19.09.2019

Nowy Napis Co Tydzień #015 / „Moja bardzo wielka wina”. Juana Inés. Mimo wszystko

Bohaterką mojego eseju uczyniłam postać, którą można by opisać przynajmniej na kilka sposobów. Jako wybitną, choć kontrowersyjną poetkę z Meksyku, która wyprzedziła zastałą epokę literacką, nieposkromionym słowem budując przedsionek oświecenia. Jako siostrę zakonną, która pisywała wiersze, z tych zaś jedne były Panu Bogu zdecydowanie bliższe od innych. Jako bulwersującą, ale wpływową intelektualistkę, dziesiątą muzę, która w cieniu murów zakonnych dopuściła się mniejszych lub większych nieprawości, a składając śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, w rzeczywistości wypowiedziała wojnę ciemnocie i zacofaniu. Wreszcie można by ją przedstawić jako nietuzinkową kobietę, która napisała siebie, nad podziw lekkim piórem skreśliła żywot ciężki jak grzech. Właśnie ta perspektywa, obraz kobiety, której czas przypisał szereg niekoniecznie pochlebnych apelatywów, skusiła mnie najbardziej. Piszę więc o postaci, której nie pojmuję, a przy tym mam wrażenie, że rozumiem ją jak nikt inny. Opowiadam o niej nie tylko z punktu widzenia wnikliwej czytelniczki i tłumaczki, ale również a może w szczególności niestrudzonej poetki. Z każdym kolejnym słowem nabieram jednak przekonania, że jakkolwiek ją ująć, Juana Inés była kimś zupełnie innym albo, jak stwierdził Marcos Solache w eseju zatytułowanym Ja, najgorsza ze wszystkich, wiemy o niej dużo, czyli prawie nicM. Solache, Yo, la peor de todas, Cinco Centros, 2015, https://cincocentros.com/2015/01/22/yo-la-peor-de-todas/ (dostęp: 03.08.2019).[1].

*

Na biografię Juany Inés Ramírez de Asbaje y Ramírez de Santillana, bo tak brzmiało jej pełne imię i nazwisko, składa się stosunkowo niewiele faktów i udokumentowanych informacji, a te, które przyjmuje się za prawdziwe, bledną niekiedy w cieniu przypuszczeń i domysłów. Większość zachowanych źródeł wskazuje, że meksykańska poetka urodziła się 12 listopada 1651 roku (rozliczne opracowania podają również rok 1648) w San Miguel Nepantla, na terenie dzisiejszego Meksyku, a wówczas Nowej Hiszpanii, hiszpańskiej posiadłości kolonialnej w Ameryce Północnej. Jako nieślubna córka Kreolki Isabel Ramírez i kapitana Pedra Manuela de Asbaje, od dziecka narażona była na niepochlebne komentarze, przytyki i swoisty ostracyzm, który obok innych wątków biograficznych odcisnął swoje piętno na twórczości poetki. Juana Inés bardzo wcześnie, bo już w wieku trzech lat, kiedy to nauczyła się pisać i czytać, zaczęła wykazywać pierwsze oznaki geniuszu. Jako mała dziewczynka, odznaczająca się niezwykłą na tamte czasy otwartością umysłu, niemal każdą wolną chwilę spędzała w bibliotece swojego dziadka, gdzie, wertując opasłe tomy, rozpraszała mroki niewiedzy i poszukiwała odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Choć nauka sprawiała jej przyjemność, traktowała ją niezwykle poważnie. Ponoć za każdym razem, gdy przyłapywała się na niewiedzy albo dochodziła do wniosku, że niedostatecznie zgłębiła jakiś temat, odcinała sobie kosmyk włosów. Na co komu piękne włosy, jeśli głowa pusta?A. Soriano, Sor Juana y la Virreina, Senderos de la verdad, https://www.academia.edu/5982844/Sor_Juana_y_la_Virreina, 2015 (dostęp 03.08.2019, tłumaczenie własne).[2] – zwykła odpowiadać tym, którzy zdumiewali się jej zachowaniem.

