Nowy Napis Co Tydzień #131 / Co zrobi Huta Lenina?
Tekst na podstawie rozmowy przeprowadzonej przez Tomasza Gregorczyka w ramach projektu Pokolenie Solidarności.
Zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak. Kiedy tylko w Polsce działo się coś ważnego – czy to prowokacja bydgoska
Mieliśmy tam telewizor i radio. Słuchałem, czy coś nie leci na faksie, i oglądałem – pamiętam – jakiś włoski film. Aż tu nagle – pach. Zniknął obraz. Pssssssss. Przełączam na drugi program – to samo. Włączam radio – cisza. Kręcę gałką – nadal nic. „Stasiu, coś się dzieje”. Wcześniej zapowiadaliśmy, że jeśli przerwą nam łączność związkową, będziemy uważali to za atak na „Solidarność” i zrobimy strajk generalny. Na samym początku telefony jeszcze działały, bo dzwoniliśmy do członków prezydium, żeby przyjechali, bo będziemy musieli podjąć decyzję o strajku. Od ludzi dostawaliśmy już wiadomości o ruchach wojsk i milicji.
Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że ubecy wiedzą, gdzie możemy być. Widzieliśmy ich, jak stoją po drugiej stronie ulicy, bo w małym fiacie cały czas paliły się papierosy. Poza tym jasne było, że jesteśmy na podsłuchu. Staś zadzwonił do dyspozytora Huty i zapytał, czy jest możliwość, żeby go połączył ze wszystkimi wydziałami. Patrzymy przez okna i widzimy, że zajeżdża milicyjna buda, wysypuje się z niej dwudziestu milicjantów, wszyscy w moro, lecą do nas. Bierzemy, co możemy – i uciekamy, żeby zdążyć zwiać na hutę. Gdzie się schować? W nocy? Pobiegliśmy do biura redakcji, które nieco wcześniej przydzieliła nam dyrekcja, a o którym milicjanci mogli nie wiedzieć. Zamknęliśmy się, Stasiu złapał za telefon, łączy się i mówi: „Tu Stanisław Handzlik, wiceprzewodniczący KRH (Komisji Robotniczej Hutników), w związku z atakiem na związek ogłaszam strajk bezterminowy”. „Mów głośniej!” – mówi mu dyspozytor. „Ciszej! – mówię ja, bo słyszę, jak milicjanci sprawdzają każde pomieszczenie klamka po klamce. Staś powiedział wszystko jeszcze raz. Słyszymy, jak szarpią naszą klamkę. Poszli. Wtedy równocześnie, jakbyśmy się umówili, mówimy: „A teraz to nas mogą pocałować w dupę!” – strajk został już ogłoszony.
Staś zadzwonił na zgniatacz (to był jego wydział) i poprosił chłopaków, żeby po nas przyszli. Wprawdzie widzieliśmy, jak milicjanci wsiadają do auta i odjeżdżają, ale skąd mieliśmy wiedzieć, że to wszyscy. Dyspozytor mówi, że przyjechali nyską z drugiej strony. Zeszliśmy do związkowego biura, z którego wzięliśmy pieczątki, papiery, opaski i tego typu rzeczy.
Na dole gromadziły się już pierwsze niedobitki z miasta. Przynosili wiadomości, że tu kogoś zamknęli, tam widać ruchy wojsk, komuś zabrali brata, innemu ojca. Przychodzili też ludzie z innych wydziałów, pytali, co się dzieje. Huta już stała. Żona opowiadała, że koło 1 w nocy przyszli po mnie do domu. Walenie w drzwi. Pochodzili, pochodzili, zobaczyli, że mnie nie ma, i poszli. Mieli listy proskrypcyjne, więc chcieli nas już zamknąć wcześniej, przy przesileniu bydgoskim.
Huta, wiadomo, największy zakład w Polsce, potęga. Z nami naprawdę się wtedy liczyli i bali się, co ta Huta zrobi. Na zganiataczu urządziliśmy centrum strajkowe. Mieliśmy tam świetlicę, stołówkę, dużo miejsca. Czy wszyscy chcieli strajkować? Oczywiście, że nie. Bardzo dużo ludzi się bało. Kiedy strajk już się rozpoczął, wielu ludzi – wiedzieliśmy o tym od kierowników – nie przychodziło na zmiany. „Już i tak strajkują, więc czy ja będę czy mnie nie będzie, zakład i tak stoi”.
