11.11.2021

Nowy Napis Co Tydzień #126 / 1, 2, 3 Baba Jaga patrzy [fragment]

[…]

10 kwietnia 2020

Mój Chłopak nie potrafi znieść pustki. Musi zawsze robić coś w jakimś celu, bo inaczej czuje się zgubiony. Chciałby, żeby w życiu dało się wpisać odpowiednią formułę jak w arkuszu Excel, żeby otrzymać gotowy sens. Musi machać rękami, przenosić przedmioty z miejsca na miejsce albo powietrze w pustych rękach, zapychać głowę filmami, mieszaniem zupy, sumowaniem liczb. Czas pusty go zabija, bo otwiera mu umysł i wtedy pojawiają się MYŚLI. Kiedy nie ma kim lub czym się zająć, nie umie zająć się niczym. Leży i patrzy w sufit. Pewnie myśli o tym, że to wszystko nie ma sensu.

Mój Chłopak popija leki 60-procentową wódką, którą kupiliśmy do odkażania produktów. Jestem w innym mieście, nie utrzymam głosem ciężaru jego opadającego ciała. Dzwonię po jego brata, ale nawet on nie jest w stanie go udźwignąć. Dzwoni po pogotowie, mówią, że go nie wezmą, o ile nie umiera, a skoro oddycha, to nie umiera. W szpitalu psychiatrycznym też go nie chcą, bo muszą nowych pacjentów trzymać przez dwa tygodnie w izolatkach, więc biorą tylko tych rozpadłych na kawałki.

Mój Chłopak przeraźliwie krzyczy, a jego krzyk rezonuje i wpada do łazienki sąsiadki spod numeru 41. Sąsiadka przykłada ucho do rury, w której gnieździ się okropny, rozdzierający wrzask, niesie się od sufitu, znika pod kafelkami, a potem przychodzi kolejny napad i znów spada przez wszystkie piętra. Ląduje w kanalizacji i ulatnia się ze studzienek. Mojego Chłopaka uczyli na terapii, jak kanalizować emocje, pewnie to właśnie zrobił. Sąsiadka dzwoni na policję. Chcą zabrać Mojego Chłopaka na izbę wytrzeźwień. Policja dzwoni do drzwi, a brat Mojego Chłopaka zakrywa mu usta ręką, żeby teraz przez chwilkę tylko poudawał, że go nie ma. Poszli sobie.

Mój Chłopak domaga się rozmowy ze mną. Co kilkanaście minut dzwoni do mnie jego brat i trzyma słuchawkę, bo Mojemu Chłopakowi wypada z rąk wszystko i tłucze się na małe odłamki. Nie wiem, co mówić. Milczymy. Czasem bełkocze, wypowiada pół zdania, którego nie da się przykleić do żadnej rzeczywistości. Marcelina poszła po papierosy i płacz. Nie wiem jaka to pizza i płacz. Dzwoni też, żeby mi powiedzieć, że mnie kocha. Milczę, bo nie tak powinno wyglądać wyznanie. Powinna w nim być przynajmniej świadomość, a dostaję słowa wyplute, zmięte, wydobyte z jakichś flaków, a nie z serca. Waham się, czy powinnam otworzyć się też na taką zapitą, zbłąkaną miłość. Na razie mogę dać troskę i spokój.

Brat Mojego Chłopaka dzwoni po rodziców. Nie dlatego, że oni będą wiedzieli, co zrobić, ale dlatego, że on nie wie co zrobić. Boli mnie głowa. Moi rodzice kłócą się o źle założony worek do odkurzacza. Wypadł pył i kto to będzie teraz sprzątał. Na pewno nie ja, to ty źle założyłaś. Ja nie odkurzałem od miesiąca. Też masz się czym chwalić, jak nie dotykałeś odkurzacza od miesiąca, to teraz twoja kolej. Zamykam drzwi, zatykam uszy, brakuje mi powietrza, otwieram szeroko okno, czekam aż wszystko minie.