W 1659 roku Juana Inés przeniosła się do stolicy kraju, gdzie zamieszkała z ciotką Maríą Ramírez i jej mężem, Juanem de Mata. W wieku czternastu lat została jedną z druhen na dworze Leonor Carreto, żony wicekróla Antoniego Sebastiana de Toledo. Wkrótce potem trafiła pod patronackie skrzydła markiza de Mancera, co pozwoliło jej względnie nieskrępowanie rozwijać zamiłowania naukowe i poetyckie. W niedługim czasie z nieznanej nikomu dziewczynki stała się ulubienicą dworu, zachwycającą swoją błyskotliwością, erudycją i łatwością komponowania improwizowanych wierszy okolicznościowych, czym wzbudzała powszechną zazdrość na dworze królewskim. W tym miejscu warto również wspomnieć, że Juana Inés ujęła sobie współczesnych nie tylko talentem i wszechstronnością zainteresowań, ale również nieskazitelną urodą. Oczarowywała i podbijała serca wpływowych mężczyzn i kobiet, dzięki czemu jej poezja zdołała ujrzeć światło dzienne. A przecież mogło być zupełnie inaczej. Niedoceniona twórczość Juany Inés mogła spocząć na dnie starej skrzyni posagowej i nikogo nigdy nie poruszyć. Tak się na szczęście nie stało, ponieważ to właśnie uroda i urok osobisty były jedną z najsilniejszych kart przetargowych poetki, nad którą przez całe życie ciążył dyshonor bycia dzieckiem z nieprawego łoża. Dzięki pomocy wicekróla i jego małżonki dzieła Juany Inés przekroczyły granice Nowej Hiszpanii i dotarły do Europy, wzbogacając literaturę Złotego Wieku o cenne ogniwo. Kiedy w ubiegłym roku, spacerując po jednym z madryckich parków, już jako tłumaczka Juany Inés, natknęłam się na jej pomnik, uświadomiłam sobie prawdziwe znaczenie horacjańskiego exegi monumentum, „spiżowość” tego, co zostaje na zawsze. Można zaryzykować stwierdzenie, że w czasach, kiedy to właśnie Europa – z długą i piękną tradycją literacką – stanowiła dla Nowego Świata wzorzec do naśladowania, wiersze młodej poetki wyruszyły w drogę pod prąd. Wbrew i na przekór, zupełnie tak, jak żyła ich autorka, która wtedy jeszcze nie mogła przypuszczać, że za niepohamowaną ciekawość świata przyjdzie jej zapłacić najcenniejszą monetą.

Niektóre świadectwa pisane podają, że – jak przystało na dziewczynę opierającą się wszelkim konwenansom – Juana Inés ubłagała matkę o zgodę na studiowanie nauk ścisłych i wstąpienie na uniwersytet w przebraniu mężczyzny. Choć historia zna imiona kobiet, które uciekając się do podobnego fortelu, sięgały po wiedzę rozumianą jako przywilej zarezerwowany dla mężczyzn, w przypadku meksykańskiej poetki okazało się to niemożliwe. Zresztą, sama zainteresowna zrozumiała, jak próżne są jej starania w świecie, w którym jedynym akceptowalnym modelem społecznym jest patriarchat. Niezgoda na ów świat to zdecydowanie najsilniejszy manifest, jaki daje się wyczytać z wierszy i postawy Juany Inés, która pewnego dnia podjęła bodaj najtrudniejszą decyzję w swoim życiu. Domyślając się, że jako przykładna żona i matka, bo tego właśnie oczekiwało od niej społeczeństwo, będzie musiała poświęcić to, co najbardziej kochała – słowo pisane, w 1667 roku zgodziła się wstąpić do Zakonu Karmelitanek Bosych w Meksyku. Piszę „zdecydowała się”, bo w rzeczywistości uległa naciskom kleru, zwłaszcza wpływowego i interesownego spowiednika, jezuity Antoniego Nuñeza de Miranda, przekonanego, że postać niesubordynowanej poetki zagrażała autorytetowi Kościoła. Zamknięta w murach klasztornych, Juana Inés miała się wreszcie oddać pobożnej modlitwie i kontemplacji, usunąć w cień krużganków, a nade wszystko… zamilknąć. Rzecz w tym, że to, co inni postrzegali jako powołanie, rozpowiadając z nieskrywanym przekąsem, że Juana Inés nareszcie oddała pierwszeństwo sprawom ducha i zrozumiała, gdzie jej miejsce, było tylko formą ucieczki, a forma zawsze służy do oszukania innych i samego siebie. Wolność natomiast jest pojęciem względnym, którego wymiar metafizyczny nie odcina się na linii żadnego horyzontu.