Obok walcowni-zganiatacza była tak zwana walcownia zimna, która zawsze uchodziła za bardzo czerwoną. Było tam dużo działaczy, członków PZPR-u. Kiedy zaczęliśmy strajk w 1988 roku, trafiła się lepsza zmiana i walcownia stanęła. Ale przyszła druga zmiana i ruszyli! Ludzie słyszą, że tamci walcują: oni robią, a my stoimy, cholera, co będzie? Bardzo źle działało na ludzi, jak jeden zakład czy warsztat stawał, a drugi pracował.
Ale w 1981 roku stanęło wszystko. Nawet walcownia. Chcieli stanąć nawet ci, którzy nie powinni – wielkie piece, koksownia, aglomerownia i tlenownia. Kiedy wygasi się wielki piec, to wiadomo, katastrofa. Koksownia też musi produkować, żeby był zachowany ciąg. Mieliśmy to rozpracowane i wiedzieliśmy, że jak wygasimy jeden z pieców, to nic się nie stanie (oczywiście jeśli zostanie to odpowiednio zrobione). Ale 13 grudnia wszyscy chcieli stanąć i musieliśmy ludzi zmuszać do pracy.
Wydział kolejowy i tak nie miał czego wozić, ale musiał, na przykład przewozić surówkę czy zaopatrywać koksownie i aglomerownie. Byłem szefem łączności i spalinowozy pracowały jako moje czujki. Wtedy wyłączyli nam już wszystkie telefony, wewnętrzne też. A wiadomo było, że kolejarze mają swoją wewnętrzną linię, coś jak walkie-talkie. Jeden spalinowóz miałem u siebie, pod zganiataczem, a reszta była ustawiona w newralgicznych punktach – tam, gdzie nie było wydziałów, gdzie było daleko do bram i były tylko tory. I spalinowozy meldowały – kiedy pod hutę podjechały czołgi i wozy pancerne, od razu mnie zawołali. I słyszę, jak kolejarz liczy: „Dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa…”. Tak samo słyszałem, jak później łamali czołgiem bramę.
W 1981 roku wszyscy byli razem. Ludzie byli zdecydowani, nawet weseli, odczuwało się mocną więź. Panie, które nam gotowały, same sobie organizowały dyżury, żeby nas wyżywić. Bo oczywiście ludzie z zewnątrz coś nam przynosili, ale robili to, póki mogli. Piekarze dostarczali chleb, jakaś spółdzielnia mleczarska dała nam półmetrowe – nie przesadzam, mamy zdjęcia – kostki masła. Dziewczyny miały z czego gotować. To była prawdziwa solidarność. Pamiętam suwnicową, Krysię, świetną dziewczynę. Pilnowała chłopaków. Gdy na zimnej walcowni nie chcieli kiedyś stanąć, to zrobiła wiec, nawrzeszczała na nich, nadarła się, wstydu im narobiła. I stanęli. W ogóle te kobiety były bardzo odważne. Oczywiście w hucie najwięcej było mężczyzn, ale na suwnicach, w służbach pomocniczych czy sprzątających, w kuchniach czy w biurach pracowały kobiety. I one się zachowywały bardzo, bardzo dobrze.
W takich strajkach ważne jest, żeby dawać ludziom zajęcie. Myśmy mieli robotę cały czas, ale ludzie jednak głównie spali – bo nie mieli co robić. Człowiek się denerwuje, ale w pewnym momencie emocje siadają, znajduje się jakiś kącik i drzemie. Trzeba było szukać zajęcia. Na warsztatach, na przykład mechanicznym, było łatwiej – chłopak siedział i coś tam sobie dłubał. Ale na takim zgniataczu nie było co robić.