Jest Wielki Piątek. Musisz cierpieć, mój baranku, na wzór i podobieństwo. Upłynie z ciebie trochę krwi, ale kiedyś obudzisz się silniejszy. Śpij już, umęczonyś.

21 kwietnia 2020

Z niepokojem myślę o tym, że ten cudowny czas się wkrótce skończy. Wreszcie mam poczucie, że świat dostosował się do mnie, że nie muszę dopasowywać na siłę mojego kształtu do niego. Nie chodzę na wymuszone spotkania towarzyskie. Nie mam okazji żałować, że wybrałam leżenie w łóżku od koncertu, który miał nieszczęście okazać się wybitny. Wykonuję swoje zadania zdalnie i szybko, nie muszę przez kolejne puste dupogodziny udawać, że pracuję, oglądając buty w internecie i czytając cichaczem artykuły w pdf-ie. Mogę całkowicie dostosować rytm do siebie. Już po kilku dniach uwolniony od społecznej frustracji umysł zaczął mnie uwodzić. Jest pełen nowych myśli właśnie dlatego, że nie jest stymulowany. Sam sobie wystarcza. W myśleniu i pisaniu najbardziej przeszkadza życie. To wszystko zniknie, kiedy wrócę do biura i będę znów poświęcała większość energii na utrzymanie się w ramach społecznej przyzwoitości. Boję się tego, ale okres wolności umocnił mnie tylko w przekonaniu, że życie na wysokich obrotach przy codziennym zastrzyku stresu mnie zabija, a odwieczne marzenie o domku w lesie musi się spełnić, żebym ja była spełniona. Dodatkowo lockdown sprawił, że ucichły wszystkie moje lęki i zaburzenia funkcjonowania, bo nie ma kto ich wywoływać. To oznacza, że problem nie leży we mnie jako takiej, a w mojej relacji do określonego stanu rzeczywistości, z którego mogę po prostu zrezygnować.

5 maja 2020

Czasem po prostu jestem. Zatrzymuję się na ulicy w deszczu pod krzakiem bzu. To część świata, która akurat wbiegła mi pod nogi, krzak stoi na mojej drodze. Mogłabym minąć go i pójść dalej, do celu, ale chcę oddać hołd temu okruszkowi rzeczywistości, poświęcić mu ułamek swojego czasu. Wtedy naprawdę jestem. Być może to jest minuta, może pół, nie ma to żadnego znaczenia, bo czas jest napęczniały od wrażeń. Gubię się w tym śpiewie wody i wdycham perfumy, którymi spryskuje się na wiosnę ulica pod moim domem. Jestem poza czasem, w zasadzie przestaję być na ten moment sobą, a jestem tym właśnie: zapachem bzu na deszczu. Mogłabym stać tak do końca świata, ale ten świat mnie wzywa. Mogę iść, bo to doświadczenie zamieszkało już we mnie. Bez też będzie nosił znamię mojej obecności, będę tam smugą w którymś z przeszłych przekrojów czasowych, jak sąsiadka pieląca grządkę, jak kot mieszkający w piwnicy, jak sąsiad grzebiący nieustannie przy samochodzie naprzeciw tego krzaka. Ale tylko ja będę w tym momencie odbita w tańczącym na asfalcie świetle latarni. Drży wszystko wokół i drżą mi nogi – trochę z zimna, trochę z tego zespolenia się ze światem.

Po prostu być. To nieskończenie banalne. Zdanie wyszarpane na chybił trafił z poradnika mindfulnessu dla żółtodziobów. Pieprzony epikureizm – sprzeczne, logicznie wadliwe, filozoficznie błahe, poplamione tłuszczem opakowanie na pusty treściowo światopogląd.

Do niektórych głębokich doświadczeń po prostu nie docierają litery, nie składa się sens tych doświadczeń i dlatego nie możemy ich sobie przekazywać jak przepisu na ciasto. Trzeba je samemu odkrywać, narysowawszy sobie wcześniej możliwą drogę mentalną do przejścia.