Z powodu problemów zdrowotnych Juana Inés opuściła Zakon Karmelitanek Bosych, by cztery lata później wstąpić do Zakonu Hieronimitek, gdzie obowiązywały mniej surowe zasady. Jej cela zakonna, w której zgromadziła ponad cztery tysiące woluminów poświęconych, między innymi, teologii, astronomii i malarstwu, była miejscem spotkań pisarzy, poetów, filozofów oraz najwybitniejszych intelektualistów, la créme de la créme tamtej epoki. Pod osłoną nocy, już jako Sor Juana Inés de la Cruz, doskonaliła warsztat pisarski, z właściwą sobie swobodą łącząc sacrum i profanum. Choć w historii literatury zapisała się głównie jako poetka, warto pamiętać, że pisała również utwory wykraczające poza gatunek liryki (traktaty filozoficzne, sztuki teatralne, komedie…). Mówi się nawet, że – powodowana praktycznym zastosowaniem zdobytej wiedzy – przeprowadzała eksperymenty naukowe. Ot, prawdziwa kobieta renesansu, który miał dopiero nadejść.

Wybitną zakonnicę zaczął odwiedzać sam wicekról, Tomás Antonio de la Cerda, oraz jego małżonka, Luisa Manrique de Lara. W tym miejscu zaczyna się kolejny burzliwy rozdział w życiu Juany Inés, związany z jej wątpliwą orientacją seksualną. Pierwsze podejrzenia o skłonności homoseksualne przylgnęły do poetki jeszcze w czasach, kiedy bawiła na dworze Leonor Carreto, ale wówczas, z uwagi na młody wiek umiłowanej panny dworskiej, tłumaczono to bardziej matczynym instynktem samej wicekrólowej. Kontrowersyjna znajomość z Luisą Manrique natomiast,choć rozpoczęła się równie niewinnie, na trwałe odcisnęła swe piętno na biografii poetki. Obie kobiety stopniowo odkrywały łączące je przekonania i wartości. Dziś powiedzielibyśmy, że byłyfeministkami, które niestety, z racji swojego położenia mogły zdziałać niewiele ponad wymianę myśli i marzeń o lepszej przyszłości, w której prawa kobiet, w tym prawo do nauki i życia publicznego, byłyby respektowane. Juana Inés zawdzięczała swojej protektorce bardzo wiele. Owa znajomość nie tylko dostarczała poetce ciągłych pobudek intelektualnych, ale również pozwoliła, przynajmniej na jakiś czas, odwrócić uwagę ojca Núñeza de Miranda, który w postawie knąbrnej zakonnicy, regularnie spowiadającej mu swoje grzechy, wietrzył coraz większe zagrożenie dla Kościoła rozumianego w tym miejscu bardziej jako instytucja niż wspólnota ludzi wierzących. Luisa Manrique była dla Juany Inés łączniczką z wielkim światem, do którego zakonnica nie miała pełnego dostępu. Zakazanym owocem, po który można było sięgać, zachowując pozory prostodusznej i niemal dziecięcej ciekawości wszystkim, co nieznane.

Poetka poświęciła swojej mecenasce niemal pięćdziesiąt wierszy i sonetów niemych, choć niezwykle wymownych świadków uczucia, które od początku skazane było na czysto literackie konotacje. Wszystkie te świadectwa, w których radość miesza się z goryczą, dostarczają nam dziś wielu wskazówek pozwalających prześledzić zakazany związek obu kobiet i zrozumieć jego sens. Z wierszy napisanych w tamtym okresie, z których wiele skrywa prawdę pod pseudonimami i aluzjami na tyle cienkimi, by dziś, cztery wieki później, dało się je odczytać, przebija świadomość, że miłość do wicekrólowej nie zdołałaby unieważnić ślubów zakonnych, ani też zagłuszyć głosu Boga, który najwyraźniej miał wobec swojej służebnicy zupełnie inny plan. Być może uczucie do Luisy Manrique było dla poetki kolejną formą poznania, niebezpiecznie graniczącą z cielesnością, ale niedotykającą jej. Większość współczesnych sorjuanistów pozostaje zgodna co do tego, że była to miłość wyłącznie platoniczna. Niektórzy, jak Sergio Téllez-PonS. Téllez-Pon, El amor sin tabúes entre sor Juana Inés de la Cruz y la virreina de México, 2017, https://elpais.com/cultura/2017/03/29/actualidad/1490761165_233141.html (dostęp: 04.08.2019, tłumaczenie własne).[3], idą o krok dalej i mówią o miłości intelektualnej, wpisującej się w ideę modnego dziś sapioseksualizmu, a więc relacji, w której intelekt przedkłada się nad cechy fizyczne.