Kiedy się widzi, że jest marazm, robi się wiec: „No, co będzie dalej? Co myślicie?”. Zaczyna się wiecowa rozmowa, ktoś chce coś powiedzieć, wchodzi na jakieś podwyższenie, długo to trwa... Dlatego tak ważne były msze. Odprawiali je ksiądz Kazimierz Jancarz
Wiadomo, że przychodziły też chwile zwątpienia. Nie mieliśmy na przykład gdzie spać. Każdy musiał znaleźć sobie jakiś kąt. Bardzo poszukiwanym materiałem był styropian, bo wiadomo, że ciągnęło zimno od podłogi. Ja chyba spałem wtedy na złożonych krzesłach. W chwilach zwątpienia pomagali nam też studenci z miasta. Dużo chodzili i rozmawiali z ludźmi, opowiadali, co tam robią w tych NZS-ach. Różnica między studentami a robotnikami była jednak spora i chodziło o to, żeby się jakoś nawzajem poznali i czegoś dowiedzieli. Bo przecież większość z tych ludzi stanęła w pracy dlatego, że Franek obok stanął, a skoro Franek był w porządku i wiedział, co robi, to i ja stanę.
Komitet strajkowy liczył około stu osób. W takim gronie nigdy się niczego nie ustali. Musiał być więc jakiś trzon, prezydium, jak zwał, tak zwał, ktoś, kto ustala taktykę. Potem dopiero wychodzi się na forum i uzgadnia szczegóły. W tej grupie było nas sześć, siedem osób. Zakład był tak zbudowany, że dwa piętra pod salą ze zgniataczem były schrony, jak to w Nowej Hucie. Tam się spotykaliśmy i uzgadnialiśmy, co robimy. Cały czas prowadziliśmy rozmowy z dyrekcją, z komisarzem wojskowym Mazurkiewiczem. Negocjacje prowadzili z nimi głównie Mieczysław Gil
W niedzielę 13 grudnia jeszcze nie, ale już w poniedziałek zaczęli nas straszyć. Czołg podjeżdżał pod bramę, następnie się wycofywał, rozpędzał i w ostatniej chwili wyhamowywał. W pewnym momencie przyjechali do nas negocjatorzy z episkopatu. Przedstawili propozycje tamtej strony i poszli. To był moment, z 15 na 16 grudnia, kiedy wydawało się, że wszystko się dobrze układa. Wszyscy zadowoleni kładą się spać, opowiadamy ludziom, że są negocjatorzy z episkopatu, że może będzie dobrze. Odprężenie. I wtedy oni – fru, wjechali.
Mieliśmy oczywiście plany na taką ewentualność. Były propozycje, żeby wysadzić Hutę, przychodzili do nas ludzie i mówili: „Wiecie, my mamy butle, jak wejdą, to wysadzić to wszystko i tyle”. Że nie wspomnę o studentach – ci chcieli się bić, broń przygotowywali, jakieś proce, kulki, brechy, na dachach ustawiali butelki z benzyną. No, wojna. Uspokajaliśmy ich. Znakomita większość ludzi uważała, że nie należy chwytać za broń. Zamiast bitwy: opór bierny, bramy i hale z ludźmi oczywiście blokowane, jak je złamią, to robimy krąg, łapiemy się pod ręce, kobiety do środka, śpiewy patriotyczne, religijne – trzymamy się i nie dajemy. Wiadomo było, że będą nas wyrywać i aresztować, ale tak to miało wyglądać. Przejścia były zastawione w ten sposób, że kolejarze podjeżdżali piętnastoma wagonami, odpinali spalinowóz – i nie było tego już jak przepchnąć. A kto zna Hutę, ten wie, jak to wygląda: od bramy numer 4 do zgniatacza tory są co kawałek. Dlatego bardzo długo do nas szli, zanim to wszystko poodpinali, upłynęły ze dwie godziny. Od razu też ustaliliśmy, że część z nas, przywódców, ma się schować i dalej prowadzić w podziemiu działalność związkową. I tak zrobiliśmy.
Na wiadomość o łamaniu strajku wszystkie syreny miały wyć. W kościołach miały bić dzwony – i tak było. Słyszałem je wtedy, gdy sforsowali pierwszą bramę. Moja żona i inni ludzie na zewnątrz wiedzieli już, że łamią Hutę.
Tekst został opublikowany w 11. numerze kwartalnika „Nowy Napis”.
Podwójne wydanie kwartalnika, poświęcone Solidarności, dostępne jest w