W buddyzmie nie ma precyzyjnych zasad zdobywania oświecenia duchowego. Ścieżkę opracowuje się samodzielnie, każdy kolejny krok jest istotnym sukcesem i jest osobiście doświadczany. Nie są te zbliżenia do Boga pustym w przeżycie bierzmowaniem, którego najważniejszym elementem dla większości ludzi jest wybór trzeciego imienia jak nowej nalepki w albumie albo komunią, której namacalnym dowodem jest za duży rower.

Moje krzesło podczas obiadu komunijnego było przyozdobione bzem. Ten zapach mnie odurzał i istotnie czułam zmianę stanu. Być może z tego powodu bez dalej pachnie dla mnie świętością bardziej niż kadzidło. Na pewno nie miałam jednak poczucia, że Bóg położył mi w tamtym momencie rękę na głowie, nie było go wtedy przy mnie, choć czekałam i byłam na niego otwarta. Czuję Go za to w tym uginającym się pod kroplami deszczu bzie.

16 maja 2020

A przecież miał być spokój. Mieliśmy zapaść w sen zimowy, obudzić się, gdy drzewa będą już przekwitać. Mieliśmy zastygnąć w pół kroku jak w zabawie „1, 2, 3 Baba Jaga patrzy”, zawieszeni między jedną decyzją a drugą, między ratą a wypłatą. Zamarliśmy, a pod drzwi podchodzi nam zagrożenie. Przyplątało się jakieś paskudne memento, zakneblowaliśmy sobie nim usta. Musimy się zastanowić, w jakim momencie życia jesteśmy, na wypadek gdybyśmy mieli teraz umrzeć albo jeśli świat miał się jednak ku końcowi. Mieliśmy wstrzymać oddech, szukać siebie komórka po komórce, ćwiczyć jogę, akceptować i dystansować się, a potem obudzić się lepszymi, solidarnymi ludźmi. Mieliśmy wypełznąć niepewnie z nor, wziąć głęboki wdech i rzucić się sobie w objęcia. Mieliśmy zamilknąć i odezwać się, gdy będziemy mieli już coś wystarczająco mądrego do powiedzenia.

Tymczasem okazało się, że nie wiadomo, w jakim świecie wybudzimy się ze strachu. Nie wiemy, co wydarzyło się między zakazem a pozwoleniem. Dzięki okolicznościom polityka odbywa się wyłącznie w trybie gabinetowym. Dziennikarstwo staje się znów misyjne: prawie nie ma świadków przebiegu aktualnych działań politycznych. Na rząd spłynęła zasłona (tudzież gęsty cień mgły), nie wiadomo, co się z niej wyłoni.

Kryzys jest momentem weryfikacji zaufania społecznego. Niektórzy przywódcy w godzinę sądu są obłąkani. Drugi z kolei w ciągu 30 dni minister zdrowia Brazylii dowiaduje się z mediów, że prezydent Bolsonaro zniósł izolację i ograniczenia działalności gospodarczej. Prezydent jest szaleńcem i zaleca leczenie lekiem na malarię, który nie wykazuje skuteczności. Jest emerytowanym żołnierzem, chce dowodzić kryzysem jak kapitan. Mówi, że rzecz jasna część obywateli będzie musiała zginąć. Boris Johnson uważa, że chroni go magiczna aura nietykalności, nosi przecież ewidentne znamiona superbohatera, ściska ręce chorym, a po dwóch tygodniach ląduje w szpitalu. Członkowie Dumy noszą plakietki chroniące przed koronawirusem, na rynku chodzą też krzyżyki i zaklęcia na odpędzenie zarazy.

Może obudzimy się w świecie o innym odcieniu, niż go zapamiętaliśmy, może bardziej niebiesko-czerwonym jak kogut policyjny z jakąś złotawą poświatą ezoteryki.

 

Dzienniki pandemiczne dostępne są w e-sklepie Instytutu Literatury.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marta Pietraszek, 1, 2, 3 Baba Jaga patrzy [fragment], „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 126

Przypisy

    Powiązane artykuły

    Loading...