Jeśli się nad tym dobrze zastanowić, nietrudno dojść do wniosku, że Juana Inés przez całe swoje życie zmuszona była wybierać. Skoro jako kobieta pragnęła wyswobodzić się z okowów patriarchalnej rzeczywistości siedemnastego wieku, to w końcu przyszło jej zdecydować o tym, którą z dwóch dróg wybrać – tę, która wiodła przez wyzwolenie ciała, ale wiązała się z wiecznym potępieniem, czy tę prowadzącą przez spokój ducha, która z kolei zakładała wyrzeczenie się grzechów. Czy ostatecznie okazała się zbyt słaba, żeby stawić czoła światu, na który nie chciała się zgodzić? A może w istocie poczuła powołanie, którego całe życie nasłuchiwała? Myślę, że prawda leży gdzieś pośrodku, choć na zawsze pozostanie w sferze naszych wyobrażeń. Otóż skłonna jestem przypuszczać, że Juana Inés poniekąd oszukała nas wszystkich – sobie współczesnych oraz przyszłe pokolenia. To prawda, że poświęciła się służbie zakonnej, aż do śmierci nie opuściła murów klasztornych, pozwoliła sobie odebrać zgromadzone księgozbiory i nigdy publicznie nie wyznała prawdziwych uczuć żywionych do wicekrólowej. Uczuć, które wraz z innymi tajemnicami swojej złożonej osobowości powierzyła wierszom. Ale jednocześnie nie pozwoliła, by usunięto ją w cień, a przecież zadarła z samą Świętą Inkwizycją. Nigdy też nie złożyła pióra – najsilniejszej broni, jaką miała. Broni potężnej, aczkolwiek obosiecznej, siejącej spustoszenie po obu stronach barykady. Poetka, ilekroć była atakowana, zawsze broniła się słowem. Być może zrozumiała, że tylko tak – na papierze – będzie mogła przeżywać swoje życie w nieskończoność. Czy bardzo się pomyliła? Chyba nie, skoro dzisiaj pochylamy się nad jej twórczością pełni podziwu i fascynacji. A doprawdy jest się czym zachwycać.

*

Kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z poezją Juany Inés, od razu wiedziałam, że nie będzie to przygodna lektura, że meksykańska poetka na długo zagości w moim warsztacie pisarsko-translatorskim, a ja być może – jeśli tylko stanę na wysokości zadania – będę potrafiła się odwdzięczyć, pozwalając jej przemówić po polsku. Wierszem, który oczarował mnie najbardziej, a przy tym uzmysłowił mi ponadczasowość spuścizny poetki, jest wiersz o niezbornym poczynaniu mężczyzn, którzy obwiniają kobiety o to, czemu winni samiWszystkie cytowane fragmenty wierszy Juany Inés pochodzą z mojego przekładu.[4]. Jest to, jak można przypuszczać, utwór na wskroś feministyczny, swoisty manifest, który miał uwypuklić paradoksalność oczekiwań, jakie mężczyźni stawiają kobietom. Utrzymany w tonie humorystycznym, który zresztą stanowi jeden ze znaków rozpoznawczych twórczości Juany Inés, wytyka sprzeczność i grotosekowość pewnych męskich zachowań, które sprawiają, że szczęśliwa miłość, oparta na wzajemnym szacunku i zrozumieniu, jest czymś nieosiągalnym. Wszak kobieta zawsze będzie tą złą, która sama chciała i sama się prosiła. Mężczyźni natomiast, no cóż, nigdy nie przebierają w argumentach, by ocalić swoje dobre imię:

Słowo – broń to okazała,
wy zaś gęsto się bronicie,
gdy półprawdy swe lepicie
z diabła, świata, no i ciała.

