nie ma przełomu

I w tym bieda. Przełom pokoleniowy, o który aż się prosi, który odświeżyłby fantastykę, nadal pozostaje niezrealizowany.

Dlaczego? Czyżby dlatego, że „nowe pokolenie” czy też „młody fandom” zatracił zdolność dyskusji i przekonywania do swych racji – takiej dyskusji, jaką prowadzili Tfurcy i jaka w fantastyce zawsze była towarem deficytowym? Że nie umie już z mainstreamem rozmawiać jak równy z równym? Że gesty życzliwości traktuje jako coś mu należnego, a nie potrafi przyjąć odmów dzisiejszych Konwickich bez urazy jak Oramus, z zaledwie maskowanym przekonaniem, że odmowa ta bardziej szkodzi Konwickim dzisiejszego mainstreamu niż im? Nie potrafi przygotować sobie listów uwierzytelniających à la Lewandowski?

Zarzuciwszy tę wydawałoby się obowiązkową, zdroworozsądkową strategię kuszenia i przekonywania, dzisiejsi „nowi” i „młodzi” wykorzystują w jej miejsce media społecznościowe do wszczynania tak zwanych inb, a o mediach społecznościowych wiadomo z całą pewnością tylko tyle, że każda wszczęta tam kampania kończy się, nim się naprawdę zaczęła. Są, ośmielę się powtórzyć raz jeszcze, niczym dzieci w ataku gwałtownej złości, którym na dłuższa metę (vide cytowana odpowiedź Festiwalu Conradowskiego) niczego się nie wygra.

Jest rzeczą bardzo charakterystyczną, że pokolenie byłych Tfurców jest w mediach społecznościowych nieobecne, nawet konto na Facebooku to wśród nich rzadkość. Z wymienionych tutaj najbardziej znanych i najlepiej zarabiających pisarzy ze „stajni Fabryki Słów” ma je tylko Jacek Komuda, ale rzadko z niego korzysta. Ciężar promocji pisarze ci przekazali wydawcy, a sami zajmują się nie pisaniem postów i komentarzy, tylko powieści i opowiadań. Tymczasem pokolenie, które miałoby ich zdetronizować obecne jest przede wszystkim na Facebooku i w YouTube. A przecież nie pokona się przeciwnika nawet w najbardziej rycerskim pojedynku, jeśli jego udeptana ziemia leży niemal całkowicie „w realu”, a twoja niemal całkowicie „w wirtualii”. Skutek jest taki, że najbardziej bojowi przeciwnicy „dziadersów” mają w przeglądarkach otwarte dwa okna: jedno Facebooka, gdzie mieszają z błotem znienawidzonych „starych” i przyklaskują „lajkami” tym wszystkim, którzy ich krytykują, im zajadlej, tym lepiej, a w drugim – księgarni, w której zamawiają ich książki.

Fandom i dziś nie zna dyskusji choćby przypominających dyskusje literackie mainstreamu. Nie dysponuje rozbudowaną refleksją krytyczną. Zna tylko burze w szklance wody. A tymczasem atmosfera kurczącego się fantastycznego światka wyczuwalnie kiśnie, powoli, lecz nieuchronnie. Kiedy wreszcie powieje wiatr, który z redaktorskich biurek zmiecie zalegające je papiery, a na ich miejsce naniesie nowe? Fabryka Słów, owszem, wydaje TAKŻE młodych, ale powinien nadejść czas, by z porównywalnym zyskiem wydawała TAKŻE starych.

*

Rok Lema 2021 to dobra pora, by polska popfantastyka książkowa – siłą twórców młodych, głodnych sukcesu – wyszła wreszcie z wielkiego cienia Lema wprost na jasno oświetloną scenę główną fantastyki. By przestała być taka monolityczna. Lemowi od tego wielkości nie ubędzie, zachowa status Czcigodnego Przodka, Ojca Założyciela Polskiej Fantastyki Naukowej (a z nią każdej innej polskiej popfantastyki). Przestanie tylko być Głosem Najwyższego, jednoosobowym układem odniesienia, wzorcem unicestwiającym inne wzorce. Niech dokona się wreszcie ten pokoleniowy przełom, niech młoda polska popfantastyka odetchnie głęboko i przemówi własnym głosem. A wówczas, jak w okresie swej świetności, jak za czasów Oramusa i Lewandowskiego, będzie mogła rozmawiać z mainstreamem jak równy z równym.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Krzysztof Sokołowski, A przełomu pokoleniowego wciąż brak, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 113

Przypisy

    Powiązane artykuły