Kobieta, kochana i niekochana, zdaje się być osadzona w samym centrum literackiego świata Juany Inés. Teresilla, Anarda, Nise, Beatriz… to tylko niektóre z kobiet, które poetka wybrała na bohaterki swoich wierszy. Czytamy w nich o radości, żalu, nadziei i rozczarowaniu. I choć na drugim brzegu miłosnego dialogu niemal zawsze stoi mężczyzna, gdzieś spomiędzy wierszy przebija ogromne zaangażowanie emocjonalne samej autorki, cichy podziw dla tych wszystkich dam, którym złamano serca albo też one same okazały się bezlitosne. Wiele z nich to postaci historyczne bądź mitologiczne. Heroiny, które zapadły w pamięć swoich czasów. Juana Inés przypomina nam, że były, a jednocześnie prosi nas, by o nich nie zapomnieć. Za każdym nieprzypadkowo dobranym słowem kryją się prawdziwe uczucia będące kluczem do zrozumienia przesłania każdego z wierszy oraz intencji podmiotu lirycznego:

Żona Pompejusza, dumnie prężąc szyję,
gdy na szaty patrzy, we krwi zamoczone,
słusznie nerwy traci, sceną rozsierdzone,
bo śmierć męża wietrzy, chociaż ona żyje.

Jak przystało na kobietę rozdartą między dwie miłości, z których każda bolała ją na swój sposób, poetka poświęciła również wiele utworów Panu Bogu, którego istnienia nigdy nie ośmieliła się podważyć. Mimo dręczących ją niepewności, nie zamknęła przed Bogiem bram swojego serca. W Bożym miłosierdziu szuka pocieszenia i czasem tylko zastanawia się, dlaczego właśnie ona otrzymała to ciało, ten czas i ten przeklęty talent, który tyle bólu zdążył jej przysporzyć. Wtedy jakby na chwilę wątpi, żeby zaraz potem przypomnieć sobie i nam, że na końcu wszystkiego czeka lepszy świat:

Strugą cierpień gorycz dławi,
bo sprzeczności toczą duszę;
to przez niego cierpieć muszę.
choć z cierpienia mnie wybawi.

W twórczości Juany Inés na szczególną uwagę zasługują regularność rymów, zapewniająca wierszom potoczystość i melodyjność, rozliczne aluzje literackie, a więc wyraźna intertekstualność, a także bogactwo środków obrazowania poetyckiego. Co ciekawe, kunszt jej poezji tkwi jednocześnie w prostocie i dosadności. Poetka nie wyolbrzymia i nie przejaskrawia. Nie zostawia nas, czytelników, z poczuciem bezradności wobec archaicznego języka, czego nie można powiedzieć o wielu innych siedemnastowiecznych utworach. Juanę Inés czyta się tak, jakby jej wiersze biegły przez sam środek wszystkich słów, nie naruszając znaczenia żadnego z nich. Jakby ich autorka była jedną z nas, tak samo zdziwioną tym światem, tak samo wątpiącą, szukającą tych samych co my odpowiedzi.

Ponieważ dość łatwo uwierzyć niepotwierdzonym informacjom i pochopnie wyciąganym wnioskom na temat życia poetki, tłumaczę jąostrożnie i z szacunkiem. Tak, żeby niczego z niej nie uszczknąć, ale też niczego nie dodać, chociaż wiem, że to raczej pobożne życzenie każdego tłumacza literatury, który nie potrafi odmówić sobie przyjemności rozmawiania z tłumaczonym tekstem, zwłaszcza kiedy zmuszony jest niebezpiecznie balansować na granicy formy i treści. Mam nadzieję, że mój przekład pozwoli przybliżyć polskim czytelnikom postać wybitnej meksykańskiej poetki, która dla mnie zawsze będzie przede wszystkim Juaną Inés. Zresztą uparcie wierzę, że kiedy odchodziła z tego świata, umierając na tyfus w celi zakonnej, właśnie tak, z imienia tylko, witała się z Panem Bogiem.Tak właśnie ją sobie wyobrażam jako kobietę mimo wszystko. Dzisiaj, kiedy zmienił się kanon, a literackie upodobania wielu z nas powędrowały w stronę dużo bardziej lekkostrawnych treści, próżno szukać podobnej poezji. Dlatego myślę, że najlepszy pomnik, jaki możemy jej postawić, to chwila zadumy i refleksji. Ledwo dostrzegalny uśmiech, jedna po cichu uroniona łza, bezszelestny krzyk. A potem już tylko codzienność, niewzruszona, ale jakby trochę lepsza. Juana Inés, ta prawdziwa, wciąż czeka na to, by ją poznać.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Agata Joanna Kornacka, „Moja bardzo wielka wina”. Juana Inés. Mimo wszystko, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 15

Przypisy